Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog z recenzjami książek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog z recenzjami książek. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lipca 2018

Po prostu lagom - Goran Everdahl



Było hygge, ikigai, czas na lagom. 


Moda na słowa trwa w najlepsze, każdy kraj chce mieć swoje słowo, któremu poświęcona zostanie seria książek, a które odda istotę danej narodowości.

Dla Szwedów słowem określającym ich styl życia jest lagom, czyli w wolnym tłumaczeniu w sam raz.  

Goran Everdahl postanawia się mu przyjrzeć i przybliżyć czytelnikowi jego sedno, sięgając do historii, mających przyjść z wyjaśnieniem. Jak to się stało, że Szwedzi tak bardzo cenią sobie życie z umiarem? Autor ukazuje to, biorąc pod uwagę różne aspekty życia. W każdym z nich dla porównania prezentuje także, czym dla Szwedów jest "za dużo" i "za mało".  Jego rozważania wzmocnione są ilustracjami, dzięki którym przez książkę się właściwie płynie. Dzięki książce dowiecie się, jak podróżować lagom, jak ubierać się lagom, jak dbać o środowisko lagom, jaki design jest lagom  i inne.

Bardzo ładnie wydana, utrzymana w duchu publikacji podejmujących podobną tematykę, dzięki czemu łatwo może zostać zidentyfikowana przez potencjalnego czytelnika. Jest przejrzysta, czytelna, dominuje w niej obraz, co sprawia, że przykuwa uwagę. Istotna jest także jej poręczność - jest lagom do torebki:)

Jeśli interesuje Was ta tematyka - sięgnijcie. Nie oczekujcie jednak, że dowiecie się czegoś dotąd nieujawnionego.


wtorek, 2 stycznia 2018

Człowiek, który widział więcej - Eric-Emmanuel Schmitt


Człowiek, który widział więcej Erica-Emmanuela Schmitta to powieść wyjątkowa, bo swoiście autotematyczna.

Jednym z bohaterów, znacząco wpływających na całość jest bowiem nie kto inny, jak sam autor. On to, jako jeden z najpopularniejszych i wpływowych postaci ma pomóc głównemu bohaterowi w odkryciu istoty Boga i pochodzenia zła.

Augustin znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Wyrzucony na ulicę po starciu z szefem gazety, w której odbywa staż, tradycyjnie zaczął on spacerować po znanych sobie zakamarkach, będących dla niego jedynym domem. Obserwując pewnego mężczyznę, nad którym unosiła się inna, maleńka postać w dżalabii, widoczna tylko dla niego, staje się niechcianym świadkiem zamachu terrorystycznego zradykalizowanego islamisty, wysadzającego się w imię Allaha.

Jako że bohater z owego zajścia jako jeden z nielicznych wychodzi cało, jego zeznania obejmujące opis podejrzanego towarzyszącego zamachowcy są mętne, a on sam dziwnym zbiegiem okoliczności wchodzi w posiadanie komputera zamachowcy i poznaje jego brata, co rejestrują miejskie kamery, staje się on oskarżony o współudział. Nie może nikomu wyznać, że widzi zmarłych, bowiem wówczas z podejrzanego stałby się osobą uznaną za niepoczytalną, a to wydaje mu się jeszcze gorsze. Jako że przed aresztowaniem wyjadał on resztki ze śmietnika, nie mając grosza przy duszy, teraz sytuacja w jakiej się znalazł, jawi mu się jako bardzo komfortowa. I skłaniająca do refleksji.

Bycie świadkiem zamachu rodzi w Augustinie szereg pytań oscylujących wokół głównego: unde malum?  Bohater zastanawia się, jak to możliwe, że ludzie, którzy pragną miłości i dobra, w  ich imię robią rzeczy szerzące nienawiść i zło. Rozmyśla nad tym, skąd w człowieku tyle skłonności do popełniania zbrodni, często (o zgrozo!) z  imieniem Boga na ustach. Czy to człowiek czyni zło, podpisując się Bożą inspiracją; czy też sam Bóg wykorzystuje człowieka, by siać zło, będące jego szerszym zamysłem?

Chcąc zrozumieć czym kierował się zamachowiec, Augustin wnika w  jego środowisko i sposób myślenia. Co więcej, zrozumienie przychodzi do niego od samego źródła – ma on bowiem wyjątkową okazję przeprowadzić wywiad z Bogiem.

Nie sposób przeoczyć nad wyraz czytelnej aluzji Schmitta do obecnej sytuacji społeczno-politycznej oraz religijnej w świecie. Autor nie daje nam jednak gotowych odpowiedzi. Daleki jest od jednoznacznych ocen i sądów. Pokazuje świat takim, jakim jest, z  punktu widzenia Boga, któremu oddaje głos, a także z  perspektywy postaci znajdujących się na różnych życiowych etapach, wyznających odmienne religie, jak również o innych statusach materialnych. 
 
To co miało być punktem wyjścia do głębokiej refleksji, faktycznie nim jest. Rozczarowujące było jednak dla mnie to, że bohater wiele kwestii potraktował naskórkowo. Uczynione to zostało po to, by czytelnikowi nie narzucać zdania, jednak przyzwyczajona byłam dotąd do dość jednoznacznych stanowisk autora i jego postaci, których tutaj zabrakło, co z  kolei pozostawiło mnie z uczuciem żalu i niedosytu.

Książka ta podejmuje niezwykle ważny i drażliwy temat, potraktowany jednak w pewnym momencie (z całkiem zrozumiałych pobudek) asekurancko, co nijak nie pasuje mi do Schmitta jakiego znam i pamiętam. Przeczytajcie, oceńcie. Jak dla mnie całość jest zbyt mocno osadzona we współczesności, za mało filozoficzna, zbyt upolityczniona i właściwie pozostawiająca bez odpowiedzi i nadziei na nią. 

Odkrywa w niej za to autor wiele kart na swój temat, odpowiadając na zadawane mu co pytania i wyrzucając z siebie sporo sarkastycznych i pełnych żółci zdań. Robiąc to na kartach literatury, prawdopodobnie doznał pewnego rodzaju katharsis, nie podpadając tym samym dziennikarzom. Jest zatem Człowiek, który widział więcej nie tylko świadectwem kondycji człowieka i współczesnego świata zogniskowanego wokół terroryzmu, ale również swoistym wyznaniem autora zmęczonego niektórymi pytaniami od lat zadawanymi mu przez media.


Inne związane ze Schmittem na blogu:


sobota, 29 lipca 2017

Nic nie mów - Naomi Ragen



Daniella to młoda Amerykanka pochodząca z zamożnej, żydowskiej rodziny. Lata jej młodości to czas prób w zadowalaniu niezwykle wymagającej matki – by zdobyć jej uznanie, zdecydowała się na studia medyczne, mimo że ani nie czuła się na siłach brać odpowiedzialności za ludzkie życie, ani niespecjalnie radziła sobie z trudnymi przedmiotami i presją kierunku. Pragnieniem jej serca był wyjazd do Izraela, by tam poświęcać się rodzinie innej niż ta, w której się wychowała – bez wygórowanych oczekiwań, bez posad na pokaz, bez patrzenia na innych przez pryzmat zasobności ich portfela, lecz z miłością i wyrozumiałością, płynącymi z przepełnionego wiarą serca.

