niedziela, 25 sierpnia 2013

Zegarek z różowego złota – Richard Paul Evans


Richard Paul Evans to autor, po którego książki zawsze sięgam z pełnym zaufaniem, wiedząc, że dostarczy mi lektury na wysokim poziomie. Jego słodko-gorzkie opowieści każdorazowo zaspokajały moje czytelnicze wymagania, które stawiałam sobie, wiedząc z jakim typem fikcji będę miała do czynienia.
Tymczasem zaufanie pokładane przeze mnie w Evansie zostało nadszarpnięte – Zegarek z różowego złota rozczarował mnie pospieszną narracją. Choć opowieść ta skrywała w sobie wielki potencjał, mam dojmujące wrażenie, że nie został on przez autora wykorzystany. Boleję nad tym, że – jak się zdaje – Evans zaczyna tworzyć powieści na akord, przestając szanować czytelnika, u którego szacunek wypracował sobie przez lata tworzenia naprawdę dobrych historii. Oby było to wydarzenie jednostkowe – widząc jednak ilość jego książek, które pojawiają się na rynku z coraz większą częstotliwością, nie sposób nie zauważyć, że z wielką dozą prawdopodobieństwa Evans przerwał dopieszczanie swoich tekstów i zamiast jednej porządnie skonstruowanej i przemyślanej książki rocznie – mamy ich około pięciu. Sprzeda się, bo autor stał się rozpoznawalną i cenioną marką, a jednak – nie o to chodzi, nie tym zaskarbił sympatię czytelników.

Zegarek z różowego złota to opowieść, której bohaterami są MaryAnne i David – para pochodząca z różnych środowisk, która postanawia iść razem przez życie. Mężczyzna bierze pod opiekę ciężarną bohaterkę, stając się ojcem dla jej córki – Andrei.
Do tej pory jego jedyną pasją było kolekcjonowanie zegarów, na którą to mógł sobie pozwolić ze względu na pokaźny dochód. Teraz jednak, porzucił pogoń za pieniędzmi, oddając się rodzinie. Ich historia sięga początków XX wieku, kiedy to niesprawiedliwość społeczna i rasistowskie poglądy miały się jeszcze doskonale. Jako że David przyjaźnił się z Murzynem Lawrencem, budził powszechne kontrowersje.
Pewnego dnia, bohater przypadkowo znajduje się na miejscu zbrodni popełnionej w samoobronie, wiedząc jednak, że sąd nie postąpi sprawiedliwie, bierze na siebie całą winę.
Decyzja ta na zawsze zmienia życie jego najbliższych, którzy na przekór bolesnym doświadczeniom będą musieli opowiedzieć się po jednej ze stron: miłości lub nienawiści.

Evans stworzył historię podejmującą ważny problem, a jednak nie zadbał o nią tak, jak powinien. Pędząca i co rusz zmieniająca się akcja wcale nie jest tutaj znakiem jakości, lecz raczej symbolem niedopracowania, który miał ukryć wszelkie niedociągnięcia.
Opowieść o rasizmie, przyjaźni, sile miłości i nadziei zaklętej w zegarku z różowego złota, przekazywanego z pokolenia na pokolenie, stała się przewidywalną historią dwójki ludzi, którzy zdecydowali się sprzeciwić konwenansom, odważyli się żyć inaczej i przerwać pogoń za pieniędzmi. Evans kreśli postaci, które dostrzegają ulotność życia, które pragną celebrować każdą chwilę, jaką zostali obdarzeni. A jednak: w przestrzeni językowej tej czci brakuje, ustępuje ona miejsca pośpiechowi, nachalnej zmianie akcji, ciągłym zawirowaniom, poprzez które gubi się właściwy sens książki. Traci ona przesłanie, które zatracone zostaje w tej gonitwie.
Powieść ta pędzi z taką prędkością, że nie sposób zidentyfikować się z żadnym z bohaterów, ba! nie sposób zapamiętać nawet ich imion.
To lektura na dwie godziny, która powinna być podłożem do wielu refleksji, a staje się jedynie opowieścią, o której szybko zapomnimy, bo należycie nie wybrzmiała.

Jeśli szukacie opowieści o poszukiwaniu szczęścia i jego kruchości – być może odnajdziecie się w tej historii.  Dla mnie jednak, zbyt wiele w niej bieganiny, za mało skupienia się na najważniejszym; zbyt wiele poruszonych wątków, które nie zostały dopracowane. Bardzo przeciętnie.