Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Pascal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Pascal. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 października 2016

Jeszcze się spotkamy - Abbi Glines



Jeszcze się spotkamy to dziesiąty już tom cyklu Rosemary Beach. Całość oparta jest na podobnym schemacie fabularnym, co części poprzednie, na skutek czego wierny czytelnik serii może zacząć powoli odczuwać znużenie powielanymi szablonami. Zmieniają się już teraz właściwie jedynie imiona bohaterów i nazwy miejscowości – cała reszta stanowi stałe ramy.

Mase prowadzi skromne życie teksańskiego ranczera z dala od Rosemary Beach. Mimo że dzięki pieniądzom ojca, legendarnego rockmana, mógłby mieć wszystko, woli uciec od blichtru i fałszywej sławy. Rzadko odwiedza także przyrodnią siostrę, korzystającą z możliwości jakie daje jej bogactwo. Pewnego dnia w  jej domu Mase poznaje jednak Reese – dziewczynę sprzątającą dom.

Bohaterka ma za sobą trudną i bolesną przeszłość naznaczoną przemocą, także seksualną. Podejmując pracę w  Rosemary Beach, postanawia zacząć nowe życie i udowodnić sobie, a także innym, że ciężką pracą może wiele zyskać. Nie wie jeszcze jednak, że tuż za rogiem czai się miłość, na której drodze stanie strach i pamięć o niedawnych upokorzeniach.

Rodzące się między tą dwójką uczucie będzie początkiem drogi ku uzdrowieniu. Tam gdzie dramat styka się z miłością, jest bowiem miejsce na nadzieję i nowy początek.


Mimo przewidywalności i wtórności całej serii, część tę czyta się równie przyjemnie co poprzednie, choć niestety zaczyna wiać nudą. Jeśli Glines nie zacznie tworzyć książek w oparciu o świeże pomysły, straci wielu wiernych czytelników, mogących odnosić wrażenie, że czytają w kółko tę samą historię, przepuszczaną przez różne filtry.


Recenzje pozostałych książek Abbi Glines na blogu:

wtorek, 20 września 2016

Trochę inny dziennik. 52 listy na każdy tydzień roku - Moorea Seal


Odkąd pamiętam, uwielbiałam robić listy. Dzieciństwo, dojrzewanie i teraz, wczesna dorosłość, płynęły i płyną mi pod znakiem planowania, notowania, organizowania, segregowania. Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że listy można znaleźć u mnie wszędzie i dotyczą one wszystkiego – dzięki nim czuję się stabilniej, bardziej komfortowo, trzymam rękę na pulsie na tyle, na ile to możliwe.

Nikogo zatem nie powinno dziwić, że widząc zapowiedź książki Trochę inny dziennik. 52 listy na każdy tydzień roku, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Przecież sama mogłam ją napisać!

Po części tak też jest – autorka bowiem jedynie sygnalizuje to, czym czytelnik ma książkę wypełnić. Listy podzieliła zmyślnie – porami roku. Do każdej z nich przyporządkowała odpowiednią ilość tematów, których mają one dotyczyć. Nie będzie to zatem książka zabazgrana listami zakupów, lecz nietypowy pamiętnik, notatnik uważności czy też  miejsce, w którym zanotujemy to, co nas w danej chwili inspiruje, sprawia nam przyjemność, przykrość etc.

Kolejność wypełniania jest dowolna – można robić to linearnie, a można zacząć w tym miejscu, w którym właśnie astronomicznie się znajdujemy. Na jesień autorka zaplanowała dla nas między innymi stworzenie list piosenek na poprawę humoru; rzeczy, które nas uspokajają; ulubionych książek czy naszych życiowych osiągnięć. Na zimę: cele i marzenia na ten rok; sprawy, o których wolimy nie myśleć; ulubione cytaty. Na wiosnę: podróże naszych marzeń; to, co nas motywuje; nasze małe dziwactwa czy też rzeczy, które dają nam siłę. Na lato zaś: przeszkody stojące na drodze do spełnienia naszych marzeń; najpiękniejsze rzeczy na świecie, a także najlepsze sposoby na dodanie sobie energii.

Pod każdą listą znajduje się plan do wykonania, dzięki czemu całość staje się nie tylko miejscem zapisu myśli, ale też motywacją do działania.


Mimo że taki zeszyt list każdy z nas mógłby stworzyć samodzielnie, przyjemnie jest korzystać z ładnie wydanego notatnika, mającego inspirować, pomagać porządkować myśli i przeżywać mijające dni z większą świadomością. Mnie się podoba!

niedziela, 14 sierpnia 2016

Ocal mnie - Abbi Glines


Ocal mnie to trzecia część cyklu Sea Breeze, a zarazem kolejna powieść Abbi Glines, w której mężczyzna całkowicie zmienia się dla kobiety – a może raczej odsłania swoją prawdziwą twarz, dotąd głęboko skrywaną.

Cage, to typowy łamacz kobiecych serc. Obłędnie przystojny, mogący przebierać w panienkach na jedną noc, co też latami bez skrupułów czyni. Jego życie to ciąg zabaw, alkoholowych libacji i wreszcie łóżkowych przygód. W tym wszystkim brakuje jednak jakiegokolwiek uczucia, poza zwierzęcym pożądaniem. Wszystko zmienia jeden pechowy dzień, kiedy to bohater zostaje zatrzymany za jazdę po pijanemu i grozi mu utrata stypendium w prestiżowej szkole dla koszykarzy, której jest uczniem.

Jego karą i szansą na odpracowanie win jest wyjazd na wieś, gdzie w pewnym gospodarstwie ma pomagać jego właścicielowi przy zwierzętach. Jego zesłanie staje się jednak karą tym dotkliwszą, że na miejscu poznaje Evę, córkę swojego nowego szefa, a przy tym kobietę, od której nie może oderwać wzroku. Wie jednak doskonale, że gdyby tylko ją tknął, stypendium zostałoby natychmiast anulowane, a jego kariera zaprzepaszczona.

Eva jest kobietą inną niż te, z którymi dotychczas miał styczność. Unika go, a jeśli już na siebie wpadną, nie przebiera w słowach. Gardzi typem chłopaków, jakich przedstawicielem wydaje się jej Cage – zupełne przeciwieństwo jej narzeczonego, rok wcześniej zmarły podczas działań wojskowych. Bohaterka do tej pory nie może uporać się ze stratą ukochanego, czego dotkliwie doświadczają jej najbliżsi, a także każda nowo poznana osoba, dla której dziewczyna jest wyjątkowo opryskliwa.
Znajomość z Cagem całkowicie zburzy jej mozolnie porządkowany świat. Nie inaczej jednak wpłynie i na samego chłopaka.

Glines po raz kolejny utkała zgrabną powieść dla młodzieży, wciągającą od pierwszych stron, pokazującą jak kojąca i uzdrawiająca może być prawdziwa miłość, zdolna odmienić nawet najbardziej zatwardziałe serca.

Bohaterowie to postaci dynamiczne, zmieniające się podczas utworu, odsłaniające swoje nowe oblicza, objawiające cechy, o które byśmy ich nie podejrzewali. Język powieści jest leciutki jak piórko, transparentny, nie wychyla się zatem przed szereg i pozwala na dobre zapomnieć się podczas lektury.


Z nieskrywaną przyjemnością czytałam tę historię, jak zresztą większość tekstów Glines. Mają one pewną subtelność, są doskonałą przeciwwagą dla lektur cięższego kalibru, którymi się ostatnimi czasy raczyłam. Dobra rozrywka, sprawnie spisane czytadło, które niejednemu czytelnikowi pozwoli złapać oddech, a może także uronić łezkę.


Recenzje pozostałych książek Abbi Glines na blogu:

środa, 24 lutego 2016

Jesteś za daleko – Abbi Glines


Moda na pisanie powieści z tej drugiej strony trwa. Był kompletnie nietrafiony Grey, po latach objawia się Zmierzch. Nieco szybciej z prądem popłynęła Abbi Glines, która na fali popularności swojej serii o Blaire i Rushu, postanawia spisać historię pary widzianą jego oczami.

I słusznie! Mówię to z pełną świadomością, bo ta część jest chyba najlepsza z dotychczasowych, mimo że świata nie zwojuje, gdyż jest najzwyczajniej wtórna. Rzadko podoba mi się takie odgrzewanie historii, bo często – mimo zapewnień autorów – nie wnoszą one nic nowego do doskonale znanej już opowieści. U Glines jest jednak inaczej. Twórczyni faktycznie się spisała i dodała do narracji wiele wątków pominiętych siłą rzeczy w wersji historii pisanej z perspektywy dziewczyny. Tutaj poznajemy całe zaplecze życia Rusha, bagaż jego doświadczeń wzbogacony o to, czego nie wyznawał ukochanej. Są nowe sceny, nowe momenty, dodatkowe spojrzenia na całość. Mimo że jest tego sporo i ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że czyta się bliźniaczą kopię tego, co przecież miało się już w rękach, jego myśli dotyczące samej Blaire niczym jednak nie zaskakują – tu autorka przyjmuje raczej perspektywę penisa i – gdyby tylko miał oczy i ręce – to pozwalałby mu samodzielnie napisać opowieść jego reakcji na atrakcyjną bohaterkę. Nie brakuje – jak to u Glines – scen łóżkowych (i lodówkowych, i innych…) wszak wiemy, że Rush przed poznaniem Blaire co noc dawał wybranym dziewczynom łaskę spędzenia nocy w jego towarzystwie, a po zapoznaniu bohaterki jego pożądanie jedynie wskoczyło na wyższy poziom. Słownictwo podczas scen oczywiście zmienia się – pojawiają się wulgaryzmy i cała reszta językowego sztafażu łóżkowego, który znamy z poprzednich części. Nie jest to jednak aż tak okrutnie nachalne jak w poprzednich tomach – chyba że już na tyle przywykłam, że to co wówczas mnie zniesmaczało, teraz powoduje jedynie westchnienie niezadowolenia i prędkie przewracanie stron w poszukiwaniu "normalnych" scen. Jest pikantnie, bo tak miało być. Tak to przyjmuję, tak to sobie tłumaczę. 


Glines tworzy książki jakich każdy czasem potrzebuje – na odprężenie, bo choć wzbogacone są o ciężki bagaż przeszłości bohaterów, są lekkie jak piórko – do przeczytania na raz. Mimo wszystko najzwyczajniej lubię autorkę za jej serię o Blaire i Rushu, dlatego chętnie ją polecam i pożyczam jeśli ktoś potrzebuje lektury na zapomnienie o reszcie świata. Glines chętnie na chwilę Wam taką niepamięć zafunduje, całkowicie niezobowiązująco. Czekam na kolejne tomy!


Recenzje pozostałych książek Abbi Glines na blogu:


niedziela, 14 lutego 2016

Zakochaj się we mnie. Sześć spojrzeń na miłość





Luty to doskonały moment na lekturę książek poświęconych miłości – szczególnie, że dzisiejszy dzień zewsząd bombarduje nas sercami i czerwienią. Nawet jeśli nie przepadamy za (zbyt) słodkim świętem zakochanych, klimat miłości unoszący się w powietrzu jest niedoparty i skłonić może nawet najbardziej zatwardziałe serca do przeczytania czegoś, na co w innym okresie moglibyśmy zwyczajnie nie mieć ochoty.

Naprzeciw naszym oczekiwaniom wychodzi Wydawnictwo Pascal wypuszczające na rynek książkę Zakochaj się we mnie. Sześć spojrzeń na miłość, będącą zbiorem opowiadań poświęconych tejże, stworzonych specjalnie na Walentynki.

Każdą z nich cechuje zogniskowanie wokół tematyki miłosnej, skupionej dodatkowo wokół 14-go lutego – stanowią zatem spójną całość, mimo że mogłyby również istnieć oddzielnie.