Kluczem do realizacji jej marzenia było spotkanie Shlomiego Goodmana – mężczyzny wrażliwego, wiernego wyznawcę judaizmu, sumiennie zgłębiającego Torę lekkoducha. Młodzi pobrali się, gdy Danielle miała 19 lat i bardzo szybko obdarowani zostali przez Boga potomstwem. Jednym, później kolejnym… W pewnym momencie postanowili oni pójść za głosem serca i wyjechać do Izraela. Podróż ta była początkiem końca nie tylko ich miłości, ale przede wszystkim szczęśliwego życia. Choć ich trudna sytuacja rozwijała się latami, jej kolebką był właśnie ów wyjazd. W Izraelu bowiem czekało na nich znacznie więcej niebezpieczeństw, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Odgrodzeni od rodziny, pozbawieni pracy zarobkowej, co rusz obdarowywanymi przez Boga nowym potomstwem, skazani byli na życie w ubóstwie, a później na utrzymywanie się z rolnictwa nieopodal Strefy Gazy. To jednak wciąż były czasy szczęśliwe.

Tragedia nadeszła później, gdy po wielu latach dwu synów Danielli wylądowało w szpitalu – jeden w śpiączce i z bardzo ciężkimi obrażeniami głowy po pobiciu, drugi zaś niemiłosiernie poparzony, kwalifikujący się do wielu przeszczepów skóry. Nad rodziną zbierają się ciemne chmury, gdy po upartym i wielokrotnie powtarzanym przy łóżku syna Nic nie mów, nic nie mów, nic nie mów… wezwana zostaje policja. Ta zaś, pod okiem Biny Cedek, dowiedzieć się będzie musiała, co sprawiło, że tak miłe i rezolutne dzieci, wychowane – co było widoczne – z  wielkim sercem, dosięgnęła taka tragedia, o której źródle nikt nie chce mówić. Tymczasowo w stan oskarżenia postawiona zostaje matka, jednak szybko okazuje się, że była ona jedynie trybikiem w znacznie większej sprawie. Sprawie, która prowadzić będzie do sekty, której członkami nieświadomie stała się cała rodzina Goodmanów.

Naomi Regen, izraelska pisarska amerykańskiego pochodzenia, realizując swój projekt literacki podjęła się zadania karkołomnego. Jak bowiem pisać o tym, co inspirowane wydarzeniami prawdziwymi i nie popaść w faktograficzną obojętność i suchość przekazu? Jak ubrać w słowa to, co trudne i nienazwane, jak przelać na papier całą paletę emocji – zarówno dziecięcych, rodzicielskich, jak i tych, które towarzyszyły śledczym oraz katom? Przy tym wszystkim trzeba niezwykłej delikatności, tym większej, że rzecz dotyczy strefy religii i – po nieodpowiednim doborze słów – może zostać opacznie zrozumiana.

Autorce udało się zarysować świat rodziny omotanej przez sekciarskiego przywódcę, odcinającą się od najbliższych, gotową spełnić każdą wolę swego guru i robiącą to bez względu na konsekwencje. Jest to świadectwo przerażającej podległości, niepojętego zbałamucenia, które przydarzyło się inteligentnym ludziom z otwartymi sercami i nieco zagubionymi w życiu, szukającymi oparcia. Porażające i szalenie niewygodne.


Mimo że książka dotyka materii niezwykle trudnej i delikatnej, nie robi aż takiego wrażenia, jak mogłaby i powinna, przez wzgląd na moc tematu, tym bardziej, że inspirowana była prawdziwymi wydarzeniami. Z dużym prawdopodobieństwem siły zabrakło w  języku, nie zaś w braku czytelniczej wrażliwości – coś po drodze sprawiło, że – abstrahując od tematyki – na polu realizacji mogę ocenić ją jedynie jako „dobrą”, nie zaś, jak chciałabym – „bardzo dobrą”.  Warto jednak czytać, warto zgłębiać mechanizmy działania sekt, warto uwrażliwiać, wskazywać na sposób ich działania i budzić uśpioną czujność. Kto wie, jaka wiedza przyda nam się w życiu i jak uda nam się ją wykorzystać, reagując, póki będzie jeszcze na to czas.


Inne książki w serii Kobiety To Czytają: 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Wielki marynarz - Catherine Poulain




(...) –  Pewnie też dlatego, że chciałam walczyć o coś potężnego i pięknego –  ciągnę, śledząc lot ptaka.  Zaryzykować, że stracę życie, ale najpierw je znaleźć... Poza tym marzyłam o tym, żeby dotrzeć na koniec świata, znaleźć granicę, gdzie wszytko się kończy.

Wielki marynarz reklamowany jest jako męska książka dla kobiet.

Męska, bo o sprawach mężczyzn rozprawiająca (połowy ryb, krabów, walka o przeżycie na statku rybackim, zwulgaryzowany świat, pełen przemocy i braku litości); kobieca, bo jedną z bohaterek wrzuconych w sam środek świata rządzonego testosteronem czyniąca Lili.

Życie autorki, Catherine Poulain, tak jak jej dłonie, znaczone jest bruzdami i śladami ciężkiej, fizycznej pracy. Zarabiała ona nie tylko w wytwórni konserw rybnych czy przy zbiorze i produkcji syropu klonowego, ale także przez 10 lat (zanim zainteresował się nią urząd imigracyjny) stacjonowała na kutrach rybackich.

Doświadczenia tamtych lat stały się dla niej nieocenionym źródłem inspiracji oraz wiedzy niezbędnej do napisania Wielkiego marynarza, quasi-autobiograficznej historii kobiety, która zamiast domowych pieleszy wybrała życie na otwartym morzu, walkę o każdy kolejny dzień, o szacunek, i hart ducha, zdobywany między okrzykami i docinkami samotnych i szorstkich mężczyzn a zimnem przeszywającym do szpiku kości oraz bólem kolejnych ran będących wynikiem ciężkiej pracy. Jej marzeniem jest dotarcie do Point Barrow, odpoczynek na klifie stanowiącym koniec świata, opuszczenie nóg nad tą granicą wyobraźni i odetchnięcie pełną piersią w miejscu, do którego nikt nie chciał jej dopuścić.

Na drodze do spełnienia jej marzeń staje jednak ktoś niespodziewany, mężczyzna, wielki marynarz, szlak za którym wiedzie nie do Point Barrow, lecz na Hawaje.

Odnoszę wrażenie, że książka ta jest mocno podzielona – przez pierwszą część brnie się z mozołem, ślamazarnie, niespiesznie, ma się wrażenie, że powieść zmierza donikąd, trudno wyczuć ostateczny zamysł autorski. Za połową jednak dochodzi do przełomu, całość nabiera delikatnego rozpędu, dojrzewa, tak jak bohaterka, wszelkie refleksje towarzyszące wcześniejszej lekturze znajdują punkt odniesienia, nabierają mocy i ostatecznie zostawiają czytelnika z wrażeniami dobrej lektury, choć nie tak porywającej, jak sugerowałby opis.

