Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2019

Coraz większy mrok - Colleen Hoover




Wczorajszy dzień zupełnie przypadkowo sprzyjał lekturom, w których główni bohaterowie dzielą ze sobą mieszkania i tak po przeczytaniu Współlokatorów, przyszedł czas na najnowszy thriller Colleen Hoover - Coraz większy mrok.

Lowen Ashleigh nie ma dobrego dnia. Gdy wyrusza do pracy staje się świadkiem tragicznego wypadku na przejściu dla pieszych. Z pierwszego szoku ratuje ją przypadkowy mężczyzna, który widział to co ona i próbuje pomóc jej w dojściu do siebie, oddając jej swoją koszulę, by kobieta nie musiała iść do pracy umazana cudzą krwią. 

Szybko okazuje się, że ich spotkanie na przejściu dla pieszych nie będzie ostatnim. Mężczyzna to Jeremy Crawford, mąż znanej i niezwykle popularnej pisarki, która na skutek nieszczęśliwego wypadku nie jest w stanie dokończyć serii swych bestsellerowych thrillerów. Bohater szuka pisarki, która podjęłaby się tego zadania w jej imieniu, oferując jej znaczną sumę pieniędzy. Intratna propozycja zostaje przedstawiona Lowen, pisarce o dużo mniejszym rozgłosie.

Kobieta decyduje się na przyjęcie oferty i wkrótce zaczyna pomieszkiwać w posiadłości Crawfordów, by na miejscu zapoznać się z dokumentacją Verity i jej planami co do ukończenia cyklu. Gdy tylko tam przybywa, czuje, że coś jest mocno nie w porządku. Ma wrażenie, że sparaliżowana Verity jej się przygląda,  a co gorsza... potrafi mówić i się poruszać, choć pielęgniarki i mąż twierdzą co innego. Jej niepokój wzrasta, gdy w stercie dokumentów pisarki odnajduje szkic tekstu, który prawdopodobnie nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego, a który przeraża Lowen, ukazuje bowiem sławną pisarkę jako wyrachowaną morderczynię własnych dzieci i psychopatkę. Każdy kolejny rozdział maszynopisu odkrywa coraz większy mrok... Sama kobieta zaś coraz bardziej zbliża się do spragnionego czułości Jeremy'ego, co napawa ją nie tylko lękiem, ale również wzmożoną ekscytacją. 

Jak skończy się historia tej, która ponoć wcielała się w losy czarnych bohaterów tylko dzięki sile swojej wyobraźni? Co ze znalezionym rękopisem uczyni Lowen i jaki związek z całą tą plątaniną ma Crew, jedyne żyjące dziecko Crawfordów?

Jeśli sądzicie, że jesteście złymi matkami albo znacie jakieś złe matki - uwierzcie mi, że po lekturze tej książki możecie zmienić zdanie.

Hoover kreśli losy bohaterów, którzy nie tylko tworzą thrillery, ale też sami stają się ich uczestnikami, tak jakby fikcja wymieszana została z rzeczywistością, pozostawiając za sobą krwawy i brutalny ślad. Czy wszystko co dzieje się w domu Crawfordów to prawda, czy też może Lowen niesiona jest wybujałą fantazją? O tym musicie przekonać się sami, jednak ci z Was, którzy znają prozę Hoover, pewnie domyślają się, że gdzieś na horyzoncie rysuje się twist fabularny, wywracający akcję do góry nogami i ukazujący wszystko w zupełnie innym świetle.

Jeżeli zatem szukacie książki na jedno popołudnie, w której akcja pędzi, a życie bohaterów przypomina prawdziwy thriller - łapcie za Coraz większy mrok i dajcie się wciągnąć w tę zadziwiającą historię, miejscami mrożącą krew w żyłach historię.



piątek, 16 listopada 2018

Nie odpuszczaj - Harlan Coben


Po (bardzo) długiej przerwie od czytania Harlana Cobena, przyszło mi się zmierzyć z jego najnowszym tekstem - Nie odpuszczaj. Czy było warto powrócić do autora, w którym się kiedyś zaczytywałam?

Przed piętnastu laty doszło do tragicznych wydarzeń, który nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Na torach zginęło dwoje młodych ludzi, a ich bliska znajoma tego samego dnia zaginęła. Od tamtej pory życie mieszkańców miasta uległo wielkiej zmianie - wielu dręczyło sumienie, inni robili wszystko, by sprawę rozwiązać, podczas gdy kolejni dokładali wszelkich starań, by zapomnieć.

Ofiarami byli brat bliźniak detektywa Napa Dumasa wraz ze swoją dziewczyną, Dianą, córką miejscowego funkcjonariusza policji. Wielu w tragicznym wypadku upatrywało samobójstwa, inni byli przekonani, że nastąpił on wskutek upojenia lub narkotykowego odurzenia młodych. Dumas nigdy nie dał wiary tym wyjaśnieniom, dążąc do odkrycia prawdy za wszelką cenę. Tym bardziej, że w dniu wypadku zaginęła jego wielka miłość - Maura. 

Lata jednak mijały, a na sprawę nie padało żadne nowe światło. Wszystko zmieniło się w dniu, gdy w miasteczku ginie jedna z osób zaangażowanych w pewne stowarzyszenie z przeszłości. Nap po raz kolejny podejmuje się samozwańczego śledztwa, które tym razem doprowadzić ma go do wstrząsających odkryć. 

Szybko okaże się, że w sprawę zamieszanych jest o wiele więcej osób, niż ktokolwiek byłby skłonny przypuszczać, a mieszkańcy miasta od lat żyją na fasadzie kłamstw, którą zdołali zbudować, mając nadzieję, że nigdy nie przyjdzie im wyznać prawdy.

Książkę tę czytałam z prawdziwą przyjemnością - dawno nie miałam okazji sięgnąć po thriller, który byłby jednocześnie spokojny i pełen napięcia, a takie właśnie jest Nie odpuszczaj. Czytając, miałam nieustanne wrażenie niezwykłej filmowości tej historii - przed oczami przeskakiwały mi gotowe kadry filmowe, które aż proszą się o przeniesienie ich na ekran. Jestem przekonana, że prędzej czy później (zwłaszcza, że Netflix podpisał już umowę z Cobenem) będziemy mogli przyglądać się adaptacji lub ekranizacji i porównywać ją z własnymi wyobrażeniami. 

Niezwykła plastyczność opisów, bogactwo szczegółów i oddziaływanie na wyobraźnię, to niewątpliwe zalety tejże powieści. Nie wspomnę już o zwrotach akcji, które - choć możliwe do przewidzenia przez wprawionych czytelników - są jednak zmyślnie zaplanowane i bardzo sprawnie rozpisane.

Serdecznie polecam - bardzo dobry thriller, który wciąga od pierwszej strony, oferując rozrywkę na poziomie.


czwartek, 5 maja 2016

Dobry kłamca - Nicholas Searle



Żyjemy w kłamstwie, taki jest ten świat. Nieważne, czy sprzedajesz używane samochody, jesteś premierem, czy specjalistą od zmian klimatycznych. Tak już jest. Prawda ma drugorzędne znaczenie[1]


Nicholas Searle zanim został pisarzem, przez ponad dwadzieścia lat pracował w brytyjskiej administracji publicznej, a później także dla rządu Nowej Zelandii. Jego powrót do kraju w  2011 roku zbiegł się z próbą sił w  twórczości literackiej, której owocem jest debiutancki Dobry kłamca.

Głównymi bohaterami swojej powieści uczynił on staruszków: Roya, oszusta (także matrymonialnego) oraz majętną wdowę Betty, kolejną ofiarę mężczyzny. Para poznaje się na portalu randkowym, a ich znajomość bardzo szybko rozkwita – gdy mężczyzna wprowadza się do nowo poznanej kobiety, ma wrażenie, że jego ostatnie oszustwo będzie dziecinnie łatwe, tym bardziej, że na swoim koncie ma on o wiele mroczniejsze dokonania: między innymi zdradę własnych rodziców w czasach hitlerowskich.
(...)

