Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mrok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mrok. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

Mister X – John Lutz




John Lutz zawojował mnie rok temu, gdy w ramach poszerzania znajomości popularnych autorów serii kryminalnych, zdecydowałam się na lekturę tekstu Mrok. Było tak emocjonująco, że bałam się wchodzić do pustego mieszkania, z  całego serca pragnęłam omijać kuchnię, choć aby dostać się do pokoju było to niemożliwe. Lutz zasiał we mnie strach, podobnie jak mordercy z  jego książek robią to ze swoimi ofiarami.
Po takich wrażeniach moglibyście powiedzieć, że sięganie przeze mnie po kolejną jego powieść jest już wyrazem masochizmu – i pewnie mielibyście rację. Ale czyż człowiek nie jest właśnie taką istotą, która uwielbia się fikcyjnie bać? Strach prawdziwy, zagrożenie nierealne, możliwość odcięcia się od źródła lęku w  każdej chwili – kochamy to! (patrz oglądanie horrorów i in.) I ja kocham również!
Tym razem jednak – stety, niestety – już się tak nie bałam. Lutz kolejny raz porwał mnie do świata detektywa Quinna i jego partnerów, których odwiedziła niedawno osoba podająca się najpierw za zamordowaną przed laty przez dotąd nieuchwyconego seryjnego zabójcę Tiffany Keller, później zaś – już po zwróceniu na siebie uwagi – za jej siostrę bliźniaczkę. Christie od początku była klientką nietypową – nie dość, że co rusz zmieniała tożsamość, to jeszcze raz za razem znikała bez śladu, pozostawiając po sobie jedynie czeki mające umożliwić dalsze prowadzenie śledztwa. W  toku dochodzenia na jaw wychodzą nie tylko prawdziwe informacje o rzekomej zleceniodawczyni, ale też jej przedziwna motywacja. Jakby tego było mało, niejako rozochocony wznowieniem śledztwa morderca – Grawer – znów zaczyna zabijać, obcinając ofiarom sutki i pozostawiając na ich klatkach piersiowych wyżłobiony znak X. w  guście ofiary jest partnerka Quinna – Pearl – która od jakiegoś czasu spotyka się z przez nikogo nielubianym Yancym, mogącym budzić dziwne skojarzenia…
Wznowienie śledztwa dla wielu było nie na rękę – Lutz szczegółowo opisuje próby wpływania na detektywa, a także jego – nie do końca moralne – sposoby na radzenie sobie z  policją. Najwięcej zdziałać potrafią tutaj rzecz jasna kontakty z prasą i w odpowiednich organach.
Najdziwniejsze w  książce zdają się szeroko zakreślone motywacje bohaterów: kłamstwo Christie pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń, które nie tylko na nowo uaktywniły Grawera (czy aby na pewno?), ale też wciągnęły w  intrygę osoby, które dawno temu zniknęły, chcąc odgrodzić się od bolesnej przeszłości. Słusznie można sądzić, że wznowienie sprawy miało sprowokować ich ujawnienie się.
Jak wszędzie, także i tu nie bez znaczenia okaże się zemsta. Wydaje się, że zaangażowanie w  tę historię Quinna miało być jedynie przynętą. On sam jednak, dając potwierdzenie swojej renomie, sięga znacznie głębiej niż zleceniodawczyni by chciała, poznając sekrety jej odległej przeszłości, mogącej znaczącą wpływać na to, co dzieje się teraz.

Wiele tu sięgania do wydarzeń minionych, wiele  retrospektywnych wizji, tłumaczących to, co wydarzyło się później, wiele także postaci-cieni o niejasnej roli i przeznaczeniu w  całej tej skomplikowanej grze zemsty. Lutz bardzo sprawnie nakreślił bohaterów i ich motywacje, z  wielką precyzją ubrał całość w  taki sposób, że w  wielu fragmentach czytelnik zastanawia się o kim właśnie czyta – niejako słychać pracujące trybiki, wydaje się, że już, już wpadliśmy na rozwiązanie, bo wszystko tak ściśle do siebie pasuje, gdy nagle… okazuje się, że nasz główny podejrzany ginie, a gra toczy się dalej.
Lutz kołuje czytelnika i bawi się nim – podobnie jak zabawia się swoimi bohaterami, strasząc ich i urabiając. Tę powieść czyta się bardzo dobrze, głównie dlatego, że wiele w  niej niejednoznaczności, bardzo dużo otwartych możliwości, z  których każdą trzeba szczegółowo sprawdzić, dołączając do grupy dochodzeniowców i mając świadomość, że każda zwłoka może sprowokować kolejne brutalne morderstwo.
Polecam tę walkę z czasem.



poniedziałek, 12 maja 2014

Mrok – John Lutz


Tytuł: Mrok
Autor: John Lutz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 9788378397304
Ilość stron: 480
Cena: 34zł

Tym, co od wieków jest dla człowieka konieczne do zharmonizowanego istnienia jest poczucie bezpieczeństwa, konstytuowane przez trwanie w zdrowym związku, ale przede wszystkim przez posiadanie domu – ostoi, do której zawsze możemy wrócić, przestrzeni swojskiej, znanej, pewnej, nieskażonej przez bytowanie Innego, chyba że na zasadach właściciela.
Jeśli komukolwiek z ludzi zdarzy się włamanie, dom przestaje jawić się jako miejsce, w którym możemy czuć się komfortowo. Ludzie dotknięci takim wydarzeniem, niejednokrotnie albo sprzedają większość swojego dobytku (nigdy bowiem nie wiadomo czy włamywacz nie jadł z naszego talerza, nie pił z naszej szklanki etc.), albo decydują się na przeprowadzkę i całkowitą zmianę otoczenia, po to by na nowo udomowić inną przestrzeń i uczynić ją sobie znaną i pewną.
Co jednak, gdy ofiara włamania nic o nim nie wie? Co gdy nie ma świadomości, że ktoś sobie ją upatrzył i odtąd każdą noc spędza w jej mieszkaniu, milcząco przyglądając się pogrążonym w śnie domownikom?

Po mieście krąży seryjny morderca, ochrzczony przez prasę Nocnym Łowcą. Upatruje on sobie bezdzietne małżeństwa, śledzi kobiety, poznaje ich preferencje i upodobania. Po wstępnym rozpoznaniu każdą kolejną noc spędza w domu ofiar, przyglądając się im i przemierzając niezauważony mieszkanie. Zabójca en passant zostawia w domu ofiar podarunki – ulubione czekoladki pani domu, upatrzony sobie przez nią wisiorek czy futro, doskonałe wino i każdorazowo – żółte róże. Rankiem kobiety, choć zdziwione znalezionymi podarunkami, zawsze ich pochodzenie przypisują mężom, pragnącym sprawić im przyjemność i okazać uczucie. I choć większość z nich wypiera się kupienia czegokolwiek, nikt nie dopuszcza do siebie myśli, by ktoś obcy mógł wtargnąć do ich mieszkania.  A tymczasem każdej nocy, seryjny morderca rozsiada się wygodnie w kuchni ofiar, by tam posilić się spowity przez mrok. Czeka, aż ktoś go nakryje, a wtedy dokonuje zbrodni, szybko zabijając mężów i powoli uśmiercając kobiety, z wyjątkowym okrucieństwem.
Zabójca ów jest niezwykle przewidujący – czytał wiele publikacji poświęconych podobnym sobie osobom, wie jak działa policja i na jakie jego ruchy oczekuje, dzięki czemu zawsze jest przed nimi i nie daje się łatwo sprowokować. Wydaje się, że nikt nie zdoła go złapać.