Dostajemy opowieść o kobiecej sile, zawziętości, determinacji, odwadze i niestrudzonej walce. Zostajemy wpuszczeni w świat dyskryminacji płciowej (objawiającej się tak w zachowaniu, jak w stawkach za podjętą pracę), gdzie charakterna i zadziorna kobieta potrafi się odnaleźć, jeśli tylko odnajdzie w sobie niezłomność, którą wciąż trzeba trenować i poddawać próbom.

Książka aż prosi się o to, by czytać ją nad morzem, by zabrać ją na urlop i tam przy szumie morza i unoszącym się w powietrzu zapachu świeżo złowionych ryb oddawać się lekturze. Wówczas z całą pewnością doznania lekturowe będą zwielokrotnione, a sama historia zapamiętana na dłużej, dzięki synestezyjnym doznaniom.



środa, 5 lipca 2017

Czarny manuskrypt - Krzysztof Bochus



Marienburg, Marienwader (dzisiejsze Malbork i Kwidzyn) lata trzydzieste.

Okolicą wstrząsają brutalne zbrodnie dokonane na księżach stacjonujących w jednej z parafii. Podczas śledztwa na jaw wychodzą niechciane tajemnice, głęboko skrywane grzeszki i relacje, które miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Homoerotyzm, nocne schadzki z paniami do towarzystwa, skandaliczne romanse. To, co początkowo wydaje się oczyszczeniem parafii z księżowskiej grzeszności, szybko okazuje się jedynie przykrywką dla sprawy znacznie wyższej rangą. Oto na niemieckim Pomorzu stacjonuje bractwo, pragnące odbudować wielką Rzeszę i dokładające wszelkich starań, by ich działania pozostawały w ukryciu. Malbork ma znów być potęgą, siedzibą nacjonalistów, fanatyków i wszystkich tych, którzy zdolni będą poświęcić własne życie, by ocalić jego chwałę.

Krzysztof Bochus przenosząc nas w mroczne czasy i osnute mgłą historii krzyżackie zamki, tworzy kryminał noir, który czyta się niezwykle sprawnie. Wykreowany przez niego radca kryminalny Christian Abell, jako że nie jest postacią krystaliczną, dodaje lektury smaczku. Jego pościg za wyrachowanym mordercą i niechęć do przyjmowania wygodnych, acz niekoniecznie zgodnych z prawdą teorii swoich przełożonych sprawia, że stanie się on persona non grata, kolejną potencjalną ofiarą, która zbyt intensywnie wtyka nos w nie swoje sprawy i znajduje się zbyt blisko odkrycia najgłębszej tajemnicy miasta i jego mieszkańców.

Językowo powieści nie można niczego zarzucić. Autorowi udało się zarysować świat mroczny, mglisty, spowity aurą tajemnicy, zza mgieł wyrzucający kolejne teorie, spiski, ofiary. Wyobraźcie sobie stary krzyżacki zamek w ciemną listopadową noc. Takie skojarzenia rodzą się podczas lektury i taki nastrój towarzyszy prowadzonemu śledztwu. Jest ślisko, niebezpiecznie, mrocznie, a historia ściga teraźniejszość niestrudzenie, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Jeżeli chcecie przeczytać dobry kryminał, a przy tym odpocząć od skwaru i skryć się w murach wiekowego zamku, rozwiązując niełatwą zagadkę – Czarny manuskrypt czeka.



piątek, 19 maja 2017

Na wodach Północy - Ian McGuire



Na Wodach Północy to powieść męska, zwulgaryzowana i mięsista.

Opowiada o hermetycznym środowisku wielorybników, gdzie przeszłość jednocześnie ani nie ma znaczenia, ani nie może być zapomniana – w odpowiedniej chwili zostać może bowiem wykorzystana. Wiedza to najcenniejsze co posiadają członkowie okrętowej załogi, a zemsta jest tutaj cierpliwa.

W roku 1859 na pewien okręt zaciąga się Patrick Sumner, medyk ze zszarganą reputacją, pragnący zapomnieć o przeszłości i jako lekarz okrętowy uciec od tego, co minione, a co wiąże się z głośnym skandalem. Na tym samym statku nieopatrznie przebywa brutalny morderca – prawdopodobnie sodomita i niezwykle mściwy człowiek, zdolny zamknąć usta każdemu, kto zdecyduje się świadczyć przeciwko niemu. Jego tożsamość jest nieznana, jednak czujne oko Sumnera zauważa drobne szczegóły, które innym zdają się umykać. Gdy odnalezione zostają zwłoki młodego chłopaka, którego lekarz wcześniej badał, postanawia on przyjąć rolę samozwańczego detektywa. Niestety, jego decyzja dociekania prawdy wiązać będzie się z czymś daleko gorszym od tego, co widział do tej pory. Szukając mordercy, Sumner odkrywa prawdziwy cel wyprawy, w którą się udał. Jego wiedza komuś będzie bardzo nie w smak.

Osadzona z daleka od bezpiecznego lądu historia, to prawdziwie soczysty kąsek dla tych, którzy szukają powieści niewolnej od mało subtelnego języka – dosadnego, czasem skatologicznego, naturalistycznego i wyjątkowo brutalnego.

Ian McGuire swej prozy nie uładza. Od początku jest ona odpychająca – ani mnogość wulgaryzmów, ani towarzystwo bohaterów wątpliwego pochodzenia i sławy tego nie ułatwia, a ulokowanie akcji na dalekiej Północy, w ekstremalnych warunkach, jedynie owo pragnienie zarzucenia lektury potęgują. Jednocześnie nie sposób tego zrobić, bowiem McGuire opowiada tak, że mimo odrzucenia, chce się brnąć dalej – bez względu na chłód, brud i fetor, który wręcz unosi się nad kolejnymi stronicami. Opisy męskich rozmów dotyczących ich fizjologii czy też dalekie od jakiegokolwiek poczucia przyzwoitości czy smaku dominują w książce, ukazując prymitywne oblicza głównych bohaterów, a w czytelniku wzbudzając jedynie niesmak.

Brak u McGuire’a jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, w jaki mógłby wyposażyć bohaterów – zdaje się, że jedynie Sumner, mimo wątpliwej przeszłości, posiada coś na kształt sumienia i dopóki nie musi – do brutalności się nie odwołuje. Inni zaś przeciwnie – mordują,  zachowują się plugawie i za nic mają ludzkie odruchy. Powieść jawi się jako niezwykle przytłaczająca, posępna, mglista i mroczna. Nie ma w niej miejsca na jakiekolwiek dobro, zdaje się, że nad bohaterami wciąż unoszą się czarne chmury, czyniące ich czoła marsowymi. Z całą pewnością nie jest to lektura zdolna poprawić humor, próżno szukać w niej lekkiej rozrywki.

Bardzo gorzka w wymowie i przygnębiająca, będąca jednocześnie studium człowieczej natury.




wtorek, 9 maja 2017

Czy wojna jest dla kobiet? [Słowik - Kristin Hannah]




Słowik od wielu miesięcy figuruje jako bestseller – mimo że od premiery minęło sporo czasu mierzonego prawami rynkowymi, książka cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem.

Zasadne wydaje się w jej przypadku postawienie pytania o to, co sprawia, że tekst poświęcony II wojnie światowej, tematyce wszak wielokrotnie opracowanej i przepracowanej, zrzesza sobie tak wielkie grono czytelników. Czy jest to pokazanie jej oczami kobiet – jednostek słabszych, delikatniejszych, odsuwanych podczas walk (z niewielkimi wyjątkami) na dalszy plan? Czy jest to może świeże spojrzenie na to, co wojna czyni z człowiekiem i jego psychiką? Czy wreszcie jest to próba zarysowania najeźdźców jako takich samych ludzi jak mieszkańcy okupowanych krajów – słabych, lękających się o własne życie, stąd wykonujących rozkazy wyższych rangą?

(...)

Słowik – Isabelle Rossignol – to młoda, niezwykle atrakcyjna kobieta, która w obliczu wojny nie mogła i nie chciała pozostać bierna. Mimo oporów ze strony rodziny i ustawicznych prób przekonania jej, że obowiązkiem kobiety jest cierpliwie czekać, i że jej chęć niesienia pomocy nikomu nie pomoże, a może wręcz zaszkodzić, postanowiła włączyć się do ruchu oporu. W tajemnicy przed wszystkimi najpierw roznosiła propagandowe ulotki, później zaś podjęła się działań o wiele bardziej niebezpiecznych – przerzucania rannych lotników przez Pireneje. Dzięki jej kanałowi przerzutowemu, udało się ocalić stu siedemnastu pilotów.

(...)

W tym samym czasie siostra Isabelle, Vianne, z którą łączyły ją trudne relacje, zmuszona była osiedlić w swoim domu dwu oficerów niemieckich – pierwszy, wbrew opiniom innych, pomagał jej, jak tylko mógł. Ten jednak, który osiadł w jej domu po śmierci poprzednika, był przedstawicielem wszystkiego tego, co w najeźdźcy najgorsze – brutalności, bezwzględności, obsesyjnej kontroli. To za jego plecami kobieta ratuje życie żydowskim dzieciom, dla których podrabia dokumenty. Niebezpieczeństwo na jakie naraża siebie i swoją rodzinę nie jest jednak jej jedyną ofiarą – mieszkając u boku wroga, narażona jest ona na znacznie gorsze formy zapłaty za życie swoich najbliższych.

(...)

Autorka przedstawia codzienne życie w okupowanej Francji – pokazuje dylematy przed jakimi stały kobiety oraz tragiczne wydarzenia, które stały się ich udziałem – gwałty, poniżanie, głód, konieczność donoszenia na znajomych, by chronić własne życie i wiele innych traumatycznych doświadczeń. Nie jest jednak powieść Hannah pesymistyczna – pomiędzy dramatem wojny tli się bowiem miłość – rodzicielska, ojcowska, siostrzana, damsko-męska – i to ona napędza do działania, ona daje nadzieję i zmusza, by żyć.

(...)

Polecam – jako rewizję czasów wojny i poznanie wizerunku silnych kobiet biorących w niej udział; jako świadectwo pamięci i jako odświeżanie tego, co odległe, by uchronić przyszłość od podobnych błędów.

Szczególnie przypadnie do gustu kobietom – wszak to ich determinację podkreśla.


Czytaj całość:


czwartek, 4 maja 2017

Rzecz o ptakach - Noah Strycker





Dlaczego czytasz tę książkę? Mógłbyś powiedzieć: „Żeby się dowiedzieć czegoś o ptakach”, albo „dla rozrywki”, ale prawdopodobnie to nie jedyne powody. Czytanie zdaje się zaspokajać powszechne ludzkie pragnienie [1].

Publikacje poświęcone naturze święcą triumfy. Póki co – całkowicie zasłużenie. Inspirowanie człowieka XXI wieku – człowieka zagonionego, wpatrzonego w migoczące ekrany smartfonów, telewizorów, tabletów i laptopów – do poznawania i przyglądania się temu co nas otacza, jest misją chwalebną.

Oderwanie go na moment od pędu współczesności i zwrócenie jego wzroku ku zwierzętom i roślinom stanowi nie lada wyzwanie, mogące znacząco wpłynąć na stosunek współczesnych do otaczającego ich świata fauny i flory.

Rzecz o ptakach wpisuje się w serię publikacji mających przybliżyć człowiekowi świat zwierząt i wskazać, jak wiele cech wspólnych posiada on z tymi, których rzadko widzi, a którzy przemierzają setki, a nieraz tysiące kilometrów szlakiem powietrznym.

Albatrosy, gołębie, sowy śnieżne, pingwiny, szpaki, papugi a nawet kury posiadają szereg specyficznych zachowań, wyróżniających ich na tle pozostałych gatunków oraz przybliżających do człowieka (jak na przykład fastfoodowa kultura czy też sposób łączenia się w pary, a także hierarchiczność oraz zamiłowanie do muzyki). Czytanie o nich, jest doświadczeniem niezwykłym, bowiem nienawykli do pogłębiania wiedzy o tych ptakach, których widzimy na co dzień, mamy w końcu szansę zobaczyć je z zupełnie nowej perspektywy – jako żyjące zasadami, uporządkowane istoty o ściśle określonym życiowym celu.

Jedne gatunki, o których wiedzą miałam w głowie uporządkowaną już wcześniej są gołębie (ze względu na rodzinną tradycję praktykowania lotów sportowych) oraz kury i papugi, z którymi styczność mam w najbliższym otoczeniu. Cała reszta była dla mnie nowością i wielką inspiracją do dalszego zgłębiania tematu.

Książka ta jest połączeniem ornitologicznych odkryć i fachowej wiedzy z przejrzystym, przykuwającym uwagę językiem skrzącym się od anegdotek i odniesień do filmików na YouTube czy literatury popularnej (m.in. Harry Potter, Władca Pierścieni). Posiłkując się metaforyką opisywanego świata, można powiedzieć, że Strycker doskonale zarzuca wędkę i łowi czytelnika – a ten raz złapany, nie będzie nawet myślał o tym, by się wydostać, zanim nie doczyta do końca.

Jedynym mankamentem, który wypunktowałam już podczas wstępnego wertowana książki, jest brak fotografii. Mimo że każdy rozdział otwierają świetne grafiki prezentujące opisywany gatunek, całość aż prosi się o dopełnienie, które (sic!) odnajdujemy w smartfonach, na których to co rusz wyświetlamy sobie kolejne ptaki w pełnej krasie.

Sięganie po telefon może rozpraszać i utrudniać lekturę, jednak Strycker pisze na tyle zajmująco, że będą to jedynie chwile utraty pełnej uwagi.

Polecam serdecznie – szczególnie tym, którzy pałają niechęcią do gołębi. Może dzięki tej pozycji spojrzycie na nie życzliwiej?:)


Zerknijcie na zjawiskowe "murmuration":



[1] Rzecz o ptakach, Noah Strycker, Warszawa 2017, s. 14.

środa, 8 marca 2017

O ziołach i zwierzętach - Simona Kossak



O ziołach i zwierzętach Simony Kossak to przedruk wydanej w latach 90-tych książki o tym samym tytule. Jego autorka od kilku lat cieszy się renesansem popularności. Z wykształcenia była ona biologiem, zaś z zamiłowania leśnikiem. Wiele lat swojego życia spędziła w Puszczy Białowieskiej skąd obserwowała fascynujący świat roślin i zwierząt.

Stanowi ona prawdziwą perełkę dla osób żywo interesujących się otaczającym nas światem przyrody. Uwrażliwia na troskę o zwierzęta, pokazuje jak bogaty jest świat fauny i flory oraz jak wiele korzyści niósłby on człowiekowi, jeśli ten jedynie chciałby z niego czerpać.

Skarbnica wiedzy, wzbogacona rycinami ilustrującymi to, o czym rozprawia autorka. Najwspanialsze jest to, że ten jej ni to zielnik, ni to księga zwierząt, okraszony jest niezwykłym humorem i czułością z jaką jego autorka wypowiada się o sprawach, które omawia. Z jej wypowiedzi wyziera troska o każde najmniejsze stworzenie oraz roślinę, szczególna forma bliskości i zachęty do odkrywania tego, co nas otacza, póki jeszcze nas otacza. 

Niezwykle wartościowa, a przy tym arcyciekawa pozycja. Dla mnie, miłośnika zwierząt, ciekawszymi fragmentami były te poświęcone światowi fauny, jednakże niektóre ustępy dotyczące flory (jak na przykład wyimek dotyczący cykuty) sprowokowały mnie do dalszych poszukiwań celem wyjaśnienia wątpliwości i lektur nadprogramowych, niesamowicie poszerzających horyzonty. To zaś jest zdecydowaną wartością naddaną publikacji.

Winniczki, trzmiele, sikorki, rusałki – jakże wiele można się dowiedzieć o tych pozornie znanych na wylot istotach! Kossak otwiera przed nami fascynujący świat przyrody, ukazując jak mało o nim wiemy i jak wiele pozostało nam jeszcze do odkrycia.


Doskonała pozycja, którą jestem oczarowana.

wtorek, 24 stycznia 2017

Oryks i Derkacz - Margaret Atwood


Oryks i Derkacz to książka otwierająca cykl MaddAddam postapokaliptyczną wizję świata objętego katastrofalnymi w skutkach zmianami klimatycznymi oraz zgubnym działaniem człowieka ukierunkowanym na głębokie genetyczne modyfikacje gatunków.

Atwood pochyla się nad ryzykownymi działaniami człowieka uzurpującego sobie prawo do kreacji i ingerowania w doskonałą naturę. Jego celem jest nie tylko mieszanie gatunków, ale także całkowite wyeliminowanie chorób oraz stałe tworzenie nowych – tak, by farmaceutyczny biznes mógł kwitnąć, ale by ludzie nie mogli mieć pretensji o brak postępów w medycynie. Paranoja bycia nowym bogiem zawładnęła bohaterami Oryksa i Derkacza, ściągając na nich zagładę w postaci zabójczej zarazy.

W wyniku jej rozprzestrzeniania się, na świecie pozostał tylko jeden człowiek – Yeti, z którego perspektywy możemy poznać zarówno to, co minione i co doprowadziło do globalnej katastrofy.

Poza retrospekcjami i wspomnieniami o jego ukochanej – Oryks, i jego przyjacielu – Derkaczu, jesteśmy świadkami jego prób przetrwania w nowym środowisku, w którym jego jedynymi towarzyszami są genetycznie zmodyfikowane zwierzęta oraz potomkowie Derkacza, uznający tegoż za bóstwo.

Oryks i Derkacz to powieść nabierająca rozpędu bardzo powoli, będąca jednocześnie niepokojącą wizją możliwej przyszłości. Mimo początkowego chaosu i wielkiego nagromadzenia niepołączonych ze sobą faktów, co rusz pojawia się w  niej wiele frapujących wątków, skłaniających do refleksji nad obecnym stanem rzeczy – zarówno tym fikcjonalnym, jak i realnym, spoza ram książki. Owa zaduma, do której proza ta składania, z całą pewnością jest jej wartością naddaną oraz czynnikiem uniwersalizującym.

Pisarka zdaje się mówić, że postapokalipsa być może zaczęła się już dziać na naszych oczach, choć jesteśmy zbyt malutcy, by mieć dostęp do pewnych danych. Wystarczy jednak odrobina wyobraźni i zdrowego rozsądku oraz szerokie horyzonty myślowe, a w mig stanie się jasne, jak wielkie sprawy załatwiają „ci na górze” niemalże na naszych oczach, choć wciąż niewidzialnie. Jeśli nie zaprzestaniemy niebezpiecznych eksperymentów, mających tylko pozornie służyć dobru ludzkiemu, a faktycznie napełniać kieszenie jednostek, być może już niedługo świat opisywany przez Atwood będzie i naszą rzeczywistością.





poniedziałek, 16 stycznia 2017

Mock - Marek Krajewski



Eberhard Mock powraca. A może raczej: Eberhard Mock debiutuje.

Oto Marek Krajewski powraca do swojego (i czytelników) ulubionego bohatera, pokazując początki jego drogi ku wielkiej karierze. Oto w przedwojennym Wrocławiu, młody wachmistrz Mock, zmierzyć się musi ze sprawą niełatwą, mogącą otworzyć mu drzwi nie tylko do awansu, ale przede wszystkim do szacunku dojrzałych śledczych z ugruntowaną pozycją. Przy tym wszystkim zmagać się musi jednak z zależnością od przełożonych, w których rękach spoczywa jego los.

(...)

Jego jedyną szansą jest udowodnienie przełożonym, jak wielką stratą byłoby pozbawienie go prawa do wykonywania zawodu jest znalezienie sprawcy niezwykle okrutnego mordu dokonanego na czwórce gimnazjalistów odnalezionych nagich w  1913 we wrocławskiej Hali Stulecia, nad których zwłokami zawisło ciało trupa z przymocowanymi do pleców skrzydłami, który szybko mianowany został Ikarem. Początkowo podejrzenia kierują się w przeciwnych kierunkach – jedni obstają za zbiorowym samobójstwem, inni za rytualnym mordem

(...)

Dochodzenie to dla Mocka okaże się przełomowe – nauczy go, że w  jego zawodzie nie ma miejsca na szczerość, litość czy jakiekolwiek zaufanie. Liczy się jedynie efektywność.

Opisanie początków drogi zawodowej Mocka było doskonałą decyzją Krajewskiego. Tym bardziej, że autor w książce tej udowadnia, że mimo kilku książek słabszych, może powrócić z czymś na bardzo wysokim poziomie. Mock to kryminał retro w najlepszym stylu – mroczny, gęsty do dymu tytoniowego, brudny od burdeli, spelunek, zapachów nocy i niebezpieczny. Momentami przypomina od kryminały noir w czystej postaci. Świetna lektura i powrót w wielkim stylu.


Całość recenzji na:




niedziela, 4 grudnia 2016

Herkules Poirot powraca! [Zamknięta trumna - Sophie Hannah]



Herkules Poirot powraca w  wielkim stylu!

(...)

Lady Athelinda Playford, to nieprzeciętna autorka kryminałów, która postanawia wydać przyjęcie w swojej rezydencji w Irlandii. Wśród zaproszonych gości, poza rodziną, znajdują się Herkules Poirot, inspektor Catchpool oraz prawnik zarządzający testamentem starszej pani. Kobieta postanawia nanieść znaczące zmiany w dokumencie i ogłosić je publicznie na uroczystym obiedzie. W wyniku wprowadzonych modyfikacji, jej dzieci pozostawione zostałyby po jej śmierci bez grosza, zaś cały majątek przejąłby Joseph Scotcher – śmiertelnie chory asystent bohaterki, któremu zostało ledwie kilka tygodni życia.
(...)

Hannah doskonale oddała klimat powieści, czytelnie nawiązując do sztandarowych tekstów Christie. Całość dzieje się w zamkniętej, odseparowanej przestrzeni, na miejscu znajduje się kilkunastu podejrzanych, każdy z równie dobrym motywem do popełnienia zbrodni. Jedyne, co może pomóc w uchwyceniu mordercy, to szare komórki niezrównanego Herkulesa Poirot, który zarysowany został z  wielką dbałością. Pisarka nie zapomniała nawet o typowym dla niego egocentryzmie i przekonaniu o wyprzedzającej go sławie, a także ciętym języku, podkreślając je dawką humorystycznych scen. Kreacja bohatera jest niemalże bliźniacza jak w oryginale.

(...)

Zamknięta trumna bowiem, z powodzeniem mogłaby być podpisana nazwiskiem samej Królowej Kryminału – tak blisko jej do pierwowzoru. Fani tejże powinni być lekturą więcej niż usatysfakcjonowani.



Całość recenzji na:


sobota, 3 grudnia 2016

Znajdź kropki - Andy Mansfield







Znajdź kropki to jedna z lepszych książek aktywizacyjnych dla dzieci, jakie ostatnio widziałam. Jej koncept jest bajecznie prosty – na każdej stronie wypełnionej kropkami po brzegi, dziecko musi znaleźć tę jedną, odpowiednią, wskazaną przez instrukcję zamieszczoną u góry. By tego dokonać, musi wykonać którąś z aktywności: popchnąć, pociągnąć, podnieść, obrócić, przekręcić, zgiąć, popatrzeć i / lub zajrzeć.

Kapitalna zabawa, także dla dorosłych. Możliwości eksplorowania książeczki jest bez liku – stworzona jest ona w sam raz dla ciekawskich rączek i oczek. Poza możliwością badania i wkładania paluchów w każde możliwe miejsce, dziecko ćwiczy pomysłowość, spostrzegawczość i zdolność kojarzenia faktów oraz wyciągania logicznych wniosków. Czasem bowiem trzeba się nieźle nagimnastykować, by wykonać polecenie.


Niby nic – umiejętnie poskładany papier, a zabawy jest co niemiara! Pomysł Andy’ego Mansfielda to strzał w dziesiątkę, zapewniający wypełnione rozrywką i bezbolesnym główkowaniem popołudnia.
Największa niespodzianka czeka na tych najwytrwalszych na samym końcu książeczki – jest do czego dążyć!

Ja jestem pod wrażeniem – urzeka mnie prostota pomysłu, który jest wręcz genialny oraz staranność wydania – jest kolorowo, jest edukacyjnie, jest wspaniale.
Polecam!





wtorek, 29 listopada 2016

Małżeństwo jakiego zawsze chcieliście - Gary Chapman


Małżeństwo jakiego zawsze chcieliście to kolejna publikacja Gary’ego Chapmana, autora bestsellerowych 5 języków miłości.

Tym razem, terapeuta pochyla się nad problematyką małżeństw i kilku jego najważniejszych aspektach: miłości – kluczowej do dalszego zgłębiania tematu; umiejętności słuchania – niezbędnej, by móc pracować nad związkiem; podziałem ról – by jedna ze stron nie czuła się zanadto obciążona; wspólnym podejmowaniu decyzji; seksie; rozwiązywaniu konfliktów i wreszcie planowaniu domowego budżetu. Wymienione kwestie często stanowią punkt zapalny do wielu kłótni i płaszczyznę niezrozumienia w niejednym związku.

Autor wskazuje jakie błędy są najczęściej popełniane przez mężów i żony oraz sposoby na to jak łatwo można im zaradzić. Czyni to na przykładach z  życia, którymi podzieliły się z nim małżeństwa uczęszczające na jego terapie (wszystko publikowane jest za ich zgodą). Wykorzystanie prawdziwych opowieści pozwala na skonfrontowanie ich z własnymi doświadczeniami i buduje poczucie wspólnoty oraz solidarności – bardzo łatwo przekonamy się, że podobne problemy dręczą wielu ludzi i nie są ani niczym nowym, ani wstydliwym.

Dzięki tej publikacji macie szanse na znalezienie złotego środka i harmonii w Waszym związku, możecie na powrót przeżyć fascynację współmałżonkiem. Wszystko to jednak możliwe będzie jedynie wówczas, gdy będziecie na zmiany otwarci.


Tym razem jestem mniej ukontentowana niż po lekturze ostatniej książki autora,  w  dużej mierze dlatego, że temat jeszcze bezpośrednio mnie nie dotyczy, niemniej wciąż jest to pozycja warta polecenia – szczególnie dla tych, który przeżywają trudności w związkach małżeńskich. 

sobota, 26 listopada 2016

Jeszcze jeden oddech - Paul Kalanithi


Jeszcze jeden oddech to opowieść autobiograficzna spisana w większości przez Paula Kalanithiego – wybitnego neurochirurga, który pewnego dnia usłyszał straszną diagnozę – rak płuc.

Był młody, nie przekroczył jeszcze czterdziestki, jego głowa wypełniona była planami i marzeniami – dotąd nie doczekał się dziecka, a jego najwybitniejsze osiągnięcia zamykały się za szpitalnymi drzwiami – tam był mistrzem, a dla wielu także i aniołem. W dniu śmierci miał 37 lat i osierocił ośmiomiesięczną córeczkę, która narodziła się już po usłyszeniu przez mężczyznę diagnozy.

Choć może się wydawać, że książka ta będzie wyłącznie zapisem czasu choroby Kalanithiego i jego prób radzenia sobie z nią – jest czymś innym. W  dużej mierze stanowi świadectwo jego pracy i poświęcenia – zadecydował on bowiem, że będzie pracował tak długo, jak długo starczy mu sił.
Kalanithi jako lekarz doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaka czeka go przyszłość i z czym wiąże się choroba, z którą przyszło mu się zmagać – miał świadomość coraz silniejszego bólu, który będzie mu towarzyszył każdego dnia, wiedział, że choroba ta nie daje nadziei na wyleczenie, a jedynie na wydłużenie życia i zwiększenie jego komfortu. Miał świadomość, że na końcu tej drogi czeka go śmierć.

