Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2015

Przypadki Callie i Kaydena - Jessica Sorensen


Przypadki Callie i Kaydena to książka budząca wśród czytelników tak wielkie emocje, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. Okładka i opis sugerują klasyczne czytadło w stylu young adult jakich przeżywamy ostatnio prawdziwy wysyp. Wydaje się, że niewiele może zaskoczyć, a jednak  dzieje się zgoła inaczej.

Bohaterami tej powieści, będącej tak naprawdę preludium do dalszej narracji, swoistym wydłużonym prologiem, są Callie i Kayden – zranieni nastolatkowie, którym wielką trudność sprawia prawdziwe zaufanie i okazanie uczuć drugiemu człowiekowi. Oboje przeżyli piekło zgotowane przez własną rodzinę i każdy z nich trzyma swój sekret głęboko na dnie serca, nikomu o nim nie mówiąc i samodzielnie próbując sobie radzić z ranami zadanymi przez życie. I nie, wcale nie chodzi o klasyczne zranienia wieku młodzieńczego, kłótnie rodzinne czy minidramaty, których doświadczył każdy z nas, będąc nastolatkiem.

Ona, mając dwanaście lat i dopiero powoli wchodząc w kobiecość, została zgwałcona przez starszego brata, które to wydarzenie zmieniło ją nie do poznania – zaczęła ukrywać się pod luźnymi bluzami, na siłę próbując uczynić się niewidoczną. Rodzice, choć mocno przeżywali jej zachowanie, złożyli je na karb młodzieńczej depresji. A ona nie chciała wyprowadzać ich z błędu. Przez swoje zachowanie była wytykana przez otoczenie, wyśmiewana i  nierzadko szykanowana, jednak dzięki temu mogła trzymać się z dala od ludzi i ograniczać każdy fizyczny kontakt do minimum.

On, mimo pozornej siły, którą okazuje na zewnątrz jako futbolista, jest tak naprawdę sponiewieranym przez ojca nastolatkiem. Ten, upatrując w nim gwiazdę, karze go fizycznie za każde najdrobniejsze wykroczenie. Przelewa na siebie swoje frustracje, znacząc jego ciało i psychikę kolejnymi bliznami. Pewnego dnia, gdy ojciec osiągnął nienawiść tak wielką, że bicie syna doprowadziło go niemalże na skraj morderstwa, widzi ich Callie, która zmyślnie przerywa ten popis agresji.

Od tamtej pory ścieżki tej dwójki młodych ludzi będą się przecinać, po to, by w końcu młodzi zdołali sobie zaufać na tyle, by zwierzyć się ze swojej przeszłości i spróbować budować prawdziwą relację, której przez wcześniejsze doświadczenia byli pozbawieni.

Sorensen to autorka, która pod osłoną historii dla nastolatków zaprezentowała bolesny i często zbywany milczeniem w tej grupie ludzi problem przemocy domowej i agresji, o której się milczy.

Ważna książka, konieczną do podsuwania młodym ludziom, którzy – mam nadzieję – dzięki tej powieści zaczną nie tylko mówić o swoich problemach i szukać wsparcia, ale przede wszystkim zostaną dotknięci nadzieją na stworzenie relacji z drugim człowiekiem i dojrzeją do zdania, że miłość nie zawsze musi boleć, a rodzina może być (powinna być!) ostoją i pociechą.


Cieszę się z istnienia tej powieści i z niecierpliwością wypatruję kolejnego tomu – jestem okrutnie zainteresowana tym, w jakim kierunku poprowadzona zostanie narracja i jak ułożą się życia głównych bohaterów.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Tully - Paullina Simons

Tully to opowieść o dojrzewaniu, przemianie pokaleczonej przez życie nastolatki w kobietę próbującą budować zdrowy dom i relacje oraz wreszcie przejąć kontrolę nad tym, co ją spotyka. Jest ona bohaterką dynamiczną, zmienia się, a mimo to wciąż nie udaje jej się przepracować skrytych głęboko w sercu traum i zranień, które stale ją paraliżują.

Początkowo – o dziwo – trudno się w lekturę wgryźć. Urywki z życia Tully zdają się niejasne, niepewnego znaczenia. Dopiero z biegiem czasu, po śmierci jej przyjaciółki, wszystkie puzzle zaczynają do siebie pasować, czyniąc obraz – głównie psychologiczny – pełnym. Simons tym razem bardziej niż na wątku obyczajowym i romansowym, który notabene rozwinięty jest mocno, skupiła się na portretowaniu głównej postaci i jej wyborów znaczonych poranioną psychiką. Toksycznych działań, zabawy uczuciami swoimi oraz innych, wynikających najpierw z przemocy, której zaznała w domu rodzinnym (psychicznej i fizycznej), opuszczenia przez ojca, który zamiast ją wybrał jej brata, molestowania seksualnego, później zaś z samobójstwa popełnionego przez przyjaciółkę, które Tully długo odbierała jak zdradę, z którym nie mogła sobie poradzić – wiele lat, wówczas gdy inni radzili sobie z  utratą, ona trwała w szoku, próbując znaleźć się na granicy śmierci, czego śladem są znaczone głębokimi bliznami nadgarstki. 

Jestem rozczarowana gorzkim, jak sądzę, zakończeniem. Kibicowałam bohaterce, mimo że swoim cierpieniem początkowo epatowała i usprawiedliwiała nim wszystko – także rozbuchaną seksualnie młodość, pragnęłam jej przemiany i długo wyczekiwanego spełnienia. A tutaj? Pozornie dobry finał, ale czytelnik mający przed oczami i w  pamięci całą historię Tully doskonale zdaje sobie sprawę, że jej ostateczna decyzja wcale nie jest trafiona, że bohaterka nie jest w stanie takiej podjąć, bowiem całkowicie spętana została przez  nieustanną niemożność bycia szczęśliwą: tak jakby całe życie musiała pokutować, by innym było dobrze, doskonale wiedząc przy tym, że taki model się nie sprawdza, bo swoje samopoczucie będzie przenosiła na bliskich, czyniąc ich życie – paradoksalnie – nieznośnym. 

Po lekturze czuję się rozdarta – najwidoczniej się starzeję, oczekując wciąż pozytywnych finałów: w  życiu chyba za dużo tych niedobrych, by mieć jeszcze siłę przeżywać literackie.  Mimo tego bolesnego zakończenia, książkę zapamiętam jako bardzo dobrą opowieść o kobiecie usiłującej zmagać się z życiem, które nie rozpieszcza. O sile miłości, namiętności, przyjaźni, ale też szeroko rozumianej zdradzie, niezdolności do działania i pragnieniu oszczędzenia cierpień bliskim.

Simons tworzyła kolejną wielowątkową, rewelacyjnie napisaną powieść, która choć trudna – sprawia wielką czytelniczą satysfakcję. Podczas lektury kibicuje się bohaterce, pragnie się jej szczęścia. Autorka ułatwia syntonię – wręcz namacalnie czuje się przed jak dramatycznym wyborem staje Tully, jak bardzo chciałaby mieć wszystko to, co dotąd, nie raniąc przy tym bliskich, jak rozpaczliwie pragnie szczęścia i jak trudno jest jej je osiągnąć. Współodczuwamy także z Jackiem i Robinem – dwoma mężczyznami życia Tully, którzy swoją miłością próbują ją uleczyć.

czwartek, 10 lipca 2014

Skradziona – Clara Sanchez


Tytuł: Skradziona
Autor: Clara Sanchez
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9788324025725
Ilość stron: 503
Cena: 36,90zł

Skradziona, to książka, po której w mojej głowie panuje mętlik i lekkie otępienie, spowodowane przytłoczeniem: nie tyle tematem, ile formą.
Czytając ją, co jakiś czas musiałam robić sobie chwilę na oddech, nie jest to bowiem lektura z gatunku tych, w które łatwo się wgryźć, które wciągają tak, że reszta przestaje mieć znaczenie i możemy się w niej zatopić na długie godziny bez obowiązku powrotu do rzeczywistości.

Właściwa historia rozpoczyna się gdy Veronica, dziesięcioletnia wówczas dziewczynka, znajduje w teczce z krokodylej skóry zdjęcie innej dziewczynki, bardzo do niej podobnej, opatrzone imieniem „Laura”. Imię to często padało w ich domu, jednak bohaterka nie potrafiła go skojarzyć z niczym konkretnym. Miała jednak głębokie przekonanie o tym, że mama byłaby niezadowolona, gdyby zaczęła zadawać pytania o tajemniczą fotografię, zdecydowała się więc na milczenie. Ono jednak nie sprawiło, że dziewczynka przestała myśleć o tym, kim jest zagadkowa Laura. Rodzinny sekret zaczął ją prześladować, po to, by z wiekiem bohaterka mogła wyruszyć jego śladem i odkryć tragedię, o której miała się nigdy nie dowiedzieć, a która wyjaśniała stan psychiczny jej matki. Wówczas, już jako nastolatka, postanawia dowieść zbrodni, którą popełniono i spotkać się z Laurą.

Mimo ważkości podjętej tematyki, momentami ma się ochotę przerwać czytanie, stające się nierzadko męką – i właściwie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, bowiem analiza wszystkich elementów składających się na ten tekst, pozwala sądzić, że jest on znakomity i powinien poruszać i nie pozwalać na towarzyszące mi emocje, a nieraz i znużenie. Nie ukrywam jednak, że lektura szła mi opornie, było duszno, gęsto i jedynie ogromne samozaparcie kazało mi dobrnąć do końca. A i tutaj czekał mnie nieco rozczarowujący finał, w porównaniu do bardzo rozbudowanej akcji wcześniejszej, zarysowany „po łebkach”, bez troski o detale i większą dramaturgię.
Autorka zarysowała bohaterów z dbałością o szczegółowość ich rysu psychologicznego, który odgrywa w tej powieści bardzo dużą rolę. Nie bez znaczenia jest także sieć relacji, łączących poszczególne postaci: ci, którzy uważani byli za przyjaciół, okażą się wrogami, zaufani lekarze zdrajcami. Świat w Skradzionej, to rzeczywistość tak mocno ukartowana, że niemalże nie sposób spotkać w nim szczerości i prawdziwej bezinteresownej troski: każdy dba o swoje sekrety, by nikt nie zdołał ich odkryć. 
Historia inspirowana jest wydarzeniami autentycznymi, jej oddziaływanie jest zatem podwójne: podczas lektury zżymamy się na  niesprawiedliwość i zło panoszące się po świecie, każące odbierać matkom ich wyczekiwane dzieci i sprzedawać za około milion peset innym rodzinom, oficjalnie utrzymując tezę o śmierci noworodków, mając jednocześnie świadomość, że to nie wymysł, lecz fakt. Hiszpanią wstrząsnęły doniesienia o porwaniu i sprzedaniu zaraz po urodzeniu około 60 000 dzieci (choć śledztwo jest nadal w toku i prawnicy dziś szacują już, że mogło to być nawet 300 000!), których rodzicom wmawiano zgon pociech. Nie potrafię wyobrazić sobie rozmiaru tej tragedii, ilości rozbitych rodzin i związanych z tym przejść, a także wielości osób w nią zamieszanych – handel bowiem nigdy nie był bezpośredni, dzieci przechodziły przez ręce wielu pośredników (w tym mafię i siostry zakonne), po to, by ostatecznie znaleźć nowy (pierwszy) dom.
Muszę przyznać, że mimo ciężkiego charakteru tej publikacji, ma ona wiele zalet: sprawiła, że zaczęłam drążyć temat, szukać nowych faktów i doniesień, odgrzebywać historię i śledzić ją z rosnącym niedowierzaniem. Nie sposób ocenić jej ważności, na pewno jednak jest ona ważnym głosem w sprawie handlu ludźmi, odbywającego się u schyłku XX wieku, fikcją, która skłoni do szukania prawdy.  
Polecam, choć ostrzegam, że nie będzie to lektura łatwa.


 Polecam obejrzenie wywiadu z Clarą Sanchez, emitowanego niedawno przez TVN:
http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/handel-hiszpanskimi-dziecmi,126470.html

sobota, 21 czerwca 2014

Wykolejony – Michael Katz Krefeld


Tytuł: Wykolejony
Autor: Michael Katz Krefeld
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308053584
Ilość stron: 368
Cena: 39,90 zł

Premiera Wykolejonego zbiegła się z przyjazdem Michaela Katza Krefelda do Polski, a co za tym idzie – promocja książki była tak głośna, że bardzo szybko dotarła do każdego zakamarka kraju, a sama powieść wzbudziła ogromne zainteresowanie jeszcze przed pojawieniem się na sklepowych półkach.
Choć autor nie jest początkującym pisarzem, w Polsce właśnie debiutuje – i z całą pewnością ustawi się  na półkach z bestsellerami zaraz koło Lackberg, Nesbø i Larssona,w niczym nie ustępując im miejsca. Jak mówi wydawca, to espresso wśród kryminałów.  Mała, szybko stawiająca na nogi porcja, bez przegadania i nadmiaru pianki zastępującej kawę.
Kim jest tytułowy wykolejony, zapowiedziany przez Duńczyka? Odpowiedzi może być kilka – na miano takiej osoby zasługuje w powieści cała gama zdemoralizowanych postaci, dopuszczających się takich czynów, że na samą myśl o nich cierpnie skóra – tym bardziej, że w tyle głowy kołacze się myśl o tym, że wiele opisywanych wydarzeń ma gdzieś na świecie miejsce, być może nawet tuż za rogiem.
Książka ta opisuje losy Thomasa „Ravna” Ravnsholdta – uznanego policjanta, który trafił na przymusowy urlop po tym, jak zamordowano mu żonę, a sprawcy nigdy nie odnaleziono. Po tej stracie, za którą mężczyzna sam się obwinia, nie potrafi on dojść do siebie, z dnia na dzień doprowadzając swoje życie do ruiny i pogrążając się w pijaństwie. Pomoc niesie mu przyjaciel, proponujący, by zajął się sprawą zaginionej przed laty Maszy, którą po dziś dzień próbuje odnaleźć jej matka. Mimo początkowej niechęci Ravn zgadza się rozpocząć dochodzenie na własną rękę. Wszystkie ślady prowadzą go do Sztokholmu, w ślad za Vladimirem Slavrosem – osławionym i nietykalnym alfonsem, prowadzącym w Szwecji sieć burdeli i wchodzącym w konszachty z kimś stojącym znacznie wyżej, kto poznany został jako „rzeźbiarz” anielskich posągów – mordercą, balsamującym swoje ofiary i wybierającym je spośród upadłych kobiet.

Krefeld proponuje czytelnikowi jazdę bez trzymanki, lawirowanie z całkowitym zepsuciem, brakiem moralności, upodleniem, przemocą i okrucieństwem. Zabiera czytelników w undergroundowy świat prostytucji, wpływów, handlu ludźmi, narkotyków i morderstw. Pokazuje przestrzenie, o których nie chcielibyśmy słyszeć; miejsca, w które nie zapuszcza się nawet policja ze szwadronem wojsk.
Narracja prowadzona jest z trzech perspektyw, z których każda oświetla sprawę z nowej strony i dopełnia ją. Oddzielone są one od siebie przede wszystkim różnicą czasową – główny tor narracyjny, to sprawa widziana oczami Ravna, kolejny pozwala nam śledzić losy porwanej Maszy od chwili jej zniknięcia, ostatni zaś to zapoznaje nas z punktem widzenia mordercy (tutaj cofamy się aż do czasów jego dzieciństwa, które to naznaczyło go na całe dalsze życie, ucząc brutalności i fachu). Krefeld  bardzo umiejętnie zarysował portrety psychologiczne postaci, wskazał na ich motywacje, prześledził powiązania i skomplikowane relacje, budując tym samym między nimi sieć związków na pierwszy rzut oka niedostrzegalnych, a ważących na przebiegu całej historii. Każda z perspektyw narracyjnych jest prowadzona z troską o autentyczność i wyzwalanie koniecznych  emocji.
Choć tematyka jest ciężka, atmosfera równie gęsta i duszna, to jednak książka ta nie przytłacza tak, jak na przykład robią to teksty Nesbø. Krefeld zrezygnował z obfitych i szczegółowych opisów, dzięki czemu udało mu się utrzymać napięcie.
Zabiera nas do Szwecji i Danii, nie szczędząc brutalności i ukazując demoralizację na każdy możliwy sposób. Autor zwraca uwagę czytelnika na to, jak wiele jest w stanie zrobić człowiek, by przetrwać, jak nisko potrafi upaść, byle tylko zachować życie. Świat ukazany na kartach tej powieści to rzeczywistość, której chciałoby się  nigdy nie poznać, a której istnienie podskórnie się przeczuwa, mimo  rzucanej na nią zasłony milczenia.

Wiele rozwiązań zaproponowanych przez Krefelda należy do sztampowego zestawu autorów kryminałów (była gwiazda policji, topiąca swe smutki w alkoholu,
modus operandi mordercy), trudno jednak się temu dziwić. Na szczęście pisarz tak sprawnie poprowadził narrację, że czyta się jego powieść z masochistyczną przyjemnością.
Co ciekawe – morderstwa, które stanowią zazwyczaj centrum, wokół którego zbudowana została reszta opowieści, tutaj stanowią niejako tło, wcale nie najważniejszy element. Istotniejsze okazuje się piekło, przez które przechodziła Masza i droga Ravna do jej ocalenia. Rzadki to zabieg, przez co wielu może poczuć się rozczarowanych, jeśli nastawiali się właśnie na zmagania zabójcy z organem ścigania.
Nie one stanowią epicentrum tej historii. 
Wykolejony otwiera serię dziesięciu kryminałów, którą z wielką chęcią skolekcjonuję, mając nadzieję na rozwinięcie zasygnalizowanych wątków w kolejnych tomach.
 Z wielką ciekawością będę śledziła karierę Krefelda w Polsce i wam polecam to samo.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rodzina Casteel – Virginia C. Andrews


Tytuł: Rodzina Casteel
Autor: Virginia C. Andrews
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN:  9788378396406
Cena: 36 zł
Ilość stron: 544

Nazwisko Virginii C. Andrews budzi moje zaufanie, ale też – każdorazowo – obawę. Trwożę się i gryzę paznokcie nim zajrzę któremukolwiek jej tekstowi pod okładkę: wiem, że łatwo nie będzie. Podskórnie wyczuwam bolesne tragedie rodzinne, szereg nieprzepracowanych traum, ogrom skrywanego bólu, jawne przejawy niesprawiedliwości i brak stałej nadziei na lepsze życie mimo jej przebłysków. I tym razem się nie mylę – losy Casteelów niepokojąco przypominają perypetie Dollangangerów. Choć różnią się szczegóły – ogólny zarys historii jest dość schematyczny, nawet zakończenie stanowi kalkę finału Kwiatów na poddaszu, dostosowaną do świata przedstawionego kolejnej sagi (o, pardon, spoiler).

Heaven Leigh Casteel, to nastoletnia dziewczyna, na której głowie spoczywa, jak się zdaje, całe zło tego świata. Najstarsza z piątki rodzeństwa (Tom, Nasza Jane, Fanny, Keith) opiekuje się nimi niczym matka, w niczym nie ustępując macosze. Młodych łączy bardzo silna więź, zacieśniana na skutek wspólnie przepracowywanych cierpień i prześladowań, z którymi stykają się co dnia. Tragiczne warunki życia (nędzna chata, brak prądu, brud, głód, bieda) potęgują ich chorowitość oraz słabość. Mieszkali wraz z babcią, dziadkiem i ojcem, jeśli ten się pojawiał. A gdy się pojawiał, łączyło się to zarówno z radością (przynosił jedzenie), jak i z cierpieniem (Heaven była jedynym jego dzieckiem z małżeństwa z piękną, przedwcześnie zmarłą kobietą, po której żałoby Luke nigdy nie przepracował – w związku z tym unikał jej, nigdy nie nazywał córką).

Casteel uchodził za piekielnie przystojnego i nieokrzesanego człowieka. Zranił wielu, zupełnie z nikim się nie licząc. Sam uznawał siebie za ojca dawnego modelu – dziecko jest moją własnością, którą mogę dowolnie rozporządzać. I robił to – władał ich życiem i śmiercią, nie zważając na ich zażyłość.
A ta – była wielka, momentami wręcz odnosi się wrażenie, że nie jest to relacja miłości bratersko-siostrzanej, lecz erotycznej, kazirodczej, niewiele różniąca się do związku rodzeństwa z Kwiatów na poddaszu.

Ciężko było mi przez książkę tę przebrnąć nie dlatego, że jest zła warsztatowo, ani nie dlatego, że powiela znane z poprzednich książek Andrews schematy – to wybaczam, bo stanowi znak rozpoznawczy tej pisarki, choć nie zmienia faktu, że jej książki zaczynają przybierać charakter skamienielin. Lektura umęczyła mnie, bo nie byłam w stanie jednym ciągiem czytać o losach tak nieszczęśliwych ludzi – z aspiracjami, nadziejami – którzy zostają wtłoczeni w rzeczywistość nie tyle niesprzyjającą, ile w każdy możliwy sposób hamującą rozwój a nawet przypływ wiary w lepszą przyszłość. To, co pozornie ma stanowić o polepszeniu stopy życiowej bohaterów – stanowi kolejną bolączkę, następny ciężar przybijany do krzyża ich egzystencji. 

Nie wierzę – nie chcę wierzyć – że w świecie panuje aż taki ostracyzm, aż takie znieczulenie. Książka traci na wiarygodności przez ogrom tragedii, które dotykają bohaterów. Jest ich tak wiele, że przestają być autentyczne.  Hiperbolizacja osiągnęła tu zjawiskowe rozmiary, a autorka dąży chyba do tego, by na jednej ludzkiej istocie skupić wszystkie możliwe tragedie.
Jeden, dwa, trzy dramaty, nawet największej rangi – okej – wielu z nas doświadczyło ich w podobnym do postaci wieku. Ale tak wielkie epatowanie złem, dramatem, niesprawiedliwością,  które nikogo nie interesowały, jedynie litującą się nauczycielkę i później Cala, którzy jednak potrafili jedynie załagodzić ból kupieniem czegoś podopiecznym, a nie zgłoszeniem wyżej ich ciężkiej sytuacji i konkretnymi czynami, mającymi realnie polepszyć ich warunki do życia.
Czy znacie drugich takich Casteelów, których babcia ginie, ojciec nienawidzi , macocha opuszcza, rodzeństwo rodzi się martwe, jedzenia brakuje, mieszkańcy miasta wyzywają, poniżają, traktują jak ludzi z dziczy, a później jest już tylko gorzej?
Nie wierzę, że panuje aż taka znieczulica. Nie mogłam tego czytać – nie dlatego, ze za dużo było zła: jego istnienia przecież nie neguję, nie żyję w szklanej klatce, bez wiedzy o tym co dzieje się wokół mnie – dlatego jednak,  że było nierzeczywiste, niemożliwe, stanowiło serię niefortunnych zdarzeń na najwyższym poziomie. Handel ludźmi (własnymi dziećmi!), społeczne przyzwolenie, brak zrozumienia, przemoc, … .
A mimo to – autorka napisała tekst sprawnie i w jakiś s cały czas siliła się na realność – język jakim posługują się bohaterowie wskazuje na ich brak wykształcenia i ogłady – szczególnie język ojca, Sary i Fanny – choć każde z nich uosabia inny jego typ –  u Fanny jest to rozbuchany erotyzm; u Sary głupota, brak wykształcenia, charakterystyczne słownictwo, zaciąganie, błędy, mowa prosta i zabarwiona kolorytem lokalnym; u ojca gruboskórność, męskość rozumianą stereotypowo.

Co zatem sprawia, że czytam z rosnącym zainteresowaniem książkę, która budzi we mnie najgorsze instynkty? Co decyduje o tym, że nie potrafię rzucić jej w kąt z głośnym „nie będę tego dłużej czytać!”? Niewątpliwie Andrews wie, co się sprzedaje – ma świadomość tego, że ludzie, kierowani jakimiś masochistycznymi pobudkami żądni są historii trudnych i bolesnych; sag rodzinnych, w których nie sielanka decyduje o rozwoju, lecz właśnie kłody wciąż rzucane przez los pod nogi.
Buduje intrygi, tworzy zawiłą sieć bolesnych relacji, komplikuje i przekracza granie, po to, by  wstrząsnąć, zwrócić uwagę, złowić czytelnika na haczyk, a później powoli, powoli wyciągać go z tej topieli, wciąż generując tak zwane mieszane uczucia czytelnicze.

Złapiecie przynętę?

___________
Recenzje innych książek Andrews:

http://shczooreczek.blogspot.com/2012/04/patki-na-poddaszu-virginia-c-andrews.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2012/04/kwiaty-na-poddaszu-virginia-c-andrews.html




sobota, 15 lutego 2014

Być kimś, być sobą – Jarosław Podsiadlik


Tytuł: Być kimś, być sobą (+CD)
Autor: Jarosław Podsiadlik
Wydawnictwo: Novae Res
ISBN: 9788377229347
Ilość stron: 178
Cena 34,90 zł

Gimnazjum, to czas szczególnie burzliwy – zmiana szkoły, nowe znajomości, ponowne próby zdobywania szacunku ze strony nauczycieli i kolegów z klasy, burza hormonów, kształtowanie własnych poglądów, pierwsze burzliwe miłości.
Nierzadko tym i tak ogromnym metamorfozom towarzyszą trudności w domu rodzinnym, z którego wyrasta młody, zakompleksiony człowiek, pozbawiony pasji, wiary w siebie i własną  zdolność do przemieniania świata i rzeczywistości.

Bardzo często młodzi ludzie w tym okresie szukają rozmaitych odskoczni – jedni odnajdują swoje pasje, inni zatapiają się w nałogach, jeszcze inni zamykają się na otoczenie i preferują eskapizm. Bardzo wielu jednak, właśnie na tym etapie swojego życia, odkrywa ogromną wartość muzyki, która może być nie tylko strefą bezpieczeństwa , ale też przestrzenią, w której najprościej nazwać to, co aktualnie się przezywa.

Krzysiek to typowy uczeń gimnazjum, który jednak znacznie silniej niż jego przyjaciel Marcin, odczuwa potrzebę rozmawiania o przyszłości i budowaniu swojej tożsamości. Dom rodzinny nie dostarcza mu wzorców, a jedynym śladem po szczęśliwej przeszłości są zdjęcia, na których ojciec wcale nie pije ani nie wyżywa się na bliskich, ale tworzy atmosferę bliskości i poczucie bezpieczeństwa. Czasy te jednak bezpowrotnie minęły. Teraz w domu bohatera dominuje alkohol i przemoc, z którymi nie potrafi poradzić sobie nawet mama Krzysia, zatroskana o losy swojego jedynego syna i całej rodziny.

Jest jedna rzecz, która daje chłopakowi poczucie chwilowego szczęścia – pisanie, tworzenie tekstów, wypływających z własnego doświadczenia; słów, które raz pobudzone do życia mogą zmienić rzeczywistość.
Dopełnieniem jego potrzeby szukania pasji i własnego „ja” staje się muzyka, w której chłopak coraz bardziej się zatraca, odnajdując w niej nie tylko odpowiedzi, ale też pocieszenie i motywację.

Jarosław Podsiadlik wchodzi w przestrzeń młodego człowieka, nękanego typowymi problemami naszych czasów: osamotnieniem; brakiem wsparcia u najbliższych; trudnościami, wynikającymi z nałogów ojca, a także niepewną przyszłością.

Być kimś, być sobą, to zapis siedmiu dni z życia nastolatka, który próbuje odbudować swoje życie i znaleźć mocny fundament dla swojej tożsamości.
W oczy rzuca się niezwykła dojrzałość chłopaka, który prowadzi bogate życie wewnętrzne, raz po raz zastanawiając się nad sensem istnienia. Swoich przemyśleń nie zachowuje jednak dla siebie – automatycznie przekłada je na życie, dokonując tym samym wielkich przemian.
W powieści tej dominują dialogi, które odkrywają przed czytelnikiem próby porozumienia się bohatera ze światem, a także dobrze oddają to, jak takie rozmowy faktycznie wyglądają.
Dzięki zapisowi rozmów, gdzieniegdzie okraszonymi wulgaryzmami koniecznymi dla wzmocnienia wypowiedzi i wyrażenia buntu, mamy szansę dobrze przyjrzeć się przestrzeni młodych ludzi uwięzionych w nieszczęśliwych życiach.

Do książki dołączona została płyta z nagraniami, które doskonale uzupełniają lekturę i pozwalają zanurzyć się w klimacie opisywanej historii nie tylko mocą wyobraźni, ale także siłą muzyki, która dla wielu stanowi rzeczywisty ratunek – szczególnie dla tych, wywodzących się z podobnego bohaterowi środowiska.



poniedziałek, 10 lutego 2014

Alex – Pierre Lemaitre


Tytuł: Alex
Autor: Pierre Lemaitre
Wydawnictwo: MUZA
ISBN: 9788377583388
Ilość stron: 352
Cena: 34,99 zł

Dla nas najważniejsza jest nie prawda, lecz sprawiedliwość, czyż nie?[1]
Alex Prévost, to piękna, ponętna i wzbudzająca ogromne zainteresowanie mężczyzn kobieta. Niestety, uwagę jednego z nich zwróciła aż nadto: on to porywa ją i zamyka w klatce podwieszanej u sufitu, przypominającej tzw. dziewice, pamiętające czasy Ludwika XI i jego narzędzia tortur – klatce, w której nie można ani usiąść, ani się położyć.
Przez wiele dni nikt nie zgłasza jej zaginięcia, a jedynym śladem zdarzenia staje się relacja świadka, który niewiele potrafi jednak do sprawy wnieść, mając w pamięci jedynie szczegóły o małym znaczeniu. Choć Alex zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, nie chce pogodzić się z myślą o śmierci w taki sposób. To właśnie to przeświadczenie daje jej nieludzką wręcz siłę do walki o przetrwanie, na przekór założeniom kata, którego jedynym zamierzeniem jest patrzenie na nią „jak zdycha”.
Choć obraz ofiary zarysowany jest nadzwyczaj szczegółowo, czytelnik zastanawia się czy aby na pewno należy jej jednak współczuć? Czy emocje wywołane obserwowaniem jej upodlenia i egzystowania na granicy ludzkiej wytrzymałości oraz całkowitej dehumanizacji są słuszne? Choć wątpliwości pojawiają się dopiero po uwolnieniu się Alex z klatki jeszcze przed przybyciem policji, uderzają swą siłą i mocą oddziaływania. Dlaczego ofiara nie zgłosiła się na najbliższy posterunek?
"Dziewica" wynaleziona przez Ludwika XI .

Jej sprawę prowadzi inspektor Camille Verhoeven, mężczyzna, który jakiś czas wcześniej w wyniku porwania stracił ciężarną żonę. Wydaje się, że do sprawy tej podchodzi nadzwyczaj emocjonalnie, ale też… instrumentalnie, traktując ją jako katartyczną przeprawę, mającą pozwolić mu na uporanie się z dręczącymi go demonami przeszłości.
Przed inspektorem zadanie niebywale trudne, Alex bowiem niewiele ma wspólnego z jego zmarłą żoną. Jest brutalna, inteligentna i niewątpliwie żądną zemsty. Inspektor jednak nie ma w zwyczaju się poddawać, toteż mocując się z napotkanymi trudnościami, małymi krokami posuwa się do przodu, po to, by sprawiedliwości stało się zadość. Dwoistość jego motywacji jest tak samo zastanawiająca, jak niejednoznaczność motywacji poszukiwanej przez niego kobiety.

Autor bawi się czytelnikiem, miesza, z ofiary robi kata, z kata ofiarę motywowaną traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa i wczesnego dorastania. Komplikuje relacje, które od początku zostały mocno zarysowane, po to, by stopniowo ulec rozmyciu. Wyzwala pytania o sens etykietowania, każe zastanowić się nad tym czy każde morderstwo można jednoznacznie uznać za niedopuszczalne, nawet jeśli jest efektem wieloletniego cierpienia.
Lemaitre skutecznie utrzymuje napięcie od pierwszej do ostatniej strony, szpikując szczególnie pierwsze kilkadziesiąt stron opisami niezwykle brutalnymi, ocierającymi się o turpistyczne sposoby przedstawiania ofiar. Pokazuje ciało zbrutalizowane, skatowane, wskazuje na człowieka upodlonego, pozbawionego godności i wstydu, znajdującego się na granicy wytrzymałości. Powoduje w czytelniku silne współczucie dla przetrzymywanej ofiary, której kibicuje i z którą walczy, po to tylko, by kilkanaście stron dalej przedstawić porwaną jako kobietę bez zahamowań, pozbawioną skrupułów, za to z pamięcią słonia i z bardzo dobrze przygotowanym planem zemsty, który dojrzewał w niej jako odpowiedź na cierpienia doznawane w młodości, będący odpowiedzią na zbezczeszczone niegdyś ciało.
Choć blurb dał mi złudzenie sięgania po książkę, stanowiącą historię walki o przetrwanie, tak naprawdę jest to opowieść o zemście, dojrzewającej przez lata. O kobiecie, która z podziwu godną precyzją zaaranżowała spotkania, kończące się zawsze tak samo brutalnie.
Misternie konstruuje intrygę, ewokując sprzeczne uczucia po odłożeniu lektury: czy sprawiedliwości stało się zadość? Kto tak naprawdę był największą ofiarą? Czy każda z kolejnych ofiar nie była też po części katem, otrzymującym poniewczasie sprawiedliwą karę?

Odpowiedzi na te pytania, ale przede wszystkim niezwykłą podróż śladami ludzkiej pamięci odnajdziemy w tym piekielnie dobrym thrillerze, który, jak sądzę, rzeczywiście chciałby sfilmować Hitchcock, gdyby tylko miał taką możliwość.


[1] Alex, Pierre Lemaitre, Warszawa 2013, s.349.

czwartek, 14 listopada 2013

Na wysokim niebie – Danuta Awolusi


Tytuł: Na wysokim niebie
Autor: Danuta Awolusi
Wydawnictwo: SOL
ISBN: 978-83-62405-30-5:
Cena: 29 zł

Do napisania czegokolwiek o tej książce zasiadałam już kilkakrotnie – każdorazowo bez efektu.
Myśli kotłujące się w mojej głowie po lekturze nie pozwalają mi na ich uporządkowanie.
Choć Na wysokim niebie, to lektura niezbyt długa, dostarcza przeżyć tak silnych, że nawet skreślenie paru linijek na jej temat, wymaga ogromnego wysiłku i siły woli.

Ania to dziewczynka, która ma wszystko o czym każdy z nas marzył w jej wieku – wolność, swobodę w chodzeniu gdzie chce i kiedy chce bez wypytywania. Mimo że chodzi dopiero do podstawówki, rodzice do niczego jej nie zmuszają – na wszystko się zgadzają, nie ingerują w jej życie, nie zadają krępujących pytań, podczas gdy rodzice jej rówieśników namiętnie trzymają ich blisko siebie, notorycznie się zamartwiają, dbają o nich, pytają o każdy szczegół ich życia, interesują się gdzie i kiedy będą.
Niestety, na pozór idealne życie Ani, wcale takie nie jest. Tęskni ona do zdrowych relacji, których nie ma i których brak próbuje sobie zrekompensować, zamykając się w świecie książek. To w nich szuka matczynej i ojcowskiej miłości, zainteresowana, opieki i czułości.
W szkole nie idzie jej najlepiej – zupełnie nie interesuje się ona nauką, a rówieśnicy nie tylko od niej stronią, ale także ją szykanują. Powodów mają, jak się zdaje, wiele. Ania nie dość, że pochodzi z biednej rodziny, to jeszcze dawno temu powzięła decyzję o tym, by się nie myć i niezbyt często przebierać. Rodzice nie zwracali uwagi na smród i brud, który nieodłącznie jej towarzyszył, za to klasowi koledzy za punkt honoru postawili sobie naigrywanie się z niej  tego właśnie powodu. Dziecięca brutalność osiągnęła w jej klasie najwyższy poziom.
Litość i obrzydzenie – dwa typy zachowań, którymi obdarowywali ją otaczający ludzie.

Nie dziw, że Ania zamykała się w świecie fantazji, w którym każdy, nawet tej najbardziej niepozorny, może wszystko. Jej ulubioną serią stała się saga o Harrym Potterze, który tak jak i ona nie miał łatwego życia, a mimo to wyrósł na dobrego czarodzieja i wspaniałego człowieka.
Towarzyszką jej niedoli, jedyną osobą, która nie zwracała uwagę na jej biedę i wygląd, była młoda bibliotekarka – Pani Sabina. Z nią też nawiązała Ania serdeczną nić porozumienia, ona otworzyła dla niej zupełnie nowe światy – nie tylko literackie. Za jej sprawą, dziewczynka zaczęła otwierać się na innych i zupełnie inaczej postrzegać siebie i otaczającą rzeczywistość. Pani Sabina stała się jej rodziną, jedyną ciepłą i dobrą towarzyszką życia. To dzięki niej i jej wsparciu, w życiu Ani pojawili się nowi przyjaciele – Pan Maksymilian, Tobiasz i jego rodzice.

Na wysokim niebie, to powieść o walce o godne życie pełne miłości. Danuta Awolusi zbudowała historię traktującą o znaczeniu dobrych ludzi, których spotykamy na swojej drodze, o braku przypadków i potędze potencjału. Opowieść ta wzbudza nadzieję na o, że mimo kiepskich warunków wzrastania, nie jesteśmy skazani na porażkę i powielenie losów rodziców. Mimo braku miłości w gnieździe rodzinnym, nie jesteśmy zmuszeni do oziębłości w dorosłości. To słodko-gorzka historia o wykorzystanych szansach, panorama życiowych wzlotów i upadków, prowadzących do wypracowania silnego charakteru, relacja z poszukiwania rodzinnego ciepła, miłości i przyjaźni.
Choć pełna serdeczności i czułości, jest jednocześnie powieścią rozdzierającą i bolesną. Przerywa ona tamy nagromadzonego cierpienia, buzuje od emocji i gra na ludzkiej pamięci o śmierci bliskich i żałobie po nich.
Niewolna jest od tematów trudnych, to na nich się koncentruje i wokół nich buduje narrację.
Jeśli liczycie na powieść odprężającą, w niej takiej nie odnajdziecie. To lektura o niewyczerpanym źródle nadziei, zbudowanej na udrękach i zgryzotach. Jest niczym ropiejąca rana, pozostawiająca trwałą bliznę na duszy. Burzy rutynę, powoduje mentalne zjednoczenie z bohaterami, których życie i przejścia stają się niejako odbiciem doświadczeń czytelnika, od których zapewne żaden z nas nie jest wolny.
Jest w tej krótkiej powieści pewna onieśmielająca możliwość przeniesienia przejść postaci na życie odbiorcy, zawiera ona bowiem w sobie tak wiele elementów charakterystycznych dla egzystencji  każdego z nas, że identyfikacja jest nie do uniknięcia.
Słowa autorki nie są kojące, lecz przeszywające. Posiadła ona niezwykłą biegłość w posługiwaniu się językiem, jej opowieść oddycha, pulsuje podskórnym rytmem, wdziera się do życia niczym niechciany, bo wyparty gość.
Choć jest to historia konkretnych ludzi i jednostkowych wydarzeń, odnoszę wrażenie, że tak naprawdę stanowi opowieść uniwersalną, w której każdy przeczyta siebie, przejrzy się w niej jak w lustrze.

Brakuje mi słów, by opisać emocje towarzyszące lekturze. Nie chciałabym niczego uronić, choć wiem, że nie sposób zwerbalizować tego, co działo się w mojej głowie i sercu, gdy czytałam tę książkę. Morze łez, gros rozdrapanych ran, przypomnienie o tym, co wyparte i niechciane – takich doświadczeń możecie spodziewać się przy tej książce i na nie musicie być gotowi.
Niezwykle katartyczna, niosąca konieczne oczyszczenie powieść. Trudna i przez to wartościowa.

Polecam ogromnie!

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

UT – Jacek Ostrowski

Tytuł: UT
Autor: Jacek Ostrowski
Wydawnictwo: JanKa
Ilość stron: 272
Rok wydania: 2012
Cena: 29.40 zł
ISBN 978-83-62247-18-9

Książka Jacka Ostrowskiego, to lektura z serii tych, które zaskakują bardzo pozytywnie. Przyznaję, że moja próba zajrzenia tej publikacji pod okładkę trwała kilka miesięcy, podczas których moja niechęć do tejże i dość hermetyczny opis fabuły sprawiły, że lektura ta wciąż przegrywała z innymi. Wychodzę jednak z założenia, że w życiu nie ma przypadków, a już na pewno nie ma przypadków dotyczących kolejności czytanych przez nas książek, czasu, w którym to robimy i wcześniej zdobytej wiedzy około literackiej, mającej sprawić, że nasze spojrzenie na kolejno wybierane pozycje zupełnie się zmienia.
Cieszę się, że UT przeczytałam właśnie teraz, właśnie w takich okolicznościach.
I jeśli kogoś z Was także nie zachęca ani opis, ani oprawa, spieszę donieść, że wszelkie te obawy i wątpliwości są płonne, bowiem to książka z gatunku tych, którym trzeba zajrzeć pod okładkę, by docenić jej wartość i wielowarstwowość. Zapewniam Was, że każdy znajdzie w niej element interesujący – ciężko bowiem określić jednorodność gatunkową tej publikacji. Można uznać ją  jednocześnie za powieść sensacyjną, której patronuje tajemnica, można określić ją jako historię z wątkiem miłosnym, można uznać ją za sagę o sekretach rodzinnych, można wreszcie mienić ją opowieścią o najważniejszych wartościach, a także o burzycielach tychże wartości – o największych problemach współczesności.
Ale, ale! O czym ja właściwie tyle mówię, pomijając najważniejsze – fabułę? Przedmiotem opowieści jest historia pewnego hotelu prowadzonego przez Julitę Ballucci, Dominga, a niegdyś także i ojca Julity – Barnarda.  Budynek ów mieści się w Pietresancie i przeżywa właśnie swój wielki kryzys. Standardy się zmieniły, a właścicieli nie stać na remont, co w konsekwencji sprawia, że brakuje klientów. Pewnego dnia jednak, u progu hotelu stawia się tajemniczy gość – Raul Gomes. Jego wizyta staje się początkiem serii dziwnych wydarzeń. Mężczyzna decyduje się na wynajęcie całego hotelu dla pięciu osób w marcu, całkowicie poza sezonem. Za usługę tę oferuję niebagatelną kwotę 50 tysięcy. Dla Julity staje się to prawdziwym darem niebios, szybko jednak nabiera podejrzeń. Zwłaszcza, że na tym wymagania klienta się nie kończą – chce on, by właścicielka hotelu przekazywała jego mieszkańcom pewne wiadomości oraz nie zadawała żadnych pytań – w innym wypadku ich umowa okaże się nieważna.
Raul, to człowiek na tyle tajemniczy i uwodzicielski, że bez trudu podbił serce bohaterki. Ich uczucie zaczyna się rozwijać, jednak właśnie wtedy Julita odkrywa, że mężczyzna nie jest tym za kogo się podaje, a ludzie, których sprowadził do hotelu, to indywidua nie tylko dziwne, ale także niebezpieczne. To pięć osób uosabiających część najważniejszych bolączek współczesności – terroryzm, pedofilię, korupcję, nieopanowaną dumę i inne. Jaki jednak mają oni związek z Julitą?
Szybko okaże się bowiem, że Raul wie o jej rodzinie o wiele więcej niż ona sama, a znajomość z nim nadwątli relację z ukochanym ojcem i podda w wątpliwość zaufanie jakim od lat darzyła jego i Dominga. Co więcej, nie jest on jednostką indywidualną, lecz przedstawicielem tajemniczej korporacji, której istnienie negują wszyscy, i o której strach mówić – UT.
Uff, ciężko opisać tę książkę w kilku słowach – to ogromny koktajl emocjonalny, buzujący od zagadek, od tajemnic, pełen niedopowiedzeń i gier z czytelnikiem. Ostrowski pod peleryną powieści sensacyjnej ukrywa pytania o ludzką moralność, pobudki, którymi się kierujemy, różne perspektywy patrzenia na jedną sytuację, sprawiedliwość, zemstę, a nade wszystko – sumienie, które ostatecznie rządzi naszym życiem i nie daje nam spokoju.  Autor rozprawia się z stereotypowym spojrzeniem na pewne tematy i gwarantuje swojemu czytelnikowi emocjonujące chwile z naprawdę dobrą  książką.
W mojej głowie co rusz rodziło się porównanie do dwu innych tworów kultury – książki Agaty Christie I nie było już nikogo oraz programu telewizyjnego sprzed kilku lat – Agenta. Dlaczego? Nie sposób opędzić się od myśli, że łączy je wiele wspólnych elementów – jedna osoba wiedząca o innych wszystko, znająca każdy ich ruch, porozumiewająca się z nimi za pomocą pośrednika i wiadomości, której mają oddziaływać na psychikę, podsuwanie obrazów mających pobudzić sumienie i sprawić, że wygrać ma jedno – odwaga i sprawiedliwość.
Ostrowski podaje te motywy w taki sposób, że czytelnik ma pragnienie sięgać wciąż po więcej i więcej. Przy tej książce nie można się nudzić!
Polecam gorąco!