Do sprawy przydzielony zostaje detektyw Quinn, wraz z Pearl i Federmannem. Dla każdego z nich dochodzenie to, ma być rehabilitacją w oczach ludzi i policji, w których okryli się niesławą.  Niestety, morderca doskonale zna i umiejętnie wykorzystuje ich słabości, robiąc wszystko, by pokrzyżować im szyki.

Narracja prowadzona jest wielotorowo – poznajemy zarówno życie ofiar jeszcze za ich życia, mamy wgląd w przeszłość mordercy, śledzimy jego wizyty u psychiatry, obserwujemy dokonania policjantów, ale też podglądamy reakcje kobiet po znalezieniu prezentów i reakcje mężczyzn. Autor wodzi nas za nos, naświetlając sprawę z wielu stron.

Będąc już niemalże na końcowej stronicy książki, poczułam się niesamowicie skołowana – autor do ostatniej chwili zwlekał z rozwikłaniem zagadki. Miałam wrażenie, że zdecydował się na on na kompozycję otwartą, bez rozwiązania akcji, pozostawiając strach, że gdzieś na wolności wciąż grasuje nieuchwytny Nocny Łowca, wkradający się niepostrzeżenie w życie wybranych kobiet. Przyznaję, że to rozwiązanie mocno mnie zaintrygowało i zaczęłam zastanawiać się nad jego konsekwencjami, jednak w toku moich rozważań Lutz ofiarował mi emocjonujący finał, zwieńczony schwytaniem mordercy.
Lutz bawi się czytelnikiem, igra z jego emocjami, z jego wiedzą o kolejnych etapach rozwoju akcji w literaturze kryminalnej, nieustannie podkręca temperaturę, raz po raz zaznaczając inteligencję i przenikliwość zabójcy, będącego zawsze krok przed ścigającą go policją. Nie ukrywam, że autorowi udało się uśpić moją czujność i całkowicie mnie zwieść – w taki sposób poprowadził narrację, że niemalże od początku czytelnik był wyposażony w wiedzę o tożsamości mordercy, jak się jednak później okazało – w wiedzę pozorną i niezgodną z rzeczywistością. Pisarz pokazuje jak kruche jest poczucie bezpieczeństwa, jak łatwo nim zachwiać i jak obezwładniająca jest to utrata.
Dawno nie czytałam już tak zawikłanego i doskonale poprowadzonego kryminału, z dobrze pomyślaną intrygą, pobudkami, mającymi swoje źródło wiele lat przed akcją właściwą.
Jeżeli więc szukacie nie tylko poprawnie skonstruowanej książki wpisującej się w ów gatunek, lecz prawdziwie porywającej historii, gwarantuję, że Lutz to dobra inwestycja: zarówno czasu, jak i pieniędzy. I uważajcie: w waszej szafie wciąż może czaić się nieuchwytne zło.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Mroczne umysły - Alexandra Bracken


Tytuł: Mroczne umysły
Autor: Alexandra Bracken
Wydawnictwo: Otwarte
ISBN: 9788375150476
Ilość stron: 456
Cena: 36,90 zł

Podczas gdy w naszym kraju wskaźnik przyrostu naturalnego spada, za zachodnią granicą – w potężnej Ameryce – panuje kryzys i rząd postanowił pozbywać się dzieci, w ich mniemaniu zagrażające mocarstwu.
Po wstępnej selekcji, na której przydzielano poszczególne osoby do grup Zielonych, Niebieskich, Żółtych, Pomarańczowych i Czerwonych, bohaterowie trafiali do tzw. obozów rehabilitacyjnych. W powszechnej opinii utrzymywało się przekonanie, że dziecko kończące dziesiąty rok życia musi zostać tam zesłane, by ktoś mógł sprawować kontrolę nad jego mrocznym umysłem, którego moce właśnie się uaktywniały.  W związku z tym, wielu młodych ludzi, gdy tylko osiągało ten wiek i przejawiało zdolności Psi – znikało. Rodzicom wmawiano, że to groźna choroba OMNI - ostra młodzieńcza neurodegeneracja idiopatyczna, dziesiątkująca kraj.
Jedną z osób wysłanych do obozu była Ruby – dziewczyna, będąca w mocy wpływać na myśli i chcenia innych, wdzierać się do ich umysłów, przeglądać wspomnienia, a także zupełnie je wymazywać. Podczas selekcji ukryła swoje zdolności, by zamiast do Pomarańczowych zostać skierowaną do Zielonych – była to jej jedyna szansa na przetrwanie. Jak się okazało, oprócz niej, przeżył tylko jeden przedstawiciel jej  „rasy”.  Dziewczyna dokłada wszelkich starań, by zbiec z obozu i dotrzeć do Uciekiniera - Pomarańczowego, który – ma nadzieję – nauczy ją panowania nad swoimi umiejętnościami.

W dystopijny świat spod pióra Alexandry Bracken – młodziutkiej autorki, okupującej listy bestsellerów – wkradają się oczywiście elementy ocieplające trudną rzeczywistość. Są to wartości, które mimo wszelkich systemowych potworności przetrwały w niektórych jednostkach: bezinteresowność, życzliwość, szczera troska, przyjaźń, serdeczność, pomocność i oczywiście miłość. Istnienie tych abstrakcyjnych pojęć wciąż daje nadzieję na zmianę i nie pozostawia czytelnika z wrażeniem skrajnego pesymizmu i bezsensu. Choć Ruby, stanowiąca silną, choć nieumiejętnie posługującą się swoimi zdolnościami dziewczynę, spotyka na swojej drodze postaci przeróżne, najczęściej zaś łowców lub przywódców organizacji, pragnących wykorzystać jej moce dla własnych celów, wciąż nie traci kiełkującej w niej ufności do innych. Dzięki niej udaje jej się nawiązać relacje z Liamem, Zu, Pulpetem, w których podobnie jak w niej, ocalało człowieczeństwo i pragnienie dobra.
Choć pomysł na fabułę innowacyjny nie był, dzięki umiejętności autorki do budowania dynamiki i obrazowego przedstawiania kolejnych wydarzeń, zyskał on na mocy oddziaływania. Odświeżona została tu idea świata, w którym to dzieci muszą zawalczyć o przyszłość i to one stanowią zagrożenie, przede wszystkim poprzez łatwość ulegania manipulacjom i nieposkromioną naiwność.
Dobra realizacja znanych już z wcześniejszych tekstów kultury motywów sprawiła, że książka ta szturmem wbiła się na listy bestsellerów.

Mroczne umysły to test pop, zawierający wszystkie elementy, mogące przykuć uwagę nastolatków, do których jest adresowany: chłopcy znajdą w niej sztafaż sensacyjny, dziewczyny zaś z pewnością ucieszą się z wątku miłosnego – oczywiście trójkąta uczuciowego, który wpłynie na przebieg wydarzeń wyższych rangą.
Bohaterowie Bracken to postaci dynamiczne: zwłaszcza Ruby, która z dziewczyny nieporadnej szybko przemienia się w samoświadomą posiadaczkę zdolności, mogących zarówno nieść ochronę jak i siać zniszczenie. Jej przemiana nie jest jednak szokująca dla czytelnika. W przestrzeni, w której do metamorfozy dochodzi, jest ona niemalże niezauważalna: wydaje się wręcz, że bohaterka nie jest w stanie niczego się nauczyć i wszelkie jej próby spełzają na niczym. Dopiero po zmianie otoczenia i przeciwnika, ujawnia się jak wiele udało jej się osiągnąć.
Tym, co mnie zawiodło było bardzo pobieżne potraktowanie sytuacji w obozach – tak naprawdę niewiele wiemy o tym, to tam się działo, bowiem bohaterce niemalże natychmiast udaje się z Thurmond zbiec. Szkoda – brakuje nam naświetlenia sytuacji z perspektywy więźniów. Nie wiedząc czego doświadczali, pozostajemy jedynie w sferze domysłów i niedopowiedzeń. Podobnie sprawa samej choroby – jest i tyle. Skąd się wzięła, dlaczego władze zareagowały na nią tak dramatycznie? Odpowiedzi na te pytania nie znajdziemy, co powoduje spory niedosyt już na samym początku, a tym samym ustawia nasz odbiór lektury.
Choć pierwsza połowa jest nieco chaotyczna, posiadająca wiele elementów niejasnych, a przez to momentami nużących dla czytelnika, który brnie przez nią opornie, po przekroczeniu bariery nudy (w okolicach końca) zaczyna się prawdziwie emocjonalna przygoda, przekreślająca wcześniejszą nijakość. Wydarzenia piętrzą się jak stosy kserówek przy biurku sumiennego studenta, a każde ich delikatne naruszenie sprawia, że całość podążą w przeróżnych kierunkach. Autorka decyduje się na kompozycję otwartą zapowiadającą kolejny tom, jest to jednak wybór, który stanowi jednocześnie układ klamrowy – wydarzenie, kończące pierwszą część jest zwielokrotnionym i przeniesionym na innego lustrzanym odbiciem tego, co zdarzyło się na początku.
Mimo kilku mankamentów, z wielką chęcią sięgnę po drugi tom, mając nadzieję na wypełnienie luk i emocjonujący ciąg dalszy.

sobota, 2 listopada 2013

Modlitewnik amerykański – Lucius Shepard


Tytuł: Modlitewnik amerykański
Auror: Lucius Shepard
Wydawnictwo: MAG
ISBN:
9788374803687
Ilość stron: 560
Cena:  49 zł

Mimo że Lucius Shepard, to nazwisko doskonale znane w kręgach miłośników literatury science fiction i fantasy, ja zetknęłam się z nim po raz pierwszy. Wynika to w dużej mierze z mojego umiarkowanego podążania za trendami w owych gatunkach w minionych latach, a także z niewielkiej ilości publikacji Sheparda wydanych z myślą o polskim czytelniku. Literatura fantastyczna przekonała mnie do siebie niedawno, rzucając jednocześnie w wir nazwisk, które koniecznie trzeba poznać, czyniąc Sheparda jednym z nich.
Wydana niedawno przez wydawnictwo MAG publikacja, to książka, będąca zbiorem trzech mikropowieści – Modlitewnika amerykańskiego, Luizjańskiego bluesa oraz Viatora.
Chociaż każda z nich, to suwerenna opowieść, tak naprawdę znalazły się w jednym tomie nie bez przyczyny.

Modlitewnik amerykański ujmuje swoim przekazem. Tytuł ów zaczerpnięty został z dzieła Wardina Stuarta – głównego bohatera. Książka spisana jego ręką podczas odsiadywania dziesięcioletniego wyroku za zabójstwo, stała się tekstem przełomowym dla całego uniwersum. Oto mężczyzna przebywający w zamknięciu stał się ofiarą współwięźnia, który omal nie doprowadza go na skraj śmierci. Sytuacja, w której się znalazł prowokuje go do żarliwej modlitwy. Nie, wcale nie do Boga, Jahwe, Allacha czy Buddy. Jego wybór pada na stworzonego pod wpływem imaginacji Władcy Samotności. On to staje się odbiorcą błagań kreowanych według własnego modłostylu, modłów, mających zagwarantować osiągnięcie powziętego celu. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to nic dziwnego, wszak od pokoleń ludzie wymyślali bogów na własne potrzeby, nadając im sobie tylko znane przymioty i wizerunki. W przypadku Wardina jednak, wszystko zaczyna układać się pomyślnie, a prośby zostają wysłuchane. Mało tego, w życiu bohatera pojawia się mężczyzna bliźniaczo podobny do jego wyobrażeń o Władcy Samotności.
Opowieść ta, to tak naprawdę tekst na temat mechanizmów manipulacji, sposobów władania nad masami, próba zrozumienia sposobów funkcjonowania ogólnych zachowań społecznych. Stuart stale walczy o uznanie wyższości jego modłostylu nad innymi, wikłając się w mechanizmy władzy. Jego dążność do zaspokojenia własnych pragnień wszelkimi możliwymi kosztami jest porażająca. Wizja życia przedstawiona w tej historii niebezpiecznie przypomina znane nam światy, czyniąc opowieść tę niezwykle popularną i uznaną przez krytykę.

Mikropowieść druga, to Luizjański blues. W niej to, znajdziemy się wraz z bohaterami w miejscowości Grail. Jack Mustain przybywa tutaj w przededniu nocy świętojańskiej, by świętować ją w tradycyjny, choć w naszej percepcji dość niecodzienny sposób. Zanim jednak dojdzie do celebracji tego wyjątkowego dnia, obchodzonego od wielu lat, rzuceni zostajemy w wir innych wydarzeń. Przez nami stają między innymi Viola – kobieta opętana przez Marsha, a także funkcjonariusze miejscowej policji, dalecy od wizerunku praworządnych przedstawicieli władzy. Tacy bohaterowie możliwi są jedynie w przestrzeniach mrocznych i spowitych tajemnicami. Tak też jest w Grail – ta na pozór niewinna mieścina, to epicentrum mrocznych historii, skażone nieszczęśliwymi zakończeniami. Wraz z bohaterami, staniemy się współuczestnikami wydarzeń trzech dni, nie wyłączając najważniejszego – Nocy Świętojańskiej, wraz z całym jej sekretnym zapleczem. Ciekawa to historia i bardzo wciągająca.

Viator, to tekst zamykający tę publikację, wisienka na torcie, crême de la crême, doskonałe zwieńczenie. W tej opowieści spotykamy grupę Skandynawów, wywodzących się ze społecznego marginesu, niesieni zawsze pod prąd, okaleczeni przez niepowodzenia. Do nich to pewnego dnia, uśmiecha się na krótką chwilę los. Cała piątka dostaje pracę na wraku Viatora, który lata temu osiadł na mieliźnie, nadając się jedynie do rozbiórki. Bohaterowie mieli zająć się demontażem, szybko jednak okazuje się, że oficjalny cel przedstawiony przez ich szefa różni się od realnego. Viator skrywa w sobie więcej tajemnic niż można by przypuszczać. Osoby znajdujące się na jego pokładzie bardzo szybko zaczynają zmieniać swoje zachowanie, co może sugerować opętanie frachtowca przez demony. Jak jest naprawdę dowiedzą się jedynie ci, którzy zdecydują się wyruszyć w głąb mrocznych tajemnic, skrywanych od lat. Doskonała lektura, rewelacyjne studium szaleństwa. Umieszczenie tego tekstu na końcu książki, było posunięciem perfekcyjnym. Dzięki temu, czytelnik pozostawia książkę z wrażeniem bycia skołowanym, nie od razu powraca do rzeczywistości, której granice zaczynają się zacierać. Świetna historia!

Charakterystyczną cechą stylu Sheparda jest pociąg do wulgaryzmów i erotyzmu, co jednak nadaje jego książce niepowtarzalny klimat. Autor posiada niesłychany zmysł obserwacji, rewelacyjnie włada piórem, czyniąc swych bohaterów i cały świat przedstawiony, przestrzenią godną zapamiętania. W jego tekstach fikcja nakłada się na rzeczywistość, doskonale wyważając proporcje i nie stając się nachalnym peanem na cześć tworów sci-fi.

Gorąco polecam!

czwartek, 17 października 2013

Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte


Tytuł: Wichrowe Wzgórza
Autor: Emily Bronte
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9788324020768
Ilość stron: 368
Cena: 32,90 zł

Wichrowe Wzgórza, to jedna z tych książek, do których lubię wracać i robię to często.
Zwłaszcza jesienną porą, wieczorami, gdy wręcz czuje się chłód wiatru wiejącego od wrzosowisk opisywanych przez Emily Bronte.

Nie ma tutaj duchów, nie ma zjaw, a jednak odczuwa się to przenikliwe zimno, ulatujące z kart książki, gdy opisywane są ludzka samotność i nieszczęście.
Bohaterami swojej powieści uczyniła Bronte Cathy i Heathcliffa – dwójkę ludzi, którym nie dane jest cieszyć się pięknem miłości, lecz jedynie jej mroczną stroną, niosącą ból i rozrywające cierpienie. Spędzający ze sobą czas od dzieciństwa, odnajdują w sobie pokłady rodzącego się uczucia, skazanego jednak na porażkę w oczach rodziny Catherine – po śmierci ojca, ostatnie słowo należy bowiem do jej brata, który od początku nie akceptował obecności Heathcliffa, przyjętego przez ich ojca pod opiekę. Upokarzany i poniżany, w nikim nie znajduje oparcia, bowiem jego ukochana nie znajduje w sobie dość siły, by sprzeciwić się porywczemu bratu.
Kobieta mając za nic porywy serca i próbując oszukać sama siebie, decyduje się na zawarcie związku małżeńskiego z mężczyzną, którego wybrał dla niej rozsądek.
Heathcliff czując się ostatecznie upokorzony za nic ma jej wybór, nie zamierza bowiem rezygnować z intensywnego uczucia, którego oboje nie mogą się wyprzeć. Zapala się w nim żądza zemsty, która ostatecznie staje się największym i jedynym celem jego życia.
Rozpaczliwa miłość dwojga młodych ludzi nie zaznaje ukojenia, nie dane jej jest się spełnić.

Niezwykły klimat, bogactwo języka, narracja rozpalająca wyobraźnię.
Choć często stosuje się to trywialne sformułowanie, to Wichrowe Wzgórza naprawdę są opowieścią, którą powinno się czytać jedynie o zmierzchu, pod kocem i przy kominku.
Sięgając do tej książki, każdorazowo mam wrażenie przeniesienia się w czasie. Sugestywna narracja sprawia, że wielokrotnie miałam już ochotę wyjrzeć przez okno, z nadzieją, że ujrzę za nimi nie śląski krajobraz, lecz wrzosowiska, wśród których świszczy wiatr i pomiędzy którymi przechadza się żądny zemsty Heathcliff.
Po latach mijających od mojej pierwszej lektury, nieco inaczej odbieram tę książkę, znajduję w niej inne interesujące mnie elementy, a jednocześnie wciąż jestem tak samo oczarowana nieporównywalnym do niczego innego klimatem, który moim zdaniem doskonale oddaje piosenka Kate Bush, stworzona na potrzeby jednej z ekranizacji. Nie znam drugiej tak nastrojowej powieści, pulsującej podskórnym rytmem.
Bronte posiadła nieprzeciętną biegłość w posługiwaniu się słowami, a kolejne zdania wychodzące spod jej pióra czyta się łapczywie i z narastającym pragnieniem.
Zawsze, czytając tę powieść miałam wrażenie życia we śnie -  autorka w jakiś niepojęty dla mnie sposób uchwyciła klimat pełen intensywności doznań, wcale niepozytywnych. Mroczna jest to książka, przejmująca bólem, niewypowiedzianym cierpieniem i niezrozumieniem, ale to właśnie te elementy stanowią o jej wdzięku. To powieść, która oddycha, która nie przemija i wciąż niezmiennie tętni życiem. Często tęsknię do bogatego słownictwa, wyjątkowego stylu i wspaniałej atmosfery jaką można spotkać tylko w klasyce – u Bronte znajdziemy wszystkie te elementy, bez potrzeby sięgania po kilka książek, by doszukiwać się w nich namiastek.