Odnalezienie się w nowej sytuacji zajęło mu sporo czasu – mimo że miał ogromne wsparcie ze strony bliskich i współpracowników. Książka ta bardziej niż zapisem jego zmagań z chorobą, swoistym dziennikiem czy kroniką – czego wielu, w tym ja, oczekiwało – jest zapisem jego pracy lekarza. Autor wspomina jak znalazł się w obecnym miejscu, jak wiele kosztowało go zdobycie tytuły neurochirurga i z jak wieloma dramatami zmagał się w swojej pracy zawodowej, której oddawał się z ogromną pasją i poświęceniem.

Lekarzy takich jak Kalanithi życzę każdemu – jeśli już przyjdzie Wam zmierzyć się ze służbą zdrowia, spotkanie tak mądrych ludzi może okazać się drogocenne.

Trudnością, którą każdy czytelnik napotka podczas lektury tejże książki, jest świadomość jej zakończenia. Czym bliżej ostatniej strony, tym trudniej brnąć dalej, wiedząc, co nas czeka.

Całość jest nieukończona i urwana – śmierć autora nie pozwoliła mu na dokończenie książki. Uczyniła to w jego imieniu jego żona, odsłaniająca jak wyglądały jego ostatnie chwile i nietracąca głębokiej wiary w powodzenie projektu literackiego swojego męża. Projektu, który ujmuje odwagą, doświadczeniem, mądrością i godnością.

Jeśli nie boicie się trudnych lektur – znajdziecie w niej wiele dobrego.




piątek, 25 listopada 2016

Jesień - Karl Ove Knausgård


Jesień Karla Ovego Knausgårda otwiera nowy cykl, zdominowany przez pory roku i będący swoistym pamiętnikiem do nienarodzonej córki.

Inaugurująca serię część stanowi zbiór literackich miniatur, w których autor – znany dotąd polskiemu czytelnikowi z  Mojej walki, książki miejscami brutalnej i pełnej przemocy – ukazuje się jako osoba subtelna i delikatna, zdolna do zachwytów nad zmieniającą się przyrodą, będącą świadectwem nie tylko przemijania, ale także wzrostu.

W Jesieni Knausgård opisuje zastaną rzeczywistość – przedstawia nienarodzonej jeszcze córce jej rodzeństwo, wspomina moment ich przyjścia na świat, prezentuje siebie, otoczenie. Rozmawia z  nią, a dialogi te pełne są obaw i niepewności – o to jak będzie, co będzie i kiedy będzie. Realia opisywane przez autora są ujęte szeroko – manewruje on między opisami fizjologii a rozważaniami egzystencjalnymi, podejmuje tematy przyziemne, jak i wzniosłe. O wszystkim tym mówi jednak z tak wielką prostotą, na jaką tylko go stać – tak, by dziecko, do którego całość jest adresowana mogło sedno uchwycić. Nie ma tu wstydu czy pruderii. Nie ma kwestii zbyt łatwych czy zbyt trudnych. 

Fragmenty, które urzekają mnie najbardziej to te, w którym autor zwraca się do córki bezpośrednio – wówczas bowiem odkrywa swoją nieznaną dotąd twarz – oblicze pełne subtelności, ojcowskiej czułości i troski. Takiego Knausgårda chcę poznawać.

Jako ze spektrum tematów jest szerokie, nie sposób mówić o jakimkolwiek uporządkowaniu myślowym – Knausgård lawiruje pomiędzy wątkami różnej rangi, co może w pewnym momencie budować mylne wrażenie chaosu.

Melancholię całości podkreślają kapitalne obrazy Vanessy Baird, norweskiej malarki i ilustratorki. Ów klimat jesieni – najpierw złotej, później kapryśnej i nierozerwalnie związanej ze słotą – został doskonale uchwycony i oddany, zarówno w warstwie tekstowej, jak i w malarskim uzupełnieniu.

Wydane w punkt – literacka jesień łączy się z tym, co widoczne za oknem, uśmierzając nieco sezonowe depresje.



środa, 23 listopada 2016

Duński przepis na szczęście - Jessica Alexander, Iben Sandahl


Duński przepis na szczęście promujący filozofię hygge, jest dla mnie nie tyle czymś odkrywczym, ile niezwykle godnym naśladowania i pomocnym, a w konsekwencji - wartym polecenia. 

Książka ta, napisana przez Jessicę Alexander i Iben Sandahl, promuje najskuteczniejszą filozofię wychowania, kształtującą ludzi szczęśliwych (wszak Duńczycy od, bagatela, 40 lat plasują się w czołówce narodów najszczęśliwszych) i wyrosła z pytania, jakie kobiety zadawały sobie od dawna – jak to możliwe, że duńskie dzieci i rodzice są tak spełnieni i radośni?

Szukając odpowiedzi, autorki natrafiły na szereg badań naukowych oraz odbyły rozmowy ze specjalistami z różnych dziedzin. Nie bez znaczenia było także ich własne doświadczenie – Alexander jako żona Duńczyka bardzo szybko mogła skonfrontować tak różne od siebie wychowanie duńskie i amerykańskie, zaś Sandahl jako psychoterapeutka, doświadczała wielu spotkań mających wpływ na jej widzenie owej metody wychowawczej.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki duńscy rodzice uczą swoich dzieci nazywania i radzenia sobie z emocjami, jak mówią im prawdę i zachęcają do dalszej pracy, mocno im kibicując. Nie udają, że ich dzieci są najwspanialsze i najlepsze nawet wówczas, gdy coś im nie wyjdzie, lecz umiejętnie prowokują je do dalszych działań, wzmacniając ich motywację. Dzięki temu, nawet w obliczu porażek, nie załamują się, lecz walczą dalej – są nauczeni, że przeszkody bowiem są tylko kolejną przygodą, nie zaś barierą nie do pokonania. Podobnych przykładów jest w tej książce bardzo wiele - mogłabym je mnożyć i wymieniać, jednak odebrałabym Wam wówczas radość przyszłej lektury i wdrażania pomysłów.

Jednym z największych marzeń mojego życia, którego odbicie znalazłam na kartach tej publikacji, jest stworzenie domu, do którego każdy jego członek, a także przyjaciele i dalsza rodzina, będzie chciał wracać – ciepłego, wspierającego, otwartego, przytulnego i przyjacielskiego, zapewniającego poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty, wsparcia i zaufania. Wydaje się, że hygge (dosłownie – „miło pobyć razem”) jest dla mnie stworzone, jest bowiem dokładnie tym szczególnym rodzajem relacji, o jakiej marzę.

I choć Duński przepis na szczęście poświęca tematyce ledwo jeden, końcowy rozdział książki, wszystko to, co znajduje się w niej wcześniej, jest właśnie zapisem form kształtowania człowieka tak, by na hygge był gotowy i dojrzały. Ono jest jedynie naturalną konsekwencją.

