środa, 10 stycznia 2018

Ocalałe - Riley Sager




„Ocalały” to w slangu amatorów kina ta osoba, która jako ostatnia i jedyna dożywa końca filmu – motyw znany każdemu, kto z lubością oddaje się oglądaniu horrorów. U Riley Sager „ocalałe” są trzy – Lisa, Sam i Quincy – każda z nich przeżyła typową masakrę znaną z filmowych produkcji (las, obce miejsce, stara chata, studenci, tajemniczy gość, seks, alkohol), w której reszta ich przyjaciół zginęła. Ich historie stanowią pożywkę dla rozszalałych mediów, zaś same kobiety, na przekór traumatycznym doświadczeniom, od lat próbują ułożyć swoje życia na nowo. Lisa i Sam przyjmują rolę ocalałych, zaś Quincy całkowicie się od niej odcina, nie pozwalając dziennikarzom (na tyle na ile to możliwe) wtargnąć do swojego życia.

Po masakrze, w której zginęli wszyscy jej przyjaciele z akademika, a której policji nie udało się wyjaśnić przez wzgląd na utratę pamięci przez dziewczynę, zaczyna ona żyć normalnie – prowadzi poczytny blog kulinarny, wiedzie szczęśliwe życie ze swoim partnerem Jeffem, a w chwilach zwątpienia zawsze może zadzwonić do Coopa – policjanta, który ją znalazł i ocalił tamtej feralnej nocy w Pine Cottage. Wydarzenia przeszłości wypiera, udowadniając sobie i innym, że jest silna i nie pozwoli się zniszczyć tragicznymi wspomnieniami. Szczęście łyka w postaci xanaxu popijanego sokiem winogronowym.

Wszystko zmienia się, gdy media donoszą o samobójczej śmierci Lisy – najbardziej wojowniczej i zażartej w walce o życie swoje i cudze ocalałej – a u jej drzwi staje Sam, od lat skutecznie chowająca się przed światem. Jej pojawienie się w życiu Quincy budzi wiele wątpliwości – jej, Jeffa, Coopa. Kobieta zachowuje się nieprzewidywalnie, a jej przeszłość jest bardzo burzliwa, dlatego jej obecność na pewno nie zapewni Quincy poszukiwanego przez nią spokoju. Mimo początkowych animozji bohaterki szybko znajdują jednak wspólny język. Pojawienie się Sam zmienia Quincy – kobieta próbuje wyzwolić w niej uśpioną wściekłość i przywrócić jej pamięć o wydarzeniach Pine Cottage, którą ta straciła, uniemożliwiając policji wyjaśnienie tego, co naprawdę miało miejsce podczas masakry, w której zginęli wszyscy, poza nią samą – dziwnym zbiegiem okoliczności ranioną znacznie subtelniej niż reszta. Sam za wszelką cenę dąży do poznania prawdy o tamtej nocy. Dlaczego? Kim naprawdę jest? I czemu godzinę przed śmiercią z Quincy próbowała się skontaktować wzburzona i zaniepokojona Lisa?

Sager tak umiejętnie buduje napięcie i układa narrację, że podczas lektury czytelnik wielokrotnie zmienia zdanie na temat tego, kto w jego opinii mógł być prawdziwym zabójcą i brakującym ogniwem we wspomnieniach Quincy, ostatecznie jednak i tak będąc zaskoczonym finałem. Co rusz zdaje nam się, że jesteśmy pewni rozwiązania, po czym prawda znów nam się wymyka. Wprowadzanie nowych wątków, zmyślne operowanie kolejnymi dowodami czy też wydarzeniami nakierowującymi podejrzenia w odpowiednią stronę są niewątpliwym atutem powieści. Napięcie podkręca przeplatanie rozdziałów dziejących się w teraźniejszości tymi, które są zapisem wspomnień z feralnej nocy w Pine Cottage. Dzięki takiemu prowadzeniu narracji podczas lektury nie ma czasu na nudę i ziewanie – szare komórki będą pracować na najwyższych obrotach, by samemu odtworzyć przebieg wydarzeń sprzed dziesięciu lat. Sama kreacja bohaterów również godna jest pochwały – powieść ukazuje różne sposoby radzenia sobie z traumą, prezentuje jak głęboko skrywana złość może wpływać na nasze życie, decyzje i osąd; jak łatwo manipulować człowiekiem i jak dramatyczne w skutkach może być chorobliwe zainteresowanie mediów jakąś osobą. Postaci zarysowane przez Sager mogą budzić wiele wątpliwości, lecz z całą pewnością są krwiste i wyraziste – ich zachowania, przemyślenia oraz sposób działania opisane są bardzo precyzyjnie, dzięki czemu czytelnik ma wgląd w psychikę każdej z nich, a sytuację obserwować może z różnych punktów widzenia. Językowo powieści również niczego nie brakuje. Mimo że początkowo może się wydawać, że to kinowy horror klasy B przeniesiony do powieści, tutaj mamy do czynienia zgoła z czymś innym – tam, gdzie kończy się film, Ocalałe dopiero się zaczynają, będąc odpowiedzią na wszystko to, co zazwyczaj dręczy nas po seansie.

Dobrze skonstruowany thriller, dla którego warto zarwać noc. Ja bawiłam się przednio.



niedziela, 7 stycznia 2018

Dyktando jak smaczne mango - Marta Bącała-Ślęzak


Przegryź dyktando jak smaczne mango to propozycja testów ortograficznych dla uczniów klas IV-VI szkoły podstawowej spod pióra Marty Bęcały-Ślęzak.

Autorka zebrała w tomie dwadzieścia tekstów o różnym poziomie trudności, sprawdzająca znajomość poprawnej pisowni wyrazów obejmującej małą i wielką literę, zapis „ch”, „h”, „ó”, „u”, „rz”, „ż”, „ą”, „ę”, „om”, „em”, a także zwrotów grzecznościowych oraz wprowadzania dialogu.
Teksty mają różną długość, stąd istnieje możliwość ich doboru w zależności od poziomu klasy, wśród której decydujemy się przeprowadzić test ortograficzny.

(...)

Jako że w skomputeryzowanym świecie, w którym niechęć do czytania i pracy własnej wśród dzieci jest zjawiskiem powszechnym, niezwykle istotne jest, by od najmłodszych lat oswajać pociechy z ortografią i poprawnością językową. W warunkach domowych, jak i szkolnych wielką pomocą mogą być gotowe materiały sprawdzające znajomość zasad pisowni, opierające się na ciekawym zamyśle, zdolnym przykuć uwagę dzieci.

Przegryź dyktando jak smaczne mango posiada wszystkie wymienione cechy i bardzo dobrze sprawdzi się tak w ramach ćwiczeń, jak również jako forma testu sprawdzającego. Polecam do szerokiego zastosowania.




Czytaj całość:




wtorek, 2 stycznia 2018

Człowiek, który widział więcej - Eric-Emmanuel Schmitt


Człowiek, który widział więcej Erica-Emmanuela Schmitta to powieść wyjątkowa, bo swoiście autotematyczna.

Jednym z bohaterów, znacząco wpływających na całość jest bowiem nie kto inny, jak sam autor. On to, jako jeden z najpopularniejszych i wpływowych postaci ma pomóc głównemu bohaterowi w odkryciu istoty Boga i pochodzenia zła.

Augustin znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Wyrzucony na ulicę po starciu z szefem gazety, w której odbywa staż, tradycyjnie zaczął on spacerować po znanych sobie zakamarkach, będących dla niego jedynym domem. Obserwując pewnego mężczyznę, nad którym unosiła się inna, maleńka postać w dżalabii, widoczna tylko dla niego, staje się niechcianym świadkiem zamachu terrorystycznego zradykalizowanego islamisty, wysadzającego się w imię Allaha.

Jako że bohater z owego zajścia jako jeden z nielicznych wychodzi cało, jego zeznania obejmujące opis podejrzanego towarzyszącego zamachowcy są mętne, a on sam dziwnym zbiegiem okoliczności wchodzi w posiadanie komputera zamachowcy i poznaje jego brata, co rejestrują miejskie kamery, staje się on oskarżony o współudział. Nie może nikomu wyznać, że widzi zmarłych, bowiem wówczas z podejrzanego stałby się osobą uznaną za niepoczytalną, a to wydaje mu się jeszcze gorsze. Jako że przed aresztowaniem wyjadał on resztki ze śmietnika, nie mając grosza przy duszy, teraz sytuacja w jakiej się znalazł, jawi mu się jako bardzo komfortowa. I skłaniająca do refleksji.

Bycie świadkiem zamachu rodzi w Augustinie szereg pytań oscylujących wokół głównego: unde malum?  Bohater zastanawia się, jak to możliwe, że ludzie, którzy pragną miłości i dobra, w  ich imię robią rzeczy szerzące nienawiść i zło. Rozmyśla nad tym, skąd w człowieku tyle skłonności do popełniania zbrodni, często (o zgrozo!) z  imieniem Boga na ustach. Czy to człowiek czyni zło, podpisując się Bożą inspiracją; czy też sam Bóg wykorzystuje człowieka, by siać zło, będące jego szerszym zamysłem?

Chcąc zrozumieć czym kierował się zamachowiec, Augustin wnika w  jego środowisko i sposób myślenia. Co więcej, zrozumienie przychodzi do niego od samego źródła – ma on bowiem wyjątkową okazję przeprowadzić wywiad z Bogiem.

Nie sposób przeoczyć nad wyraz czytelnej aluzji Schmitta do obecnej sytuacji społeczno-politycznej oraz religijnej w świecie. Autor nie daje nam jednak gotowych odpowiedzi. Daleki jest od jednoznacznych ocen i sądów. Pokazuje świat takim, jakim jest, z  punktu widzenia Boga, któremu oddaje głos, a także z  perspektywy postaci znajdujących się na różnych życiowych etapach, wyznających odmienne religie, jak również o innych statusach materialnych. 
 
To co miało być punktem wyjścia do głębokiej refleksji, faktycznie nim jest. Rozczarowujące było jednak dla mnie to, że bohater wiele kwestii potraktował naskórkowo. Uczynione to zostało po to, by czytelnikowi nie narzucać zdania, jednak przyzwyczajona byłam dotąd do dość jednoznacznych stanowisk autora i jego postaci, których tutaj zabrakło, co z  kolei pozostawiło mnie z uczuciem żalu i niedosytu.

Książka ta podejmuje niezwykle ważny i drażliwy temat, potraktowany jednak w pewnym momencie (z całkiem zrozumiałych pobudek) asekurancko, co nijak nie pasuje mi do Schmitta jakiego znam i pamiętam. Przeczytajcie, oceńcie. Jak dla mnie całość jest zbyt mocno osadzona we współczesności, za mało filozoficzna, zbyt upolityczniona i właściwie pozostawiająca bez odpowiedzi i nadziei na nią. 

Odkrywa w niej za to autor wiele kart na swój temat, odpowiadając na zadawane mu co pytania i wyrzucając z siebie sporo sarkastycznych i pełnych żółci zdań. Robiąc to na kartach literatury, prawdopodobnie doznał pewnego rodzaju katharsis, nie podpadając tym samym dziennikarzom. Jest zatem Człowiek, który widział więcej nie tylko świadectwem kondycji człowieka i współczesnego świata zogniskowanego wokół terroryzmu, ale również swoistym wyznaniem autora zmęczonego niektórymi pytaniami od lat zadawanymi mu przez media.


Inne związane ze Schmittem na blogu:


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Hotel pod Jemiołą - Richard Paul Evans



Hotel pod Jemiołą to jedna z trzech bożonarodzeniowych opowieści miłosnych Richarda Paula Evansa spisanych pod tytułem Kolekcja pod jemiołą. Pierwszy tom, wydany został w Polsce w ubiegłym roku i nazywa się Obietnica pod jemiołą. Drugi trzymam właśnie w ręku. Trzeci mam nadzieję zobaczyć kolejnego grudnia. Powieści te nie tworzą trylogii, łączy je jedynie pojawiające się w tytule słowo, sztafaż romantyczny oraz atmosfera podnosząca na duchu i ożywiająca ducha Świąt – pełnego nadziei, ciepła oraz zapachu cynamonu i choinki unoszącego się w domach.

Evans jak żaden inny znany mi autor potrafi tworzyć powieści romantyczne, które faktycznie mają w sobie bożonarodzeniowego ducha, tchną w serca radość i otuchę, otulając je niczym najcieplejszy koc.

Kimberly to początkująca pisarka, która znajduje się na bardzo trudnym etapie życia. Praca nie przynosi jej satysfakcji, rozwiodła się z mężem, który zdradzał ją ze swoimi uczennicami i właśnie dowiedziała się o raku swojego ojca, który odmawia leczenia w najlepszym światowym szpitalu. Na domiar wszystkiego, od lat toczy ją złość z powodu samobójczej śmierci jej matki. Ma ona wrażenie, że kobieta ją opuściła, zostawiając ją tym samym na pastwę losu.

Bohaterka nie wierzy już w szczęście ani szczęśliwe zakończenia. Zanim dowiedziała się o chorobie ojca, pragnęła wyjechać na kurs dla początkujących pisarzy romansów. Teraz szkoda jej każdego grosza, jednak tata, chcąc spełnić jej marzenie, z góry opłacił całe wydarzenie.

Kobieta wyjeżdża, na miejscu spotyka zaś tajemniczego Zake’a, z którym łączyć zaczyna ją wyjątkowa więź. Stają się swoją literacką parą, lecz szybko sprawy zawodowe przestają mieć  większe znaczenie. Znacznie bardziej niż pisaniem, zajmują się bowiem sobą - rozmowami o niełatwej przeszłości, planami na przyszłość i próbami dobrego przeżycia chwili obecnej. 

Kim jest tajemniczy Zake i czy Kimberly uda się stworzyć związek z obiektem westchnień wszystkich pań przebywających na kursie? Czy kobieta jest gotowa otworzyć swoje serce i spróbować od nowa, na przekór wszystkim przeciwieństwom losu?

Evans jak zwykle stworzył niezwykle ciepłą i podnoszącą na duchu powieść, nad którą unosi się tchnienie Bożego Narodzenia. Czyta się ją bardzo przyjemnie, z uśmiechem na twarzy. To idealna powieść na okres świąteczny, doskonale wpisująca się w jego klimat i uwypuklająca to, co w życiu najważniejsze, a co nierozerwalnie łączy się z przeżywaniem świąt. Bestseller na miarę chwili.

Polecam lekturę każdemu spragnionemu ciepła sercu. Książka ta choć na chwilę ukoi Wasze zranienia i pozwoli spojrzeć w przyszłość z nadzieją. Wszak najlepsze lata ciągle mamy przed sobą.





niedziela, 31 grudnia 2017

Jaki był 2017?



Gdybym miała podsumować mijający rok, musiałabym uruchomić wewnętrznego malkontenta i skopiować tutaj notkę wieńczącą 2014. 

Był to rok niezwykle intensywny, rok w biegu, rok zmian, rok rozwiązania i zawikłania wielu spraw, który przypomniał mi, że szczęście nigdy nie będzie zależne od czynników zewnętrznych, jeśli nie zdecydujemy się na bycie szczęśliwymi i jeśli fachowo nie przepracujemy trudnych kwestii.
A tych dla mnie przez minione lata zrobiło się zbyt wiele. Ogromna wanna, do której ciurkiem kapały problemy właśnie się przelała, a wypuszczenie wody kłopotów i traum z takiej powierzchni wymaga sporo czasu. Niby nie stało się nic szczególnie złego, jednak te małe kropelki dopełniły całości.
Stary rok kończę wyczerpana, rozczarowana, zawiedziona i niewypowiedzianie smutna. 

Mimo że wiele moich marzeń się spełniło, nie potrafię się nimi cieszyć. Mimo że wiele dobra przede mną, radość z niego mi umyka.  
Przygniatają mnie obowiązki i krytyka, często ta wyobrażona. 
Przygniata i wyczerpuje mnie to, co widzę wokół siebie. 

Wszystko to uważny czytelnik blogu mógłby z powodzeniem zauważyć - recenzji znacznie mniej, wśród przeczytanych lektur dominują te niewymagające, które zresztą drażniły mnie i odpychały od czytania. Krytykowałam wszystko to, co wiem, że w innych okolicznościach by mi się spodobało. Skupiłam się na zdjęciach, bo czytanie mnie przerastało. Nie miałam i wciąż nie mam do niego głowy. Spotkań towarzyskich unikam albo to one unikają mnie. 
Nie lubię publicznie narzekać, jednak uważam, że należą Wam się wyjaśnienia, a podsumowanie roczne jest ku temu dobrą okolicznością.

Co do mnie nie podobne i najdotkliwiej świadczące o wewnętrznej rozsypce - nie jestem w stanie podać Wam corocznego podsumowania ilości przeczytanych książek, obejrzanych filmów, statystyk i rankingu tego co najlepsze i najgorsze. Przestałam go w pewnym momencie prowadzić, oddając się chaosowi zupełnie. Obiecuję poprawę i mam nadzieję tej obietnicy dotrzymać. 

