poniedziałek, 10 lipca 2017

Wielki marynarz - Catherine Poulain




(...) –  Pewnie też dlatego, że chciałam walczyć o coś potężnego i pięknego –  ciągnę, śledząc lot ptaka.  Zaryzykować, że stracę życie, ale najpierw je znaleźć... Poza tym marzyłam o tym, żeby dotrzeć na koniec świata, znaleźć granicę, gdzie wszytko się kończy.

Wielki marynarz reklamowany jest jako męska książka dla kobiet.

Męska, bo o sprawach mężczyzn rozprawiająca (połowy ryb, krabów, walka o przeżycie na statku rybackim, zwulgaryzowany świat, pełen przemocy i braku litości); kobieca, bo jedną z bohaterek wrzuconych w sam środek świata rządzonego testosteronem czyniąca Lili.

Życie autorki, Catherine Poulain, tak jak jej dłonie, znaczone jest bruzdami i śladami ciężkiej, fizycznej pracy. Zarabiała ona nie tylko w wytwórni konserw rybnych czy przy zbiorze i produkcji syropu klonowego, ale także przez 10 lat (zanim zainteresował się nią urząd imigracyjny) stacjonowała na kutrach rybackich.

Doświadczenia tamtych lat stały się dla niej nieocenionym źródłem inspiracji oraz wiedzy niezbędnej do napisania Wielkiego marynarza, quasi-autobiograficznej historii kobiety, która zamiast domowych pieleszy wybrała życie na otwartym morzu, walkę o każdy kolejny dzień, o szacunek, i hart ducha, zdobywany między okrzykami i docinkami samotnych i szorstkich mężczyzn a zimnem przeszywającym do szpiku kości oraz bólem kolejnych ran będących wynikiem ciężkiej pracy. Jej marzeniem jest dotarcie do Point Barrow, odpoczynek na klifie stanowiącym koniec świata, opuszczenie nóg nad tą granicą wyobraźni i odetchnięcie pełną piersią w miejscu, do którego nikt nie chciał jej dopuścić.

Na drodze do spełnienia jej marzeń staje jednak ktoś niespodziewany, mężczyzna, wielki marynarz, szlak za którym wiedzie nie do Point Barrow, lecz na Hawaje.

Odnoszę wrażenie, że książka ta jest mocno podzielona – przez pierwszą część brnie się z mozołem, ślamazarnie, niespiesznie, ma się wrażenie, że powieść zmierza donikąd, trudno wyczuć ostateczny zamysł autorski. Za połową jednak dochodzi do przełomu, całość nabiera delikatnego rozpędu, dojrzewa, tak jak bohaterka, wszelkie refleksje towarzyszące wcześniejszej lekturze znajdują punkt odniesienia, nabierają mocy i ostatecznie zostawiają czytelnika z wrażeniami dobrej lektury, choć nie tak porywającej, jak sugerowałby opis.

Dostajemy opowieść o kobiecej sile, zawziętości, determinacji, odwadze i niestrudzonej walce. Zostajemy wpuszczeni w świat dyskryminacji płciowej (objawiającej się tak w zachowaniu, jak w stawkach za podjętą pracę), gdzie charakterna i zadziorna kobieta potrafi się odnaleźć, jeśli tylko odnajdzie w sobie niezłomność, którą wciąż trzeba trenować i poddawać próbom.

Książka aż prosi się o to, by czytać ją nad morzem, by zabrać ją na urlop i tam przy szumie morza i unoszącym się w powietrzu zapachu świeżo złowionych ryb oddawać się lekturze. Wówczas z całą pewnością doznania lekturowe będą zwielokrotnione, a sama historia zapamiętana na dłużej, dzięki synestezyjnym doznaniom.