Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

Pulse – Gail McHugh


Nie będę ukrywać, że podobało mi się znacznie mniej niż Collide. Czuję pewne rozczarowanie, bo lektura poprzedniego tomu rozochociła mnie mocno, mimo że powoli zaczynam czuć przesyt podobnymi opowieściami i chyba należy mi się ucieczka w inny gatunek. Pulse daleki jest od emocji pierwszej części, brakuje tego wulkanu energii, siły wybuchającego uczucia. Jest jedynie… nuda?
Przeczytałam ją nad wyraz szybko, jednak równie prędko rozstałam się z bohaterami i zanurzyłam nos w innej książce.  Nie znaczy to jednak, że jest że – jest po prostu poniżej oczekiwań.

Gavin, mimo poświęcenia ze strony Emily, wciąż dąży do autodestrukcji. Mało tego – on sieje zniszczenie wszędzie, gdzie się pojawi, aż strach byłoby podobną osobę spotkać na swojej drodze. Kobieta musi podjąć rozpaczliwą decyzję – próbować ratować ukochanego przed nim samym, nie mając żadnej gwarancji na powodzenie swojej misji lub też zapomnieć o nim i wrócić do swojego dawnego życia, które tak właściwie przestało istnieć. Decyzja byłaby może prostsza, gdyby nie niepewność towarzysząca bohaterce – tak do końca nie jest ona przekonana o uczuciach Gavina – bo ten manifestuje je w bardzo dziwny dla niej sposób. Tak właściwie losy tej dwójki to ciągłe miotanie się – rozpaczliwa próba stworzenia związku, wydobycia z siebie choć krztyny siły i wiary w uczucie, a przy tym bezustanne zmaganie się z trudami życia, które bohaterów nie oszczędza ani trochę. Wydaje się wręcz, że pisane jest im trwałe rozstanie i życie w cierpieniu.

Choć zdawać by się mogło, ze emocji  nie brakuje, funkcjonują one jedynie na poziomie fabularnym, nie mają mocy przedostania się do z kartek do emocjonalności czytelnika – zupełnie inaczej niż było to w Collide. Tam gdy cierpiał Gavin, cierpieliśmy my; gdy płakała Emily, łzy ciurkiem ciekły nam po policzkach. Tutaj brakuje tej jedności i intensywności, mimo ogromnego ładunku emocjonalnego zawartego w treści, odbiór jest znacznie spokojniejszy, może dlatego, że wyczuwamy dobry finał. Owszem, odczytujemy wachlarz złożonych uczuć na poziomie intelektualnym, ale… przecież nie o to chodzi w emocjach.

Oczywiście jest także dużo scen łóżkowych ze „szmeksownym” Gavinem, które to epizody tej jesieni mogą rozpalić co niektóre czytelniczki do czerwoności.

Powieść ratuje finał – jest na co poczekać, bo staje się on doskonałym triumfem dobrego nad złym. Nie mogę także odmówić autorce talentu do tworzenia plastycznych i działających na wyobraźnię opisów.

To książka, która rewelacyjnie sprawdzi się w chłodniejsze dni – rozgrzeje Was od środka, zapewni sporą dawkę emocji, zagwarantuje szybko płynący czas przy lekturze i nie będzie wymagać dodatkowych źródeł ciepła z zewnątrz – powieść wygeneruje odpowiednią temperaturę sama.



Premiera 7 października.

czwartek, 3 września 2015

Przewodnik po tym jak źle zakończyć serię (After. Bez siebie nie przetrwamy)


To typ historii miłosnej, która zajmuje się prawdziwymi, kurwa, problemami. To historia o przebaczeniu i bezwarunkowej miłości, która pokazuje, jak bardzo ktoś może się zmienić, naprawdę zmienić, jeśli tylko mocno się stara. To typ historii miłosnej, która dowodzi, że wszystko jest, kurwa, możliwe, jeśli chodzi o wychodzenie ze swoich problemów. Pokazuje, że jeśli masz się na kim oprzeć, jeśli ktoś cię kocha i nie zostawia samemu sobie, to możesz znaleźć wyjście z ciemności. Pokazuje, że nieważne, jakich miałaś rodziców ani z  jakimi uzależnieniami musiałaś się mierzyć, możesz przetrwać wszystko, co staje ci na drodze, i stać się lepszą osobą. Właśnie taką historią jest After[1].

Taką oto autorecenzję znaleźć można w  najnowszym tomie After. Brzmi (pomijając wulgaryzmy) szlachetnie, prawda? Jak jest jednak naprawdę?

Moim zdaniem najsłabsza z  wszystkich części – miałka od samego początku, naciągana, sprawiająca wrażenie pisanej na siłę. Dopiero końcówka wnosi poziom nieco wyżej, choć została potraktowana nieco po macoszemu – wiele pominięto, niedopowiedziano, postawiono na zbyt duże przeskoki czasowe, które zamiast uzupełniać powieść, stawiają jedynie znaki zapytania. 

Podoba mi się to, że w Hardin napisał książkę traktującą o jego życiu i przemianie – to zgrabny chwyt, w  którym autorka spowiada się z powodów, dla których After powstało i naśmiewa się z opinii hejterów. Usprawiedliwia powstanie powieści mającej być przeciwwagą dla słodkich opowiastek miłosnych; krwistą, życiową narracją, obejmującą wszystkie elementy burzliwego związku i życia. To swoiste wyznanie kierowane do przeciwników książki, włożone w usta Hardina. Autorka nie boi się też wspominać o Tessie, która wypisywała do niezadowolonych blogerów w  obronie historii własnej, sugerując niejako, że takie rzeczy faktycznie miały miejsce (Strzeżcie się! Może napisać i do Was!).
Bez siebie nie przetrwamy to rzeczywiście zapis przemiany Hardina – tym razem on denerwuje znacznie mniej niż Tessa. Uświadamia sobie jak wiele jej zawdzięcza i jak bardzo mu na niej zależy, a ona w  końcu pozwala sobie na oddalenie się od  niego na dłuższy czas. Ich uczucie jest jednak tak silne, iż oboje są pewni, że – o dziwo – bez siebie nie przetrwają. Język powieści (zwłaszcza po niedawnym zderzeniu z  klasyką) był dla mnie wręcz bolesny. „Kurwa”, „pieprzenie”, „zerżnę Cię”, „jestem popieprzony” – to jedynie wierzchołek góry lodowej wulgaryzmów oscylujących głownie wokół sfery seksualnej – sposób opisywania aktu seksualnego jest tutaj tak mocno klasyczny w najgorszym wydaniu, że aż cierpnie skóra – co drugą scenę należało jedynie przelecieć (sic!) wzrokiem, a i tak znało się ogólną zawartość.

Na szczęście – i to duży plus powieści – jest mniej przepychanek, idiotycznych fochów, więcej słońca, radości, powolnego wychodzenia na prostą.

Nie zmienia to jednak faktu, że jestem rozczarowana wrażeniem jaki ten ostatni tom pozostawił w  mojej pamięci. Ta książka zdaje się krzyczeć „Jestem źle napisana! Udowodnię Ci, że ta seria była jednak znacznie gorsza niż ci się wydawało”.  Nie wciąga tak jak poprzednie i przez większość stron ani odrobinę nie zaciekawia. Ratuje ją jedynie spłaszczona końcówka.
Szkoda.



Poprzednie tomy:



[1] Anna Todd, After. Bez siebie nie przetrwamy, Kraków 2015, s. 514.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Tully - Paullina Simons

Tully to opowieść o dojrzewaniu, przemianie pokaleczonej przez życie nastolatki w kobietę próbującą budować zdrowy dom i relacje oraz wreszcie przejąć kontrolę nad tym, co ją spotyka. Jest ona bohaterką dynamiczną, zmienia się, a mimo to wciąż nie udaje jej się przepracować skrytych głęboko w sercu traum i zranień, które stale ją paraliżują.

Początkowo – o dziwo – trudno się w lekturę wgryźć. Urywki z życia Tully zdają się niejasne, niepewnego znaczenia. Dopiero z biegiem czasu, po śmierci jej przyjaciółki, wszystkie puzzle zaczynają do siebie pasować, czyniąc obraz – głównie psychologiczny – pełnym. Simons tym razem bardziej niż na wątku obyczajowym i romansowym, który notabene rozwinięty jest mocno, skupiła się na portretowaniu głównej postaci i jej wyborów znaczonych poranioną psychiką. Toksycznych działań, zabawy uczuciami swoimi oraz innych, wynikających najpierw z przemocy, której zaznała w domu rodzinnym (psychicznej i fizycznej), opuszczenia przez ojca, który zamiast ją wybrał jej brata, molestowania seksualnego, później zaś z samobójstwa popełnionego przez przyjaciółkę, które Tully długo odbierała jak zdradę, z którym nie mogła sobie poradzić – wiele lat, wówczas gdy inni radzili sobie z  utratą, ona trwała w szoku, próbując znaleźć się na granicy śmierci, czego śladem są znaczone głębokimi bliznami nadgarstki. 

Jestem rozczarowana gorzkim, jak sądzę, zakończeniem. Kibicowałam bohaterce, mimo że swoim cierpieniem początkowo epatowała i usprawiedliwiała nim wszystko – także rozbuchaną seksualnie młodość, pragnęłam jej przemiany i długo wyczekiwanego spełnienia. A tutaj? Pozornie dobry finał, ale czytelnik mający przed oczami i w  pamięci całą historię Tully doskonale zdaje sobie sprawę, że jej ostateczna decyzja wcale nie jest trafiona, że bohaterka nie jest w stanie takiej podjąć, bowiem całkowicie spętana została przez  nieustanną niemożność bycia szczęśliwą: tak jakby całe życie musiała pokutować, by innym było dobrze, doskonale wiedząc przy tym, że taki model się nie sprawdza, bo swoje samopoczucie będzie przenosiła na bliskich, czyniąc ich życie – paradoksalnie – nieznośnym. 

Po lekturze czuję się rozdarta – najwidoczniej się starzeję, oczekując wciąż pozytywnych finałów: w  życiu chyba za dużo tych niedobrych, by mieć jeszcze siłę przeżywać literackie.  Mimo tego bolesnego zakończenia, książkę zapamiętam jako bardzo dobrą opowieść o kobiecie usiłującej zmagać się z życiem, które nie rozpieszcza. O sile miłości, namiętności, przyjaźni, ale też szeroko rozumianej zdradzie, niezdolności do działania i pragnieniu oszczędzenia cierpień bliskim.

Simons tworzyła kolejną wielowątkową, rewelacyjnie napisaną powieść, która choć trudna – sprawia wielką czytelniczą satysfakcję. Podczas lektury kibicuje się bohaterce, pragnie się jej szczęścia. Autorka ułatwia syntonię – wręcz namacalnie czuje się przed jak dramatycznym wyborem staje Tully, jak bardzo chciałaby mieć wszystko to, co dotąd, nie raniąc przy tym bliskich, jak rozpaczliwie pragnie szczęścia i jak trudno jest jej je osiągnąć. Współodczuwamy także z Jackiem i Robinem – dwoma mężczyznami życia Tully, którzy swoją miłością próbują ją uleczyć.

sobota, 4 lipca 2015

Grając w miłość – Abbi Glines


Przed Wami kolejna powieść Abbi Glines, w której na plan pierwszy wysuwa się trudna i na pozór niemożliwa miłość dwojga młodych ludzi.

Znani już z  poprzednich tomów Grant i Harlow zaczynają się do siebie zbliżać. Gdy jednak dziewczyna zaczyna powoli ufać mężczyźnie, ten znika bez znaku życia po ich pierwszej wspólnej nocy, nie próbując się z nią także i później skontaktować. Choć bohater miał dobry powód, by odejść bez uprzedzenia, dla dziewczyny jest to ogromny cios. Tym boleśniejszy, gdy po przeprowadzce do domu swojej siostry i byłej kochanki Granta – Nany – widzi go wychodzącego z  jej sypialni. Harlow, podwójnie zraniona, nie chce mieć nic wspólnego z mężczyzną, w  którym zaczęła się zakochiwać, podczas gdy ten stara się zrobić wszystko, by ją uzyskać jej przebaczenie, a z  czasem – także i zaufanie. Na ich drodze staje jednak nie tylko niszcząca wszystko wokół Nan…

Wszystko byłoby dobrze, gdyby część ta była utrzymana na podobnym poziomie co poprzednie, niestety jednak – nie wiadomo dlaczego, bo sposób pisania jest identyczny – jest to najsłabsza ze wszystkich dotychczas wydanych w Polsce książek autorki. Potencjał był, jednak gdzieś po drodze nie wszystkie elementy układanki zagrały ze sobą, sprawiając, że ów został zaprzepaszczony – czytelnik dostaje czytadło jedynie przyzwoite, które mimo nagromadzenia emocjonujących wydarzeń, wcale tych emocji nie generuje – wszystko rozgrywa się na poziomie racjonalnym. 

W porównaniu do historii Blaire i Rusha, ta zdaje się blednąć na ich tle. Mam jednak nadzieję, że autorka wróci do formy i kontynuacja losów Harlow i Granta pozwoli zapomnieć o tej wpadce. Mocno trzymam za to kciuki, gdyż polubiłam wszystkie serie Glines i żal byłoby mi się z nimi rozstawać. Są idealne wtedy, gdy chce się zrelaksować i odpocząć od innych gatunków. Mają w sobie niezwykłą lekkość, która także i tutaj – mimo elementów nużących – sprawia, że chętnie się do nich wraca oraz podrzuca je bliskim.

Jeśli szukacie serii niezobowiązującej, a przy tym wciągającej – polecam zacząć od historii Blaire i Rusha – jeśli w  niej zakosztujecie, na resztę nie będzie was trzeba długo namawiać.




sobota, 20 czerwca 2015

After. Ocal mnie – Anna Todd



Ocal mnie to już trzeci tom cyklu After podbijającego serca czytelników na całym świecie. Czytadło, które robi furorę przede wszystkim ze względu na niewymagający język i fabułę, która rzeczywiście wciąga, choć nie chciałoby się do tego przyznawać.

Tom ów skupia się przede wszystkim na wyjeździe głównej bohaterki na staż do Seattle, który to sprowokuję zmianę statusu jej związku na odległościowy. Hadrin nie do końca radzi sobie z  nową sytuacją, dla obojga jest to jednak okazja, by popracować nad relacjami. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt pojawienia się w życiu Tessy ojca, który przed laty porzucił ją i jej matkę, a który teraz stacza się z  powodu uzależnienia alkoholowego i narkotykowego. Dzięki córce i jej chłopakowi ma on szansę odbić się od dna i spróbować odbudować to, co na własne żądanie zburzył. Nie tylko ta relacja będzie jednak odbudowywana - na tom ten składa się bowiem układanie wielu zburzonych i zachwianych związków emocjonalnych - nie tylko rodzinnych.

Zdecydowanie najlepsza z  dotychczasowych części – więcej wydarzeń wyjaśniających przeszłość Tessy i Hadrina, mniej koncentracji na rozbuchanej sferze erotycznej, znacznie lepiej zbudowana linia fabularna – tutaj po prostu się dzieje! Przyjemność płynąca z czytania tej książki podobna jest satysfakcji jaką daje oglądanie amerykańskich seriali – to książkowy tasiemiec, od którego łatwo się uzależnić i trudno oderwać. Ponad 800 stron jest do przeczytania w jeden dzień, a zaangażowanie w  lekturę niemożliwe do opisania  - mam wrażenie, że Todd się rozwinęła, że zwiększona ilość stron tym razem wcale nie jest przesadzona – spędziłam przy książce naprawdę dobry, relaksujący czas, a zakończenie po raz kolejny wzmogło mój apetyt na kolejny tom – nie wiedzieć czemu ta seria się nie nudzi.

Jeśli potrzebujecie czegoś pisanego prostym językiem, tasiemcowatego, czegoś, co pozwoli Wam na długie godziny zatopić się w  lekturze i zapomnieć o codzienności – After z powodzeniem zaspokoi te oczekiwania.

Trzeci tom jest częścią o dojrzewaniu i zmienianiu siebie – pracą nad gniewem, radzeniem sobie z  przeszłością, próbą ułożenia życia, wyjścia z nałogów i uporządkowania związku oraz relacji z rodziną. Pełną namiętności, wybuchowości, ale też – o dziwo – przyjacielskiej mądrości. Są kolejne zdrady,  niespodziewane zachowania, nieoczekiwane wyznania, rozstania i powroty.
Czyta się błyskawicznie!



środa, 17 czerwca 2015

Collide – Gail McHugh


Collide otwiera serię romansów, których bohaterami jest trójkąt damsko-męski.

Ona, Emily, po ukończeniu college’u traci matkę, która umiera na raka.

On, Dillon, w  tych trudnych chwilach jest dla niej ogromnym wsparciem. Gdy dziewczyna nie potrafi już znaleźć sił na ostatnią opiekę nad mamą, przychodzi jej z  pomocą, będąc dla niej oparciem i niosąc jej pocieszenie. Oboje wyprowadzają się do Nowego Jorku, gdzie Dillon ma dobrze płatną pracę, a Emily będzie mogła rozpocząć wszystko od nowa.

Choć bohaterka kocha swojego chłopaka, zdarzają jej się chwile zwątpienia, gdy ten pokazuje swoje prawdziwe – i niezbyt dobre – oblicze.

Emily w  Nowym Jorku poznaje Gavina – mężczyznę tak elektryzującego, że wystarczyło jedno spotkanie, aby kobieta oszalała na jego punkcie. Przystojny, zmysłowy, elegancki – nie sposób było mu się oprzeć, mimo że starała się wyjątkowo intensywnie. Niestety, okazało się, że mężczyzna to przyjaciel Dillona, co mocno skomplikowało i tak już niełatwe sprawy – Emily i Gavin będą musieli często się spotykać i jakimś sposobem ukrywać to, co z  łatwością można  wyczytać z  ich oczu. Kobieta znajduje się odtąd w  bardzo trudnym położeniu – musi wybierać między wiernością mężczyźnie, który wspierał ją gdy było jej najtrudniej, a rosnącym przyciąganiem do tego, który pragnie jej udowodnić, że to co do niej czuje to nie jedynie namiętność, a prawdziwa miłość.

Choć zarys fabularny powieści nie zaskakuje, jest to doskonała – i pewnie dlatego tak wyczekiwana – propozycja na zbliżający się czas: wypełnia ona pustkę wakacyjnego rozleniwienia i lekkiej, przyjemnej nudy, poprawia nastrój, pozwala na relaks i oddanie się powieści, z  której najlepiej rozgrzesza właśnie letnia aura.

Nie jest rozwleczona, epatująca nadmiernym erotyzmem czy obarczona odrzucającym językiem (choć i tu zdarzają się wpadki – oczywiście wulgarne). To raczej klasyczny romans, w którym nie brakuje emocji, dylematów, trudnych wyborów, irracjonalnych kłótni, decyzji dyktowanych chwilą, szalejącymi uczuciami i kipiący namiętnością.

Bohaterka jest zmanipulowana przez swojego dotychczasowego partnera, nie potrafi poradzić sobie z  decyzją o odejściu, szybko ulega i – ze względu na dotychczasowe doświadczenia – z  niezwykłą łatwością można ją zranić. Nie wie czy kierować się sercem, czy rozumem, nie potrafi rozpoznać komu zaufać, z  kim się związać i czy w  ogóle kolejna zmiana to dobry pomysł.

A postaci mężczyzn? Za ich sprawą poznajemy nie tylko nowojorski świat bogaczy i mechanizmy rządzące biznesem, ale też nieprzekraczalne granice pewnych zachowań, nękanie psychiczne, przemoc emocjonalną, uzależnienie od drugiego człowieka, niemożność wyjścia z  toksycznego związku, trudną przeszłość skłaniającą do zakładania masek.

To dopiero pierwszy tom – jestem ciekawa w  którym kierunku podąży autorka dalej: czy rozwinie wątki obyczajowe, rozbuduje portrety psychologiczne postaci, czy raczej zdecyduje się na poszerzenie elementów stricte romansowych. 

Nie wiem, jestem zainteresowana – tym bardziej, że powieść kończy sygnalny rozdział kolejnego tomu – on jeden wystarczył, by jeszcze bardziej skomplikować to, co samo w  sobie było wystarczająco zapętlone.


Polecam tę pełną pasji lekturę na zbliżające się wakacje – dodatkowo podniesie  temperaturę ciała i otoczenia, bo:


Uwaga! Podczas lektury robi się gorąco! Ubierzcie się lekko i zapomnijcie o herbacie. 


Premiera dziś.

wtorek, 24 lutego 2015

Pokłosie Greya, w wydaniu dla nastolatek (After. Płomień pod moją skórą – Anna Todd)


Tytuł: After. Płomień pod moją skórą
Autor: Anna Todd
Wydawnictwo: Między Słowami
ISBN: 9788324026531
Ilość stron: 632
Cena: 39,90zł


Jeszcze wczoraj wieczorem miałam mnóstwo myśli dotyczących tej książki, które chciałam przelać na papier, a które noc załagodziła i nawet większość z  nich puściła w  zapomnienie. Będzie za to znacznie mniej emocjonalnie, ale może za to bardziej obiektywnie.
Właściwie, aby opisać tę książkę nie trzeba wielu słów – to opowieść o tym, jak młoda Tessa, która włożyła mnóstwo wysiłku w  to, by dostać się do wymarzonego college’u powoli ulega jego urokom. Z  poprawnej, skromnej, prostej dziewczyny mającej upodobanie w czytaniu i nauce, żyjącej w zdrowym, wieloletnim związku staje się typową studentką spędzającą weekendy na alkoholowych imprezach w  domu bractwa, gdzie wpada w sidła uczelnianego casanovy o bardzo mrocznym obliczu – wrednego, okrutnego, a mimo to pociągającego. On to stanie się odpowiedzialny za jej inicjację: zarówno seksualną jak i towarzyską. W  oczach matki i (byłego) chłopaka dziewczyna wraz z pójściem na studia zmieniła się nie do poznania, upodabniając do tych, którymi dotąd gardziła. 

A ona? Nadal podąża za marzeniem jakim jest praca w wydawnictwie, z  tym, że w miejsce bezpiecznego związku wybrała relację z mężczyzną, który – jak ostrzegali ją znajomi – nie umawia się, tylko uwodzi i pieprzy.
Hmm, skąd znacie to określenie i ten rys? No właśnie. I nie jest to jedyne podobieństwo, a jedynie zalążek (mamy tutaj Pana Niegrzecznego i sformułowania typu, cytuję: nie wiem nawet, kiedy moje myśli powędrowały do tego niegrzecznego chłopaka – oh, jakie to naturalne. Która osiemnastolatka dziś tak mówi?!). 
Przy okazji lektury zainteresowałam się także samą autorką i wgłębiając się w  jej biografię, co nie było specjalnie trudne i wymagające, dowiedziałam się, że jej ulubioną powieść stanowi Pięćdziesiąt twarzy Greya. I wtedy wszystko stało się jasne (a raczej potwierdzone, bo żadnych wątpliwości być nie mogło, podobieństwa były wręcz nachalne) , bowiem After, to nic innego jak pokłosie fascynacji książkami E.L. James ubrane w nieco inną fabułę, nieco inne miejsce akcji, adresowane do nieco innego grona odbiorców (choć po prawdzie Greyem najsilniej fascynowały się wcale nie owe obśmiane kury domowe po trzydziestce, lecz nastolatki, upatrujące w  Greyu nowe wcielenie Księcia z  Bajki – jakże bolesna będzie ich konfrontacja z  rzeczywistością, jak te marzenia o związku z  tyranem świadczą o naszym społeczeństwie). Nie sposób nie zauważyć jednak, że rysy charakterologiczne, dylematy bohaterów i samo zestawienie czupurnego buntownika ze skromną i nudną miłośniczką literatury i nauki są niemalże bliźniacze.
Bohaterowie? On arogancki, umięśniony, z tajemnicami, mrocznymi, obezwładniający jednym spojrzeniem wszystkie napotkane dziewczyny (na rozmowę nie liczcie, dostaniecie co najwyżej warczenie lub kąśliwą uwagę).
Ona? Głupia i niedoświadczona. Łatwowierna jak mało kto. Po fatalnej w  skutkach imprezie w  bractwie przysięga sobie, że już nigdy na taką nie pójdzie, po czym przygotowuje się do kolejnej, gdzie daje się ostatecznie upodlić.

Razem tworzą toksyczną do potęgi relację, której nie jestem w stanie pojąć. Pal licho namiętność – można się sparzyć raz, drugi, poddać się zaślepionemu sercu, zapomnieć o posługiwaniu się mózgiem – okej, takie prawa zakochania i młodości. Ale ileż można?! Jak pokazuje Tessa – nieskończenie wiele razy.

A wiecie co jest najgorsze? Tę książkę świetnie się czyta. Mimo jej rozmiarów połknęłam ją w jedno wolne popołudnie. Na przekór idiotycznym zachowaniom głównych bohaterów, którymi średnio osiemset razy na minutę miałoby się ochotę wstrząsnąć, spoliczkować, wywrócić do góry nogami, by ich mózg wrócił na miejsce, mimo podobieństwa do rzeczywistości (jeśli wydaje Wam się, że takie związki nie istnieją, muszę Was rozczarować – sama znam kilka przypadków podobnego uganiania się dziewczyn za facetami, którzy za nic mają ich uczucia i traktują je jak zabawki, a one to się złoszczą, to wracają – typowy schemat uzależnienia), której nie chciałoby się znać to po prostu dobre czytadło dla nastolatków: emocjonujące, denerwujące, miejscami durne: tak jak młodość.
Nie jestem w stanie go ocenić, bo jest jednocześnie fatalne i doskonałe.

I w  tym chyba tkwi jego sukces. Czekam na kolejną część.


PS Podobno ta książka, to fanfiction z członkami zespołu One Direction, z szczególnym uwzględnieniem Harry'ego Stylesa. Hmm. Jeśli dodać to do wcześniejszych rozważań, to wychodzi niezły koktajl:)

niedziela, 18 stycznia 2015

W butach Valerii – Elisabet Benavent


Tytuł: W butach Valerii
Autor: Elisabet Benavent
Cykl: Valeria (t.I)
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308054789
Ilość stron: 432
Data wydania: 5 lutego 2015


Należycie do grona fanek Seksu w wielkim mieście? Nie przyznacie tego przed nikim, ale poniekąd chciałybyście przeżyć to co bohaterka E.L. James – romans z  dotąd nieuchwytnym, nieziemsko przystojnym i – wydawać by się mogło – idealnym pod każdym względem casanovą?  Ta książka to coś stworzonego specjalnie dla Was.
Główną bohaterką jest tytułowa Valeria, dwudziestosiedmioletnia kobieta od dobrych paru lat żyjąca w małżeństwie z  Adrianem, które właśnie zaczęło przechodzić kryzys. Czynników na niego wpływających było – jak się zdaje – wiele. Po sukcesie swojej pierwszej powieści Valeria postanowiła zrezygnować z  nudnej pracy i całkowicie oddać się pisarstwu. Jak na złość jednak, każde kolejne zdanie, które w  bólach rodziła, wydawało jej się niewystarczająco dobre. Niemoc twórcza przełożyła się na jej wygląd i zachowanie – z  kobiety zawsze dbającej o perfekcyjny wygląd, stała się szarą, nudną żoną, chodzącą w  wypłowiałych i za szerokich ubraniach, bez grama makijażu. Adrian w miejsce atrakcyjnej kobiety, co dnia zastawał w  domu wymęczoną, zmagającą się z widocznym kryzysem osobą. Sam też nie miał lekko – jego prace odnosiły coraz większe sukcesy, w  związku z  czym obowiązków zawodowych przybywało. Małżeństwo oddaliło się od siebie, przestało ze sobą sypiać. Wówczas Valeria poczuła się podwójnie odtrącona – mężczyzna nie miał ochoty na seks: to nie wróżyło niczego dobrego, było wręcz nierzeczywiste.
Za namową przyjaciółek postanowiła wziąć się w  garść i przywrócić dawną siebie – zadbaną i pewną własnej wartości. Podczas pierwszego wyjścia z  domu natknęła się na nieziemsko przystojnego Victora, mającego opinię faceta, z  którym spało już chyba całe miasto. Nasza bohaterka jednak szybko nawiązała z  nim bliską relację, początkowo przyjacielską, która jednak z dnia na dzień, coraz bardziej przypominała związek dwu kochanków – choć technicznie do zdrady nie dochodziło. Sprawę komplikowało też ujawnienie tożsamości „asystenta” Adriana. Dotąd Valeria sądziła, że jest nim podlotek Alex i nie ma się co martwić ilością czasu, który razem spędzają, tymczasem okazało się, że jest nią ponętna dwudziestoletnia Alex, wyraźnie próbująca usidlić swojego współpracownika.
Odtąd bohaterka nieustannie podejrzewać będzie męża o niewierność, jednocześnie spotykając się z  mężczyzną, który w  końcu znów obudził w niej ukrytą kobiecość.
Nad życiem Valerii nieustannie czuwają jej przyjaciółki: Lola, Carmen i Nerea. Każda z  nich mająca zupełnie inne usposobienie, a jednak wspólnie się uzupełniające. Podczas lektury nieustannie nachodziły mnie porównania ich relacji do przyjaźni bohaterek serialu emitowanego niegdyś przez TVN – Klubu szalonych dziewic. Podobna wulgaryzacja języka używanego przez jedną z  nich, identyczne tematy, problemy, zawsze perfekcyjny wygląd, faceci padający im do stóp, związki na jedną noc, czasem dłużej, spotkania w  klubach, restauracjach – typowy wpływ zachodniej mody.  Lola spotyka się z  mężczyzną, który po seksie z  nią wraca do swojej oficjalnej dziewczyny, Carmen podkochuje się w  koledze z  pracy, który wydaje jej się niesłychanie nieśmiały, a jednocześnie bez ustanku kłóci się z  apodyktycznym szefem, z  którym – jak się później okazuje – spotka się Nerea, sprawiająca wrażenie tkwiącej w  związku z  człowiekiem idealnym. Jak to możliwe, że znienawidzony szef i cudowny partner to jedna i ta sama osoba?
Przy tej pozycji nie sposób uniknąć również porównania do Pięćdziesięciu twarzy Greya, bowiem niektóre schematy są powielone - oto wykorzystujący kobiety mężczyzna, nagle w imię prawdziwej miłości zmienia się w czułego towarzysza, oto główna bohaterka (również związana z literaturą, już nie jej studentka, a twórczyni) używa zwrotów w stylu św. Barnaby James- są to mianowicie "majteczki piszczące z radości". Niepokojąco bliźniacze.
Autorka przez usta swych bohaterów zadaje czytelnikom pytanie o to, na czym tak naprawdę powinien opierać się dobry związek: czy konieczna jest miłość (i jak powinna się ona wyrażać), czy może w  dzisiejszych czasach miłość nie tylko nie jest konieczna, ale stanowi wręcz zbędny balast, który należy zastąpić tak promowanym pożądaniem i obłędnym seksem? Czy w  momencie wygasania pożądania w  stosunku do partnera powinno się rozstać i szukać kolejnych doznań w  ramionach kogoś innego, czy może walczyć o dotychczasowy związek, który siłą rzeczy przetransformował się już w relację opartą na czymś zupełnie innym niż dotąd? I jak wiele w takich związkach znaczą jakiekolwiek deklaracje i słowa? Czy poświęcając wszystko dla chwili namiętności na własne życzenie nie dążymy do emocjonalnej pustki i jałowości życia? Nie ocenianie jest jednak celem i przekazem tej książki, lecz zabawa, carpe diem. Nie ma skłaniać do refleksji, czyni to być może u niektórych (u mnie) mimochodem. Tak naprawdę jest jedną wielką kopalnią dobrego humoru, bez grama ciężkiej materii, którą sama wyprowadziłam w  tym akapicie.
Myślę, że okrzyknięcie tej powieści hiszpańskim Seksem w wielkim mieście i jej ogromna popularność na całym świecie, powodująca wydanie kolejnych trzech tomów mówi sama za siebie – to klasyczne czytadło, w którym zgadza się wszystko: można spotkać przyjaciółki, jakie zawsze chciałyście mieć, kłopoty jakie macie lub mieć będziecie, przystojnych mężczyzn, zdolnych prawić komplementy sprawiające, że ugną się pod Wami nogi, małżeństwa dotknięte rutyną, romanse, młode, ponętne asystentki męża, podłego szefa, przygody na jedną i więcej nocy, trudne decyzje o byciu (nie)wierną, rozstania, rozkwitające związki i tak dalej, i tym podobne.
Lekkie, momentami wulgarne, dobre w ramach zapomnienia o codzienności – okraszone humorem, a przez to bardzo dobrze relaksujące po ciężkim dniu.
Sprawdźcie, skosztujcie, a nuż zapragniecie sięgnąć po kolejne tomy?

Oficjalna premiera Valerii w  Polsce już 5 lutego.

niedziela, 28 grudnia 2014

W powietrzu – Inga Iwasiów

Tytuł: W powietrzu
Autor: Inga Iwasiów
Wydawnictwo: Wielka Litera
ISBN: 9788364142819
Ilość stron: 272


Inga Iwasiów – profesorka literaturoznawstwa, krytyczka literacka, pisarka, zaciekła feministka, wykładowczyni na Uniwersytecie Szczecińskim, do ubiegłego roku członkini jury Nagrody Literackiej Nike.Dotąd chętnie przeze mnie czytana, zwłaszcza od czasu odkrycia blogu, na którym mierzyła się z doświadczeniami codzienności i dzieliła bieżącymi refleksjami (później najlepsze fragmenty przedrukowane zostały w formie książki Blogotony  - polecam!).

Mówię „dotąd”, ponieważ zdecydowanie wolę Iwasiów w dotychczasowym wydaniu.
Nie przemawia do mnie, nawet na poziomie języka, ów eksperyment (mam wrażenie) autorski, będący swoistą grą z dotychczasowym doświadczeniem pisarskim.
Oto główna bohaterka – inteligentna, samoświadoma, dojrzała kobieta –  przemierza przez życie, snując opowieść o swoich homoerotycznych (i innych) przygodach na jedną noc lub dłużej. Obserwuje przy tym swoje strefy intymne, nazwane pieszczotliwie tamagotchi – ich reakcje, upodobania, rozczarowania. Książka stanowi wręcz kronikarski zapis doświadczeń seksualnych, których los bohaterce nie poskąpił, czyniąc jej opowieść dużo pikantniejszą.
To książka erotyczna, pozbawiona pruderyjności, odważna, z nieco zakamuflowanym przekazem – wciąż mam wrażenie, że można czytać ją dwojako, każdorazowo zmieniając jej ostateczny obraz: lub to jako pochwałę życia wyzwolonego, afirmację seksu wszelakiego, lub też przeciwnie – jako krytykę nastawionego na popęd i folgowanie żądzom świata.
Sprawia to postać głównej bohaterki – wyzwolonej, sprzeciwiającej się tradycyjnym, stereotypowym modelom rodziny i roli kobiety, obraz wciąż dość kontrowersyjny. W zamian za zbudowanie domowego ogniska, kobieta ta szuka ciepła i bliskości gdzie indziej, tworząc seksualną kolekcję związków tworzonych we wszystkich znanych konfiguracjach – i czasem trudno było mi za nią nadążyć – co rozdział, co akapit nowy kochanek, nowa kochanka, nowa para kochanków – prawdziwa plejada, wskakująca i wyskakująca do/z łóżka z prędkością światła.
Ciężko mi książkę tę ocenić – czyta się dobrze, Iwasiów nic ze swej sprawności nie traci, a jednak tematyka tej książki nie do końca jest mi bliska – a raczej system moralny (jego brak?) głównej bohaterki i jej podejście do życia. To nas dzieli, tu się nie zrozumiemy.

Ta historia do droga do samozadowolenia. Czy aby na pewno?
Iwasiów udowadnia, że erotyk może być na poziomie. I w ramach doświadczenia czytelniczego – polecam. Ciekawość zaspokoiłam, doceniam odwagę, odkładam na półkę i na tym koniec.

piątek, 11 lipca 2014

Małe ptaszki – Anaïs Nin


Tytuł: Małe ptaszki
Autor:  Anaïs Nin
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 9788378397281
Ilość stron: 180
Cena: 34zł

Małe ptaszki, to kolejna i zdecydowanie krótsza niż poprzednia antologia opowiadań erotycznych, pisanych przez Anaïs Nin na zamówienie.
Oprócz objętości różni je także kilka innych elementów, które w ostatecznym rozrachunku pozwalają stwierdzić, że w tym wypadku długość niekoniecznie przekuwa się w jakość.
Małe ptaszki zawierają bowiem o wiele lepszy materiał niż wydana wcześniej Delta Wenus, oceniona przeze mnie jako mało ekscytująca, mimo że to jedno z pierwszych kryteriów ważnych dla mnie przy mówieniu o literaturze erotycznej. Na zbiór ów zbierają się teksty różne – jedne mniej, drugie bardziej interesujące, mniej lub bardziej wtórne, jako całość robi jednak wrażenie pozytywne (czy tak powinno mówić się o tego typu publikacjach?) i o wiele lepsze niż wspomniana już Delta Wenus.
Wiele z zawartych w tomie tym opowiadań ekscytuje i mimo braku wulgarności, tak często towarzyszącej temu gatunkowi (bowiem nie wypracowaliśmy sobie słownictwa zdolnego opisywać miłość fizyczną inaczej niż biologicznie, naukowo lub mocno rynsztokowo czy wręcz prymitywnie) stanowi dobry materiał do czytania zarówno przez czytelników, szukających w literaturze nowego sposobu (kobiecego) mówienia o seksualności, jak i dla zdeklarowanych sympatyków powieści erotycznych, bez względu na autora czy ich miejsce w kulturze.
Znajdą oni bowiem w niej wiele literackości i potencjalnie ekscytujących historii, zdolnych podgrzać atmosferę i zburzyć krew w żyłach. Erotyka nie jest tu jedynie małym akcentem, lecz centrum, wokół którego zogniskowana jest cała narracja. Autorka sięga do egzotyki, buduje coraz odważniejsze opisy, jednak niestety momentami, chcąc nie chcąc, powiela własne schematy, kopiuje własne pomysły. Widać to chociażby w doborze bohaterów: w większości są to malarze i pozujące im modelki, z którymi prędzej czy później zaczyna łączyć je pożądanie i relacja seksualna. Oczywiście - zarówno kobiety jak i mężczyźni są idealnie zbudowani, bez skazy, prezentują jeden typ sylwetki, podprogowo przekazując informację o tym, jakoby był to jedyny model dozwolony i umożliwiający wzbudzanie i odczuwanie seksualnego napięcia.
Jeśli po książki Nin sięgną fani E.L. James czy Sylvii Day, to z całą pewnością nie znajdą w niej tego, czego mogliby oczekiwać: bowiem mimo że przynależą one do tego samego gatunku, dzieli je bardzo wiele: przede wszystkim są to krótkie formy wypowiedzi, w których nie ma miejsca na powolny rozwój akcji i podgrzewanie temperatury uczuć. Tu w ogóle nie ma uczuć, tylko czyste pożądanie. Nie ma także sensu budować skomplikowanej fabuły, pełnej zawirowań i rozstań, w związku z czym odbiór tekstów Nin jest dziś zdecydowanie inny, niż był w momencie ich pierwszego oddania do lektury. Nie łudźmy się - wówczas bezpruderyjność nie była normą, a o wszelkiego rodzaju zboczeniach seksualnych nie pisano książek ani nie tworzono produkcji filmowych - jeśli już to z rzadka i zazwyczaj ocierając się przy tym o skandal obyczajowy. Jeśli jednak jesteście ciekawi, jak kiedyś pisano prozę erotyczną bez ordynarności, za to budując podniecenie czystym słowem – zapraszam. Spójrzcie zresztą na tytuł: czyż w kontekście formy nie jest dwuznaczny?



Po kliknięciu recenzje innych książek Nin:

http://shczooreczek.blogspot.com/2014/05/delta-wenus-anais-nin.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/07/anais-nin-dziennik-1934-1939.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/04/dziennik-1939-1944-anais-nin.html

piątek, 13 czerwca 2014

Zacznijmy od nowa - Abbi Glines


Tytuł: Zacznijmy od nowa
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 9788376422930
Ilość stron: 320
Cena: 34,90

Zacznijmy od nowa to trzeci tom serii poświęconej rozwijającej się miłości Blaire i Rusha. Ich przejścia z dwu poprzednich tomów przypominały mi zabawy dwójki niedojrzałych nastolatków, którzy nie do końca wiedzą co zrobić ze swoim życiem, więc co rusz się na siebie obrażają, godzą, rozstają, znowu godzą, co chwila uprawiają seks i chyba tak naprawdę nie do końca dorośli do tego, by wejść w porządny związek. A „niestety” dziewczyna zachodzi w ciążę, rozrywkowy chłopak przeistacza się w opiekuńczego, zaborczego i statecznego ojca rodziny, dążąc do szybkiego ślubu i – miałam wrażenie – pozyskania ukochanej na własność i do tego z gwarancją.
Tom ten skupia się na ostatnich chwilach przed ślubem i narodzinami dziecka. Czas, który dla pary zakochanych w sobie młodych ludzi powinien być wyjątkowy i spokojny, w wypadku Blaire i Rusha jest taki jak zwykle: pełen negatywnych emocji, stresu, kłopotów rodzinnych. Bohater po raz kolejny musi podjąć próbę uporządkowania swoich relacji z chorą siostrą, odrzucaną przez ojca. I jeśli chodzi o fabułę, to właściwie jej główna linia na tym się kończy. Autorka wprowadza kilka wątków pobocznych, urozmaicających wałkowany już po raz trzeci schemat walk na linii Rush-Nan i jednocześnie komplikujących i tak już zagmatwane drzewo genealogiczne bohaterów. Jeśli powstanie czwarta część, dobrym posunięciem byłoby dołączenie do tekstu rozrysowanego rysu rodziny, bo w tym chaosie można się zagubić.
Glines wierna jest stylowi narracji zaproponowanemu już w pierwszej części – jest niezobowiązujący, lekki, bez zbędnej metaforyzacji, bez poetyzacji, pełen wyrażeń z rejestru potocznego, obfitujący w dynamiczne dialogi i krótkie zdania: taki, który sprzyja lekturze ekspresowej i bezrefleksyjnej.
Bohaterowie nie ulegli znaczącej przemianie od zakończenia tomu poprzedniego – Nan jest wciąż jednakowo irytująca, Rush beznadziejnie dla niej wyrozumiały, a Blaire tradycyjnie cierpliwa do czasu, aż po raz kolejny pakuje swój dobytek i ucieka. Choć zawirowań nie brakuje, tom ten nie jest już tak intensywny jak poprzednie, a przez to chyba bardziej realistyczny, choć jednocześnie mniej porywający. Bo tak – książki Glines mimo częstego odrealnienia, są jednocześnie tekstami wciągającymi.
Kolejny tom perypetii Blaire i Rusha, a w ich mentalności nadal nic się nie zmienia. Wszechobecne „o fuck”, „jestem mokra” i seks uprawiany w każdym miejscu, o każdej porze, bez względu na ludzi, którzy ewentualnie mogliby stać się jego świadkami czy słuchaczami, bo przecież po co komu intymność. Gdyby nie te wstawki, książka ta byłaby dobra, niestety nagminne wtrącenia tego typu coraz silniej mnie męczą i sprawiają, że bezwiednie przewracam oczami, prycham i okropnie się zżymam na niedopasowanie stylistyczne i wyczuwalne zgrzyty. Glines stara się podobnymi wtrąceniami odpowiadać na, w jej mniemaniu, zapotrzebowania czytelnicze młodzieży. Niech tak będzie, ale po co w takim razie cała reszta utrzymywana jest w nieco innym tonie? Nie sposób nie podkreślić kolejny raz uderzającego podobieństwa do E.L. James i jej „wewnętrznej bogini”. Tutaj mamy zewnętrze „o fuck, Rush”.
Taka kultura i język, jacy odbiorcy (tacy odbiorcy jaka kultura?).

Poprzednie tomy:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/o-krok-za-daleko-abbi-glines.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/01/sprobujmy-jeszcze-raz-abbi-glines.html