Całkiem smaczny to debiut, który przypadnie do gustu przede wszystkim miłośnikom tekstów nieoczywistych, z dobrze zarysowanymi postaciami. Reszta może się wynudzić.



[1] Nicholas Searle, Dobry Kłamca, Warszawa 2016, s. 368.


Całość recenzji dostępna tutaj:


piątek, 3 lipca 2015

Pogromca lwów - Camilla Läckberg

Pogromca lwów to dziewiąty już tom bestsellerowej serii o Fjällbace Camilli Läckberg – pisarki, która osiągnęła światowy sukces literacki i wciąż prze do przodu. Jej fanów z dnia na dzień przybywa, a autorka nie osiada na laurach, tworząc teksty na coraz wyższym poziomie. 

Ich wykładnikiem jest nie tylko kryminalna intryga, ale także szerokie tło obyczajowe, zarysowane bogato i barwnie. Nikt inny nie opisał szwedzkiej prowincji tak jak Läckberg, nikt inny też przez tak długi czas nie zajmuje czołowych miejsc na listach najlepiej sprzedających się książek i wreszcie chyba na niczyje książki fani gatunku nie czekają z taką niecierpliwością.

Tym razem, na przekór polskiej aurze, przeniesieni zostajemy do serca fjällbackiej zimy – mamy styczeń, kiedy wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu wbiega dziewczyna, ginąc na miejscu. Bardzo szybko okazuje się, że to poszukiwana nastolatka, której zaginięcie cztery miesiące wcześniej zgłosili rodzice. W  trakcie śledztwa okazuje się, że dziewczyna była okaleczona – pozbawiona zmysłów, by nie móc orientować się w tym, co dzieje się wokół niej. Porywacze nie przewidzieli jednak jej wielkiej woli walki. Zaginięcie dziewczyny przypomina bliźniacze sprawy z  innych rejonów Szwecji, z  których żądna nie została rozwiązana, a sprawcy nie zostali ujęci. Jedynym elementem, który zdaje się łączyć zaginione dziewczyny jest fakt trenowania przez nie jazdy konnej. Śledztwo prowadzi Patrik Hedström.

W  tym samym czasie Erica Falck, zbierając materiały do książki, bada sprawę przed lat. Przedmiotem jej zainteresowania jest rodzinna tragedia, na której skutek zamordowany został ojciec. Bohaterka odwiedza w więzieniu jego żonę, która zaraz po zdarzeniu przyznała się do winy. Erica ma przeczucie, że za sprawą kryje się coś więcej, a tragiczne wydarzenia mające miejsce w tej rodzinie, to jedynie wierzchołek góry lodowej – szczyt, wieńczący masyw dramatów, o których nikt nie wiedział i których nikt się nie domyślał. Po czasie okazuje się, że obie sprawy – na pozór tak bardzo odległe – coś łączy.
Prawda jest tak trudna do przepracowania, że tylko nieliczni nie przeżyją szoku, docierając do zakończenia książki.


Läckberg po raz kolejny pokazała swoją formę – budując opowieść, w  której tak różne historie ostatecznie płynnie się zazębiają, pokazała jak wielkiej klasy jest pisarką i jak niewiele jej trzeba, by przyciągnąć uwagę wygłodniałego jej powieści czytelnika. Mocna powieść o powielaniu schematów psychopatii, ogromie ludzkiego zła i okrucieństwa. Zmyślna układanka, w której krok po kroku obserwujemy jak kolejne elementy wskakują na właściwe sobie miejsce, a kolejne ciemne strony ludzkiej natury zostają odsłonięte. Przy tym wszystkim  jest to powieść bardzo dobra warsztatowo, na którą warto było czekać. 

piątek, 22 maja 2015

Szyfr – Mai Jia


Nie wiem od ilu dni myślę nad tym, jak ubrać w słowa, to co towarzyszyło mi podczas lektury. Niedowierzanie? Oczekiwanie na jakąkolwiek akcję? Znudzenie? Boleść i męka? Zaciekawienie jak to wszystko się rozwinie? Rozczarowanie, że się wcale nie rozwija? Fascynację?

I uwierzcie mi  lub nie – nie wiem. Tak kołującej lektury dawno nie miałam w rękach. Niby dobra, ale taka… inna, taka… niepewna, taka… zupełnie niespodziewana.

Wybierając ją do czytania, myślałam: kurczę, chińskie horrory, filmy są zazwyczaj naszpikowane emocjami, które zwalają z  nóg, sprawdzę jak to pracuje w  powieściach.

I wiecie jak? W ogóle. To historia niespieszna do granic wytrzymałości, akcji właściwie brak, narracja kapie jak woda z niedokręconego kranu – powoluteńku, po-oma-alu-te-e-ńku, ka-a-p, niby leci, ale nigdzie nie pędzi, ka-a-p, gdy już myślisz, że przyspieszy, to ona znów sennie ka-a-ap.

Nieoczekiwanych zwrotów nie ma, o wartkości możecie zapomnieć. Jeśli jednak oczekujecie wypełniającego ją spokoju, wręcz ślimaczego tempa, ale wciąż – co dziwi! – wywołującego zainteresowanie – to może być strzał w  dziesiątkę. Mimo tej senności opowieść ta bowiem wcale nie jest nudna (no dobra, chwilami jest).
Zaskoczeni?

Mai Jia prowadzi narrację bardzo specyficzną, która działa na odbiorcę w  dwójnasób – jednocześnie męczy, jak i w pełni oddaje klimat historii. Owa „męka” jest bowiem wpisana w  odbiór, nie sposób jej uniknąć, jest konieczna, dla niektórych może być także oczyszczająca. O czym jednak traktuje powieść?

O naukowcach. O osiągnięciach. O marzeniach. O upadkach.

To swoisty zapis dziennikarskiego śledztwa, którego ośrodkiem zainteresowania stał się Rong Jinzhen – nieprawdopodobnie utalentowany, genialny kryptograf i matematyk, którego poznajemy właściwie jedynie za sprawą relacji świadków.

Okładka mówi, że to thriller – ja mówię, że nie. Nie ma tu stałego napięcia, nie ma tych emocji niezbędnych przy konstruowaniu tego gatunku, to powieść, z  którą – jak sądzę – europejski czytelnik będzie się zmagał, będzie się mocował. Przepaść kulturowa jest ogromna i widać to nawet w  formie prowadzenia narracji: nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni i raczej nie będziemy.

Traktuję zatem tę książkę nie jako kolejny thriller, lecz jako doświadczenie łamania barier i kultur. Właściwie tylko to pozwala mi ją należycie docenić – inaczej (gdybym miała to w  zwyczaju) rzuciłabym nią w kąt po 3 pierwszych rozdziałach.

Chińczycy i Azjaci w ogóle, kojarzą mi się – nie wiedzieć czemu – z wielką pracowitością, i  uporządkowaniem. I owe cechy bardzo widoczne są w sposobie opisywania umysłowości Jinzhena – to nie tylko pokazanie jego geniuszu, ale też śledzenie drogi dochodzenia do niego – powolnych narodzin, odpowiedniego ukierunkowania, nadzoru, kontrolowanego wzrostu, który – nieodpowiedzialnie potraktowany – może doprowadzić do nieuniknionego szaleństwa, zatracenia się we własnej odkrywczej myśli, której nie sposób przekuć w namacalne doświadczenie.

To wszystko mocno uwypuklone zostało w  tejże powieści.

Jeśli zatem macie w  sobie odwagę, czujecie potrzebę wyzwań, chcecie choć minimalnie zakosztować lektury naprawdę niecodziennej i niebywale odległej od naszych europejskich czytelniczych przyzwyczajeń – polecam. 

poniedziałek, 16 lutego 2015

A.S.A. Harrison – W cieniu


Tytuł: W cieniu
Autor: A.S.A. Harrison
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-2657-9
Ilość stron: 352
Cena: 36,90 zł


W cieniu to książka, której marketing opiera się w  dużej mierze na próbie doszukania się podobieństw między nią a Zaginioną dziewczyną czy Zanim zasnę.
Zabieg tyleż w  moim wypadku bezowocny, że żadnej z  powyższych czytać nie miałam okazji, co nie przeszkodziło mi zainteresować się nowym, ciekawie zapowiadającym się thrillerem.
I rzeczywiście – sformułowanie zapowiadający się – stanowi doskonałe podsumowanie lektury.
Oto A.S.A. Harrison podjęła się stworzeniu projektu okrzykniętego przez innych znamienitych twórców gatunku znakomitym, pięknie napisanym, ostrym, inteligentnym etc. Spostrzeżenia skądinąd trafne, a jednak… Tak mozolnie czytanego thrillera dawno w  rękach nie miałam i tak trudnego w  jednoznacznej ocenie również.
Bo i owszem: napisana zgrabnie jak na thriller przystało, akcja zawiązana wyśmienicie, rozwiązanie fabularne również, droga do tegoż niczego sobie. A jednak gdzieś w  tym wszystkim, w  tej hochsztaplerce technicznej, narracyjnej obudowie zabrakło miejsca na zwykłe czytelnicze zaciekawienie: ta powieść najzwyczajniej nie była w  stanie mnie wciągnąć.
I gdyby w innych gatunkach było to wybaczalne, gdyby forma miała większe znaczenie niż treść i jakość „wciągania” tak przy thrillerze, którego niekwestionowany urok tkwi w  porywaniu czytelnika właśnie, wady tej rozgrzeszyć nijak nie umiem.
W  czym cała rzecz? Todd zostawia Jodi, z  którą tkwił w  wieloletnim konkubinacie, opierającym się na dużej wolności dawanej sobie wzajemnie: Todd zdradzał Jodi o czym ta doskonale wiedziała, lecz nic sobie z  tego nie robiąc przygotowywała dla partnera przepyszne posiłki, co by ten mógł się posilić po powrocie do domu – kobieta wiedziała, że zatrzyma go przy sobie jedynie wówczas, gdy z  całej sprawy zdrad nie zrobi afery, udając, że o niczym nie ma pojęcia. Wszystko działało perfekcyjnie do czasu, gdy Todd uwikłał się w romans z  Natashą – córką swego wieloletniego przyjaciela – i gdy ta poczęła jego dziecko. Wówczas bohater postawiony został pod ścianą i zmuszony do zerwania relacji z  dotychczasową partnerką, która w  świetle prawa została z  niczym: zabrano jej dom, zakończono jej życie pełne luksusu, stabilizacji i rutyny.  Za namową przyjaciółki, kobieta za jedyne rozsądne rozwiązanie uznaje zamordowanie Todda, zanim ten zmieni testament, który dotąd uwzględniał ją jako jedyną prawowitą spadkobierczynię.
Prawda, że proste?

I w  tym momencie można by zakończyć, ale sprawa idzie dalej – kwestia morderstwa przeciąga się i kończy dość nieprzewidywalnie, a jednak bez pompy. To jednak przemilczę.
Znacznie istotniejsze wydaje się, że ta książka to tak naprawdę – znacznie bardziej niż thriller –studium rozpadu związku i wiążącej się z nim przemiany dotychczasowych partnerów. Wiarygodny, możliwy, prawdopodobny – przypuszczalnie znaleźliby się nawet świadkowie, zdolni potwierdzić istnienie podobnych przypadków. Książka ta w  swoim rytmie oddaje codzienną rutynę wieloletnich związków, brakuje w  niej jednak mocnego punktu zwrotnego, który zaistniał na przestrzeni treści, a zapomniał wybrzmieć formalnie. Dla wnikliwych czytelników czytelna stanie się aluzja do Dennisa Lehane’a, którego autorka – nie do końca wiadomo jednak czy zamierzenie, czy tez zupełnie przypadkowo – niemalże cytuje, delikatnie parafrazując fragment jednego z  jego powieści z  Angie Gennaro i Patrickiem Kenzie. I to jeden z nielicznych dla mnie plusów, bardzo możliwy do przeoczenia przez czytelników, którzy nie pałają podobną miłością jak ja do Lehane’a.
Wszystko wymienione czynniki ostatecznie sprawiają, że z  powieści o dużym potencjale powstała mała ramotka, ot, przeciętna opowiastka jakich mamy na pęczki. Dobra na jedno popołudnie, ale z  pewnością niezasługująca na miano najlepszego thrillera ostatnich czasów – nie przekonuje nawet nagroda „Guardiana”.

piątek, 16 stycznia 2015

Przebudzenie – Stephen King



Tytuł: Przebudzenie
Autor: Stephen King
ISBN: 9788379610709
Ilość stron: 536
Cena: 42zł




Coś się stało. Coś się stało. Coś się stało.


Stephen King napisał książkę długo dojrzewającą, z  rozwlekłym wstępem, w  którym to szczegółowo i bogato opisuje wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni kilkunastu lat, po to, by stworzyć odpowiednie tło dla zajść późniejszych.

To książka o ogromnym ładunku energetycznym – elektryzująca i przytłaczająca jednocześnie. Gęsta od przepływu elektronów, a momentami ogłuszająca ciszą podobną tej sprzed ogromnego wyładowania. Tak naprawdę jednak – nie zrobiła na mnie tak silnego wrażenia, jakiego się spodziewałam. Miałam raczej wrażenie, że od pierwszych słów autor przygotowywał mnie na to, co odkryje przede mną w finałowej scenie – z  pewnością pełniącej funkcję znaku ostrzegawczego dla tych, którzy zbyt silnie chcieliby ingerować w  to, co niedostępne ludzkiemu poznaniu, dla tych, którzy za cenę zdrowia swojego i innych chcą dowiedzieć się, co czeka nas po śmierci.

Oto wiele lat przed wydarzeniami współczesnymi, młodziutki pastor za pomocą prowizorycznego sprzętu umożliwiającego swobodny przepływ prądu, uzdrowił małego chłopca – Cona – z  powypadkowej niemoty. Bardzo religijna społeczność miasta zaczęła po wydarzeniu owym doceniać głoszoną przez pastora prawdę o niedocenieniu elektryczności, która może jawnie zmieniać naszą rzeczywistość, a którą to dotąd traktowali nieco z pobłażaniem. Stali się naocznymi świadkami cudu, potwierdzającego teorię - i odtąd nie mogli jej przeczyć. A Jacobs okazał się bardziej niż kiedykolwiek pożądanym pastorem.
Wszystko zmieniło się w dniu Strasznego Kazania, wygłoszonego przez Jacobsa na krótko po utracie przez niego żony i synka w wyniku wypadku.
Po tym wydarzeniu mężczyzna utracił wiarę, a w  jego życiu na cuda nie starczyło już miejsca. To co w  jego oczach było jedynie zbiegiem okoliczności, przez wierzących odczytane zostało jednoznacznie.
Jacobs odszedł ze wspólnoty. W  miejsce ogromnej wiary i pragnienia szerzenia jej, pozostały w  nim jedynie pustka, wiedza i niezaspokojona chęć poznania rzeczywistości pozagrobowej  i – może – kontaktu z  utraconymi bliskimi.

Mimo że ze swojej ostatniej parafii odszedł wiele lat temu, kiedy nasz narrator spotyka go po latach, nie ma wątpliwości na kogo się natknął. Pastor zmienił nazwisko, zmienił fach – stał się jarmarcznym uzdrowicielem, który za pomocą coraz to nowszych eksperymentów uzdrawiał ludzi: najpierw podczas festynów, później już na wizji w ramach prowadzonego przez siebie programu. Jego cuda były spektakularne – oto niemi, głusi, sparaliżowani, pożerani przez raka ludzie zdrowieli w  przeciągu kilku sekund, zapominając o bólu i dotychczasowych ograniczeniach.
Niestety, dla części z  nich owo uzdrowienie wiązało się z  licznymi komplikacjami, kończącymi się czy to zamknięciem w  zakładach dla obłąkanych, czy nawet samobójstwem – wydarzeń tych nigdy nie łączono jednak oficjalnie z  Charlsem Jacobsem, który – ktoś by powiedział – cudzym kosztem dorobił się ogromnego majątku. I miałby rację. Jemu jednak nie o majątek chodziło. Zamierzenia miał o wiele bardziej mroczne.

Smaczku opowieści dodaje to, że całościowo poznajemy ją z  perspektywy samego Jamiego – brata uzdrowionego niegdyś Cona, dziś mężczyzny, będącego dla Jacobsa kartą przetargową do osiągnięcia jeszcze bardziej widowiskowych i pożądanych przez niego rezultatów. Ich losy bowiem zostały na zawsze połączone, bez względu na to, co którekolwiek z nich miało na ten temat do powiedzenia - jeden był potrzebny drugiemu. I vice versa. Pytanie brzmi jak daleko będzie w  stanie posunąć się Jacobs, by zrealizować swoje zamierzenia, nad którymi pracuje od kilkudziesięciu lat (sic!), eksperymentując na przypadkowych, potrzebujących jego pomocy ludziach.
To niebywałe, że na ponad pięciuset stronach tej książki, zostało przekrojowo opisane kilkadziesiąt lat z  życia głównego bohatera, życia obarczonego jarzmem uzdrowienia z  przeszłości, które to zespoliło dwie główne postaci niewidzialną nicią. Jeden z  nich był piorunem, drugi słupem przyciągającym elektryczne wyładowania. 
Taki sposób rozwiązania fabularnego ma zarówno wady jak i zalety. Z  cała pewnością na plus przemawia możliwość gruntownego i kompleksowego przyjrzenia się życiu dwóch panów i wyciągnięcia własnych obiektywnych wniosków dotyczących realnego wpływu wydarzeń z  przeszłości na ich teraźniejszość. Minusem jednak jest niebywała rozwlekłość narracyjna, która momentami zaczyna robić się nużąca – napięcie ustępuje miejsca powolnemu wygasaniu emocji, przyglądaniu się całości raczej z  perspektywy obserwatora niż współuczestnika. Tak naprawdę akcja właściwa rozpoczyna się mniej więcej po przeczytaniu 75% książki – musicie przyznać, że to istotnie nieco przydługi wstęp.
Rekompensuje go dobre zwieńczenie powieści, które nie mogłoby zrobić takiego wrażenia, gdyby nie wcześniejsze wyciszenie emocjonalne – finał bowiem znacznie odbiega od rozpoczęcia, można wręcz powiedzieć, że początek w  żadnym wypadku takiego rozwiązania nie zapowiadał - był jedynie ciszą przed burzą: a sformułowanie to nabiera w przypadku tej książki nowych znaczeń.
Nie braknie wplecionych tutaj ksiąg zakazanych, elektryczności zakrawającej o magię, tropów Browna, miłości do muzyki i kobiet.
To nie tyle horror, ile thriller – choć wcale nie klasyczny. Powtarzające się frazy Coś się stało. E-dur. E to podstawa to tak naprawdę jedyne spoidła początku i końca, przypominające, że wciąż znajdujemy się w obrębie jednej powieści.

Wielce dziwna to książka, ale i ciekawa – warta lektury, ale z  całą pewnością przeznaczona dla czytelników cierpliwych – jeśli macie tendencję do porzucania książki w  połowie, gdy akcja się należycie nie rozkręca – przy tej na pewno to zrobicie. Jeśli jednak macie wyrozumiałość dla autorów, którym wyraźnie się nie spieszy, by przejść do meritum – na pewno ją docenicie.
Przebudzenie to swego rodzaju polemika wiary z  naukowością, religii z  horrorem, umiejscowieniem Boga w  uniwersum tego, co – jak przypuszczamy – czeka nas po drugiej stronie. Ciekawy dialog, zwieńczony przerażającą wizją w stylu Kinga.





niedziela, 4 stycznia 2015

Zamknij oczy - Sophie McKenzie


Tytuł: Zamknij oczy
Autor: Sophie McKenzie
Wydawnictwo: Sonia Draga
ISBN: 978-83-7508-995-0
Ilość stron: 432
Cena: 36,90 zł


Ta książka to prawdziwa bomba emocji – nie spodziewałam się tego po dość szablonowej okładce – liczyłam raczej na thriller, który choć dobry, wcale nie będzie zapierającą dech w  piersiach lekturą, lecz zwykłą rozrywką. Jakże srodze się pomyliłam!
Sophie McKenzie, brytyjska powieściopisarka dziennikarka i redaktorka, autorka ponad piętnastu cieszących się ogromnym powodzeniem powieści dla dzieci i młodzieży postanowiła zaryzykować i spróbować swoich sił w  historii dla dorosłych – efekty tej próby możemy dziś śledzić dzięki Wydawnictwu Sonia Draga. Jak wyszło? Rewelacyjnie!
Już dawno nie byłam w sytuacji, gdy od ksiązki nie mogłam się (dosłownie) oderwać i podczas lektury nie dochodziło do mnie żadne sygnały z zewnątrz. To pozycja, która całkowicie zawłaszcza czytelnika, czyniąc go niezdolnym do normalnego funkcjonowania nim nie zakończy lektury i… dość długo po tym.

Geniver Loxley, to żona cenionego biznesmena, pnącego się coraz wyżej po szczeblach kariery, która od ośmiu lat nie może uporać się z  traumą. Oto gdy była już bliska rozwiązania, dowiedziała się, że jej córeczka – Beth – zmarła na skutek mutacji chromosomów, tak mocno zniekształcającej jej ciało, że lekarz odradził jej nawet jednego spojrzenia na utracone przedwcześnie dziecko.
Kobieta przez wiele lat nie potrafiła poradzić sobie z  cierpieniem, które stało się jej udziałem.  Ból tkwił w niej tak głęboko, że obracał wniwecz każdą kolejną próbę zapłodnienia in vitro.
Tracąc Beth, młode małżeństwo utraciło szansę na potomstwo. Gen tym trudniej było przepracować własną stratę, że wśród jej znajomych co rusz rodziły się dzieci, będące owocem miłości rodziców, niepotrafiących zrozumieć dlaczego kobieta tak kurczowo trzyma się pamięci po nienarodzonym maleństwie.
Gdy wydaje się, że nic bardziej bolesnego nie spadnie na jej ramiona, w  drzwiach jej domu pojawia się kobieta twierdząca, że Beth wcale nie zmarła, a w sprawę zamieszany jest nie tylko cały personel asystujący przy porodzie, lecz także mąż bohaterki – Art. Wiadomość ta – choć szokująca i wielce nieprawdopodobna – rozpaliła w  Gen to, czego już dawno nie miała – iskierkę nadziei każącą jej bliżej przyjrzeć się sprawie przed lat. Kosztować będzie ją to niemało – bliscy, na czele z  jej najbliższą przyjaciółką posądzają ją bowiem o całkowite załamanie nerwowe i utratę zmysłów, starając się jednocześnie odwieść ją od dociekania prawdy. Jaki mają w tym cel? Co tak naprawdę wiedzą? Sytuacja mocno się komplikuje, gdy na scenę wkracza były współpracownik Arta, wyraźnie pożądający  Gen.

Doskonała proza, naszpikowana emocjami i choć brzmi to trywialnie – trzymająca w napięciu do ostatniego słowa. Już dawno nie byłam tak rozemocjonowana w czasie lektury i nie pamiętam kiedy tak przyspieszałam codzienne czynności, by możliwie jak najprędzej powrócić do lektury. Fenomenalny pomysł na fabułę, imponujące wykonanie, żywi, pełnowymiarowi bohaterowie ze świetnie zarysowaną, znaczącą przeszłością, która każdy ich kolejny ruch czyni ciekawszym, a jednocześnie bardziej skomplikowanym, choć umotywowanym psychologicznie.
Kapitalna proza, thriller psychologiczny z najwyższej półki.

Polecam rękami, nogami – MUSICIE go przeczytać!

poniedziałek, 10 lutego 2014

Alex – Pierre Lemaitre


Tytuł: Alex
Autor: Pierre Lemaitre
Wydawnictwo: MUZA
ISBN: 9788377583388
Ilość stron: 352
Cena: 34,99 zł

Dla nas najważniejsza jest nie prawda, lecz sprawiedliwość, czyż nie?[1]
Alex Prévost, to piękna, ponętna i wzbudzająca ogromne zainteresowanie mężczyzn kobieta. Niestety, uwagę jednego z nich zwróciła aż nadto: on to porywa ją i zamyka w klatce podwieszanej u sufitu, przypominającej tzw. dziewice, pamiętające czasy Ludwika XI i jego narzędzia tortur – klatce, w której nie można ani usiąść, ani się położyć.
Przez wiele dni nikt nie zgłasza jej zaginięcia, a jedynym śladem zdarzenia staje się relacja świadka, który niewiele potrafi jednak do sprawy wnieść, mając w pamięci jedynie szczegóły o małym znaczeniu. Choć Alex zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, nie chce pogodzić się z myślą o śmierci w taki sposób. To właśnie to przeświadczenie daje jej nieludzką wręcz siłę do walki o przetrwanie, na przekór założeniom kata, którego jedynym zamierzeniem jest patrzenie na nią „jak zdycha”.
Choć obraz ofiary zarysowany jest nadzwyczaj szczegółowo, czytelnik zastanawia się czy aby na pewno należy jej jednak współczuć? Czy emocje wywołane obserwowaniem jej upodlenia i egzystowania na granicy ludzkiej wytrzymałości oraz całkowitej dehumanizacji są słuszne? Choć wątpliwości pojawiają się dopiero po uwolnieniu się Alex z klatki jeszcze przed przybyciem policji, uderzają swą siłą i mocą oddziaływania. Dlaczego ofiara nie zgłosiła się na najbliższy posterunek?
"Dziewica" wynaleziona przez Ludwika XI .

Jej sprawę prowadzi inspektor Camille Verhoeven, mężczyzna, który jakiś czas wcześniej w wyniku porwania stracił ciężarną żonę. Wydaje się, że do sprawy tej podchodzi nadzwyczaj emocjonalnie, ale też… instrumentalnie, traktując ją jako katartyczną przeprawę, mającą pozwolić mu na uporanie się z dręczącymi go demonami przeszłości.
Przed inspektorem zadanie niebywale trudne, Alex bowiem niewiele ma wspólnego z jego zmarłą żoną. Jest brutalna, inteligentna i niewątpliwie żądną zemsty. Inspektor jednak nie ma w zwyczaju się poddawać, toteż mocując się z napotkanymi trudnościami, małymi krokami posuwa się do przodu, po to, by sprawiedliwości stało się zadość. Dwoistość jego motywacji jest tak samo zastanawiająca, jak niejednoznaczność motywacji poszukiwanej przez niego kobiety.

Autor bawi się czytelnikiem, miesza, z ofiary robi kata, z kata ofiarę motywowaną traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa i wczesnego dorastania. Komplikuje relacje, które od początku zostały mocno zarysowane, po to, by stopniowo ulec rozmyciu. Wyzwala pytania o sens etykietowania, każe zastanowić się nad tym czy każde morderstwo można jednoznacznie uznać za niedopuszczalne, nawet jeśli jest efektem wieloletniego cierpienia.
Lemaitre skutecznie utrzymuje napięcie od pierwszej do ostatniej strony, szpikując szczególnie pierwsze kilkadziesiąt stron opisami niezwykle brutalnymi, ocierającymi się o turpistyczne sposoby przedstawiania ofiar. Pokazuje ciało zbrutalizowane, skatowane, wskazuje na człowieka upodlonego, pozbawionego godności i wstydu, znajdującego się na granicy wytrzymałości. Powoduje w czytelniku silne współczucie dla przetrzymywanej ofiary, której kibicuje i z którą walczy, po to tylko, by kilkanaście stron dalej przedstawić porwaną jako kobietę bez zahamowań, pozbawioną skrupułów, za to z pamięcią słonia i z bardzo dobrze przygotowanym planem zemsty, który dojrzewał w niej jako odpowiedź na cierpienia doznawane w młodości, będący odpowiedzią na zbezczeszczone niegdyś ciało.
Choć blurb dał mi złudzenie sięgania po książkę, stanowiącą historię walki o przetrwanie, tak naprawdę jest to opowieść o zemście, dojrzewającej przez lata. O kobiecie, która z podziwu godną precyzją zaaranżowała spotkania, kończące się zawsze tak samo brutalnie.
Misternie konstruuje intrygę, ewokując sprzeczne uczucia po odłożeniu lektury: czy sprawiedliwości stało się zadość? Kto tak naprawdę był największą ofiarą? Czy każda z kolejnych ofiar nie była też po części katem, otrzymującym poniewczasie sprawiedliwą karę?

Odpowiedzi na te pytania, ale przede wszystkim niezwykłą podróż śladami ludzkiej pamięci odnajdziemy w tym piekielnie dobrym thrillerze, który, jak sądzę, rzeczywiście chciałby sfilmować Hitchcock, gdyby tylko miał taką możliwość.


[1] Alex, Pierre Lemaitre, Warszawa 2013, s.349.

środa, 1 stycznia 2014

Carnivia. Bluźnierstwo. – Jonathan Holt


Tytuł: Carnivia. Bluźnierstwo
Autor: Jonathan Holt
Wydawnictwo: Akurat
ISBN: 978-83-7758-495-8
Cena: 39, 99 zł
Ilość stron: 400

Zapraszam Was do wejścia w Nowy Rok z prawdziwie mocną lekturą.
Oto przed Wami otwierają się drzwi do Carnivii – wirtualnej Wenecji, w której każdy może skryć swoje tajemnice bez obaw o odkrycie tożsamości. Anonimowość zapewnia twórca portalu – Daniele Barbo – mężczyzna żyjący z traumą porwania i okaleczenia w dzieciństwie, dziś jeden z najwybitniejszych znawców liczb, operujący nimi jak prawdziwy wirtuoz. Ten pochodzący z arystokratycznej dynastii człowiek, staje dziś przed sądem, oskarżony o umożliwianie przestępcom szerzenia pornografii, ułatwiania działań przestępczych i odmowy udzielenia władzom informacji o osobach zarejestrowanych w Carnivii, która to stała się dla Wenecjan przypomnieniem o dawnych karnawałach – nosząc maski, czują się oni bezkarni i z powodzeniem realizować mogą swoje, nawet najczarniejsze, scenariusze, tak jak kiedyś, gdy przybierając ten symbol miasta, ludzie, raz w roku mordowali i szerzyli przestępczość, mając gwarancję pozornej anonimowości. Z czasem w Wenecji zakazano noszenia masek po zmierzchu, w Carnivii zaś, zakazy takie nie mają racji bytu.
Jest ona udoskonaloną wersją świata, w której liczy się tylko to, kim chcesz być.


Gdy Barbo oczekuje na wyrok, w mieście ktoś popełnia brutalne przestępstwo. Na stopnie kościoła Santa Maria della Salute woda wyrzuca ciało kobiety, noszącej szaty katolickiego księdza. Czy to element przebrania, czy też ślad grupy, uznającej święcenia kobiece za prawomocne? Kapitan Kat Tapo wraz ze swoim przełożonym, stanie w obliczu zagadki na światową skalę – oto tatuaże na ciele ofiary odpowiadać będą zagadkowemu graffiti pozostawionemu w opuszczonym szpitalu dla umysłowo chorych. Podobne znaki będą też pojawiać się w innych miejscach, prowadząc śledczych wprost do Carnivii. Bohaterka szybko dostaje polecenie umorzenia śledztwa, co budzi jej wielkie podejrzenia.
Jako że wielu świadków unika udzielania odpowiedzi, Tapo będzie zmuszona nakłonić do współpracy Barbo, który nigdy na podobne ustępstwa się nie zgadza, a który jako jedyny ma dostęp do poufnych danych, mogących rzucić cień światła na jej sprawę, tak silnie odsuwaną na dalszy plan przez przełożonych.

Źródło


John Holt to zdecydowany debiut roku 2013!
Fenomenie poprowadzona narracja, doskonała konstrukcja bohaterów, fantastyczna kreacja świata przedstawionego i wreszcie – język, który nie pozwala się nudzić i zagadka, którą każdy pragnie rozwiązać.
Osadzenie akcji w Wenecji – mieście podtapianym regularnie przez acqua alta, będącym prekursorem anonimowego świata masek, niosącego złudzenie anonimowości i bezkarności, przestrzenią szerzenia się przestępczości z nadzieją na brak jego wykrycia – dodaje fabule smaczku, brakującego wielu kryminałom, dopełnia powieść, która zainaugurowana w innych realiach, nie miałaby takiej mocy sprawczej.
Subtelne splecenie wątków, na pozór niewidoczne nici powiązań, misterna intryga, uwikłanie w akcję Kościoła – elementy te charakterystyczne są dla prozy Browna, który na skandalu próbuje budować swoje kolejne bestsellery.
U Holta skandalu nie będzie – owszem, na światło dzienne wyciągane są brudy Kościoła, nie mają one jednak źródła w Watykanie, lecz u pojedynczych jednostek, sprzeciwiających się obowiązującym powszechnie regułom, ulegającym sfeminizowanym wizjom hierarchii i szerzącym bluźnierstwa. Nie służą one demistyfikacji, lecz wskazują na ludzką ułomność i grzeszność, a także skłonność do ulegania sugestiom.
Autor skonstruował thriller na miarę XXI wieku, nie boi się kontrowersji – to tekst z wyższej półki, który wywoła w czytelnikach głód kolejnych powieści autora.
Wątek sensacyjny stanowi tutaj nośnik dla treści sytuujących się w innym porządku rozważań – ukazuje mentalność Wenecjan, wprasza się we włoski system policyjny, bada sieć powiązań i oddaje hołd lojalności i gwarancji wolności.
Książka ta obfituje w mroczne, owiane aurą tajemniczości postępki, składające się wespół na ten fenomenalny debiut, od którego nie sposób się oderwać. Napisana z rozmachem powieść, dająca nadzieję na równie intrygującą kontynuację.

Musicie przeczytać!
A zanim to zrobicie... wejdźcie do Carnivii.
A tutaj dopiero jest klimat!



niedziela, 24 listopada 2013

Jedenaście godzin -– Paullina Simons


Tytuł: Jedenaście godzin
Autor: Paullina Simons
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379432868
Ilość stron: 302
Cena: 32,90 zł

Paulina Simons szturmem wdarła się w moje życie. I to wcale nie za sprawą swojej bestsellerowej trylogii, zainaugurowanej tomem Jeździec miedziany. Spotkałam ją daleko później, dzięki Pieśni o poranku, która to, mimo różnych opinii czytelników, zahipnotyzowała mnie na długie godziny, podczas których nie wypuszczałam jej z rąk ani na chwilę. Sama Simons oczarowała mnie szerokim uśmiechem, błyskiem w oku i niepomierną radością od niej promieniującą, którą miałam okazję chłonąc podczas majowego spotkania w Bibliotece Śląskiej.
Urzekła mnie i sprawiła, że z miejsca stałam się jej kolejną wierną czytelniczką – i fanką.
Od tamtego czasu sukcesywnie sięgam po kolejne jej powieści.
Tym większe było moje rozemocjonowanie, gdy dowiedziałam się o wznowieniu Jedenastu godzi, historii wytęsknionej. Publikacja to w dorobku Simons nietypowa – nie jest bowiem ani romansem, ani obyczajówką, ani tym bardziej powieścią historyczną. To thriller ewokujący strach i złość na zastaną na kartach książki sytuację. Buzuje ona bowiem od emocji niezwykle silnych, każe buntować się przeciwko niesprawiedliwości i brutalności świata, stawia pytania o przypadkowość wydarzeń na nas spływających, a także burzy rutynę codzienności.
Mimo stosunkowo niewielkiej objętości, wyposażona została ona w koktajl nieopisanego ładunku emocjonalnego.

Oto kobieta, będąca w dziewiątym miesiącu ciąży, którą od rozwiązania dzielą dwa tygodnie, po rutynowej wizycie u lekarza udaje się na zakupy do pobliskiego centrum handlowego. W ten sposób pragnie spędzić upalny, letni dzień po wcześniejszej kłótni z mężem. Didi to osoba całkowicie oddana rodzinie, którą kocha, i którą zawsze stawia sobie na pierwszy miejscu. Oczekiwanie na trzecie dziecko jest dla niej przez to, tym bardziej ekscytujące. Nie wie jeszcze, że jedno z ulubionych dotąd centrów handlowych, stanie się jej przekleństwem.  Tam jej życie ulegnie diametralnej zmianie – zostanie ona bowiem uprowadzona przez niewyróżniającego się z tłumu mężczyznę, sprawiającego wrażenie pomocnego i troskliwego. Jak się okazuje, jego desperacja jest o wiele większa, niż sugerowałoby to pierwsze wrażenie.
Porywaczowi wcale nie zależy bowiem na pieniądzach – jego cel jest o wiele większy.
Na krótko po zdarzeniu rozpoczyna się wyścig z czasem. Spanikowany mąż wraz z doświadczonym detektywem dokładają wszelkich starań, by odnaleźć zaginioną i sprowadzić ją bezpiecznie do domu. Nie ułatwia tego zachowanie porywacza, który w żaden sposób nie próbuje się z nimi kontaktować. Ich jedynym śladem są popełniane przez niego błędy, pozwalające na odkrycie jego ostatecznych zamiarów. W ciągu jedenastu godzin Didi walczy o dwa życia, które z każdą kolejną minutą stają się coraz bardziej zagrożone.

Simons wykreowała bohaterkę, która przez wzgląd na swój błogosławiony stan zdolna była do wszystkiego, byle tylko ocalić dziecko. Próbowała manipulacji, rozmów, wielokrotnie podejmowała dialog o Bogu, po to jedynie, by zyskać na czasie i wykryć słabe strony porywacza. Jej ogromna siła w walce z tym, co nieuniknione jest niewyobrażalna.
Autorka skutecznie budowała napięcie, sprawiające, że od książki nie sposób było się oderwać, a kolejne strony pochłaniało się jak najtłustsze tanie – ze świadomością, że dalsza wiedza może spowodować, że się rozchorujemy, a mimo to brniemy dalej ze względu na wyborny smak.

Choć emocje towarzyszące lekturze nie były w moim wypadku tak silne, jak przy poprzednich książkach, Simons stworzyła naprawdę dobry thriller, który na długo pozostaje w głowie. Udowodniła tym samym, po raz kolejny zresztą, że nie jest pisarką jednego gatunku.

_________
relacja ze spotkania autorskiego: tutaj.
recenzje innych książek autorki:
http://shczooreczek.blogspot.com/2013/06/piesn-o-poranku-paullina-simons.html








http://shczooreczek.blogspot.com/2013/08/jezdziec-miedziany-paullina-simons.html




piątek, 8 listopada 2013

Statek śmierci – Yrsa Sigurdardottir


Tytuł: Statek śmierci
Autor: Yrsa Sigurdardottir  
Wydawnictwo: MUZA
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788377583395
Ilość stron: 336
Cena: 34,99 zł

Yrsa Sigurdardottir kilka lat temu szturmem wdarła się na polski rynek horroru, kryminału i thrilleru. Jej książki z miejsca stały się bestsellerami, a na wspomnienie lektury Weź moją duszę czy Spójrz na mnie wielu czytelników przeszywa dreszcz. Autorka to osoba o wielu zdolnościach: potrafi zbudować atmosferę grozy w powieści, w której następuje jej powolna eskalacja, ale też napisać historię dla dzieci, przy której te drobne istoty odnajdą poczucie bezpieczeństwa, tak rzadko spotykane w jej tekstach dla dorosłego odbiorcy. Dzisiaj jest ona najsłynniejszą pisarką islandzką, której sława zatacza coraz szersze kręgi. Nie jest to popularność niezasłużona: Sigurdardottir to laureatka nagród podkreślających wysoki poziom tworzonych przez nią historii. Nie dziwi więc, że także i polski czytelnik, który – co od lat obserwuję – docenia gatunki grozy, znajduje u islandzkiej pisarki poszukiwane przez siebie emocje związane z lekturą.
Jak się okazuje, spisane przez powieściopisarkę historie stanowią także doskonały materiał na filmy oraz serial – już za jakiś czas będziemy mogli skonfrontować nasze wyobrażenia o bohaterach z realizacją kinową. Zapowiada się świetny materiał do obejrzenia!
Zanim to jednak nastąpi, warto pochylić się nad tekstami Sigurdardottir.

Statek śmierci, to powieść wykorzystująca nośny motyw sięgający mitologii - statku widmo kursującego bez celu i według jednego z najpopularniejszych wyjaśnień - bez załogi.
Pojawienie się go na morzu od zawsze kojarzyło się z towarzyszącą mu aurą tajemniczości i niepewności. Funkcjonują dziś trzy zasadne i równorzędne znaczenia związku wyrazowego statek widmo – dwa z nich, wywodzące się z legend żeglarskich uznają za niego zarówno statek żeglarski z zaświatów, którego załogę stanowią duchy, jak i statek, którego załoga nie jest w możności dostania się na ląd – na skutek klątwy czy też czarów. Jest bowiem skazana na wieczną tułaczkę na pokładzie [patrz: Latający Holender].
Sigurdardottir wykorzystała w swej powieści znaczenie trzecie – odnoszące się do realnie istniejących statków, z których najpopularniejszym była Mary Celeste, a które dryfują po morzu czy też oceanie bez załogi.
Ów chwytliwy topos statku widmo otwiera powieść, która okazuje się o wiele bardziej tajemnicza, niż zdawać by się mogło na początku.
Oto do portowego brzegu w Reykjaviku przybija luksusowy jacht, na który oczekują członkowie rodzin pasażerów, którzy powinni znajdować się na pokładzie. Szybko okazuje się, że nie ma tam nikogo – zdaje się, że załoga składająca się z siedmiorga ludzi – w tym dwójki małych dziewczynek – rozpłynęła się w powietrzu. Ich rejs z Lizbony miał być wspaniałą przygodą, a okazał się jedynie wstępem do dramatu, którego nikt nie potrafi wyjaśnić – w śledztwie pojawia się zbyt wiele sprzecznych informacji, nieprawdopodobnych tłumaczeń i niewygodnych faktów. Co gorsza, do czasu wypłynięcia na brzeg pierwszego ciała organy ścigania nie mają żadnego punktu zaczepienia. Jak się jednak okazuje, odnalezienie zwłok wcale sprawy nie ułatwi – pierwszy z rozpoznanych członków załogi, wcale nie zginął bowiem poprzez utonięcie. Wszystko wskazuje na to, że na statku doszło do starcia z bezlitosnym mordercą. Czy był nim członek załogi, czy może pasażer na gapę? Jakie motywy nim kierowały? Czy w ogóle doszło do morderstwa? Gdzie podziało się pozostałe sześć osób?

Znana z poprzednich powieści Sigurdardottir Thora trafia do śledztwa jako pełnomocnik krewnych zaginionej rodziny. To ona zdaje się najbliżej odkrycia tego, co naprawdę wydarzyło się podczas kilkudniowego rejsu na otwartych wodach.

Sigurdardottir po raz kolejny wykazała się darem prowadzenia narracji mrożącej krew w żyłach oraz malowania postaci wyposażonych w bardzo indywidualny rys. Najciekawszą dla mnie bohaterką jest Lara – kobieta wyposażona w swoistą nadwrażliwość, umożliwiającą jej wczesne wyczuwanie potencjalnych zagrożeń, co na nic się jednak nie zdaje w obliczu niebezpieczeństwa, które dosięgło jej rodzinę. Frapujące staje się również naddanie pewnych cech samemu jachtowi – on to, według członków załogi, generuje lęki i przeczucia nadchodzącego zagrożenia. Mimo bogactwa i prawdziwego luksusu, ewokuje on strach i nieuzasadnione poczucie braku bezpieczeństwa, co z kolei potęguje wrażenie niesamowitości.
Niczym gęsta mgła lepi się od czytelnika narastające przerażenie i „to, co niewyjaśnione”.
Będąc otoczonym tak stężonymi wrażeniami, czytelnik całkowicie poddaje się towarzyszącej lekturze atmosferze grozy. Ciemność, mrok, mgła, wzburzone morze – te elementy świata przedstawionego doskonale współgrają z narracją i czynią ją niebywale zajmującą.
Brawa dla Sigurdardottir!
Gnajcie do księgarni – w rejs takim jachtem warto wybrać się jedynie w wyobraźni. I do tego zachęcam.

niedziela, 22 września 2013

Minione wieki, tajemnice zabytkowych komnat. Chcesz wejść? - "Posiadłość" - Maggie Moon


Tytuł: Posiadłość
Autor: Maggie Moon
Wydawnictwo: Novae Res
Udostępnienie: Autorka
ISBN: 9788377225721
Ilość stron: 294
Cena: 33 zł



Posiadłość Maggie Moon, to literacki debiut dwudziestotrzyletniej autorki skrywającej się pod tym intrygującym pseudonimem. Chciałoby się dodać – debiut rewelacyjny i bardzo obiecujący. Rzadko zdarza się, by początkujący twórca potrafił swój doskonały projekt literacki przenieść ze sfery wyobrażeń do rzeczywistości, nie czyniąc krzywdy samej historii, która przecież „tak dobrze brzmiała w myślach, a tak źle prezentuje się na papierze”. Moon się udało – dzięki frapującej historii, którą zdecydowała się opowiedzieć, porwała mnie na kilka godzin do świata pachnącego historią i tajemnicą.
Zara Dormer, to utalentowana i obiecująca studentka malarstwa na Wyższej Akademii Sztuk. Dzięki wsparciu rodziców, którzy za punkt honoru postawili sobie dać swojej córce to, co najlepsze, udało jej się pobierać nauki na tej prestiżowej uczelni, zrzeszającej w swoich murach młodych ludzi z wyższych kręgów, mimo że sama pochodziła z nizin społecznych. To właśnie jej proweniencja  stała się przyczyną szykan ze strony znajomych, którzy zaślepieni mamoną, nie potrafili ujrzeć w niej prawdziwej artystki – w ich mniemaniu nie miała prawa należeć do ich towarzystwa, toteż skutecznie ją z niego wykluczyli.
Dzięki wsparciu finansowemu Dory – swojej najlepszej przyjaciółki – młodej malarce udało się wziąć udział w warsztatach organizowanych w posiadłości Debrettów – rodziny tyle inspirującej, co kontrowersyjnej. Wstęp na ich włości mają jedynie nieliczni, toteż ów wyjazd staje się dla Zary szczególną szansą i nobilitacją. Oprócz nauk, które będzie mogła pobierać od jednego z najważniejszych malarzy współczesnych, bohaterka liczy na uporanie się ze śmiercią swojej młodszej siostry.
Pierwsze chwile spędzone w zabytkowej posiadłości upływają jej pod znakiem oczarowania klimatem i magią miejsca, w którym się znalazła. Szybko jednak dziewczyna zaczyna czuć się nieswojo – bynajmniej nie z powodu stałych uszczypliwości dosięgających ją ze strony innych kursantów, lecz przez wzgląd na właścicieli i dziwne wrażenie bycia pod stałą obserwacją.
Umiejętności Zary, takie jak wyjątkowa spostrzegawczość, które w jej artystycznej pracy są atutem, w posiadłości okazały się jej przekleństwem, doprowadzającym do odkrycia sekretów, które nigdy nie miały wyjść na jaw. Dziewczyna przez swoją przenikliwość i zmysł obserwacji, stała się nieproszonym gościem, którego za wszelką cenę należy zmusić do milczenia.
Narracja prowadzona jest dwutorowo, dzięki czemu równolegle poznajemy historię współczesną jak i mamy wgląd w retrospektywne wizje sięgające XIX wieku.
Moon decydując się na poprowadzenie fabuły śladem powieści grozy, strzeliła w dziesiątkę. Misterna tajemnica skrywana od lat w budynku pamiętającym minione epoki, dumni właściciele, wystawne bale, tajemne przejścia, podziemne lochy, legenda o wygłodniałych wilkach i naiwnych dziewczętach zapuszczających się głęboko w las: to elementy, które przywodzą na myśl zarówno wiktoriańskie opowieści, jak i horrory inicjowane przez Poego. Autorce udało się zbudować synkretyczny i formalnie nawiązujący do wielu wcześniejszych tekstów kultury utwór, który zaskakuje i staje się obietnicą pojawienia się na świetlistym niebie polskiej literatury kolejnej gwiazdy – oby świecącej jak najdłużej i jak najjaśniej.

Polecam Wam debiut tej młodej pisarki – jeśli tylko nie boicie się wędrować po minionych epokach i tajemniczych piętrach wiekowych posiadłości.

 ________________
Książka przeczytana w ramach nowych wyzwań Śląskich Blogerów Książkowych.

sobota, 14 września 2013

Ona już nie wróci – Hans Koppel


Tytuł: Ona już nie wróci
Autor: Hans Koppel
Seria: Granice zła
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379431144
Ilość stron: 304

Ona już nie wróci, to obok Ulic Bangkoku, jedna z dwu pierwszych książek wpisujących się w nową serię wydawniczą Świata Książki – Granice zła, mającą na celu prezentowanie czytelnikom mrożące krew w żyłach kryminały i thrillery, które zdobyły uznanie na całym świecie.
Twórczość Hansa Koppela przyrównywana jest do tekstów Henninga Mankella, a przygotowaniem filmu na jej podstawie zajęła się ta sama wytwórnia, która z dużym powodzeniem zekranizowała bestsellerowe Millenium. Zdaje się, że po takiej rekomendacji, książka powinna z miejsca stać się wartą uwagi i według rankingów światowych tak właśnie się dzieje. Czy polski czytelnik dołączy do grona wielbicieli pióra Koppela?

Autor bohaterami swojej opowieści uczynił Mike’a Zetteberga, mieszkającego z żoną i córeczką Sanną w helsingborgowskiej willi. Ich małżeństwo nie należy do najbardziej udanych – przed rokiem Ylva zdradziła męża i według wielu robi to nadal, co rusz zmieniając partnerów. Chcąc ratować swój związek, para zdecydowała się na to, by nie ograniczać swojej wolności. Gdy więc pewnego dnia kobieta nie wraca na noc do domu, Mike nie jest zaniepokojony jej nieobecnością, lecz raczej tym gdzie i przed kim rozkłada aktualnie nogi.
Po kilkudziesięciu godzinach absencji, braku jakiejkolwiek wiadomości i ciągłym pytaniom córki, postanawia zadzwonić do znajomych, pobliskich szpitali i zgłosić zaginięcie policji.
Niefortunnie, wszystkie podejrzenia padają na niego – w oczach funkcjonariuszy sytuacja przedstawia się sztandarowo: oto zdradzany małżonek postanawia zakończyć uwłaczającą mu sytuację, mordując żonę, pozbywając się jej ciała i udając zaniepokojonego, troskliwego mężczyznę.

W tym czasie jednak, Ylva została uprowadzona przez rodziców Anniki – dziewczyny, która upokarzana przez nią i Bandę Czworga w czasach szkolnych, popełniła samobójstwo wieszając się. Para wprowadziła się właśnie do okolicznego domu, budując w nim wytłumione studio nagraniowe, tak naprawdę służące do innych celów, niż uważają sąsiedzi.
Zamontowali oni w nim ekrany zdające na żywo relację z życia Sanny i Mike’a. Ylva, znajdująca się nie dalej niż kilka metrów od swojego domu, nie mogła w żaden sposób wezwać ratunku, lecz tylko biernie obserwować nowe życie swojej rodziny, sama będąc gwałcona i poniżana przez porywaczy.
Pikanterii dodaje fakt, że Gösta w sposób bezceremonialny, choć zupełnie przypadkowy, zbliżył się do męża Ylvy i zdobył jego zaufanie jako psychiatra.

Gdy wszyscy uwierzyli już w śmierć Ylvy i zaczęli układać swoje życia od nowa, dzieje się coś, co zaburza wszystko…

Koppel zarysował dobrze pomyślaną i skonstruowaną fabułę, w której jednak – moim zdaniem – jak na thriller psychologiczny, brakuje szczegółowych i bogatych portretów bohaterów. Informacje o ich pobudkach są raczej zdawkowe, nie do końca omówione, a przeżycia niekoniecznie obficie opisane. To raczej thriller skupiający się na budowaniu suspensu, nieoczekiwanych zwrotów akcji, wszechogarniającego poczucia bestialstwa i bezlitosności. Dobry, choć z nie do końca wykorzystanym potencjałem. Ma jednak ogromną zaletę – nie przytłacza. Wielu szwedzkich pisarzy posiada w sobie tę zdolność do zasmucania i przygnębiania mnie swoimi tekstami. Koppelowi udało się tego uniknąć, zbliżając raczej swój styl pisania ku autorom światowym, niekoniecznie skandynawskim, których styl można bardzo łatwo wyodrębnić na tle innych. Jego powieść, choć obfitująca w ludzie dramaty, nie obciążą tak, jak np. teksty Jo Nesbo.
Polecam tym, którzy opowieści o tym, jak daleko człowiek jest się w stanie posunąć, by dokonać zemsty, jak wiele może uczynić, by demony przeszłości przestały go prześladować i jak wielkiej ulega wówczas dehumanizacji.