Nie mam żadnych wielkich postanowień. Chcę tylko dobrze przeżyć nadchodząc czas i cieszyć się nim.
Ślubem, weselem, mieszkaniem. Kto wie, czym jeszcze. 

Mam nadzieję odzyskać radość - także tę z czytania.
Dziękuję Wam, że jesteście, zaglądacie i komentujecie, mimo że rzadko odpowiadam. Musicie mi wybaczyć, nie mam na to sił. Czytam jednak i doceniam Wasze zaangażowanie i proszę o nie na przyszły rok.

***

Na nowy rok życzę Wam dużo (s)pokoju, niech ten czas będzie wypełniony pozytywnymi doświadczeniami, uczuciami, spotkaniami; inspirującymi lekturami i uśmiechem.
Niech wokół Was nigdy nie zabraknie dobrych ludzi, szczególnie wówczas, gdy będzie Wam ciężko.
Pomyślności i uciechy z czytania! A na dziś - szampańskiej zabawy!
Do siego!

sobota, 30 grudnia 2017

Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie - Janusz Leon Wiśniewski



Wszystkie moje kobiety to w dużej mierze retrospektywna podróż śladem związków i quasi-związków głównego bohatera, budowanych przede wszystkim na jego egotycznym pragnieniu bycia pożądanym i docenianym przez płeć przeciwną – bez względu na konsekwencje, szczególnie te wiążące się ze sferą uczuciową.

Oto mężczyzna na skutek wylewu krwi do mózgu przez sześć miesięcy pozostawał w śpiączce pod opieką najlepszych holenderskich specjalistów. Podczas jego pobytu w szpitalu odwiedzało go sześć pań: Milena – femme fatale, Daria – jego studentka ,Ukrainka Ludmiła, Natalia, z  którą godzinami mógł toczyć filozoficzne dysputy, Justyna – „lekarstwo” na czas po rozstaniu z żoną oraz Ewa – nauczycielka, z którą obecnie związany jest bohater. Poza nimi opiekę nad ojcem sprawowała Cecylia, z drugiego końca świata koordynująca przebieg leczenia i wybudzania ojca. 

Wspomnienia mężczyzny sięgają jednak dużo dalej niż do czasów spędzonych z  wymienionymi kobietami – w początkowej fazie opowieści najczęściej powtarzającym się imieniem jest „Patrycja”. To ona, pierwsza żona bohatera, częściowo pokryła koszty związane z jego obecną sytuacją.

Wylew, a w jego następstwie także i afazja, to ogromna tragedia dla każdego człowieka, szczególnie zaś tego, którego praca opierała się właśnie na procesach myślowych. Poza dramatem jednak, jest to również ogromna szansa na zatrzymanie się, zrewidowanie własnego życia i odpowiedzenie sobie na pytanie: dlaczego te kobiety, które tak mocno skrzywdziłem, są przy mnie, gdy dzieje mi się źle?
Podobne kwestie roztrząsa bohater, zastanawiając się, jak wiele bólu zadał innym, jak wiele cierpienia zgotował tym, które wcale niczemu nie zawiniły, stając się jedynie ofiarami jego narcystycznego zapatrzenia w siebie. Podejmuje on próbę przyjrzenia się mężczyźnie, do którego po latach dociera poczucie winy, dotąd nie potrafiące znaleźć do niego drogi.

Motyw budzenia się ze śpiączki zdaje się tutaj podwójny – w warstwie naskórkowej dotyczy faktycznej sytuacji zdrowotnej, w której znalazła się postać, zaś w głębszych rejestrach staje się metaforą powtórnego przebudzenia do życia głównego bohatera – odzyskania zagubionych emocji, doznań i człowieczeństwa. To swoisty rachunek sumienia, memento i confiteor w jednym.

Choć spisana ręką mężczyzny, to bardzo kobieca powieść – bazująca na uczuciach, jednak miejscami bardzo przegadana i rozwlekła. Do książek Wiśniewskiego trzeba podchodzić w odpowiedniej kondycji psychofizycznej, inaczej lektura zakończyć może się fiaskiem – łatwo bowiem może irytować i drażnić, a to za sprawą zastosowania tych samych praktyk, które wciągają i poruszają.

Polecam zatem ja wówczas, gdy jesteście zrelaksowani. Nastroju rozdrażnienia niestety ona nie uleczy.