Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2015

After. Ocal mnie – Anna Todd



Ocal mnie to już trzeci tom cyklu After podbijającego serca czytelników na całym świecie. Czytadło, które robi furorę przede wszystkim ze względu na niewymagający język i fabułę, która rzeczywiście wciąga, choć nie chciałoby się do tego przyznawać.

Tom ów skupia się przede wszystkim na wyjeździe głównej bohaterki na staż do Seattle, który to sprowokuję zmianę statusu jej związku na odległościowy. Hadrin nie do końca radzi sobie z  nową sytuacją, dla obojga jest to jednak okazja, by popracować nad relacjami. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt pojawienia się w życiu Tessy ojca, który przed laty porzucił ją i jej matkę, a który teraz stacza się z  powodu uzależnienia alkoholowego i narkotykowego. Dzięki córce i jej chłopakowi ma on szansę odbić się od dna i spróbować odbudować to, co na własne żądanie zburzył. Nie tylko ta relacja będzie jednak odbudowywana - na tom ten składa się bowiem układanie wielu zburzonych i zachwianych związków emocjonalnych - nie tylko rodzinnych.

Zdecydowanie najlepsza z  dotychczasowych części – więcej wydarzeń wyjaśniających przeszłość Tessy i Hadrina, mniej koncentracji na rozbuchanej sferze erotycznej, znacznie lepiej zbudowana linia fabularna – tutaj po prostu się dzieje! Przyjemność płynąca z czytania tej książki podobna jest satysfakcji jaką daje oglądanie amerykańskich seriali – to książkowy tasiemiec, od którego łatwo się uzależnić i trudno oderwać. Ponad 800 stron jest do przeczytania w jeden dzień, a zaangażowanie w  lekturę niemożliwe do opisania  - mam wrażenie, że Todd się rozwinęła, że zwiększona ilość stron tym razem wcale nie jest przesadzona – spędziłam przy książce naprawdę dobry, relaksujący czas, a zakończenie po raz kolejny wzmogło mój apetyt na kolejny tom – nie wiedzieć czemu ta seria się nie nudzi.

Jeśli potrzebujecie czegoś pisanego prostym językiem, tasiemcowatego, czegoś, co pozwoli Wam na długie godziny zatopić się w  lekturze i zapomnieć o codzienności – After z powodzeniem zaspokoi te oczekiwania.

Trzeci tom jest częścią o dojrzewaniu i zmienianiu siebie – pracą nad gniewem, radzeniem sobie z  przeszłością, próbą ułożenia życia, wyjścia z nałogów i uporządkowania związku oraz relacji z rodziną. Pełną namiętności, wybuchowości, ale też – o dziwo – przyjacielskiej mądrości. Są kolejne zdrady,  niespodziewane zachowania, nieoczekiwane wyznania, rozstania i powroty.
Czyta się błyskawicznie!



środa, 17 czerwca 2015

Z wizytą w niebie – Johannes Miles



O wizytach w  zaświatach, śmierci klinicznej i całej tematyce pobocznej czytałam dotąd wiele – z  całą stanowczością mogę więc powiedzieć, że książka Z wizytą w niebie wyróżnia się na tle innych – jednym będzie z tego powodu odpowiadać bardziej, innym zaś mniej.

Dlaczego? Znakomitą większość pośród czytanych książek o tej tematyce cechuje ciąg relacji ludzi przeżywających śmierć kliniczną i opisujących wędrówkę po niebie, czyśćcu, przedsionkach piekła etc. Ich opowieści są zazwyczaj mniej lub bardziej komentowane, z  uwzględnieniem powtarzających się i nawracających cech wspólnych. U Milesa właściwie jest podobnie, z  tym, że każda relacja poprzedzona została krótkim wstępem dotyczącym życia opisywanej osoby, jak i komentarzem, w  którym autor każdorazowo wskazuje na czynniki sprawiające, że doświadczenia osób nie mogły być marzeniami czy halucynacjami albo efektem zaburzeń psychicznych. Wskazuje na przepowiadanie przyszłości, spotykanie bliskich znających teraźniejszość i przeszłość, wspominanie istoty najwyższej, zadaniach osób spotykanych, oddzielenie ciała od natury duchowej człowieka i in.

Wszystko to czyni bardzo naukowo – czytając, miałam wrażenie, że jest to analiza potrzebna do jakiejś pracy. Synteza, porównanie, badanie wciąż tych samych czynników, dopowiadanie tych samych komentarzy. Niezwykle to… suche. Opisane historie powrotów z zaświatów raczej nie poruszają serca, lecz odwołują się do wiedzy. Są potraktowane akademicko, badawczo, analitycznie. Dla tych, którzy szukają dowodów na życie po śmierci książka ta będzie idealna. Tym bardziej, że sam autor był kiedyś sceptykiem w  tej materii – i ten sceptycyzm częściowo wyziera z  jego rozważań, tok rozumowania podporządkowany jest logicznemu myśleniu, jakby autor sam sobie pragnął udowodnić, że dotąd się mylił.

Dla tych jednak, którzy chcieliby dowiedzieć się jak to życie wygląda, chcieliby doznać duchowego pocieszenia – raczej się nie sprawdzi.

Książkę zamykają wnioski płynące ze wszystkich przywołanych relacji – jest to swoista synteza całości, wyimek najważniejszych dowodów. Dla mnie – czegoś w niej zabrakło. Czułam się jak na wykładzie, który wniósł niewiele nowego, lecz wprowadził zamęt. Ponadto jest to pierwsza książka poświęcona tej tematyce, w której osoby relacjonujące swój pobyt w zaświatach mówiłyby tak specyficznym językiem, stosując taką nomenklaturę. Zdecydowanie są to opisy inne niż te dotąd mi znane, wciąż odnosiłam wrażenie pewnej obcości i nieprzystawalności do moje dotychczasowej wiedzy.


Jesteście ciekawi jak książka wypada na tle pozostałych? Na czym właściwie polega jej inność? Czym się wyróżnia, co ją cechuje? Zachęcam do lektury!

wtorek, 21 kwietnia 2015

Usmiech Madeline – Darien Gee


Uśmiech Madeline to kontynuacja poprzedniej książki Darien Gee – Herbaciarni Madeline, opisująca codzienne życie mieszkańców małego miasteczka Avalon. Jak w  każdej społeczności, także i tutaj znajdują się postaci wiodące i te, które dają się wieść.

Bettie Shelton, to dość ekscentryczna i nieznosząca sprzeciwu (a właściwie tak zmyślnie tocząca dyskusję, że jakikolwiek sprzeciw przestaje być możliwy) kobieta o wielkim sercu, założycielka i główna agitatorka Klubu Miłośniczek Albumów i Scapbookingu. Spotkania członkiń klubu odbywają się w  herbaciarni Madeline i zrzeszają coraz większą grupę pasjonatów i tych, których „szefowa” skutecznie próbuje przeciągnąć na swoją stronę.  Zebrania nie są jedynie szansą do zetknięcia się z  podobnymi sobie fascynatkami i okazją do stworzenia czegoś niebanalnego – to tak naprawdę centrum wydarzeń kulturalnych miasteczka, ośrodek wsparcia i pomocy, przestrzeń dobroci i miejsce rozwiązywania sporów, to wreszcie tętniące serce Avalon. 

Uczestnikami spotkań są między innymi Connie – młodziutka menażdżerka herbaciarni, zakochana w znalezionek kozie Serenie; Isabel rozpamiętująca swoje życie i zdradę męża; Ava – samotna matka, była kochanka tragicznie zmarłego męża Isabel i matka jego syna, Maxa, która nie ma nikogo na świecie i jako osobę kontaktową podaje właśnie kobietę, której odebrała ukochanego; Frances, która mimo posiadania dwójki synów stara się o adopcję dziewczynki - Mei Ling, która ma jednak spore kłopoty zdrowotne oraz Yvonne – hydraulik pochodząca z bogatej rodziny plantatorów żurawiny, która po odejściu narzeczonego w  dniu ślubu wciąż próbuje uporządkować sobie życie. Dla tych młodych kobiet spotkania i tworzenie albumów to próba przepracowania strat i zranień, która połączona z  rozmowami staje się skuteczną drogą do osiągnięcia katharsis, a także wszczepieniem się w  życie miejskiej wspólnoty.

Świetnym zwieńczeniem tej publikacji jest umieszczenie na końcu przepisów kulinarnych, porad dotyczących scrapbookingu, a także adresy portali społecznościowych, które zrzeszają miłośników ozdabiania albumów. To opowieść, którą czyta się z dużym zadowoleniem, przypomina leniwie toczącą się serialową sagę, kojarząca się z latem, pozytywnym nastawieniem, dobrym humorem.
Uśmiech Madeline to książka do niespiesznej lektury, kojąca i przekazująca strumień ciepła zainicjowany przez prawdziwe relacje serdeczności i życzliwości. Historia o tym, jak nawet największe zranienia i cierpienia można przekuć w dobro, pokazująca, że także to, co wydaje nam się przypadkowe i niesprawiedliwe jest częścią większego planu mającego wyzwolić nas z  pęt ograniczeń nakładanych przez samych siebie. Czasem troska, której nie rozumiemy to jedynie pretekst do walki o takie wersje nas samych, które chcielibyśmy widzieć. Powieść ta jest także świadectwem tego, jak ważna jest bliskość i wsparcie bliskich osób, jak gruntują one przyjaźń i cementują dobre relacje, pozwalając życiu toczyć się zgodnie z  jego rytmem.  Choć początkowo wydaje się, że snute tutaj historie mają niewiele ze sobą wspólnego, dość szybko okazje się, że splata je niewidzialna nić przeznaczenia umocniona ludzką dobrocią.

Polecam tę opowieść w  szczególności tym, którzy lubią zatopić się w opowieści pokaźnych rozmiarów, zostać w  niej na dłużej, niespiesznie oddychać codziennością bohaterów, z  którymi – gwarantuję – bardzo łatwo się zżyć. Choć książka jest pokaźnych gabarytów – w  ogóle ich nie odczujecie, całkowicie poddając się naturalnemu rytmowi narracji.

środa, 18 marca 2015

Karma wraca (Jojo Moyes – Razem będzie lepiej)



Jojo Moyes utkwiła w mojej pamięci za sprawą fenomenalnej książki Zanimsię pojawiłeś. Emocji towarzyszących tamtej lekturze nie potrafię porównać z niczym innym – było intensywnie, gorąco i – co pozornie może wydać się wadą – czytałam z rosnącą furią. Losy bohaterów tak silnie mną wstrząsnęły, że jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę, nie byłam w  stanie nic sensownego o niej powiedzieć.
Nie ukrywam, że na podobne doświadczenia czytelnicze liczyłam przy okazji Razem będzie lepiej – powieści, która ma najdoskonalszą okładkę, jaką kiedykolwiek dane mi było w  Polsce zobaczyć. Przypomina mi ona angielskie obwoluty, do których zawsze tęskniłam i wzdychałam – nie ukrywam, że szata graficzna stanowi o ogromnej jakości tej pozycji, zatem osobie odpowiedzialnej za projekt – chapeau bas. Jeśli jednak okładka nie zrobiłaby swojego, zrobi to treść, która znów zawojowała mną na długie godziny.

Rozpoczyna się jak typowa powieść dla kobiet o melodramatyczno-ironicznym sztafażu. Jess pracuje na dwa etaty, by zapewnić swojej rodzinie byt: wychowuje Nicka, który nie radzi sobie z  prześladowaniami kolegów i proces zasypiania wspomagać musi sobie dawką trawki oraz Tanzie – niebywale uzdolnioną matematycznie dziewczynkę. Mąż opuścił ją, gdy zachorował na depresję i od dwóch lat nie wspomaga jej finansowo. Teraz ich córka ma szansę na zdobycie stypendium w wymarzonej szkole, jednak to wymaga sporych pokładów pieniężnych, których Jess nie posiada.

Ed stanowi przykład zblazowanego biznesmena – zdaje się, że ma wszystko, w  związku z czym może gardzić biedniejszymi od siebie. Pieniędzy nigdy mu nie brakowało, toteż ich nie doceniał. Jego życie jednak powoli zamienia się w ruinę, gdy chcąc pozbyć się namolnej dziewczyny, zdradza jej poufne informacje o inwestycjach swojej firmy, a ona wykorzystuje je, by się wzbogacić.
Tych dwoje, pochodzących z  zupełnie różnych światów spotka się i razem wyrusza w  podróż do Szkocji, która na zawsze odmieni ich życia i postrzeganie ludzi z  innych klas społecznych.
Maniak niezdrowego jedzenia na wynos uwięziony zostanie w  jednym samochodzie z  fanką zdrowego i taniego odżywania, dwójką dorastających, nieszablonowych dzieciaków i psem o wyjątkowo wielkim sercu i posturze.

Choć książka ta nie doprowadzała mnie do szaleństwa tak jak poprzednia, jej wartość znajduję w  innym punkcie – w  końcu ileż tak wyczerpujących emocjonalnie pozycji byłabym w  stanie znieść! Książka oddycha emocjami, którymi jest przepełniona, dzięki czemu całkowicie absorbuje uwagę czytelnika.

To rzeczywiście – jak podają wydawcy – nowa jakość literatury, którą zwykło się nazywać kobiecą. Jest smutno i radośnie, jest boleśnie, i jest krzepiąco. Uczucia zostały w  niej zmieszane w  doskonałych proporcjach, czyniąc z  książki prawdziwie wykwintne danie główne w  dziennym jadłospisie kulturalnym.  W  którymkolwiek miejscu otworzycie tę książkę, zostaniecie wciągnięci w  opowieść toczącą się instynktownie. Wszystko jest w  niej na miejscu – dobro przyciąga dobro, karma wraca, a choć trzeba na nią nieraz wyjątkowo długo czekać, efekty wynagradzają wszelkie wcześniejsze przeciwności losu. Wystarczy wierzyć w  siebie, pokładać ufność w  drugim człowieku i zawsze kierować się moralnością.
Napisana z  polotem opowieść, którą koniecznie musicie przeczytać.

Premiera już 8 kwietnia. Mam nadzieję, że do tej pory Wasz apetyt na nią będzie stale rósł.



środa, 24 grudnia 2014

Życzenia ślę...




Kochani, przede wszystkim ŚWIĘTEGO SPOKOJU na te święta. Zdrowia, ciepłej atmosfery rodzinnej, bez corocznych niepotrzebnych krzyków, kłótni, irytacji, bez pogoni za przepychem i wbrew trasie wyznaczonej konsumpcjonizmem.Życzę, by ten święty czas, był chwilą oddechu, ponownych narodzin dla każdego z Was, by Bóg w Was gościł i to on stanowił centrum tego cudownego czasu w roku. Bo tak łatwo zapomnieć o jego istocie.Po co komu śnieg i prezenty? To ludzie tworzą atmosferę świąteczności i miłości. Niech te święta nie będą wesołkowate, lecz radosne


czwartek, 20 marca 2014

Pora na życie – Cecelia Ahern


Tytuł: Pora na życie
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379432233
Ilość stron: 424
Cena: 34,90 zł

Wczorajszy dzień upłynął mi w mgnieniu oka! Wszystko za sprawą najnowszej książki Cecelii Ahern, Pora na życie.
Już po kilku pierwszych zdaniach wiedziałam (intuicja w wypadku tej autorki  nigdy mnie nie zawodzi), że będzie to jedna z lepszych, o ile nie najlepsza z dotąd napisanych przez nią (i wydanych w Polsce) książek. I nie myliłam się.
Wraz z nabieraniem doświadczenia czytelniczego, coraz rzadziej zdarza mi się sięgać po książki rozczarowujące, z wielką ostrożnością dobieram bowiem swoje lektury, wciąż poszukując w nich wzruszeń, ale też – niezmiennie od lat – siebie, co nie zawsze jest zadaniem prostym.

Ahern, jak chyba żadna inna pisarka potrafi zapewnić mi, że otwierając kolejną jej powieść, wdychając jej atmosferę i zapach, mknąć wzrokiem po kolejnych zdaniach, prędzej czy późnej na jej kartach odnajdę lustrzane odbicie siebie, swoich pragnień, myśli, doświadczeń.

Lucy Silchester, to kobieta, która już trzeci rok od rozstania ze swoją miłością, mieszka z kotem w wynajętej kawalerce, do której nikogo nie zaprasza. Jakby na przekór ambicjom zamożnego ojca, wykonuje ona mało satysfakcjonującą pracę, zdobytą dzięki oszustwu. Kłamstwa stają się jej chlebem powszednim, które od pierwszego, zaczęły mnożyć się niespodziewanie szybko. Dziś za ich sprawą Lucy oddala się nie tylko od swojej rodziny, przyjaciół i znajomych, ale także od samej siebie.

Pewnego dnia, po powrocie do domu zastaje ona na podłodze kopertę opatrzoną znakiem potrójnej spirali, w której znajduje się zaproszenie na spotkanie. Nie z kim innym, jak z Życiem.
Początkowo unika ona udzielenia odpowiedzi na wiadomość – próbuje wymigać się zapracowaniem, obowiązkami i całą paletą wymówek, wymyślanych na poczekaniu, po to tylko, by uniknąć konfrontacji – jednak jej Życie jest równie uparte jak ona.
Gdy w końcu spotkanie dochodzi do skutku, kłamstwa Lucy zostają zdemaskowane. Okazuje się, że tak często opowiadała ona wymyślone historie, że sama zdążyła w nie uwierzyć, z każdym kolejnym krokiem tracąc radość życia.  A Życie jest nieugięte, ma w pamięci każdy, nawet najmniejszy grzeszek bohaterki, który ich oboje doprowadził do wyniszczenia.



Nieprzyjemna była świadomość, że wszystkie te drobne czynności, którym się oddawałam, są przez kogoś odnotowywane i wprowadzane do bazy danych, żeby potem jakiś znerwicowany biurowy maniak mógł mieć do nich dostęp, jak do jakiejś gry[1].

Lucy nawet po pierwszej konfrontacji wydaje się nieprzekonana: w swojej świadomości funkcjonuje ona jako osoba spełniona i szczęśliwa. Jej towarzysz zasiewa w niej jednak ziarno niepewności, które powoli kiełkuje, obnażając liche fundamenty półprawd, na których kobieta zbudowała swoje życie i relacje.




(…)pozostanie pani tak samo samotna, znudzona i nieszczęśliwa jak wcześniej, tyle że tym razem w sposób tego świadomy. I ta świadomość nie opuści pani już ani na chwilę[2].


Lucy zaczyna zdawać sobie sprawę, że dawno temu zaniedbała swoje wnętrze, co dramatycznie wpłynęło na jej samopoczucie i związki. Niechęć do samej siebie spowodowała wycofywanie się, myślne obrażanie innych, szukanie wad u całego świata, tylko nie u siebie. Spotkanie z Życiem staje się dla niej niepowtarzalną szansą na wejrzenie w swoje wnętrze i powolne odbudowanie tożsamości i poczucia własnej wartości, a co za tym idzie: szczęścia.

I nikt nie widzi Twojego wnętrza, a w naszych czasach, coś, czego  nie widać, czego nie da się sfotografować, nie istnieje. Tyle, że teraz ja tu jestem.: twoje wnętrze, twój rentgen, podstawione pod twoją twarz lustro i zarazem malujące się w nim odbicie. Dzięki mnie, we mnie zobaczysz jak bardzo jesteś nieszczęśliwa[3].


Pora na życie to lektura, która jeśli sięgniemy po nią w odpowiednim momencie życiowym, przeniknie nas na wskroś, stawiając pod obstrzałem pytań o własne przezywanie darowanego mu czasu. Nie ma w niej miejsca na subtelności i delikatność. Książka ta konfrontuje nas z tym, co bolesne, skrywane i często nieuświadomione lub spychane do podświadomości. Jeśli więc czujesz (lub ktoś Ci to sugeruje, mówiąc, że się o Ciebie martwi), że nie jesteś szczęśliwy, że unikasz mówienia o sobie, kombinujesz jak szybko wywinąć się z jakiegoś spotkania zanim jeszcze ono się zaczęło, jeśli wszystkim – nawet lubianym osobom, nadajesz niemiłe etykietki, nie patrzysz w przyszłość, wciąż uparcie tkwiąc w przeszłości i nie masz odwagi zawalczyć o swoje marzenia, bo… nawet nie wiesz o czym marzysz, to książka ta z całą pewnością zmusi Cię nie tylko do zastanowienia nad sobą samym, ale też do wprowadzenia kolosalnych zmian.
Ta publikacja sprawia, że czytelnik zastanawia, co powiedziałoby mu jego Życie, gdyby nagle stanęło naprzeciw niego i przeraża się - bo nagle uświadamia sobie wszystkie swoje "grzeszki", nieodpowiednie zachowanie, głupie docinki, podłe myśli, które choć drobne, są trucizną zakwaszającą nasze wnętrze, prowadzącą je do gnicia. Człowiek widzi jak sam, na własne życzenie się zatruwa, czyniąc swoją codzienność nieznośną. I to go boli, to go uwiera i to mu nie odpowiada, przez co może albo uznać lekturę tej książki za (zbyt) trudną i przez to zbędną, albo (metodą wyparcia) za zupełnie głupią i trywialną i przez to niewartą czasu. Każda z tych reakcji ujawnia jednak nasze problemy.
Jeśli nie chcesz więc spotkać swojego Życia, które, odzwierciedlając Twoją kondycję wyglądałoby tak:

I nagle go zobaczyłam. Faceta zwanego moim Życiem(…). Nieznajomy ubrany był w wymięty szary garnitur, szarą koszulę i szary krawat z wytłoczoną potrójną spiralą życia. Miał czarne, lekko przyprószone siwizną włosy i z kilkudniowym zarostem na twarzy wyglądał raczej marnie[4].

koniecznie wprowadź w swoje życie zmiany, zaczynając od lektury tej książki.

Serdecznie polecam!


[1] Cecilia Ahern, Pora na życie, Warszawa 2013, s. 63.
[2] Tamże, s. 64.
[3] Tamże, s. 146
[4] Tamże, s. 51.

niedziela, 26 stycznia 2014

Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć – Constanza Miriano


Tytuł: Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć
Autor: Constanza Miriano
Wydawnictwo: Esprit
ISBN: 978-83-63621-43-8
Ilość stron
: 232
Cena: 29,90 zł
Cykl dwu książek Constanzy Miriano, wydanych w Polsce równocześnie, na całym świecie wywołał ostry sprzeciw środowisk feministycznych.
Choć Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć to pozycja dedykowana mężczyznom, tak naprawdę samego „mężczyzny dla mężczyzny” jest w niej stosunkowo niewiele.
Odnoszę wrażenie, że to raczej tekst dla kobiet, instruujący ją o rolach męskich i konieczności ich zaakceptowania przez kobietę, przyjmującą postawę poddaństwa.
Książka ta może utwierdzać w widzeniu stereotypowych ról i zachowań. Mężczyzna przedstawiony jest w niej jako łowca i przywódca, którego głównym zadaniem jest dbanie o byt rodziny, zapewnienie dzieciom poczucia stabilności i bycie stanowczym w odpowiednich momentach.
Poza tym ma odpoczywać, pozostawiając resztę związanych z rodziną i domem  obowiązków na barkach kobiety.

Z całą pewnością nie podarowałabym tek książki mężczyźnie, z którym chciałabym wypracować nieco inny, niż przedstawiony w niej podział ról. Niektóre passusy rzeczywiście dedykowane są mężczyźnie i zawierają rady na temat tego, jak powinien się on zachowywać według prawideł przedstawianego modelu, znaczna jednak część tekstu to, w mojej opinii, mówienie do kobiet o tym, jaki jest jej partner i czego nie należy w nim zmieniać, bo taka zmiana nie jest zgodna z jego naturą i prowadzić może do dysharmonii. Miriano sugeruje, by to kobieta była tą, która pozwoli odkryć mężczyźnie role jakie ma do wypełnienia, by założona przez niego rodzina mogła żyć szczęśliwie.

Autorka w swoich wypowiedziach stara się być humorystyczna – i rzeczywiście to jej się udaje.
Nie zmienia to jednak faktu, że prezentuje ona model związku i rodziny, który już dawno przestał zadowalać kobiety (w tym wierzące i praktykujące katoliczki), ze względu na zmieniającą się sytuację kulturową, społeczną i ekonomiczną.
Dążenia równościowe nie mają na celu zanegowania różnic między kobietą a mężczyzną, nie zmierzają ku potwierdzeniu identyczności i zatarciu wszelkich granic, dlatego konieczne jest zaakceptowanie istnienia wielu różnych modeli podziału ról i obowiązków w małżeństwie, dostosowanym do realiów, w których kobieta ma prawo do złego humoru, ma prawo powiedzieć mężczyźnie o zmartwieniach i ma prawo zażądać od niego odpowiedzialności za rodzinę innej niż tylko zapewnienie jej pieniędzy na pożywienie i zaspokojenie podstawowych potrzeb materialnych.

Miriano prezentuje model klasyczny, wywiedziony z nauczania św. Pawła, w którym poddanie się kobiet i dominacja mężczyzn jest przejawem zharmonizowanego życia, zgodnego z prawami natury. Nie sugeruje, że w ten sposób kobieta przyjmuje postawę „tej gorszej”, wręcz przeciwnie, a jednak hołduje przekonaniu o życiu rodzinnym opartym na podziale obowiązków takim, jaki już chyba dziś nie jest już możliwy do zrealizowania przez wzgląd na wyjście kobiet do przestrzeni zawodowej i spełniania się w niej, jako w jednym z elementów budujących jej tożsamość.
Z wieloma tezami autorki się nie zgadzam, choć pod mnogością mogę się podpisać.
Jej książka to poradnik dla kobiet wiernych klasycznemu podziałowi ról w małżeństwie, które nie idą na żadne, nawet najmniejsze ustępstwa w tej sprawie, by nie zaburzyć odwiecznego porządku.
I choć nie uważam, że należy całkowicie przetransformować dzisiejsze relacje, zdaje się, że aby model przez nią prezentowany miał w Polsce prawo zaistnieć, należałoby wprowadzić do niego niewielkie poprawki, zgodę na rozmycie sztywnych linii granicznych i elastyczne dostosowanie się do rzeczywistości, przy jednoczesnym trzymaniu się ról mężczyzna-ojciec, kobieta-matka, tak często dziś dowolnie mieszanych.

Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć to swoiste kontinuum rozprawy o małżeństwie idealnym, które mimo problemów potrafi zacisnąć zęby i trwać w relacji, właśnie dzięki ustalonemu już dawno podziałowi ról, utrwalonymi przez kulturę, w którym kobieta jest matką-tytanką, a mężczyzna utrzymującym-okazjonalnie interweniującym.
Autorka próbuje odpowiedzieć na pytania o to jaka jest rola współczesnego mężczyzny w rodzinie, czym jest autorytet i jak go wypracować, co to właściwie znaczy być mężczyzną (oj, daleka ta wizja od dzisiejszego „męskiego modelu”, daleka) i jaka jest rola Boga w wychowaniu i małżeństwie. 


sobota, 25 stycznia 2014

Wyjdź za mąż i poddaj się!

Tytuł: Wyjdź za mąż i poddaj się!
Autor: Constanza Miriano
Wydawnictwo: Esprit
ISBN: 978-83-63621-42-1
Ilość stron:
220
Cena:
29,90 zł


Gdy książka Wyjdź za mąż i poddaj się Constanzy Miriano ukazała się w Hiszpanii, spotkała się z ostrą krytyką środowiska feministycznego, które nie dość, że zaczęło organizować protesty wymuszające usunięcie jej z obiegu, to jeszcze darło ją publicznie, sugerując, że jej autorka to wróg kobiet i propagatorka przemocy wobec nich.

Wszystko dlatego, że Miriano swoją wizję małżeństwa, którą promuje w książce, oparła na nauczaniu św. Pawła, głoszącym potrzebę kobiecej uległości. Odwołuje się ona do katolickiej hierarchiczności, sprowadza jednak rolę kobiety wyłącznie do macierzyństwa i przedstawia ją jako istotę całkowicie bierną.
Nie dziwi, że spojrzenie to spotkało się z ostrą falą krytyki, zwłaszcza w czasie, gdy trwa gorączka zogniskowana wokół zagadnień płci kulturowej, podziału ról i obowiązków społecznych, nowego widzenia tak zwanej „kwestii kobiecej” i „kwestii męskiej”.
Co ciekawe, model prezentowany przesz Miriano nie odpowiada także wielu katolickim kobietom, które przestały się w nim odnajdywać i nie jest to w żaden sposób wyrazem ich buntu przeciwko Bogu czy Kościołowi, lecz konsekwencją przemian społecznych, kulturowych i ekonomicznych, które niejako wymuszają nowe spojrzenie na wiele kwestii i ich redefinicję.

Jaki to jednak model?
Najoględniej mówiąc: kobieta ma się nie martwić, nie może mieć czasu na zły humor, ma być wdzięczna Bogu, że ma mężczyznę, któremu może dać odpocząć, gdy ten wróci z pracy. Model kobiety-tytanki, która dba o to, by jej rodzinie niczego nie zabrakło, by wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni, podczas gdy ona będzie podtrzymywała złudzenie o swojej szczęśliwości (choć czasem to wcale nie złudzenie) i braku wycieńczenia. Kobieta ma być cicha i pokorna, po to, by mężczyzna stojący nad nią, widząc jej słodycz, sam zaczął się zmieniać. Jak Wam się podoba taka wizja?

Ciekawa jest również, wspominana już w opisie okładkowym próba przyporządkowania mężczyzny do innego „gatunku”, który należy otaczać opieką i któremu należy pomagać, bo to leży w kobiecej naturze. Miriano daje impuls do zastanawiania się nad kwestią natury kobiecej – czym tak naprawdę jest? Na ile jest naturą, a na ile kulturowym obrazem powielanym przez pokolenia?
Autorka zadaje także ważne dziś pytania o sens małżeństwa w dobie postulatów o równości, zestawianej (niestety) z identycznością. Jaki sens ma wchodzenie w relację, mającą być dopełnieniem, jeśli jestem taka sama jak mężczyzna? W czym może mnie on dopełnić?
Pisarka wielokrotnie podkreśla wpisane w naturę kobiety posłuszeństwo, a naturę mężczyzny przewodnictwo, które musimy zaakceptować i według których musimy żyć, by zachować harmonię świata i przetrwanie rodziny w tradycyjnym rozumieniu.

Recepcja ksiązki Miriano w Polsce póki co jest w przeważającej mierze bardzo optymistyczna, co sugeruje, że mimo następujących przemian, w większości wciąż jesteśmy zwolenniczkami tradycyjnego układu podziału ról, który został w nas tak silnie zakorzeniony, że nie wyplenią go żadne rozmowy na temat równości (równości, nie: identyczności!) w każdej sferze życia.
Czytelniczki chwalą książkę, którą traktują jako poradnik, mający umożliwić im zbudowanie szczęśliwej rodziny. Forma listów, którą przybierają rady i anegdoty autorki, bawią i stają się chyba dla Polek odbiciem ich własnych doświadczeń, potwierdzeniem, że są one uniwersalne i typowe dla każdej małżonki, obarczonej rolą trzymania rodziny w pionie i bliskości. Kobiety odnalazły w Miriano same siebie, a z jej wypowiedzi o rodzinie, miłości, Bogu i małżeństwie zaczerpnęły wiele inspiracji.
Miriano nie przekreśla tego, by kobieta pracowała, a jednak jednoznacznie wskazuje na to, że działania mające na celu zarobek, powinny być w naszej hierarchii daleko za dbaniem o rodzinę, które to sprawia nam o wiele więcej frajdy.
Choć premiera dwu jednocześnie wydanych tekstów Miriano w Polsce była obwarowana kampanią marketingową, mimo wszystko, mam wrażenie, że książka ta przeszła bez echa. Nikt się nie zbuntował, nikt się nie oburzył – jedynie jednostki, które nie podburzyły do wystąpień podobnych tym w Hiszpanii.
Stanowi to pewien obraz polskiego modelu rodziny, który wciąż, mimo przemian, ma się dobrze i chyba jeszcze długo będzie miał.

Czyta się tę książkę bardzo dobrze: wielokrotnie potakiwałam przy niej głową, zgadzałam się z opiniami autorki, znacznie częściej niż w przypadku drugiego tomu, dedykowanemu mężczyznom. Być może to dlatego, że czuję się kobietą (we wszystkich aspektach), która chce realizować się w tradycyjny sposób: jako żona i matka. Nie znaczy to jednak, że podeszłam do niej bezkrytycznie: zbyt wiele w niej wizji bajkowych, niemożliwych do zrealizowania w polskich warunkach i zbyt wiele stereotypowych, dawno już nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością, a także zbyt wiele opinii skreślających partnerski dialog o trudach codzienności.
Dla tych, którzy nie chcą żyć według prezentowanego planu, książka ta rzeczywiście może jawić się jako atak na wolność, a jednak nie jest ona przecież dyktatorską wizją jedynej prawdziwej drogi do samorealizacji, jest za to świadectwem kobiety, która w tradycyjnym modelu się spełnia i odnajduje w nim szczęście, dając tym samym inspirację innym.


niedziela, 5 stycznia 2014

Szukając Alaski – John Green


Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788362478934
Ilość stron: 320
Cena: 34,90 zł
John Green cieszy się ogromną popularnością oraz serią hurraoptymistycznych recenzji w sieci. Gwiazd naszych wina oraz Papierowe miasta wzbudziły prawdziwą eksplozję pozytywnych doznań czytelniczych, przeniesionych na testy opiniotwórcze, a te kolejno – na wzrost i tak ogromnej sprzedaży.
Takie literackie fenomeny zawsze mnie ciekawią – co sprawia, że tysiące ludzi sięga po tę, a nie inną książkę i odnajduje w niej dokładnie to, czego wymaga od literatury?
Zaintrygowana dałam się ponieść fali entuzjazmu i pochylić nad najnowszym wydanym w Polsce „dzieckiem” Greena – tekstem Szukając Alaski.

Miles Halter to typowy nastolatek, mający jednak nietypowe hobby – nie słucha głośnej muzyki, nie ugania się za dziewczynami, nie spędza nocy na imprezach ani nie szuka tanich rozrywek – jego pasją jest zapamiętywanie ostatnich słów ludzi.
Chcesz wiedzieć co na łożu śmierci powiedział Walt Diney czy Araham Lincoln? Nie daje Ci spokoju myślenie o ostatnich wypowiedziach Picassa? Zwróć się do Milesa – na pewno zna odpowiedź.
Życie bohatera było do tej pory naznaczone nudą, która w jego przekonaniu miała się zmaksymalizować po wstąpieniu do szkoły z internatem. Tam jednak spotyka on Alaskę Young – dziewczynę tyleż energiczną, co nieprzewidywalną.
Ta niewyobrażalnie smutna i głęboko nieszczęśliwa osoba, skrywająca się za kpiącym uśmieszkiem, stała się ilustracją jego wyobrażeń o pięknie, inteligencji, zabawności i seksowności. Nie trudno było jej sprawić, by Miles robił wszystko, o co tylko go poprosi.
Ten z kolei, nie myślał wcale o tym, co dzieje się naprawdę w sercu jego nowej towarzyszki – skupiony był bowiem na poszukiwaniu Wielkiego Być Może oraz znalezieniu odpowiedzi na pytanie dręczące Alaskę, wywiedzione z jednego z dzieł Marqueza – I jakże ja wyjdę z tego labiryntu?

Green prezentuje swoim czytelnikom opowieść o nastolatkach poszukujących szczęścia i odnoszących się do zastanej rzeczywistości z czujnością i ostrożnością. Nie byli oni ślepymi biorcami tego, co przynosi los, lecz myślącymi istotami, pragnącymi poznać sens istnienia i zgłębić odpowiedzi na pytania od stuleci dręczących ludzkość: czym są prawdziwa miłość i przyjaźń, jak odnaleźć szczęście i dokąd tak naprawdę zmierzamy.
W ich poszukiwaniach nie brakowało manifestacji przeciwko władzy i ograniczeniom, bohaterowie byli bowiem mistrzami w robieniu internatowych „akcji”, mającymi być zapamiętanymi i wspominanymi przez kolejne pokolenia uczniów, pragnących wydobyć z życia jego esencję i moc wrażeń, wyrywających ich z codziennej nudy i zogniskowaniu na tym, co przyziemne.

Autor stworzył powieść pisaną językiem współczesnych nastolatków, wolną od narzucających się wulgaryzmów i języka troglodytów. Wydobył za to na światło dzienne przemyślenia grupy dorastających ludzi, negujących wszelkie wyobrażenia o współczesnej młodzieży: zarysował uniwersum osób zdolnych do głębokich refleksji i wzniosłych uczuć, w którym niejeden młody człowiek będzie potrafił się odnaleźć i znaleźć odbicie własnych myśli.


Choć lektura, była dla mnie ciekawym doświadczeniem, obyło się bez fajerwerków, a sam autor nie stał się nagle moim nowym ulubieńcem, deklasując tym samym z podium, okupujących je twórców. Nie czuję się porwana ani niesiona falą wszechobecnego rozgorączkowania na myśl o kolejnych tekstach Greena. Sądzę jednak, że mogłam trafić na złą książkę, której zapowiadana moc na mnie nie podziałała, dlatego z równie wielką ciekawością co początkowo, zwrócę się ku dwu poprzednim znanym polskim czytelnikom tomom, mając nadzieję na to, o czym zapewniają ich okładkowe rekomendacje – geniusz i poruszenie, tak rzadkie dziś w świecie odgrzewanej raz po raz literatury.

czwartek, 14 listopada 2013

Na wysokim niebie – Danuta Awolusi


Tytuł: Na wysokim niebie
Autor: Danuta Awolusi
Wydawnictwo: SOL
ISBN: 978-83-62405-30-5:
Cena: 29 zł

Do napisania czegokolwiek o tej książce zasiadałam już kilkakrotnie – każdorazowo bez efektu.
Myśli kotłujące się w mojej głowie po lekturze nie pozwalają mi na ich uporządkowanie.
Choć Na wysokim niebie, to lektura niezbyt długa, dostarcza przeżyć tak silnych, że nawet skreślenie paru linijek na jej temat, wymaga ogromnego wysiłku i siły woli.

Ania to dziewczynka, która ma wszystko o czym każdy z nas marzył w jej wieku – wolność, swobodę w chodzeniu gdzie chce i kiedy chce bez wypytywania. Mimo że chodzi dopiero do podstawówki, rodzice do niczego jej nie zmuszają – na wszystko się zgadzają, nie ingerują w jej życie, nie zadają krępujących pytań, podczas gdy rodzice jej rówieśników namiętnie trzymają ich blisko siebie, notorycznie się zamartwiają, dbają o nich, pytają o każdy szczegół ich życia, interesują się gdzie i kiedy będą.
Niestety, na pozór idealne życie Ani, wcale takie nie jest. Tęskni ona do zdrowych relacji, których nie ma i których brak próbuje sobie zrekompensować, zamykając się w świecie książek. To w nich szuka matczynej i ojcowskiej miłości, zainteresowana, opieki i czułości.
W szkole nie idzie jej najlepiej – zupełnie nie interesuje się ona nauką, a rówieśnicy nie tylko od niej stronią, ale także ją szykanują. Powodów mają, jak się zdaje, wiele. Ania nie dość, że pochodzi z biednej rodziny, to jeszcze dawno temu powzięła decyzję o tym, by się nie myć i niezbyt często przebierać. Rodzice nie zwracali uwagi na smród i brud, który nieodłącznie jej towarzyszył, za to klasowi koledzy za punkt honoru postawili sobie naigrywanie się z niej  tego właśnie powodu. Dziecięca brutalność osiągnęła w jej klasie najwyższy poziom.
Litość i obrzydzenie – dwa typy zachowań, którymi obdarowywali ją otaczający ludzie.

Nie dziw, że Ania zamykała się w świecie fantazji, w którym każdy, nawet tej najbardziej niepozorny, może wszystko. Jej ulubioną serią stała się saga o Harrym Potterze, który tak jak i ona nie miał łatwego życia, a mimo to wyrósł na dobrego czarodzieja i wspaniałego człowieka.
Towarzyszką jej niedoli, jedyną osobą, która nie zwracała uwagę na jej biedę i wygląd, była młoda bibliotekarka – Pani Sabina. Z nią też nawiązała Ania serdeczną nić porozumienia, ona otworzyła dla niej zupełnie nowe światy – nie tylko literackie. Za jej sprawą, dziewczynka zaczęła otwierać się na innych i zupełnie inaczej postrzegać siebie i otaczającą rzeczywistość. Pani Sabina stała się jej rodziną, jedyną ciepłą i dobrą towarzyszką życia. To dzięki niej i jej wsparciu, w życiu Ani pojawili się nowi przyjaciele – Pan Maksymilian, Tobiasz i jego rodzice.

Na wysokim niebie, to powieść o walce o godne życie pełne miłości. Danuta Awolusi zbudowała historię traktującą o znaczeniu dobrych ludzi, których spotykamy na swojej drodze, o braku przypadków i potędze potencjału. Opowieść ta wzbudza nadzieję na o, że mimo kiepskich warunków wzrastania, nie jesteśmy skazani na porażkę i powielenie losów rodziców. Mimo braku miłości w gnieździe rodzinnym, nie jesteśmy zmuszeni do oziębłości w dorosłości. To słodko-gorzka historia o wykorzystanych szansach, panorama życiowych wzlotów i upadków, prowadzących do wypracowania silnego charakteru, relacja z poszukiwania rodzinnego ciepła, miłości i przyjaźni.
Choć pełna serdeczności i czułości, jest jednocześnie powieścią rozdzierającą i bolesną. Przerywa ona tamy nagromadzonego cierpienia, buzuje od emocji i gra na ludzkiej pamięci o śmierci bliskich i żałobie po nich.
Niewolna jest od tematów trudnych, to na nich się koncentruje i wokół nich buduje narrację.
Jeśli liczycie na powieść odprężającą, w niej takiej nie odnajdziecie. To lektura o niewyczerpanym źródle nadziei, zbudowanej na udrękach i zgryzotach. Jest niczym ropiejąca rana, pozostawiająca trwałą bliznę na duszy. Burzy rutynę, powoduje mentalne zjednoczenie z bohaterami, których życie i przejścia stają się niejako odbiciem doświadczeń czytelnika, od których zapewne żaden z nas nie jest wolny.
Jest w tej krótkiej powieści pewna onieśmielająca możliwość przeniesienia przejść postaci na życie odbiorcy, zawiera ona bowiem w sobie tak wiele elementów charakterystycznych dla egzystencji  każdego z nas, że identyfikacja jest nie do uniknięcia.
Słowa autorki nie są kojące, lecz przeszywające. Posiadła ona niezwykłą biegłość w posługiwaniu się językiem, jej opowieść oddycha, pulsuje podskórnym rytmem, wdziera się do życia niczym niechciany, bo wyparty gość.
Choć jest to historia konkretnych ludzi i jednostkowych wydarzeń, odnoszę wrażenie, że tak naprawdę stanowi opowieść uniwersalną, w której każdy przeczyta siebie, przejrzy się w niej jak w lustrze.

Brakuje mi słów, by opisać emocje towarzyszące lekturze. Nie chciałabym niczego uronić, choć wiem, że nie sposób zwerbalizować tego, co działo się w mojej głowie i sercu, gdy czytałam tę książkę. Morze łez, gros rozdrapanych ran, przypomnienie o tym, co wyparte i niechciane – takich doświadczeń możecie spodziewać się przy tej książce i na nie musicie być gotowi.
Niezwykle katartyczna, niosąca konieczne oczyszczenie powieść. Trudna i przez to wartościowa.

Polecam ogromnie!