poniedziałek, 27 lutego 2017

Wszystko, co mam - Katie Marsh



Po pięciu latach małżeństwa, Hanna postanawia odejść od męża pracoholika. Ma już dosyć jego pretensji, wyrzutów, obrażania jej, lekceważenia i stałego stawiania na drugim miejscu – tuż za pracą.
Do tej pory kobieta poświęcała mu wszystko – dla niego zrezygnowała z marzeń o podróżach i pracowała w szkole, która od czasu zmiany dyrektorki nie dawała jej radości, lecz rodziła jedynie frustrację i nieustanną presję. Gdy otwiera się przed nią szansa na pracę z dziećmi w Tanzanii, postanawia definitywnie zakończyć swoje małżeństwo.

Gdy w końcu zdobywa się na odwagę, by powiedzieć Tomowi prawdę, znajduje go leżącego na podłodze w ich sypialni – bełkoczącego i sparaliżowanego, wykazującego wszystkie objawy niedawno przebytego udaru.

Trzydziestoośmioletni Tom trafia do szpitala i dzięki natychmiastowo wdrożonemu leczeniu oraz szybko podjętej rehabilitacji, bardzo szybko robi postępy w odzyskiwaniu sprawności. Stale wymaga jednak opieki. Hanna, do niedawna zdecydowana na odejście od męża, teraz musi po raz kolejny zweryfikować swoje pragnienia i zastanowić się, kto potrzebuje jej bardziej – Tom czy tanzańskie dzieci. Wybór okazuje się oczywisty, mimo że prowokuje kolejne odłożenie siebie i swoich marzeń na bliżej nieokreślone potem.

Kobieta mimo rosnącej frustracji i strachu o każdy kolejny dzień pomaga mężowi, w którym udar budzi jedynie rozpacz – dotąd niezwykle aktywny zawodowo, teraz uniezależniony jest od innych. Oboje nie wiedzą jeszcze jednak, że choroba męża to wcale nie przekleństwo, lecz błogosławieństwo dla ich rozpadającego się małżeństwa. Dzięki wymuszonej bliskości, mają szansę po raz kolejny się w sobie zakochać i zrozumieć, że są dla siebie najważniejsi - bardziej nawet niż superpilne zadania czekające do wykonania w pracy.

Powieść Katie Marsh to nie tylko obyczajówka na więcej niż przyzwoitym poziomie, lecz przede wszystkim historia prowokująca morze refleksji – o chorobie przebytej w młodym wieku; o sensie cierpienia; o poświęceniu dla bliskich kosztem rezygnacji z siebie; o coraz szybciej rozpadających się związkach, nawet tych, które zdawały się idealne; o szalonej pogoni za pieniądzem i awansem; o pracy zawodowej rodzącej jedynie frustrację i zmuszającej do życia pod ciągłą presją i wreszcie o ucieczce od rodziny, znajomych i bliskich i egoistycznym zapatrzeniu jedynie w siebie samego.

Marsh te wszystkie refleksje udało się skumulować na kilkuset stronach, nie tracąc przy tym z oczu rozwoju fabularnego. Jej bohaterowie do bólu przypominają współczesnych młodych ludzi, stąd każdy odbiorca z łatwością się z nimi zidentyfikuje, czytając w nich co najmniej kilka cech własnych. Powieść rodzi wiele emocji oraz nieustannie tlącą w tyle głowy świadomość własnej kruchości i przemijalności. Uczy doceniać życie i cieszyć się nim, póki czas. Pozwala na otrząśnięcie się i dostrzeżenie, że praca to nie wszystko, że praca, to tak naprawdę nic. Najważniejsi są ludzie, którzy czekają na nas w domu.

Pokazuje nam, że czasem choroba to nie dopust Boży, lecz dar, pozwalający na zmianę życia i ponowne dostrzeżenie jego sensu, jednoczący bliskich, dotąd rozproszonych i oddalonych.

Jako że akcja powieści prowadzona jest dwutorowo – z perspektywy teraźniejszości i przeszłości, gdy bohaterowie dopiero się poznawali i zaczynali wspólne życie – mamy szansę na spojrzenie z boku na ich relację, na to, jak łatwo zniszczyć to co kruche i z jaką lekkością przychodzi ludziom ranienie się i wyzywanie, będące nierzadko reakcją na stres przynoszony do domu z pracy.

Książkę dosłownie wchłonęłam jednego popołudnia. Ani się obejrzałam, a losy bohaterów – tak mi bliskie – zaangażowały mnie w pełni, nie pozwalając oderwać się od lektury. Dobra rzecz.



Inne książki z serii Kobiety to czytają na blogu: