Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Zabaw się w kronikarza, czyli Misja: Rodzinka.




Misja rodzinka to hybryda drzewa genealogicznego, kroniki rodzinnej i książek utrzymanych w  duchu Zniszcz ten dziennik. Świetna, nowoczesna alternatywa dla tradycyjnych albumów, zbierająca nie tylko zdjęcia, ale również wspomnienia, odbicia, ręczne prace – to komplementarny pamiętnik rodowy, w  którym znajdzie się miejsce na aktywność każdego z jego członków.

Faktycznie, jak zapewnia wydawnictwo – tego dziennika nie będziesz chciał zniszczyć ani wyrzucić. Będziesz za to z ochotą zapełniał kolejne jego strony, po to, by później odłożyć na półce i za jakiś czas wracać do niego z sentymentem i rozrzewnieniem.

Kapitalny prezent dla młodszych członków rodziny, zdolny zaszczepić w nich chęć poznawania rodziny i dbania o relacje oraz pamięć. Dzięki tej publikacji właściciel dowie się o swoich bliskich rzeczy, o których dotąd nie słyszał, a które stanowią ważny element familijnej tożsamości i tradycji. Ponadto, zmuszony będzie odwiedzić dawno niewidzianych członków rodziny, a co za tym idzie – podtrzymać, a nierzadko pewnie i odnowić nadszarpnięte więzy.



Książka ta zatem obok znaczenia praktycznego i kronikarskiego, będzie miała duży wpływ na zaciskanie rodzinnych nici bliskości, zdolna odbudować to, co nadwątlone.

Do zadań znajdujących się w książce zaliczyć można nie tylko tworzenie listy rodzinnych zawodów (praktykowanych i tych znajdujących się w  sferze marzeń), ale też pamiętnika z  wyjazdu, miłosną mapę rodzicielskich relacji, drogę dojścia do wyznawanych poglądów, nekrologi ukochanych zwierzaków, rodzinne przepisy, opis formy świętowana urodzin,  a także fotografie.

Wszystko to przeplatane jest cytatami skoncentrowanymi wokół rodziny i bliskości.


Doskonała propozycja prezentowa – tworzenie albumu będzie niezwykłą frajdą dla całej rodziny i niebanalną i w świecie, w  którym rodzina jest zagrożona – pamiątką na lata.

poniedziałek, 21 września 2015

Przypadki Callie i Kaydena - Jessica Sorensen


Przypadki Callie i Kaydena to książka budząca wśród czytelników tak wielkie emocje, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. Okładka i opis sugerują klasyczne czytadło w stylu young adult jakich przeżywamy ostatnio prawdziwy wysyp. Wydaje się, że niewiele może zaskoczyć, a jednak  dzieje się zgoła inaczej.

Bohaterami tej powieści, będącej tak naprawdę preludium do dalszej narracji, swoistym wydłużonym prologiem, są Callie i Kayden – zranieni nastolatkowie, którym wielką trudność sprawia prawdziwe zaufanie i okazanie uczuć drugiemu człowiekowi. Oboje przeżyli piekło zgotowane przez własną rodzinę i każdy z nich trzyma swój sekret głęboko na dnie serca, nikomu o nim nie mówiąc i samodzielnie próbując sobie radzić z ranami zadanymi przez życie. I nie, wcale nie chodzi o klasyczne zranienia wieku młodzieńczego, kłótnie rodzinne czy minidramaty, których doświadczył każdy z nas, będąc nastolatkiem.

Ona, mając dwanaście lat i dopiero powoli wchodząc w kobiecość, została zgwałcona przez starszego brata, które to wydarzenie zmieniło ją nie do poznania – zaczęła ukrywać się pod luźnymi bluzami, na siłę próbując uczynić się niewidoczną. Rodzice, choć mocno przeżywali jej zachowanie, złożyli je na karb młodzieńczej depresji. A ona nie chciała wyprowadzać ich z błędu. Przez swoje zachowanie była wytykana przez otoczenie, wyśmiewana i  nierzadko szykanowana, jednak dzięki temu mogła trzymać się z dala od ludzi i ograniczać każdy fizyczny kontakt do minimum.

On, mimo pozornej siły, którą okazuje na zewnątrz jako futbolista, jest tak naprawdę sponiewieranym przez ojca nastolatkiem. Ten, upatrując w nim gwiazdę, karze go fizycznie za każde najdrobniejsze wykroczenie. Przelewa na siebie swoje frustracje, znacząc jego ciało i psychikę kolejnymi bliznami. Pewnego dnia, gdy ojciec osiągnął nienawiść tak wielką, że bicie syna doprowadziło go niemalże na skraj morderstwa, widzi ich Callie, która zmyślnie przerywa ten popis agresji.

Od tamtej pory ścieżki tej dwójki młodych ludzi będą się przecinać, po to, by w końcu młodzi zdołali sobie zaufać na tyle, by zwierzyć się ze swojej przeszłości i spróbować budować prawdziwą relację, której przez wcześniejsze doświadczenia byli pozbawieni.

Sorensen to autorka, która pod osłoną historii dla nastolatków zaprezentowała bolesny i często zbywany milczeniem w tej grupie ludzi problem przemocy domowej i agresji, o której się milczy.

Ważna książka, konieczną do podsuwania młodym ludziom, którzy – mam nadzieję – dzięki tej powieści zaczną nie tylko mówić o swoich problemach i szukać wsparcia, ale przede wszystkim zostaną dotknięci nadzieją na stworzenie relacji z drugim człowiekiem i dojrzeją do zdania, że miłość nie zawsze musi boleć, a rodzina może być (powinna być!) ostoją i pociechą.


Cieszę się z istnienia tej powieści i z niecierpliwością wypatruję kolejnego tomu – jestem okrutnie zainteresowana tym, w jakim kierunku poprowadzona zostanie narracja i jak ułożą się życia głównych bohaterów.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Tully - Paullina Simons

Tully to opowieść o dojrzewaniu, przemianie pokaleczonej przez życie nastolatki w kobietę próbującą budować zdrowy dom i relacje oraz wreszcie przejąć kontrolę nad tym, co ją spotyka. Jest ona bohaterką dynamiczną, zmienia się, a mimo to wciąż nie udaje jej się przepracować skrytych głęboko w sercu traum i zranień, które stale ją paraliżują.

Początkowo – o dziwo – trudno się w lekturę wgryźć. Urywki z życia Tully zdają się niejasne, niepewnego znaczenia. Dopiero z biegiem czasu, po śmierci jej przyjaciółki, wszystkie puzzle zaczynają do siebie pasować, czyniąc obraz – głównie psychologiczny – pełnym. Simons tym razem bardziej niż na wątku obyczajowym i romansowym, który notabene rozwinięty jest mocno, skupiła się na portretowaniu głównej postaci i jej wyborów znaczonych poranioną psychiką. Toksycznych działań, zabawy uczuciami swoimi oraz innych, wynikających najpierw z przemocy, której zaznała w domu rodzinnym (psychicznej i fizycznej), opuszczenia przez ojca, który zamiast ją wybrał jej brata, molestowania seksualnego, później zaś z samobójstwa popełnionego przez przyjaciółkę, które Tully długo odbierała jak zdradę, z którym nie mogła sobie poradzić – wiele lat, wówczas gdy inni radzili sobie z  utratą, ona trwała w szoku, próbując znaleźć się na granicy śmierci, czego śladem są znaczone głębokimi bliznami nadgarstki. 

Jestem rozczarowana gorzkim, jak sądzę, zakończeniem. Kibicowałam bohaterce, mimo że swoim cierpieniem początkowo epatowała i usprawiedliwiała nim wszystko – także rozbuchaną seksualnie młodość, pragnęłam jej przemiany i długo wyczekiwanego spełnienia. A tutaj? Pozornie dobry finał, ale czytelnik mający przed oczami i w  pamięci całą historię Tully doskonale zdaje sobie sprawę, że jej ostateczna decyzja wcale nie jest trafiona, że bohaterka nie jest w stanie takiej podjąć, bowiem całkowicie spętana została przez  nieustanną niemożność bycia szczęśliwą: tak jakby całe życie musiała pokutować, by innym było dobrze, doskonale wiedząc przy tym, że taki model się nie sprawdza, bo swoje samopoczucie będzie przenosiła na bliskich, czyniąc ich życie – paradoksalnie – nieznośnym. 

Po lekturze czuję się rozdarta – najwidoczniej się starzeję, oczekując wciąż pozytywnych finałów: w  życiu chyba za dużo tych niedobrych, by mieć jeszcze siłę przeżywać literackie.  Mimo tego bolesnego zakończenia, książkę zapamiętam jako bardzo dobrą opowieść o kobiecie usiłującej zmagać się z życiem, które nie rozpieszcza. O sile miłości, namiętności, przyjaźni, ale też szeroko rozumianej zdradzie, niezdolności do działania i pragnieniu oszczędzenia cierpień bliskim.

Simons tworzyła kolejną wielowątkową, rewelacyjnie napisaną powieść, która choć trudna – sprawia wielką czytelniczą satysfakcję. Podczas lektury kibicuje się bohaterce, pragnie się jej szczęścia. Autorka ułatwia syntonię – wręcz namacalnie czuje się przed jak dramatycznym wyborem staje Tully, jak bardzo chciałaby mieć wszystko to, co dotąd, nie raniąc przy tym bliskich, jak rozpaczliwie pragnie szczęścia i jak trudno jest jej je osiągnąć. Współodczuwamy także z Jackiem i Robinem – dwoma mężczyznami życia Tully, którzy swoją miłością próbują ją uleczyć.

czwartek, 9 lipca 2015

Słowa pamięci – Rowan Coleman





Tematykę przybliża już sama okładka i wyróżniająca się czcionka – wyraźne słowa i rozmywające się powoli pamięci. Podobnie jak tytuł, tak i bohaterka powoli zanika – nie fizycznie, lecz umysłowo. Jej ciało trawi przekazywana genetycznie choroba Alzheimera, bardzo szybko zbierająca swoje żniwo.

Po diagnozie bohaterka, Claire, sądzi, że będzie miała jeszcze trochę czasu, by powoli oswoić się z  nieubłaganym traceniem pamięci, a wraz z  nią – siebie. Niestety Alzheimer postępuje niezwykle szybko, z  dnia na dzień pozbawiając ją tego, na co pracowała całe życie. Kobieta powoli zapomina, kim jest jej mąż, nie pamięta, że go kocha; nie potrafi wrócić do domu; nie rozpoznaje ludzi, ulic, domów. Każda kolejna czynność jest dla niej niezwykle trudna, tym bardziej, że chciałaby jak najdłużej być ze swoją nastoletnią córką oraz jej ojczymem Gregiem, ze związku z  którym poczęła się malutka jeszcze Ester, nierozumiejąca sytuacji w  jakiej znalazła się jej rodzina.

Kobieta coraz bardziej oddala się od bliskich, czym sprawia im ogromny ból: jej matka opiekuje się nią jak umie, podobnie jak przed laty swoim mężem; Greg robi wszystko, by być blisko żony, która go zapomina; a córka Caitlin przedkłada problemy mamy nad własne, mimo że właśnie dowiedziała się kim jest jej ojciec i dlaczego nigdy go nie poznała, a także, że sama mimo młodego wieku zachodzi w  ciążę.

Claire ciężko pogodzić się z postępem choroby – odtąd każdy patrzy na nią właśnie przez jej pryzmat, nieumyślnie sprawiając jej zawód. Jedyną osobą, w  oczach której kobieta wciąż jest sobą, jest nowo poznany mężczyzna – Ryan, w  którym bohaterka stopniowo się zakochuje.
Oprócz potajemnych spotkań z  tymże, Claire postanawia pomóc córce uporządkować jej sprawy, zanim choroba całkowicie pozbawi ją możliwości świadomego uczestniczenia w  życiu najbliższych.
By nie uronić ani chwili z  tego, co minione, cała rodzina postanawia współtworzyć dziennik, w  którym zapisywać będą najważniejsze dla nich momenty, tworząc wytłaczaną miłością kronikę.

Słowa pamięci stanowią propozycję klubu Kobiety to czytają! Powieść po raz kolejny skupia się na tematyce walki z chorobą pochodzenia neurologicznego, sprawiającą, że dotknięta nią osoba powoli traci kontrolę nad własnym życiem i postępowaniem. Mimo mocnego tematu, mam wrażenie, że powieść ta odstaje poziomem od pozostałych klubowych publikacji – jest dobrze, płynnie, ciekawie, ale brakuje tej mocy rażenia, do której tak bardzo przyzwyczaiły mnie należące do serii książki. Autorka, mimo wszelkich starań, mimo wzruszającej historii, zupełnie nie zagrała na moich uczuciach – sfera emocjonalna została niemalże nietknięta, nie potrafiłam poczuć silnej więzi z  bohaterami, nie zżymałam się na ich ciężki los, bo zwyczajnie Rowan Coleman o to nie zadbała – mimo poprawności, brakuje tej powieści polotu, co pozostawia mnie ostatecznie z  tak zwanymi mieszanymi doznaniami czytelniczymi. Wciągnęła mnie bardzo – przeczytałam ją w jedno popołudnie, a mimo to rozstałam się z bohaterami bez większej przykrości. 

Bardziej niż więź z postaciami, istotne okazuje się tutaj śledzenie relacji matka-córka (widoczna zarówno w  postawie Claire jak i jej mamy), żona-mąż, córka-ojciec, pasierbica-ojczym, dziewczyna-chłopak: wszelkich konfiguracji rodzinnych. To one, związki bliskich osób, stanowią jeden z przewodnich wątków. Autorka pokazuje siłę zjednoczenia rodziny w  obliczu choroby i wyższość miłości nad wszelkimi przeciwnościami. I dla tego literackiego świadectwa – warto.


środa, 8 lipca 2015

Słodycz wybaczenia - Lori Nelson Spielman


Po rewelacyjnej Liście marzeń obok kolejnej książki Lori Nelson Spielman nie mogłam przejść obojętnie. Wyglądałam jej na długo przed premierą, marząc, by wreszcie móc poznać nową fabułę stworzoną przez pisarkę, której książka poprzednio wybrała mnie sama, pomagając mierzyć się z wydarzeniami własnego życia.
Cudowna okładka znowu przykuła uwagę i pewnie będzie to robić z  wieloma potencjalnymi czytelnikami – obok niej nie można przejść obojętnie, a jeśli tylko podobny typ literatury nam odpowiada, zakup mamy jak w banku.

Choć wzruszeń było tym razem mniej, bo i wspólnoty doświadczeń z  bohaterami nie miałam, książka zapisze się w mojej pamięci jako słodko-gorzka opowieść o wybaczeniu i stawaniu przed sobą i bliskimi w prawdzie.

Jak wiele mamy do wybaczenia sobie i innym pewnie nawet nie zdajemy sobie sprawy. Na co dzień wszystkie złe wydarzenia z  życia spychamy w najodleglejszy zakamarek mózgu, zatrzaskując prowadzące do niego drzwi, nie chcąc nigdy więcej do nich wracać. I funkcjonujemy – a nasza podświadomość szaleje, generując niewytłumaczalny dla nas bunt, złość, smutek. Drogą do odnalezienia prawdziwego ja i harmonii jest wybaczenie i przepraszanie – dwa wyzwalające gesty, pozbawiające nas wstydu, poczucia winy i bezustannego obarczania się wydarzeniami, o których moglibyśmy dawno temu zapomnieć, jeśli tylko zostałyby zakończone.

Fiona Knowles przed laty znęcała się nad Hannah Far, czyniąc jej szkolne życie nieznośnym, a w  konsekwencji doprowadzając do rozpadu małżeństwa jej rodziców. Teraz, kobieta jest jaśniejącą gwiazdą telewizji – wydała książkę o kamykach wybaczenia, które stały się prawdziwym hitem. Jedną z  pierwszych osób, do których gwiazda wysłała swoje kamyki była właśnie Hannah – doskonale radząca sobie prezenterka telewizyjna, której idealnym życiem wstrząśnie na pozór nic nieznacząca idea. Po rozpoczęciu akcji wybaczania kobieta nie będzie już tak pewna tego, czym żyła przez minione dwadzieścia lat. Pod znakiem zapytania stanie także jej prestiżowa praca i relacje z  partnerem, z którym planowała ślub. Pozornie niewinne przepraszanie uruchomi całą lawinę wydarzeń, która pozwoli spod gruzów powstać nowej, prawdziwej Hannah.

Wiele w  tej opowieści nadziei dla tych, którzy boją się stanąć przed sobą w prawdzie i wybaczyć oraz przeprosić. To dobra inspiracja do poświęcenia dnia na własne kamyki wybaczenia: stworzenie listy osób spotkanych przez całe życie, których przebaczenia potrzebujemy, nawet jeśli oni o tym nie wiedzą. Czasem nawet błahostki mogą nas całkowicie spętać i nie pozwolić żyć pełnią życia i wolności. To wielka moc tej publikacji: oprócz śledzenia losów głównej bohaterki, dostajemy możliwość głębokiej autorefleksji połączonej z  czynem. Ale uwaga! Przeproszenie to dopiero początek lepszego życia.

Polecam tę książkę na letnie leżakowanie: mimo ciężaru brzemion niesionych przez główne postaci, jest ona opowieścią lekką i przez to doskonałą do czytania. Pozwala spojrzeć na siebie samych z dystansu i zastanowić się jak długo jeszcze będziemy w  stanie żyć, pozbawieni wybaczenia. A każdy z nas ma za co przepraszać. Każdego dnia, uwierzcie.


Macie odwagę, by pozbyć się swojego brzemienia?


piątek, 3 lipca 2015

Pogromca lwów - Camilla Läckberg

Pogromca lwów to dziewiąty już tom bestsellerowej serii o Fjällbace Camilli Läckberg – pisarki, która osiągnęła światowy sukces literacki i wciąż prze do przodu. Jej fanów z dnia na dzień przybywa, a autorka nie osiada na laurach, tworząc teksty na coraz wyższym poziomie. 

Ich wykładnikiem jest nie tylko kryminalna intryga, ale także szerokie tło obyczajowe, zarysowane bogato i barwnie. Nikt inny nie opisał szwedzkiej prowincji tak jak Läckberg, nikt inny też przez tak długi czas nie zajmuje czołowych miejsc na listach najlepiej sprzedających się książek i wreszcie chyba na niczyje książki fani gatunku nie czekają z taką niecierpliwością.

Tym razem, na przekór polskiej aurze, przeniesieni zostajemy do serca fjällbackiej zimy – mamy styczeń, kiedy wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu wbiega dziewczyna, ginąc na miejscu. Bardzo szybko okazuje się, że to poszukiwana nastolatka, której zaginięcie cztery miesiące wcześniej zgłosili rodzice. W  trakcie śledztwa okazuje się, że dziewczyna była okaleczona – pozbawiona zmysłów, by nie móc orientować się w tym, co dzieje się wokół niej. Porywacze nie przewidzieli jednak jej wielkiej woli walki. Zaginięcie dziewczyny przypomina bliźniacze sprawy z  innych rejonów Szwecji, z  których żądna nie została rozwiązana, a sprawcy nie zostali ujęci. Jedynym elementem, który zdaje się łączyć zaginione dziewczyny jest fakt trenowania przez nie jazdy konnej. Śledztwo prowadzi Patrik Hedström.

W  tym samym czasie Erica Falck, zbierając materiały do książki, bada sprawę przed lat. Przedmiotem jej zainteresowania jest rodzinna tragedia, na której skutek zamordowany został ojciec. Bohaterka odwiedza w więzieniu jego żonę, która zaraz po zdarzeniu przyznała się do winy. Erica ma przeczucie, że za sprawą kryje się coś więcej, a tragiczne wydarzenia mające miejsce w tej rodzinie, to jedynie wierzchołek góry lodowej – szczyt, wieńczący masyw dramatów, o których nikt nie wiedział i których nikt się nie domyślał. Po czasie okazuje się, że obie sprawy – na pozór tak bardzo odległe – coś łączy.
Prawda jest tak trudna do przepracowania, że tylko nieliczni nie przeżyją szoku, docierając do zakończenia książki.


Läckberg po raz kolejny pokazała swoją formę – budując opowieść, w  której tak różne historie ostatecznie płynnie się zazębiają, pokazała jak wielkiej klasy jest pisarką i jak niewiele jej trzeba, by przyciągnąć uwagę wygłodniałego jej powieści czytelnika. Mocna powieść o powielaniu schematów psychopatii, ogromie ludzkiego zła i okrucieństwa. Zmyślna układanka, w której krok po kroku obserwujemy jak kolejne elementy wskakują na właściwe sobie miejsce, a kolejne ciemne strony ludzkiej natury zostają odsłonięte. Przy tym wszystkim  jest to powieść bardzo dobra warsztatowo, na którą warto było czekać. 

czwartek, 2 lipca 2015

Sekret O’Brienów – Lisa Genova


Joe O’Brien to czterdziestotrzyletni bostoński policjant. Jego życie wydaje się ustabilizowane – od lat ma tę samą kochającą żonę, cudowną, dorosłą już czwórkę dzieci, stabilną pracę i szacunek wśród bliskich oraz znajomych. Na ten ostatni zasłużył sobie przez lata, będąc dla innych uosobieniem dobra, opanowania i sprawiedliwości. Jego żona, Rosie, coraz częściej zauważa jednak, że mąż zachowuje się inaczej – ma napady niekontrolowanego gniewu, coraz trudniej mu się skoncentrować, ciałem rządzą niezauważane przez niego dziwne drgawki. Początkowo kobieta podejrzewa go o nadmierne spożycie alkoholu – wszak Joe całe życie żył w przeświadczeniu, że jego matka zmarła jako alkoholiczka, a predyspozycje do łatwego uzależniania się przekazywane są w genach stąd i o skojarzenia nietrudno.

Po badaniach neurologicznych okazuje się, że diagnoza jest znacznie gorsza – to pląsawica Huntingtona przekazywana genetycznie zaburza jego funkcjonowanie. Najgorsza dla Joego była nie sama wieść o obciążeniu genetycznym, ale przede wszystkim świadomość, że jego dzieci mają 50% szans na odziedziczenie wadliwego genu. Ich los może potwierdzić jedynie badanie krwi, na które niełatwo się zdecydować. Bohaterowie staną w obliczu wyzwania: żyć ze świadomością prawdy jakakolwiek by nie była czy zadręczać się wątpliwościami, skazując na śmierć już za życia.

Opowieść Lisy Genovy to nie tylko historia choroby i opis coraz trudniejszej codzienności osoby się z  nią zmagającej, ale przede wszystkim opowieść o rodzinie, która próbuje mierzyć się z tak okrutną diagnozą i mimo wątpliwości i świadomości braku leków – walczyć. Z  miłością, cierpliwością, serdecznością, godnością. 

Choć tematyka jest trudna, sama książka nie należy do przytłaczających. Wielki wpływ na jej wydźwięk mają relacje rodzinne głównych bohaterów, którzy mimo niewątpliwych trudności próbują iść przez życie z podniesionym czołem: humorem, radością, celebracją chwili.

To już druga książka poświęcona pląsawicy Huntingtona, którą czytam w krótkim odstępie czasu – dobrze, bo każda z nich pokazuje zupełnie inny sposób jej przeżywania i radzenia sobie z  jej konsekwencjami. Cieszę się, że o chorobach neurologicznych się nie milczy, lecz pisze, uświadamiając i uwrażliwiając czytelników, którzy z  pewnością nie na każdą osobę chwiejącą się na nogach będą odtąd patrzeć przez pryzmat „alkoholika”.

Ważna, warta poznania książka. Moje pierwsze spotkanie z prozą Genovy, zapewne nie ostatnie.




Polecam również inną książkę poświęconą tematyce pląsawicy Huntingtona - Ostatnie pięć dni Julii Lawson Timmer.

sobota, 23 maja 2015

Ostatnie pięć dni – Julie Lawson Timmer



Ostatnie trzy lata nauczyły mnie, że nigdy nie można być pewnym przyszłości. Swojej, swoich bliskich.  Nieważne czy jest się młodym, czy starym, czy ma się dzieci na wychowaniu, marzenia do zrealizowania, czy może nie.

Los okrutnie drwi z naszych planów, kładąc na nasze ramiona ciężar – zdawałoby się – nie do udźwignięcia. Nagłe odejścia, niespodziewane choroby, rodzinne dramaty. O tym jak niepewne jest jutro przekonała się także bohaterka powieści Ostatnie pięć dni Julie Lawson Timmer, wpisującej się w  cykl Kobiety to czytają!


Mara właśnie dowiaduje się, że cierpi na nieuleczalną chorobę Huntingtona. Przypadłość ta, nie dość, że nie pozwala w  żaden sposób się powstrzymać, to jeszcze kompletnie komplikuje życie: zmienia charakter, ogranicza swobodę ruchów, powoduje niekontrolowane zachowania, z  których cierpiący nierzadko nie zdaje sobie w  ogóle sprawy. Opoką dla Mary jest Tom – kochający mąż, pragnący trwać przy niej bez względu na okoliczności i opiekować się ich adoptowaną córeczką Laks. Kobieta wiedząc jak przebiega choroba, przy pojawieniu się pierwszych objawów sugerujących, że zaczęła ona przechodzić do następnej fazy, postanawia dać sobie ostatnie pięć dni życia, po czym odejść zanim nie będzie już zdolna samodzielnie podjąć takiej decyzji.

Sygnałem do podjęcia ostatecznych działań były dla niej wydarzenia dnia, w którym zamiast pakować akta to teczki i wybierać się do kancelarii, musiała założyć pieluchomajtki, by nigdy już publicznie nie przeżyć wstydu związanego z  czynnościami fizjologicznymi, które jej mózg przestał kontrolować. Ostatecznym ciosem było jednak życzenie Laks, by mama już więcej nie przychodziła po nią do szkoły i nie robiła jej wstydu, bowiem wszystkie dzieci, nie wiedząc, że jest chora, ciągle się z  niej śmieją.

Śmierć Mary w  jej opinii ma być ulgą dla jej najbliższych – kobieta nie wyobraża sobie, by jej rodzina musiała oglądać ją na wózku, niezdolną do jakichkolwiek reakcji oraz by była przez nią ograniczona.

Przeciwwagą dla historii Mary jest opowieść o życiu  Scotta, mężczyzny, który właśnie – po roku opieki nad ośmioletnim chłopcem z  trudnego środowiska, którego pokochał jak własnego syna – musi oddać go biologicznej matce, właśnie kończącej odsiadkę. Przywiązanie do Młodego Człowieka jest jednak tak wielkie, że mężczyzna nie potrafi się z  nim pogodzić. Ma pięć ostatnich dni, by jak najlepiej je wykorzystać. 

Pożegnanie jest trudne i gorzkie, tym bardziej, że po latach starań o dziecko Scottowi i jego żonie w  końcu się udało – oczekują własnego maleństwa, a opieka nad Curtisem była dla nich próbą generalną.


Bohaterowie spotykają się wirtualnie – na forum poświęconym nietradycyjnemu rodzicielstwu – gdzie wiele godzin spędzają na rozmowach o swoich doświadczeniach, dzielą się trudami, są dla siebie wsparciem i, co ważne, nie oceniają się wzajemnie.

Ich historie – choć tak różne od siebie – wiele łączy. Patronuje im miłość do bliskich, która popycha bohaterów do zachowań i decyzji, których bez niej nie byliby zdolni podjąć.
Głęboko poruszająca opowieść, ucząca wrażliwości, każąca doceniać życie i nie oceniać innych, bez znajomości ich konkretnego przypadku, motywacji, pragnień. Jej dodatkowym walorem jest przybliżenie problematyki choroby Huntingtona, której świadomości dotąd nie miałam.

Pokazuje, że ludzkie wybory nie zawsze są czarno-białe, a często poprzedzone wielką walką wewnętrzną. Wskazuje także na to, czym jest prawdziwa siła, jak wiele jej trzeba, by mocować się z życiem i nie popaść w  zwątpienie.
Dodatkowo podejmuje także trudny temat miłości rodziców biologicznych i adopcyjnych. Mocna lektura, która na długo pozostanie w  Waszej pamięci.


Inne książki z serii Kobiety To Czytają!
Sekret mojego męża / Dobry ojciec / Wracajmy do domu / Nie odchodź 



sobota, 2 maja 2015

Kiedy Cię poznałam Cecelia Ahern



Kiedy Cię poznałam to opowieść wzruszająca i niezwykle budująca, a nawet – umoralniającą.

Ujęła mnie prostotą wydarzeń, zaczerpnięciem ich z  życia i pokazaniem w  jaki sposób pozorne zło przekuć można w  dobro, jak odzyskać siebie i uratować człowieczeństwo w sytuacjach, które rzucają człowieka na kolana i wielu nie pozwalają się już podnieść.

Książkę otwiera refleksja głównej, młodziutkiej wówczas bohaterki o przemijalności, z  której zdała sobie sprawę. Dziewczyna uświadamia sobie, że musimy dbać o swoje wnętrze, pielęgnować wewnętrzną magię, bo nie wiadomo ile zostało nam czasu. Lata mijają, a ona zapomina o własnych słowach.

Jasmine to kobieta niezwykła – uwielbia swój prace, ale jeszcze mocniej kocha starszą siostrę dotkniętą zespołem Downa. Bohaterka ma poczucie obowiązku opiekowania się nią, szczególnie po śmierci ich mamy. Relacje z  innymi ludźmi nie są dla niej proste – każdy, kto w  jakikolwiek sposób skrzywdzi lub chociaż niestosownie (według oceny Jasmine) potraktuje Heather jest dla niej skreślony. Kobieta nie miała łatwego życia: ojciec zawsze był nieobecny, szukał pociechy w ramionach młodych kobiet, teraz zaś ma nową córkę i nowe życie, mama zmarła przedwcześnie w wieku 44 lat po długim mocowaniu się z  niełatwym życiem i zdradami mężą, a siostra zawsze wydawała jej się krucha i wymagająca płaszcza opieki. To obraz typowej rodzinny: z  jej ułomnościami, trudnościami, bałaganem. Już od pierwszych stron Ahern maluje obraz, pod którym wielu mogłoby się podpisać.

Jej bohaterka ma to nieszczęście, że mieszka naprzeciwko Matta Marshalla – radiowego didżeja, który przed szesnastu laty podczas jednej audycji nie zareagował na złośliwe komentarze dotyczące osób z zespołem Downa. Od tamte j pory – mimo że o tym nie wie – jest jej wrogiem publicznym nr 1. Gdy Jasmine ląduje na przymusowym urlopie ogrodniczym, ma wiele czasu na obserwację sąsiada – widzi jak każdej nocy wraca do domu pijany, awanturuje się i żąda uwagi żony, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców. Źródłem jego zachowania jest zawieszenie za niestosowne zachowanie na antenie – Matt nie mogąc sobie poradzić z  porażką, zaczyna pić i wylewać swoją furię na otoczenie. 

Zbiegiem okoliczności losy obu bohaterów splatają się – ci tak bardzo różni mieszkańcy osiedla, odtąd spędzają ze sobą coraz więcej czasu, poznając się i upewniając, że to co widoczne gołym okiem, rzadko jest takie jak o tym myślimy, a złość, którą z  siebie wyrzucamy powodowana jest bólem. Zranieni ludzie bowiem ranią innych. Jasmine i Matt przekonują się, że każdy z nich ma problemy, które każą im przybierać skorupę będącą warownią nie do pokonania przez otoczenie – wzajemnie stają się dla siebie wsparciem, a dawna niechęć ustępuje rodzącej się przyjaźni.
Jaka to piękna historia ludzi, którzy obustronnie się uratowali i, choć o tym nie wiedzą, sprawili, że są teraz tym, kim są, w  miejscu, w  którym się znajdują! Ulegli transformacji i przepoczwarzyli się w  motyle, niosąc czytelnikom śledzącym ich losy otuchę.


Kiedy gąsienica myślała już, że świat się skończył, stała się motylem[1].

Zewnętrznym świadectwem przemiany Jasmine staje się ogród, który ta zdecydowała się założyć i prowadzić – z  surowego kawałka ziemi, staje się ośrodkiem kwitnięcia kwiatów otoczonych soczystą zielenią. Ta wspaniała metafora metamorfozy pokazuje jak wysiłek kształtuje nasze życie – jak to, co w  nie wkładamy później procentuje, cieszą nie tylko nas, ale także całe otoczenie mogące podziwiać efekty naszej pracy. Autorka zdaje się przypominać, że każdy z  nas posiada taki ogród we własnej duszy i jest zobowiązany do jego pielęgnacji. Pracując nad ogrodem, pracujemy nad sobą wtłaczając w  nasze wysuszone i skamieniałe żyły trochę pulsującego życia. Świetne wykorzystanie metafory ogrodu jako duszy, jestem oczarowana.

Narracja prowadzona jest w bardzo specyficzny sposób – stanowi zapis monologu Jasmine kierowanego do Matta – bohaterka od samego początku, mimo że go nie znosi, podskórnie go żałuje i szuka dla niego rozwiązań. Czuje, że tak naprawdę wcale się od siebie nie różnią.

Kiedy Cię poznałam, jak zresztą większość książek Ahern ma charakter dotulający – to określenie jest kwintesencją tego, co może czuć czytelnik  podczas obcowania z  jej tekstami. Z  każdym kolejnym słowem wypełnia Cię ciepło promieniujące z  serca na całe ciało, ogarnia Cię rozlewający się aż po koniuszki palców spokój, uśmiech samorzutnie wypływa na usta kierowany niewidzialną siłą – oto co będzie się z  Tobą działo podczas czytania, zostaniesz dotulony, przytulony i otulony – niezwykłe uczucie, które jeśli tylko mu na to pozwolisz, zostanie z  Tobą na długi czas po lekturze. To właśnie do tych emocji tęsknię i ich wyczekuję z  każdą kolejną książkę.

Powieść tę czytałam nieśpiesznie, mimo że zwykle teksty Ahern traktuję zachłannie – tym razem odnalazłam w książce spokój i wyciszenie. Dała mi ona szansę do namysłu, sprowokowała do zastanowienia się nad tym w jakim punkcie życia właśnie się znajduję i dokąd będę zmierzać dalej – choć sama nie znajduję się na urlopie ogrodniczym, mój punkt życia w swoisty sposób zbiega się z punktem życia bohaterki – ona musi podjąć decyzję o tym co dalej zrobi ze sobą, dokąd pokieruje swoje kroki, musi poukładać wiele spraw, zastanowić się nad relacjami – ja również, bo dopiero wkraczam na ścieżkę zawodową. Książki Ahern w przedziwny, magiczny sposób splatają się z  losami czytelników, co sprawia, że zawsze odnajduję w nich rys siebie, okruszek swojej duszy. Niezwykłe, prawda? Żaden inny autor tak na mnie nie działa, żaden inny nie daje odbiorcy tak wielu szans na odnalezienie siebie. I choć twórczość tej irlandzkiej pisarski można dziś podzielić na dwa okresy – ten magiczny, w którym niewidzialne dla zwykłego człowieka siły oficjalnie determinowały wydarzenia książkowe i oplatały je oraz ten bardziej przyziemny, mocno osadzony w rzeczywistości, która –  jeśli się dobrze przyjrzeć – również budowana jest dzięki temu, co niedostrzegalne: stawianiu tych a nie innych ludzi na naszej drodze w odpowiednim czasie, dziwne zbiegi okoliczności, to, co zwykliśmy mienić przypadkiem – Ahern udowadnia, że magia, opatrzność jest wszędzie wokół nas – nawet jeśli nie powołuje się na nią dosłownie, czaruje rzeczywistość. I przekazuje niezwykłą życiową mądrość możliwą do odnalezienia na kolejnych stronicach połączoną z ustawicznym przypominaniem tego, że najwięcej uczymy się z relacji – za to cenię ją najbardziej. Nie ma takiej jej książki, która by mnie jako człowieka nie ubogaciła, nie ma takiej, do której nie chciałabym wracać i którą nie obdarowywałabym bliższych i dalszych znajomych – nawet wbrew ich woli, za co zwykle dziękują:) 

Ogromnie polecam tę jak i każdą inną książkę Ahern – czerpcie z  nich pokłady ciepła, optymizmu, mądrości, dajcie się otulić mgiełce niezwykłości w zwykłym, szarym świecie – Ahern wprowadzi do niego sporo magii i koloru:)



[1] Cecelia Ahern, Kiedy cię poznałam, Warszawa 2015, s. 412.