Polecam – zarówno tym, którzy dzieci jeszcze nie mają, ale już chcą się dowiedzieć, jak można wychowywać inaczej niż „po polsku”, jak i tym, którzy swoje pociechy mają, a przyjęte metody wychowawcze wydają się albo nieskuteczne, albo przeciwnie  –  zgodne z duchem filozofii duńskiej – znajdziecie tu wiele inspiracji, przykładów, scen z życia wziętych. A samą lekturą będziecie bardziej niż zadowoleni.



czwartek, 17 listopada 2016

Czerwony rycerz - Miles Cameron 🐉



Jeśli dotąd na słowo „rycerz” w Twojej głowie roiło się jedynie od skojarzeń pozytywnych, takich jak szarmanckość, poświęcenie czy honor; będziesz zmuszony na chwilę przeprogramować myślenie i skoncentrować się na czymś innym: na ogromnym znaczeniu przypadkowości, ale też szczęścia, które niewątpliwie stały się udziałem bohaterów Czerwonego rycerza.

Miles Cameron utkał wielowątkową powieść osadzoną w rzeczywistości średniowiecza, kiedy to najważniejszą i najszerzej wyznawaną religię stanowiło chrześcijaństwo. Jego wpływy były ogromne, a potrzeby wielkie.

Gdy pewien chrześcijański klasztor zaczynają nękać ataki ze strony nieznanego przeciwnika, stacjonujące w  nim siostry zakonne wynajmują bandę najemników, mających ich bronić, a ci bez oporów decydują się na pomoc  - zapłata bowiem jest więcej niż godziwa. Okazuje się, że obawy sióstr nie były bezpodstawne, a zakonu nie atakują pospolite rzezimieszki, lecz istoty pochodzące z  przeklętej przez Boga Dziczy, a więc bogliny, elfy i inne istoty doskonale zarysowane i oddane, podobnie zresztą jak świat, z którego przybywają.

Kapitanem najemników jest tytułowy Czerwony Rycerz – postać tyleż tajemnicza, co intrygująca. Młody, choć wprawiony w walce mężczyzna, którego historia, ukazana na tle pozostałych barwnie zarysowanych postaci, stanowi najmocniejszą stronę powieści. Powieści – trzeba dodać – tak obfitującej w szczegóły, że przy pierwszej lekturze z pewnością nie uda się całościowo świata przedstawionego objąć. Autorska wyobraźnia jest nieskrępowana, tak jak i jego język.

W Czerwonym rycerzu wiele jest brutalności, krew płynie strugami, a batalistyczne sceny oddane są z taką drobiazgowością, że co delikatniejszy czytelnik może być zmuszony do przeskoczenia kilku stron, mimo że konsekwencją podobnego gestu może być utrata wielu drobiazgów, które pojawiają się po drodze, a które są istotne dla przebiegu akcji. Tym bardziej, że wielowątkowość powieści wzbudza zdumienie i podziw – autorowi mimo wyjątkowego namnożenia wątków udaje się zachować spójność całości, a co więcej – wciągnąć czytelnika na tyle, że nie zauważa on upływającego przy lekturze czasu i z łatwością wiąże on ze sobą kolejne fragmenty tej kapitalnej układanki.

Wspaniały początek serii, do której z  całą pewnością będziecie po wielokroć wracać, i którą polecać będziecie każdemu miłośnikowi gatunku.



piątek, 11 listopada 2016

Urodziny Alberta - Gunilla Bergström




(...)

Urodziny Alberta zastają głównego bohatera w dniu, w którym kończy on poważne sześć lat. Z  tej okazji jego ciocia, Fela, postanawia urządzić huczne przyjęcie urodzinowe, na które chłopiec zaprosić będzie mógł kogo tylko zechce. Problem w  tym, że wizja Alberta znacznie odbiega od wizji cioci.

(...)
Czy tłum rozwrzeszczanych, kłócących się i bałaganiących dzieci, może się w ogóle mierzyć z  sympatycznych wieczorem spędzonym w  gronie najbliższych przyjaciół?
 (...)
Urodziny Alberta to mądra opowieść o tym, jak to nie zawsze płynące z dobrego serca decyzje dorosłych, są korzystne dla dzieci, które same doskonale wiedzą, czego pragną najbardziej. To także pochwała przyjaźni i czasu spędzanego w  gronie najbliższych.

Gunilla Bergström obnaża rodzicielskie postawy nadmiernego zaangażowania, robienia rzeczy na pokaz, bez brania pod uwagę chęci i uczuć dzieci.

(...)


Do zaczytania.



Całość recenzji na:


poniedziałek, 7 listopada 2016

Włoż na nos "Okulary szczęścia"! [Rafael Santandreu]


Rafael Santandreu, znany polskim czytelnikom z książki Twój umysł nadetoksie, powraca z publikacją Okulary szczęścia. Jej tematem wiodącym jest wykorzystanie psychologii kognitywnej w zwalczaniu irracjonalnych, choć głęboko zakorzenionych przekonań – przede wszystkim na swój temat, ale także dotyczących ludzi czy też środowiska, w którym żyjemy.

Za pomocą praktykowanej codziennie racjonalnej wizualizacji, autor obiecuje obniżyć poziom lęku, stawić czoła codziennym trudnościom, które zdają się nie do przeskoczenia, pokonać kompleksy, lepiej (zdrowiej) odnosić się do ludzi i rzeczy, które nas otaczają, przezwyciężyć neurozy, zazdrość, nauczyć się samotności i wiele innych. Santandreu postuluje przekonanie, jakoby za wszystkimi naszymi zachowaniami, lękami, przyzwyczajeniami, zniechęceniami i chceniami krył się umysł. Pragnie, by czytelnicy jego książek potrafili przeprogramować swój sposób myślenia, a w konsekwencji wiedli zdrowsze, pełniejsze i – co najważniejsze – szczęśliwsze życie. Wszystko to wydaje się na wyciągnięcie ręki, łatwe tak samo, jak proste jest włożenie na nos okularów. Pstryk – i życie stanie się piękniejsze, a my silniejsi.

Jeśli czujecie, że potrzebne Wam wsparcie psychologa / psychiatry / psychoterapeuty, a do gabinetu iść nie chcecie, bądź nie pozwalają Wam na to względy ekonomiczne czy też godziny pracy – książka ta ma stanowić dla Was substytut profesjonalnej sesji terapeutycznej. Warunkiem jest jednak Wasze samozaparcie i nieustawanie w trudzie wprowadzania zmian w obliczu chwilowej regresji. Higiena psychiczna, o którą każe dbać autor, przez wielu jest zaniedbywana. 

Nie sądźcie jednak, że każdy kto przeczyta tę publikację i postanowi zastosować się do zaleceń, w momencie stanie się innym człowiekiem – psychologia kognitywna nie jest dla wszystkich. W moim przypadku sprawdziłaby się jedynie część działań, reszta zupełnie mnie nie przekonuje, a miejscami wręcz oburza – wiem zatem, że kompleksowo z metody tej skorzystać bym nie mogła, co wiedziałam już po lekturze poprzedniej ksiażki autora. Gwarantuję jednak, że każdy coś dla siebie uszczknie – pytanie tylko, co z  tym okruszkiem zrobi.

Poprzednia książka Autora na blogu: