Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Ścieżki nadziei - Richard Paul Evans



Ścieżki nadziei Richarda Paula Evansa to ostatni już tom cyklu Dzienniki pisane w drodzeopisującego pieszą wędrówkę jego głównego bohatera, Alana, przez całą Amerykę, którą ten powziął po stracie żony.

Alan musi po raz kolejny przerwać swoją wędrówkę – jego ojciec przeszedł rozległy zawał i leży w szpitalu pod czujnym nadzorem lekarzy pracujących na oddziale intensywnej terapii. Jego stan wydaje się stabilny, jednak nie ulega poprawie, mimo zastosowanego leczenia. Alan wraz z  Nicole, przyjaciółką rodziny, towarzyszy ojcu przy szpitalnym łóżku, raz po razie poznając nieznane losy swojej rodziny oraz dowiadując się o swoim ojcu rzeczy, których nigdy nie mógłby nawet podejrzewać.

Część ta ogniskuje się wokół choroby, odchodzenia, ale także – może przede wszystkim – miłości rodzicielskiej oraz synowskiej. Pokazuje jak wiele rodzice poświęcają dla swoich dzieci, nawet jeśli ci tego nie dostrzegają – jak często rezygnują z marzeń, związków, podróży, realizacji siebie i swoich pasji, by zapewnić swoim pociechom to, czego – jak sądzą – najbardziej im potrzeba. Nawet jeśli nie zawsze mówią oni „kocham Cię”, okazują to na tysiąc innych sposobów, które często odczytujemy jako próbę ingerencji w naszą wolność, próbę sprawowania nad nami kontroli, wtrącania się, podczas gdy tak naprawdę to elementy troski i wyraz bezgranicznej miłości, którą docenimy być może dopiero wówczas, gdy będzie już za późno.

Evansa, dzięki lekkości z jaką włada piórem, czyta się szalenie przyjemnie i płynnie. Choć jego książki nie są z natury przytłaczające i stanowią przykład literatury „na raz”, seria dzienników skłania do zastanowienia się nad sobą i swoim życiem po wielokroć. Ścieżki nadziei uczą doceniać rodziców, ich poświęcenie i wszystko to, co dla nas robiąc, nierzadko nie otrzymując nic poza wyrzutami i pretensjami.

Polecam. Nieważne w jakich stosunkach z najbliższymi pozostajecie – dzięki tej książce przypomnicie sobie, że wasi rodzice to także ludzie, którzy potrzebują uczuć, relacji i dobrego słowa i którzy mogą błądzić oraz robić to, co nie do końca musi nam się podobać. Przekonacie się, że są po prostu ludźmi.



***

Poprzednie tomy Dzienników pisanych w drodze

 Dotknąć nieba / Na rozstaju dróg / Kręte ścieżki Miejsce dla dwojga

Pozostałe książki Evansa na blogu:


czwartek, 26 lutego 2015

O tym jak chciałam wydać 300 zł na książkę (Love, Rosie, Na końcu tęczy – Cecelia Ahern).


Tytuł: Love, Rosie (Na końcu tęczy)
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat
ISBN: 9788377587461
Ilość stron: 512
Cena: 39,99 zł


Historia moja i Love, Rosie jest burzliwa.  Książka ta, rok temu funkcjonująca jeszcze jedynie pod tytułem Na końcu tęczy, była kilka lat temu nie do zdobycia. Użytkownicy Allegro proponowali za nią niebotyczne sumy rzędu 300 zł. Po latach poszukiwań książki – jedynej brakującej mi do kolekcji Ahern – byłam w  stanie zaoszczędzić te pieniądze i je wydać. Powieść ta urosła już w  moich oczach do rangi legendy i nie mogło być mowy o tym, że nie zdobędę jej wszelkimi możliwymi sposobami. Gdy już pełną kwotę miałam prawie odłożoną, coś skierowało mnie do nieistniejącego już antykwariatu Miś w  Katowicach. Gdy tam weszłam, wśród masy książek, pierwszy w  oczy rzucił mi się niepozorny, czerwony grzbiet. Niemalże do niego podbiegłam i tak oto moim oczom ukazało się niebywale zadbane wydanie Na końcu tęczy za 15 zł. 15 zł gdy ja chciałam wydać za nią ponad 300! Podeszłam do kasy, bez wahania wyciągnęłam odliczoną kwotę i tu kolejne zaskoczenie – cena była jeszcze niższa niż na okładce, bo antykwariat przeznaczono właśnie do likwidacji. Moje marzenie kosztowało 10 zł. Byłam wniebowzięta!

Kilka miesięcy później książkę wznowiono w  wydaniu pocket, a teraz na rynek trafiła ona pod nowym tytułem, z  nową szatą graficzną, wywołując masę wspomnień.

Nie piszę o tym wszystkim bez przyczyny. Ahern to pisarka, którą wręcz bałwochwalczo czczę. Każdą jej książkę czytam z namaszczeniem i oczekuję jej jak kania deszczu. Po moich przygodach ze zdobyciem Na końcu tęczy mogłoby się wydawać, że posiadłam skarb. I to, ze zdobyłam ją za 10 zł było dla mnie ratunkiem – nie wiem bowiem czy ze względu na związane z  trudnościami ze zdobyciem jej oczekiwania były za wysokie, czy po prostu książka ta nie należy do najlepszych w  dorobku Ahern – po pierwszej lekturze czekał mnie spory zawód. To nie tak, że uznałam ją za słabszą niż poprzednie – ona mi się po prostu nie podobała. Była kiepska. Słaba. Mierna. Niewarta 300 zł, które byłam skłonna na nią wydać.

Byłam zła, że legenda w zderzeniu z  rzeczywistością nie była już tak godna uwagi.
Zapytacie po co w  takim razie czytałam ją drugi raz, po co mi wznowienie?
Dla konfrontacji. Czas łagodzi wszystko, a od czasu mojej pierwszej lektury trzy lata temu, powieść wciąż zbierała pozytywne recenzje. Postanowiłam więc zmierzyć się z  nią raz jeszcze i sprawdzić czy mój nienajlepszy odbiór był spowodowany czymś innym niż słaba proza.

I oto efekty.
Rosie i Alex to para nierozłączna od wczesnego dzieciństwa. Dzielili ze sobą sekrety, spędzali wspólnie wiele chwil. Do czasu, gdy rodzice Alexa zdecydowali się na przenosiny z  Irlandii do Ameryki. Rozstanie było dla dwójki przyjaciół bardzo bolesne, niestety nie byli zdolni mu zapobiec: ich przyjaźń mogłaby się w  ten sposób zakończyć, podobnie jak pewnie zakończyła się relacja wielu ludzi. Młodzi jednak nie ustają w podtrzymywaniu relacji, wymieniając między sobą korespondencję, w której wciąż byli sobą – żartobliwi, uśmiechnięci, życzliwi wobec siebie nawzajem, ale także szczerze, przez co nie unikali tego, co smutne – zmęczenia pracą, kolejnymi fatalnymi związkami.
I to właśnie formę korespondencji przybiera ta opowieść – wymienianych listów, krótkich wiadomości, obfitujących w  denerwujące mnie, nazistkę językową, aczkolwiek poniekąd urocze błędy ortograficzne.  
W  istocie to opowieść o rozłące i o tym, że wcale nie musi ona oznaczać końca cennych relacji.
Jak mi się czytało? Tym razem lepiej, choć wciąż irytowało mnie to, że tak trudno było się Alexowi i Rosie przyznać przed sobą do własnych uczuć i dopiero w  takiej prawdzie budować życie, a nie wciąż gonić i gonić za białym króliczkiem.

Polecam, choć ci którzy szukają tu typowej dla Ahern magii – nie znajdą jej. Nie ma wydarzeń z  pogranicza fantastyki, jest czyste życie. I pewnie właśnie to spowodowało mój ostudzony zapał.

Nadal, pomimo upływu czasu, uważam, że nie jest to najlepsza powieść w  dorobku Ahern, ale w  tym sądzie jestem chyba osamotniona:)
Polecam zatem lekturę i zachęcam do polemiki:)



piątek, 12 września 2014

Czarne skrzydła – Sue Monk Kidd


Tytuł: Czarne skrzydła
Autor: Sue Monk Kidd
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308053966
Premiera: 25 września 2014r.

Czarne skrzydła to – można tak rzec – sześcioaktowe wspomnienie działań sióstr Grimké, widziane oczami Sue Monk Kidd. Wypełnione zarówno faktami, jak i elementami stworzonymi na potrzeby powieści, które doskonale się splatają, tworząc powieść traktującą o losach niewolników i pierwszym próbom sprzeciwiania się sposobom obchodzenia się z nimi.
Sarah i Angelina, to córki sędziego Sądu Najwyższego Karoliny Południowej, plantatora, członka elity Charlestone. Pierwsza z nich od najmłodszych lat wykazywała pragnienia niezgodne z obowiązującymi zasadami – marzyła, by podobnie jak ojciec i bracia, zostać prawnikiem, na co miała wszelkie zadatki, poza płcią. Jej pragnienia rozkwitły wraz z otrzymaniem nietypowego prezentu na jedenaste urodziny – rodzice obdarowali ją czarnoskórą Hetty, której dziewczyna wcale nie chciała, czując, że człowieka nie można posiadać, że sprzeciwia się to wyższym prawom. Początkowo rodzina przyjmowała jej chcenia i poglądy dobrodusznie, traktowali je jako dobrą zabawę, z wiekiem jednak doprowadziły one do konfliktu Sary z ojcem, któremu nie sposób było zaradzić.
Sara potajemnie nauczyła swoją służącą czytać i pisać, co spotkało się z całkowitym niezrozumieniem i gniewem społeczności Charlestone. To był jednak dopiero początek jej rebelii.
Gdy narodziła się Nina, dorastająca dziewczyna bardzo chciała zostać jej matką chrzestną, na co rodzicielka cokolwiek niechętnie przystała. Po latach, to właśnie Sarę oskarżono o wichrzycielskie nastawienie Niny, która podobnie jak siostra, pragnęła znieść niewolnictwo, czemu dawała coraz silniejszy wyraz. Obie bohaterki, wspólnymi siłami zapoczątkowały bunt, którego skutki obserwujemy dzisiaj. Bunt, mający na celu zniesienie nierówności i dążenie do sprawiedliwości społecznej.

Narracja prowadzona jest dwutorowo – raz z perspektywy Sary, innym razem z punktu widzenia Szelmy. Ich relacje w wielu miejscach się zazębiają i uzupełniają, rzucają także nowe światło na całą historię, prezentując spojrzenie córki plantatora oraz jej niewolnicy. Z relacji tych wyłaniają się kobiety o podobnych pragnieniach, lecz znajdujące się po przeciwnych stronach barykady. Tym, co łączy obie bohaterki, jest niezgodna na zastaną sytuację, bunt przeciwko niesprawiedliwości i pragnienie szerzenia zmian.

Mimo że jest to książka bez wątpienia niezwykle wartościowa i cenna, skłaniająca do wielu refleksji poświęconym nie tylko niewolnictwu, ruchom abolicjonistycznym, ale także dążeniom do równości kobiet i mężczyzn, miałam wrażenie, że jest ona zbyt uładzona, zbyt grzeczna. Owszem, niewolna jest od scen karania chłostą uciekinierów i nieposłusznych niewolników, miałam jednak wrażenie, że były to sceny ocenzurowane, że bohaterowie byli zbyt jednoznaczni, zbyt przewidywalni, że życie nie mogło tak wyglądać, że coś niezwykle istotnego zostało w niej pominięte. To wrażenie niepełności pozostało we mnie wraz z otwartym zakończeniem, które sugerować może co najmniej dwa różne finały – optymistyczny i zatrważający, a jego wybór pozostaje złożony w rękach czytelnika.  Ksiązka tę zatem przyjęłam rozumowo, niestety jednak nie udało mi się jej przeżyć, utożsamić z bohaterami i poczuć tę bliską więź, tak istotną dla literatury wysokiej próby. Momentami miałam wrażenie, że dla autorki ważniejsze od przekazania rzeczywistości niewolniczej, stało się zaprezentowanie dojrzewania trzech kobiet, pochodzących z zupełnie różnych światów, a które łączy jedno pragnienie. To właśnie przyjaźń, poświęcenie, miłość i chęć dochodzenia sprawiedliwości wyłania się z opowieści na plan pierwszy, daleko w tyle pozostawiając rozważania o bólu i cierpieniu, które stały się podwaliną wszelkich późniejszych dążeń.
Tym, co istotne dla odbioru całości, jest rozpoczęcie narracji od czasów dzieciństwa głównych bohaterek: dzięki temu mamy okazję obserwować jak nieskażony i przenikliwy jest umysł dziecka, jak podświadomie wyczuwa ono, że niewolnictwo to coś nienaturalnego, czemu należy się sprzeciwiać, a jak z wiekiem wtłaczane jest w umysł dorastającego człowieka przekonanie o tym, że  Murzyn to w 1/3 istota ludzka, zatem rzeczą naturalną jest, że nie jest równy białym, podobnie jak kwiaty czy zwierzęta, nie należy więc traktować go jakby był nam równy.

Bardzo wartościowe jest wykorzystanie w powieści postaci istniejących naprawdę, lecz przepuszczonych przez filtr wyobraźni autorskiej – przyznaję, że przed lekturą Czarnych skrzydeł nazwisko Grimké było mi całkowicie obce, a dzięki jego wykorzystaniu, pamięć o tych niezwykłych siostrach ożyła – i to się ceni. W umysłach ludzi na nowo zagości pierwsza sufrażystka amerykańska, kobieta z krwi i kości, o jasno określonych poglądach i przekonaniach, skłonna do najwyższych poświęceń, być żyć w zgodzie z własnym sumieniem, nawet jeśli oznacza to wyrzeczenie się dobrobytu i świetlanej przyszłości.
Przede wszystkim jednak, po lekturze tej książki czytelnik doceni wolność – dosłowną, jak i w wymiarze metaforycznym oraz duchowym.
Nie przerażajcie się jednak – mimo ciężkości materiału, opowieść tę czyta się niezwykle płynnie, jej styl daleki jest od toporności niektórych tekstów poświęconych podobnej tematyce. Zachęcam zatem gorąco, dajcie się przenieść do XIX- wiecznej Ameryki i porwać ogromnej sile charakteru głównych postaci. Nie pożałujecie.


sobota, 3 maja 2014

Kręte ścieżki – Richard Paul Evans


Tytuł: Kręte ścieżki
Autor: Richard Paul Evans
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-2355-4
Ilość stron: 272
Cena: 32,90 zł

Kręte ścieżki, to trzeci tom powieści-drogi Richarda Paula Evansa, kontynuacja tekstów Dotknąć nieba i Na rozstaju dróg.
Alan jest człowiekiem, który w bardzo krótkim czasie stracił wszystko: ukochaną żonę, pracę i dorobek całego życia. Nie mając przed sobą właściwie żadnych perspektyw, spakował się i ruszył w drogę, bez planów i szczegółowego rysu. Podążał z Seattle do Kay West, najdalszego punktu, jaki mógł sobie obrać za cel.
Podczas swojej wędrówki napotkał wielu ludzi, którzy w krótkim czasie zmienili w nim bardzo wiele. Intensywność owych spotkań przełożyła się na jego sposób widzenia świata, sytuacji w jakiej się znalazł i samego siebie.
Homo viator w pierwszej kolejności spostrzegł, że śledzony jest przez Pamelę – matkę swojej zmarłej żony. Mimo jego jawnej niechęci, kobieta uparcie przemierza szlak w ślad za nim, po to, by pozyskać możliwość rozmowy, a później także i przebaczenia od jedynej osoby na świecie, która mogłaby jej teraz zapewnić spokój ducha. Rozmowa z nią, choć trudna, jest jednak dopiero preludium do  spotkań o wiele boleśniejszych i wymagających, między innymi z Leszkiem: Polakiem żydowskiej proweniencji, współczesnym dobrym samarytaninem, i ofiarą Holokaustu.
Podczas swej wędrówki w poszukiwaniu nadziei i sensu, Alan zdobędzie znacznie więcej – pokój, zapewniony przez przebaczenie Bogu, sobie i innym.

Przyjacielu – ciągnął Leszek – zniewalają nas rzeczy, których nie wybaczamy.[1]

Książka ta niesie przede wszystkim jedną uniwersalną prawdę – chowając urazy i decydując się na brak wybaczenia tym, którzy nas zranili, zapewniamy im miejsce w swojej przyszłości i codzienności, gwarantując sobie wciąż uciekające ku danej osobie myśli, wywołujące w nas zgorzknienie i cynizm. Wybaczając zatem – czynimy największy prezent samym sobie, uwalniając się od niechcianej obecności tych, których stała bliskość wciąż ewokuje w nas ból.

Wybaczyć to znaczy otworzyć klatkę, w której więził nas zły czyn innego człowieka i wyjść na wolność[2].

Mimo że prawda ta jest powszechnie znana, z jej realizacją bywa znacznie gorzej. Choć Alanowi wydawało się, że wybaczył – nigdy dotąd tego nie zrobił. Na swej drodze spotkał jednak wielu mądrych ludzi, którzy uświadomili mu sens i sposób w jaki należy dokonywać katharsis pojednania.
Kręte ścieżki to jednak tekst nierówny – rozpoczyna się niczym kolejna miałka powieść-droga, w której wszystko dzieje się zbyt szybko i bez namysłu: ludzie zatwardziali w sekundę weryfikują swoje poglądy i osądy, po czym następuje znacząca, choć niekoniecznie łatwa do uchwycenia zmiana – kolejne spotkania są już bardziej przemyślane, a przemiany czasochłonne, choć i tak, zważając na długość książki –  zbyt prędkie. Na niewielu ponad dwustu stronach, zawarty został tak silny ładunek emocjonalny i takie bogactwo metamorfoz, że nie sposób uwierzyć, by w prawdziwym życiu doszło do nich w takim szaleńczym tempie, co nieco rozmywa wiarygodność powieści, czyniąc z niej bardziej parabolę wyzutą z ram czasowych, emanującą symboliką, niż dziennik podróży. Rany nie znikają w mgnieniu oka. Nawet jeśli po latach ślepoty znajdziemy lekarstwo: kuracja trwa. U Evansa natomiast mamy do czynienia raczej z cudownym i natychmiastowym uzdrowieniem. Duszy, bo ciało kuleje.
Przypowieściowy charakter tekstu ma jednak dużą zaletę: posiada moc uwalniania i może być pomocny tym, którzy potrzebują uzdrowienia (jak sądzę – wszyscy) i przebaczenia. Lektura ta dla wielu może trącić banałem, dla wielu jednak stanie się przyczynkiem do odczytania w niej siebie i zachęty do wyjścia z gorsetu zatwardziałości i wyzwolenia samych siebie z okowów nienawiści.
I choćby dlatego – warto! I niekoniecznie musicie znać poprzednie tomy trylogii, by wydobyć z Krętych ścieżek to, czego w tym momencie najbardziej Wam potrzeba.


[1] Richard Paul Evans, Kręte ścieżki, Kraków 2014, s. 134.
[2] Tamże, s. 145.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Dziennik 1939-1944 – Anais Nin


Tytuł: Dziennik 1939-1944
Autor: Anaïs Nin
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 978-83-7839-656-7
Ilość stron: 520
Cena: 52 zł


Dziennik 1939-1944 to drugi tom zapisków Anaïs Nin, który miałam przyjemność czytać, i znowuż który przybliża mi tę nietuzinkową postać, czyniąc ją coraz bliższą.
Lata, których przekrój zarysowany został wprawną ręką pisarki, to czas obłaskawiania przez nią Ameryki uchwyconej w momencie II wojny światowej – tak odległej i innej od Francji przymusowo opuszczonej. Tom trzymany przeze mnie w rękach to spersonalizowany kalendarz, pełen znaków uporządkowania i organizacji czasowej. Opisywany okres stanowi zapis trzeciego spotkania Nin z Nowym Światem, poznawanym w wyjątkowo trudnym i niekorzystnym czasie historycznym. Ów moment zetknięcia się z wojną, zbiegł się w jej życiu osobistym i zawodowym z decyzją o poświęceniu się pisarstwu. Prócz opowiadań erotycznych, przytaczanych w całości [ich kompletną edycję znajdziemy w wydanej niedawno Delcie Wenus oraz Młodych ptaszkach], przez gęsto zapisane stronice diariusza Nin przemykają się  także inne tytuły, których wydania nie sposób nie łączyć z osobistymi doświadczeniami autorki, a które w dużej mierze zaważyły na jej dalszej karierze pisarskiej.
W dzienniku roi się także od listów przyjaciół Nin, które ta archiwizuje z ogromną pieczołowitością, mając świadomość ich wartości w momencie ewentualnego wydania dzienników, którą rzecz jasna brała pod uwagę. Nie jest to bez znaczenia, bowiem świadomość późniejszego przeznaczenia zapisków do druku przełożyła się na wysoką świadomość językową i literacką autorki, starającej się ze wszech miar uczynić notatki osobiste studium codzienności o charakterze uniwersalnym.

Przez zapiski te przeziera się także pasja Nin do psychoanalizy, znacznie szerzej zarysowana w tomie wcześniejszym. Lata 1939-1944 to jednak znacznie bardziej niż oddanie koncepcjom freudowskim, czas rodzącej się oraz kształtującej świadomości i tożsamości pisarskiej, zmieniający dziennik ten z błahych okruchów codzienności w wielopoziomową powieść o życiu Nin, życiu które – trzeba dodać – odcisnęło silne piętno na jej twórczości. Karty tego tomu słone są także od łez osamotnienia i gorzkie od goryczy niezadowolenia, towarzyszących początkowo Nin w Nowym Jorku, odseparowanej, wyrzuconej z ukochanej Europy, której utratę wciąż przepracowuje. Autorka jawi się jako kobieta opisująca świat przez pryzmat swojej płci, ale też patrząca na niego oczami obywatelki świata. Jej notatki to wielokrotne 'rozmawianie' o tym, co minione, mające na celu przyniesienie zrozumienia dla otaczającej rzeczywistości, jego pełniejszego odczytania i interpretowania.
Choć dzienniki te czyta się z wielkim zaangażowaniem i przyjemnością, nie dorównują one niestety tomowi poprzedniemu, znacznie dosadniej i pełniej opisującemu osobiste doświadczenia i myśli pisarki. Tutaj: przed intymność wysuwa się artyzm i jeszcze silniej umotywowane wydaje się pytanie o to czy pisarstwo Nin to osobiste studium czy popis literackiej sprawności, doskonale przemyślany i wielokrotnie poprawiany. Pozostawiam to jednak Waszej ocenie.


Poprzedni tom:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/07/anais-nin-dziennik-1934-1939.html


wtorek, 15 kwietnia 2014

Mroczne umysły - Alexandra Bracken


Tytuł: Mroczne umysły
Autor: Alexandra Bracken
Wydawnictwo: Otwarte
ISBN: 9788375150476
Ilość stron: 456
Cena: 36,90 zł

Podczas gdy w naszym kraju wskaźnik przyrostu naturalnego spada, za zachodnią granicą – w potężnej Ameryce – panuje kryzys i rząd postanowił pozbywać się dzieci, w ich mniemaniu zagrażające mocarstwu.
Po wstępnej selekcji, na której przydzielano poszczególne osoby do grup Zielonych, Niebieskich, Żółtych, Pomarańczowych i Czerwonych, bohaterowie trafiali do tzw. obozów rehabilitacyjnych. W powszechnej opinii utrzymywało się przekonanie, że dziecko kończące dziesiąty rok życia musi zostać tam zesłane, by ktoś mógł sprawować kontrolę nad jego mrocznym umysłem, którego moce właśnie się uaktywniały.  W związku z tym, wielu młodych ludzi, gdy tylko osiągało ten wiek i przejawiało zdolności Psi – znikało. Rodzicom wmawiano, że to groźna choroba OMNI - ostra młodzieńcza neurodegeneracja idiopatyczna, dziesiątkująca kraj.
Jedną z osób wysłanych do obozu była Ruby – dziewczyna, będąca w mocy wpływać na myśli i chcenia innych, wdzierać się do ich umysłów, przeglądać wspomnienia, a także zupełnie je wymazywać. Podczas selekcji ukryła swoje zdolności, by zamiast do Pomarańczowych zostać skierowaną do Zielonych – była to jej jedyna szansa na przetrwanie. Jak się okazało, oprócz niej, przeżył tylko jeden przedstawiciel jej  „rasy”.  Dziewczyna dokłada wszelkich starań, by zbiec z obozu i dotrzeć do Uciekiniera - Pomarańczowego, który – ma nadzieję – nauczy ją panowania nad swoimi umiejętnościami.

W dystopijny świat spod pióra Alexandry Bracken – młodziutkiej autorki, okupującej listy bestsellerów – wkradają się oczywiście elementy ocieplające trudną rzeczywistość. Są to wartości, które mimo wszelkich systemowych potworności przetrwały w niektórych jednostkach: bezinteresowność, życzliwość, szczera troska, przyjaźń, serdeczność, pomocność i oczywiście miłość. Istnienie tych abstrakcyjnych pojęć wciąż daje nadzieję na zmianę i nie pozostawia czytelnika z wrażeniem skrajnego pesymizmu i bezsensu. Choć Ruby, stanowiąca silną, choć nieumiejętnie posługującą się swoimi zdolnościami dziewczynę, spotyka na swojej drodze postaci przeróżne, najczęściej zaś łowców lub przywódców organizacji, pragnących wykorzystać jej moce dla własnych celów, wciąż nie traci kiełkującej w niej ufności do innych. Dzięki niej udaje jej się nawiązać relacje z Liamem, Zu, Pulpetem, w których podobnie jak w niej, ocalało człowieczeństwo i pragnienie dobra.
Choć pomysł na fabułę innowacyjny nie był, dzięki umiejętności autorki do budowania dynamiki i obrazowego przedstawiania kolejnych wydarzeń, zyskał on na mocy oddziaływania. Odświeżona została tu idea świata, w którym to dzieci muszą zawalczyć o przyszłość i to one stanowią zagrożenie, przede wszystkim poprzez łatwość ulegania manipulacjom i nieposkromioną naiwność.
Dobra realizacja znanych już z wcześniejszych tekstów kultury motywów sprawiła, że książka ta szturmem wbiła się na listy bestsellerów.

Mroczne umysły to test pop, zawierający wszystkie elementy, mogące przykuć uwagę nastolatków, do których jest adresowany: chłopcy znajdą w niej sztafaż sensacyjny, dziewczyny zaś z pewnością ucieszą się z wątku miłosnego – oczywiście trójkąta uczuciowego, który wpłynie na przebieg wydarzeń wyższych rangą.
Bohaterowie Bracken to postaci dynamiczne: zwłaszcza Ruby, która z dziewczyny nieporadnej szybko przemienia się w samoświadomą posiadaczkę zdolności, mogących zarówno nieść ochronę jak i siać zniszczenie. Jej przemiana nie jest jednak szokująca dla czytelnika. W przestrzeni, w której do metamorfozy dochodzi, jest ona niemalże niezauważalna: wydaje się wręcz, że bohaterka nie jest w stanie niczego się nauczyć i wszelkie jej próby spełzają na niczym. Dopiero po zmianie otoczenia i przeciwnika, ujawnia się jak wiele udało jej się osiągnąć.
Tym, co mnie zawiodło było bardzo pobieżne potraktowanie sytuacji w obozach – tak naprawdę niewiele wiemy o tym, to tam się działo, bowiem bohaterce niemalże natychmiast udaje się z Thurmond zbiec. Szkoda – brakuje nam naświetlenia sytuacji z perspektywy więźniów. Nie wiedząc czego doświadczali, pozostajemy jedynie w sferze domysłów i niedopowiedzeń. Podobnie sprawa samej choroby – jest i tyle. Skąd się wzięła, dlaczego władze zareagowały na nią tak dramatycznie? Odpowiedzi na te pytania nie znajdziemy, co powoduje spory niedosyt już na samym początku, a tym samym ustawia nasz odbiór lektury.
Choć pierwsza połowa jest nieco chaotyczna, posiadająca wiele elementów niejasnych, a przez to momentami nużących dla czytelnika, który brnie przez nią opornie, po przekroczeniu bariery nudy (w okolicach końca) zaczyna się prawdziwie emocjonalna przygoda, przekreślająca wcześniejszą nijakość. Wydarzenia piętrzą się jak stosy kserówek przy biurku sumiennego studenta, a każde ich delikatne naruszenie sprawia, że całość podążą w przeróżnych kierunkach. Autorka decyduje się na kompozycję otwartą zapowiadającą kolejny tom, jest to jednak wybór, który stanowi jednocześnie układ klamrowy – wydarzenie, kończące pierwszą część jest zwielokrotnionym i przeniesionym na innego lustrzanym odbiciem tego, co zdarzyło się na początku.
Mimo kilku mankamentów, z wielką chęcią sięgnę po drugi tom, mając nadzieję na wypełnienie luk i emocjonujący ciąg dalszy.

czwartek, 27 marca 2014

Tajemnica Filomeny - Martin Sixsmith


Tytuł: Tajemnica Filomeny
Autor: Martin Sixsmith
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 978-83-7839-702-1
Ilość stron: 504
Cena: 37zł

Jeśli znaleźliście się w tej samej sytuacji co ja, czyli najpierw obejrzeliście film, a później zdecydowaliście się na lekturę (kolejność choć haniebna, to ostatnio u mnie częsta) tekst ten może Was zaskoczyć. Jego autor przyjmuje bowiem zupełnie inną perspektywę niż reżyser, który na publikacji tej ponoć się opierał (jak się za chwilę przekonacie materiał miał skąpy). O ile w przypadku produkcji filmowej tytuł ma swoje umocowanie w prezentowanej historii, o tyle w przypadku książki – zdaje się zupełnie niestosowny i co najgorsze: mylący.
Filomena na kartach książki pojawia się w początkowym rozdziale i jednym z końcowych. I na tym jej bezpośrednia relacja się kończy, gdyż książka ta jest przede wszystkim zapisem doświadczeń Michaela, który niemalże od chwili osiągnięcia dojrzałości próbował odnaleźć swoją biologiczną matkę i tym samym zdefiniować siebie. Jest to opowieść o jego poszukiwaniach i drodze do dojrzałości, w czasach mu zupełnie nieprzychylnych.

Będąc młodą matką, Filomena została zmuszona przez zakonnice z Roscrea do zrzeczenia się praw do dziecka i zaniechania poszukiwania go w jakkolwiek odległej przyszłości. Anthony mając trzy lata, został adoptowany i wywieziony z Irlandii przez rodzinę z Ameryki, która jemu i Mary – dziewczynce, którą również przygarnęli – zbudowała prawdziwy dom i zapewniła wykształcenie na najwyższym poziomie, dzięki czemu Tony – późniejszy Michael, miał możliwość realizowania się między innymi jako znakomity prawnik w partii republikańskiej.

Przybrani rodzice od początku wmawiali dzieciom, że ich matki oddały ich natychmiast po urodzeniu. Te wypowiedzi stworzyły w nich nigdy nie zapełnioną wyrwę, bolesne miejsce, już do końca ich dni sugerujące, że nie są oni wystarczająco dobrzy, skoro nawet biologiczne matki zrezygnowały z ich wychowania. Dzieci (zwłaszcza Michael) żyły w przeświadczeniu o własnej bezwartościowości i braku prawa do szczęścia, co z kolei powodowało, że mimo pozornie poukładanych relacji, wciąż podejmowali działania autodestrukcyjne, które prędzej czy później niszczyły ich związki, utwierdzając ich w przekonaniu, że rzeczywiście na spełnienie i radość nie zasługują. Błędne koło toczyło się przez całe ich życie, co rusz rzucając kłody pod nogi.
Od najmłodszych lat Michael wydawał się odstawać od rówieśników – był wrażliwszy, głębiej przeżywał wszelkie niepowodzenia i sukcesy, zdawał się zachłystywać codziennością, jednak już jakiekolwiek drobne przeciwności całkowicie burzyły porządek – jego sfera emocjonalna była nieuporządkowana, do czego dołożył się także brak akceptacji jego orientacji seksualnej, zarówno ze strony rodziny jak i partii, przed którą musiał ją ukrywać, skazując się na życie w ciągłym lęku przed demaskacją.
Przez wiele lat tracił on partnerów, wmawiając sobie i im, że nie zasłużył na miłość i rujnując przez to każdy kolejny związek. Gdy wreszcie udało mu się stworzyć trwałą relację homoerotyczną, opartą  na zaufaniu i wsparciu, postanowił ponowić próbę odnalezienia matki, o której myśli kiełkowały w nim od dawna. Dzięki powrotowi do przeszłości, mężczyzna miał raz na zawsze zamknąć bolesny rozdział, poznać prawdę o swoim pochodzeniu i dokonać pracy, mającej w konsekwencji pozwolić na zabliźnienie ran i wyzbycie się piętna opuszczonego dziecka, niezdolnego do okazywania miłości i budowania więzi. Gdzieś pomiędzy jego poszukiwaniami, a karierą polityczną, pojawia się trudny na tamte czasy temat akceptacji związków homoseksualnych, a także przeznaczania pieniędzy na leczenie i badanie HIV, zbierającego coraz większe żniwo i naznaczającego piętnem każdego nosiciela wirusa.
Historię Michaela napisało życie i to właśnie w autentyczności tkwi jej największa siła. Ukazuje ona, że życie rzuca nas w przeróżne miejsca, ograbiając z jednego, po to, by zaoferować nam drugie, co nie zmienia faktu, że w ludzkiej naturze tkwi głęboko zakorzenione pragnienie określenia siebie i swojego pochodzenia, bo dzięki tej wiedzy możemy poczuć się „kimś skądś”, nie zaś „kimś (nikim) znikąd”. Opowieść tę czyta się ze ściśniętym gardłem, przeczuwając jej zakończenie i zżymając się na człowieczą niesprawiedliwość i uwikłanie  w przeszłość.
Polecam!

czwartek, 12 września 2013

Zdobywam zamek – Dodie Smith


Tytuł: Zdobywam zamek
Autor: Dodie Smith
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379430062
Ilość stron: 351


Ile razy w marzeniach oddawałam się iluzorycznej wizji, w której mieszkałam na prawdziwym zamku, ile razy chciałam się poczuć jak księżniczka, która z największej wieży swojej posiadłości wyglądać będzie z ogromnego tarasu na rozległe tereny, nad którymi unosi się romantyczna mgła, a ptaki zbudują swoje gniazda we wszystkich zakamarkach? Ile razy marzyłam o nocnych przechadzkach krętymi schodami i niezliczonymi korytarzami zamku jedynie z kandelabrem w ręku? Ile razy oczami wyobraźni widziałam antyczne meble, ogromne salony, marmurowe łazienki, monumentalną bibliotekę, garderobę wypełnioną po brzegi szeleszczącymi sukniami?  Nie zliczę.
Wiem jedynie, że owe rojenia po raz kolejny wygodnie umościły się w mojej głowie za sprawą rewelacyjnej książki Dodie Smith, której narratorka – łudząco przypominająca romantyczne bohaterki L.M. Montgomery czy Jane Austen – miała możliwość mieszkania w zamku, o którym marzyła w pokrewny sposób i z podobną intensywnością.
Cassandra, to siedemnastoletnia ujmująca dziewczyna, oczytana, bystra, inteligenta i obdarzona wielką wrażliwością. Za sprawą spisywanego przez nią pamiętnika, mamy możliwość śledzenia losów jej rodziny, przebywającej na wynajętym zamku. Ojciec po wydaniu bestsellerowej książki od lat nie napisał ani słowa, zbywając milczeniem wszystkie próby dialogu o jego dalszej twórczości. Topaz, macocha Cassandry, Thomasa i Rose, to modelka potrzebująca uwagi innych, żyjąca pełnią życia, gdy tylko czuje się ważna. Rose – dziewczyna marząca o wielkiej miłości i lepszej stopie życiowej. Thomas – chłopak, którego wszyscy zdają się ignorować i Stephen – osoba, która od zawsze pomaga Mortimerom, żywiąc potajemnie uczucia do Cassandry.
Ich życie zmienia się, gdy w sąsiedztwie pojawia się rodzina Cottonów. Neil i Simon, to dwójka Amerykanów, którzy zapoznają Cas i Rose, spełniając tym samym ukryte pragnienia tej drugiej. Od chwili ich spotkania, losy dwu rodzin zostają splecione, zmierzając w niespodziewanych kierunkach. Rodzina Mortimetów, która czasy świetności ma już dawno za sobą, w znajomości z Cottonami widzi prawdziwą opatrzność i szansę na realną poprawę jakości życia.
To opowieść buzująca od emocji – tych wypowiedzianych i niewypowiedzianych – kotłujących się w sercu dorastającej nastolatki, wciąż traktowanej jak dziecko, które niewiele wie o życiu, gdy tymczasem jej zmysł obserwatorski jest tak silnie rozwinięty, że prawdopodobnie dostrzega najwięcej z całej swojej rodziny. 
Brakuje dziś książek tak uroczych, tak czarujących i rozczulających jak Zdobywam zamek Smith. To powieść uzależniająca i odurzająca, porywająca bezinteresowną przyjemnością czytania: miałam wrażenie, że autorka nie oczekiwała niczego więcej od czytelnika, jak tylko tego, by dobrze się bawił, śledząc pokrętne losy nastolatki o wielce marzycielskim usposobieniu.
 Od wielu tekstów odpadam z nudów – bo są wtórne, bo wiem jak się skończą, bo gardzą czytelnikiem, bo bohaterowie są nijacy. U Smith nic nie jest byle jakie, wszystko tchnie świeżością, a jednocześnie pewną elegancką klasyką. Nieprawdopodobna zdolność do połączenia tych dwu rzeczywistości zdaje się – nie do połączenia. A jej się udało, ona zrobiła to w sposób tak precyzyjny, że nie sposób byłoby jednoznacznie wskazać na datę powstania tej książki, jeśliby się jej nie znało. Rytm powieści jest ujmujący, a liczne nawiązana do innych tekstów kultury, stanowią jedynie doskonały dodatek do tej harmonijnej historii. Przez pamiętnik Cassandry przewija się i Bach, i Szekspir, i Bronte, i Austen, i Shelley, i Keats: prawdziwa plejada ważnych twórców, którzy odkrywani są na nowo, często przez pryzmat niepohamowanej szczerości i poczucia humoru narratorki.

Według klasyfikacji, powieść Smith wpisuje się w literaturę młodzieżową, jednak byłoby ogromna niedorzecznością traktować ją jedynie w ten sposób: jest to bowiem powieść uniwersalna, adresowana absolutnie do każdego! Inaczej odczyta ją romantyczna nastolatka, inaczej rozsądna kobieta, a jednak – czy wierzycie, czy też nie – obie odnajdą się w niej równie dobrze!
Naprawdę, czuję się oczarowana - dzięki Smith przez wiele godzin czułam się jak w bajce!

wtorek, 27 sierpnia 2013

Wielki Gatsby – Francis Scott Fitzgerald


Tytuł: Wielki Gatsby
Autor: Francis Scott Fitzgerald
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9788324020607
Udostępnienie: Sztukater
Ilość stron: 224
Cena: 32,90 zł




Klasyka ma jedną zasadniczą cechę: tytuły przynależące do tej kategorii znają wszyscy, o autorach każdy słyszał, a czytało – niewielu. Skala popularności jest wciąż taka sama, niezmienna od lat, a jedynie odstępstwa od normy pojawiają się, gdy na ekrany kin wchodzi kolejna ekranizacja – zazwyczaj robiona z coraz większą pompą.
Podobny renesans przeszedł Wielki Gatsby, odkryty na nowo dwukrotnie: zarówno za sprawą ekranizacji, jak i nowego tłumaczenia, na które odważył się Jacek Dehnel. Niezwykle dobry warsztatowo, a przy tym „odświeżający” dla historii Gatsby’ego przekład.
Polecam zatopić się w książkę, zanim w naszych głowach jedynym prawomocnym obrazem Jaya stanie się DiCaprio – mnie niestety przy nowym tłumaczeniu już się nie udało. Popowa wizja Gatsby’ego tak silnie oddziałuje, że niestety, nie sposób czytać dziś książki, nie mając przed oczami Leonarda. Powoduje to pewną dysharmonię, bo gdyby nie narzucony przez popkulturę obraz, moja wyobraźnia zupełnie inaczej skonstruowałaby sylwetkę głównego bohatera.
Nie to jest jednak najważniejsze.
Dehnel wykonał kawał dobrej, tłumaczeniowej roboty, oddając w ręce czytelnika Nowy Jork skrzący się barwami sztucznego oświetlenia i fajerwerków, wystawnymi przyjęciami, szampanem lejącym się strumieniami, kawalkadą gości oraz jazzem. 
Lata dwudzieste to czas, w którym prohibicja miała się doskonale, przestępczy półświatek rozkwitał, finansjera wzbogacała się o nowych członków, którymi niezwykle łatwo było się stać: wystarczyło podjąć wyzwanie, wdać się w stosowne układy i już zmieniał się status społeczny. Z człowieka bez grosza w krótkim czasie stawało się milionerem, którego życie i droga na szczyt owiane były mgiełką tajemnicy, zamieszanym w gangsterskie machlojki, a jednak w jakiś sposób chronionym. Nigdy oferty wzbogacania się nie były tak szerokie i tak łatwo dostępne. Gatsby swoją szansę wykorzystał: z nikomu nieznanego mężczyzny, stał się jednym z najbardziej rozpoznawanych przedstawicieli nowojorskiej finansjery. Organizował pełne przepychu przyjęcia w swojej ogromnej posiadłości, na które nikogo nie zapraszał, a które zawsze cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. U Gatsby’ego, o którym nikt tak naprawdę nic nie wiedział, należało bywać i bywano.
Mężczyzna miał tylko jedną znaną słabość: kobietę.
To przez uczucie, którym ją obdarzył dostał się na szczyt, ale też przez nie, został z niego strącony. W krótkim czasie utracił władzę, a wraz z nią przyjaźń fałszywych znajomych, miłość i szacunek. Szybkość zmian zachodzących w jego życiu, budowała w nim poczucie niezadowolenia. W oczach innych stawał się zaś niebezpiecznym przeciwnikiem, którego należy się pozbyć.

Wielki Gatsby długo czekał na uznanie czytelników. Znalazł je po wielu latach i wciąż zachwyca. Choć czasy zupełnie się zmieniły, to transformacji nie uległy ludzkie zachowania: wciąż ślepo dążymy do pieniędzy, głusi na to, że tak naprawdę nie dają nam one szczęścia, że mamona bardziej prowokuje fałszywych przyjaciół do bywania wśród nas niż do poznawania nas. Pieniądze nie sprzyjają relacji miłości i przyjaźni, zaślepiają, ukierunkowują na egoistyczne pragnienia. O tym jest Gatsby, o tym zdaje się przypominać, tym kłuje w oczy. Na skutek tych nauk z niej wypływających, książka jawi się jako rażąco aktualna. Stanowi gorzką analizę ludzkiej kondycji, która wcale się nie zmienia i nic sobie nie robi z upływającego czasu.

Wielki Gatsby stanowi obraz Ameryki lat dwudziestych wcale nie wydumany. Wskazuje na charakterystyczne dla tego czasu elementy, budując je na historii uczucia, w imię którego człowiek gotowy jest do największych i najgłupszych czynów. Warto

środa, 1 sierpnia 2012

Don DeLillo - Cosmopolis



Tytuł: Cosmopolis
Wydawnictwo: Noir sur blanc
Autor: Don DeLillo
Rok wydania:
2012



Don DeLillo przy okazji książki Punkt Omega stał się dla mnie pisarzem niezwykle frapującym,  a przede wszystkim, wielce wymagającym podczas lektury.  Jego powieści bowiem, to postmodernistyczny wycinek prozy, której nie da się przeczytać w biegu, nad którą trzeba się pochylić dłużej, by odkryć jej esencję. Mało tego –  DeLillo snuje narrację, od której nie da się odpocząć, która potrafi być męcząca, a która jednak, jak podaje wydawca i z czym zgadzam się w stu procentach – hipnotyzuje.  To idealny przykład powieści, przy której trzeba się wykazać umiejętnością czytania między wierszami oraz konsekwencją w zwracaniu uwagi na każde słowo, każdą wyrazową zbitkę, która niejednokrotnie stanowi popis inteligencji pisarza.
Według medialnych doniesień Cosmpolis stanowi jedną z najbardziej kontrowersyjnych książek amerykańskich ostatniego dziesięciolecia. Przeniesienie tej historii na ekran, stanowiło więc doskonałą okazję, by na rynek wypuścić jej wznowienie, a dzięki niemu przypomnieć szerszej publiczności o jej twórcy.
Przedmiotem narracji jest życie 28-letniego multimiliardera, Erica Packera – człowieka sprawiającego wrażenie osoby sukcesu, mającej wszystko, czego może zapragnąć, „ustawionego” do końca swoich dni, pławiącego się w luksusach, posiadającego piękną i bogatą żonę, współpracowników gotowych stanąć za nim murem. Niestety, to wszystko jedynie pozory spełnionego życia. Packer podczas podróży swoją luksusową limuzyną, doznaje swoistej iluminacji. Podczas długotrwałego przebywania w korku, spowodowanym paraliżem miasta, będącym skutkiem przejeżdżania przez Manhatann konduktu żałobnego, zorganizowanego po śmierci popularnego rapera, bohater uświadamia sobie czym tak naprawdę jest jego życie. Istnieje przypuszczenie, że stanie się on kolejną ofiarą potencjalnych zamachów, dokonujących się po serii zamieszek na Times Square. Jak się okaże – sprawcą tego dzieła zniszczenia, wcale nie jest zorganizowana instytucja, lecz pojedynczy, sfrustrowany człowiek.
Cosmopolis stanowi swoiste studium metropolii, w której nie ma miejsca na uczucia, miłość czy sentymenty, lecz w której rządzi technika oraz rozwój liczony w mikrosekundach. To opis tego, co dzieje się z ludźmi bezustannie goniącymi za pieniędzmi, wpatrzonymi w technikę niczym we współczesnego boga determinującego życie każdego.  To historia napisana z rozmachem, obnażająca wizerunek współczesnego bogacza, jaki nosi w sobie wielu z nas.
Cenię DeLillo za umiejętność konstruowania opowieści w taki sposób, że nie ma siły, która mogłaby mnie od niej oderwać. Odczuwam nieskrywaną przyjemność w śledzeniu tego stechnicyzowanego świata, zdehumanizowanego i całkowicie zezwierzęconego, w którym wszystko ma znamię „zaliczania”, „zdobywania” , a na prawdziwe relacje nie ma już miejsca. Przed szereg wysuwa się inteligencja wykorzystywana jedynie w ramach rozwoju technicznego, nie zaś w ramach budowanie lepszych i zdrowszych związków międzyludzkim. Zdrowia tutaj, czytelniku, nie uświadczysz.
Jako podsumowaniem mogę posłużyć się jednym cytatem z powieści, w pełni oddającym perwersję podglądactwa, którą uprawia każdy czytelnik tej książki:
„Eric przeżywał ekstazę. Był zahipnotyzowany. Podziwiał tę scenę, choć jej nie rozumiał.”[1]
Polecam



[1] Don DeLillo, Cosmopolis, Noir sur Blanc, Kraków 2012, s.65.

czwartek, 19 lipca 2012

Amerykański derwisz- Ayad Akhtar



Historie rodzin muzułmańskich wrzuconych w trudne środowisko powstało wiele. Najczęściej jednak opowieści te osadzone są na jednym wątku: kobieta, chcąca się uwolnić spod jarzma islamu, podejmuje heroiczną próbę ucieczki z kraju, po to, by poszukać szczęścia gdzie indziej – najczęściej w wyzwolonej Ameryce.
Tym chwytliwym i stąd też niezwykle popularnym motywem broni się wielu pisarzy – dzięki wykorzystaniu go w swoich powieściach, stają się rozpoznawalni i szeroko komentowani.
Inną drogę obrał jednak Ayad Akhtar, pisarz urodzony w USA w pierwszym pokoleniu pakistański Amerykanin z Milwaukee.
W swojej opowieści snuje on refleksję nie tyle o kobietach noszących brzemię islamu i wiążących się z nim obowiązków, ile o amerykańskiej rodzinie muzułmanów, muszącej radzić sobie w trudnym środowisku, w którym mimo pozornie głoszonej tolerancji religijnej i wolności wyznaniowej, wciąż niektóre religie traktowane są z pobłażaniem, a często również i z nienawiścią.

Świat przedstawiony Akhtara, to rzeczywistość amerykańska sprzed jedenastego września. To czasy, w których każdy musiał walczyć o przynależność, szukać swojej tożsamości i zmagać się trudnymi kwestiami wiary oraz swojego odstępstwa w odniesieniu do większości znajomych.

Bohaterem powieści tego amerykańskiego pisarza jest młody chłopak – Hyat Shah. Wychowywany przez rodziców w duchu mało konserwatywnym, zafascynował się swoją ciotką – Miną – której zdjęcie od lat wisiało na drzwiach lodówki. Kobieta przyciągała go swoją niespotykaną urodą, ale także trudnym do określenia wewnętrznym magnetyzmem. W rodzinie Shahów, temat owej urodziwej kobiety podejmowany był bardzo często. Zachwalano nie tylko jej piękno, lecz także przenikliwą inteligencję, błyskotliwość oraz zdolność do radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Gdy Hyat dowiaduje się o przeprowadzce Miny do jego domu, jego świat staje na głowie. Kobieta, dotąd źle traktowana przez konserwatywnego ojca, porzucona przez męża i osamotniona w wychowaniu swojego jedynego syna – Imana, ucieka z Pakistanu do swojej amerykańskiej rodziny. Choć ojciec Hyata sam kiedyś zerwał ze światem, w którym rządzi fundamentalizm, nie pała specjalnym entuzjazmem co do kuzynki swej żony. Wręcz przeciwnie – obawia się, że jej przyjazd pociągnie ze sobą szereg negatywnych konsekwencji dla całej swojej rodziny.
Mina, zaraz po przyjeździe dostrzega w Hyacie niezwykły potencjał – chce uczynić z niego Hafiza, zaznajamia go więc z pięknem Koranu, udziela lekcji, których dotąd surowo zakazywał mu ojciec. Hyat całkowicie zmienia swój stosunek do wiary oraz otaczającej go rzeczywistości. Religia przestaje mieć dla niego drugorzędne znaczenie, a staje się raczej siłą napędową całej reszty, priorytetem, któremu podporządkował całe swoje dotychczasowe życie.
Niestety, młody i niedoświadczony chłopak nie wszystko rozumie tak, jak należy; nie każde nauki płynące z Korany odczytuje w sposób właściwy, co staje się przyczyną szeregu dramatycznych w skutkach decyzji, które podejmuje. Młody bohater chcąc dobra swoich najbliższych, ściąga na nich wielką tragedię, sam stawiając się w złym świetle. I choć, jak uczyła go Mina, ma świadomość, że najważniejsze są intencje – wyrzuty sumienia nie pozwalają mu spokojnie żyć.

Amerykański derwisz, to historia, która łączy w sobie wiele motywów oscylujących wokół głównego wątku, jakim jest religia. Autor podejmuje problematykę miłości w krajach, w których wciąż brakuje akceptacji innych wierzeń. Nie boi się także kontrowersyjnych dyskusji nad kwestią żydowską oraz jej funkcjonowaniem w czasach współczesnych. Akhtar w swojej powieści nie odchodzi również od zagadnień sporów religijnych oraz różnic kulturowych, które łatwo zauważyć nawet pomiędzy osobami tego samego wyznania, zamieszkującymi różne tereny świata. Przepaść dzieląca muzułmanów pakistańskich, trwających uparcie przy swoim rygorystycznym fundamentalizmie, a amerykańskich jest kolosalna. Ujawnia się ona nie tylko w stosunku do innych wierzeń, ale także w sposobie życia i dyskusji. Autor wskazuje na trudną sytuację innowierców w kraju zdominowanym przez jedno wierzenie, ukazuje jak pozorną i płytką wartością jest quasi-tolerancja.

Amerykański derwisz, to także wielopłaszczyznowa powieść obyczajowa, w której miłość przeplata się z nienawiścią, a zdrowe wyznawanie religii ze swoistym fanatyzmem. To historia, którą czyta się jednym tchem, zabiera nas bowiem w świat tak dobrze znany z mediów, a tak często przemilczany i ubrany w kolorowe piórka, po to, by zakryć prawdę. Akhtar w sposób odważny wysuwa pod dyskusję tematy ważkie, które wciąż są usuwane w cień, jednocześnie wykazując się błyskotliwą analizą psychologiczną oraz zaskakującą intuicją, z jaką opowiada o relacjach międzyludzkich.
Jego styl jest niewymuszony, narracja płynna, a całość sprawia wrażenie doskonale dopracowanej historii – jedynie zakończenie pozostawia pewien niedosyt.
Polecam! Mam nadzieję, że ten bardzo dobry debiut, stanie się jedynie początkiem pisarskiej kariery, a dla mnie furtką do poznania kolejnych, mądrych i niezwykle przyciągających powieści.




środa, 7 września 2011

Sekretna córka – Shilpi Somaya Gowda




Indie to wciąż kraj wielu kontrastów i paradoksów. Brutalna rzeczywistość napiętnuje matki, które nie mogą dać mężowi syna. Córki mające nieszczęście przyjścia na świat w biednych rodzinach, są najczęściej zabijane lub oddawane do domów dziecka –  jednak nawet tam, te, które przeżyją są nieliczne. Wiele z nich nigdy nie znajdzie nowej rodziny. By uchronić swoje nowo narodzone córeczki przed śmiercią, indyjskie kobiety zdolne są do wielu poświęceń – mimo bólu, zmęczenia i czekającej kary ze strony męża, przemierzają pieszo długie kilometry, po to, by umieścić je w sierocińcach.
Podobna sytuacja miała miejsce w rodzinie Kavity. Po raz kolejny urodziła ona córeczkę. Pierwsza została zabita przez jej męża, na śmierć drugiej młoda matka nie mogła się zgodzić. Zrobiła wszystko, by Usha przeżyła. Niestety jej decyzja odcisnęła piętno na całym życiu jej i jej męża. Nawet urodzenie upragnionego syna nie pozwoliło zapomnieć Kavicie o utraconej córeczce.

W tym samym czasie, pewna amerykańska lekarka usilnie starająca się o dziecko, mająca za sobą kilka poronień, dowiaduje się o swojej bezpłodności. Wraz z mężem wywodzącym się z Bombaju decydują się na adopcję. Ich wybór pada na indyjski sierociniec. Z wielu przebywających tam dzieci, jedna niespełna roczna dziewczynka, dostaje szansę na życie w dostatku, z dala od miasta, które pozbawiło ja naturalnej rodziny.

Dorastająca Asha ma wszystko czego tylko może zapragnąć. Jej serce i myśli wciąż jednak kierują się ku Indiom. Mimo protestów ze strony mamy decyduje się na udział w programie dziennikarskim gwarantującym zwycięzcom stypendium w Bombaju. Po kilu miesiącach dowiaduje się, że udało jej się znaleźć w gronie wygranych. Jej podróż do Indii okaże się nie tylko wyjazdem naukowym, lecz także podróżą w poszukiwaniu własnej historii i korzeni.

Sekretna córka, to doskonała proza ukazująca zderzenie się dwóch kultur: amerykańskiej i indyjskiej, tradycji i nowoczesności. Dzięki niej czytelnik pozna smak wyobcowania i samotności, które dotyka osoby wykazujące nieznajomość zwyczajów o tradycji obowiązujących na danym terenie. Autorka poprowadzi odbiorcę do świata kontrastów: ukaże bogate centrum Bombaju, po to by za chwilę skierować wzrok w stronę biednych slumsów, w których podstawę i opokę wszystkiego stanowią silne kobiety. Obedrze z wszelkiej wspaniałości amerykański sen – ukaże go jako pozbawione treści marzenie o niczym.

Shilpi Somaya Gowda podkreśla, że połączenie dwóch światów wymaga wspólnego wysiłku. Przepaść dzieląca Indie od Ameryki jest niewyobrażalna, nie oznacza to jednak, że nie są to światy nie do scalenia.

W Sekretnej córce narracja prowadzona jest dwutorowo: poznamy zarówno losy Kavity, jak i Somer – dwóch kobiet, których historie zostały połączone dzięki dziewczynce o niezwykle egzotycznych oczach.

Wielkim plusem książki jest jej strona graficzna – piękne wykończenie poszczególnych rozdziałów oraz nagłówki naprowadzające na treść kolejnych części powieści w dużej mierze ułatwiają podróż między Indiami a San Francisco.

Wartościowa pozycja ukazująca siłę miłości oraz potęgę kobiet i tradycji. Warto zwrócić na nią uwagę.



środa, 9 lutego 2011

"Korsarze Czarnej Róży" Dorota Gadomska



  • Rodzaj literatury: Beletrystyka
  • Wydawca: Novae Res, Gdynia 2011
  • Wydanie: Pierwsze
  • Liczba stron: 338
  • ISBN: 978-83-7722-137-2
  • Nośnik: Druk

Gdy dzięki wydawnictwu Novae Res w moje ręce wpadła książka Doroty Gadomskiej, byłam zachwycona. Wszystko za sprawą tego, że na słowo „pirat” przeszywa mnie dreszczyk. Dlatego też do książki „Korsarze Czarnej Róży” zasiadłam z nieukrywaną przyjemnością, przedkładając ją ponad wszystkie inne.
Opis zapowiadał wielkie emocje. Oto Roberta- córka arystokratów, której ojciec niesłusznie oskarżony o zdradę musiał zbiec z ojczyzny i stał się piratem- zapowiada dokończenie dzieła zemsty na wszystkich osobach zamieszanych w spisek. Staje się nowym kapitanem Czarnego Korsarza i pod pseudonimem Czarnej Róży sieje postrach na morzach.
Posiada jednak jedną „zaletę”, która w pirackim świecie  może przysporzyć niemało problemów- wielkie serce, dzięki któremu jeszcze nikogo nigdy nie zabiła. Mimo to niejednemu zakładnikowi potrafi napędzić stracha.
Roberta wraz z przyjaciółmi rozpoczyna podróż, której celem jest zemsta na ostatniej osobie, przez którą nie wiedzie teraz życia opływającego w luksusy, lecz jest kapitanem pirackiego okrętu.
Mimo, że powieść jest pisana lekkim językiem, posiada irytujące znamię. Już od początku wiadomo, że wszystko pójdzie gładko, że każde przedsięwzięcie powzięte przez Robertę zwieńczone będzie sukcesem, że nic i nikt nie stanie jej na przeszkodzie. I niestety na ponad trzystu stronach nic się w tej kwestii nie zmienia. Żaden wątek, który mógłby wprowadzić trochę nieprzewidywalnej akcji nie został rozwinięty. Dobro zadziwiająco łatwo zwyciężą, Roberta w sposób niesamowity zdobywa sobie przychylność każdej napotkanej osoby, dzięki czemu ma spore zaplecze dyplomatyczne.
Wszystko to sprawiło, że mimo naprawdę niezłego pomysłu na książkę, wypadła ona znacznie poniżej moich oczekiwań. Czuję się trochę oszukana, bo spodziewałam się powieści pełnej napięć, a tymczasem dostałam wysoce przeciętną lekturkę. Podejrzewam, że gdybym pominęła niektóre fragmenty książki i tak doskonale wydedukowałabym co się stało.
Nie mogę więc ocenić wyżej, jak tylko na 3,5/6. Szkoda.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res.