Pierwsze opowiadanie Smak zmysłów ­­– wyszło spod pióra Alice Clayton i przedstawia historię małżeństwa, które po latach stażu wydaje się nie tak zakochane, jak na samym początku. On – pracoholik, ona – niespełniony cukiernik. Kobieta, myśląc, że mąż zapomniał o walentynkach, z  rozrzewnieniem wspomina minione lata.


Kolejny tekst, to literacka próba Jennifer DeLUCY. W  niej to rzeczywistość miesza się z fikcją w sposób dalece odbiegający od tego, czego moglibyśmy się spodziewać. Oto historia pisarki, która zakochuje się w wytworze własnego słowa – wikingu Mangusie, ucieleśniającym – według niej – wszystkie cechy idealnego mężczyzny. Jego wizja stanowi alternatywę dla jej nudnego już związku.

Trzecie opowiadanie - Nie obchodzę walentynek Nicki Elson – to historia kobiecego walentynkowego Grincha. Znacie ten typ – nie obchodzę walentynek, bo uważam, że jeśli ktoś się kocha, to okazuje uczucie przez cały rok, a nie tylko od święta. Otóż to. Z  tym, że perspektywa głównej bohaterki zmienia się, gdy zakochuje się naprawdę i 14-go lutego staje się jedynie pretekstem do kolejnej możliwości okazania uczuć na sposób wyjątkowy.

Stać cię na więcej Jessici McQuinn to najdłuższe z opowiadań znajdujących się w  tomie i… chyba jedno z  bardziej nużących. Opowiada walentynkową historię małżeństwa, które przez cały dzień niecierpliwi się na myśl o wspólnie spędzonym wieczorze – bez dzieci, romantycznie, sam na sam.

Najlepszym tekstem z całego zbioru jest Powrót do domu Victorii Michales. Moim zdaniem to utwór, który z powodzeniem można by rozbudować i uczynić z niego wzruszającą, ciepłą powieść pełną gębą. Jest to opowiadanie o Savannah, wziętej prawniczce, która wyjechała z rodzinnego domu i wyruszyła do Nowego Jorku, by tam spełniać się zawodowo. Gdy wpada w odwiedziny do rodziców – z pozoru na trzy dni – jej życie i hierarchia wartości zmienia się, gdy na jej drodze staje wieloletni przyjaciel i (dotąd) platoniczna miłość – Jackson. Piękna historia – dla niej warto sięgnąć po cały tom, na nią warto czekać.

Ostatnim opowiadaniemPołączeni Alison Oburii. Słodko-gorzka to opowieść, nad którą unosi się duch śmierci i odrodzenia. Jako jedyna ze wszystkich, nosi znamiona wielkiego bólu i straty. Jak na historię kończącą, jest nieco zbyt poważna i smutna, mimo że wychyla się z niej nieśmiały promyk nadziei.  Przedstawia losy Kate, Ginny, Dylana i Paula – czwórki ludzi, których losy złączy miłość.

Zbiór opowiadań, który mam przed sobą nie jest niestety w żaden sposób wybitny – historie są raczej miałkie (za wyjątkiem wyróżniającej się opowieści Michaels) i wtórne. Łatwo w nich przewidzieć finał, są dość ckliwe, niby romantyczne, a jednak potraktowane bardzo powierzchownie. Dopóki nie dotarłam do Powrotu do domu książka była dla mnie nie tyle przeciętna, ile słaba. Nie spełniła oczekiwań, nie pozwoliła poczuć ducha miłości, mimo że to przecież on był głównym bohaterem zbioru.

Jeśli macie na nią ochotę, lojalnie ostrzegam, że poza wymienionym przeze mnie opowiadaniem, nie znajdziecie tu zbyt wiele wzruszeń. Jest mocno przeciętnie, choć ciepło i słodko. Nie są to historie cukierkowate, brakuje w nich jednak jakiejś głębi, czegoś co skrywałoby się pod naskórkiem, do czego można by docierać, co można by drążyć, czym się zachwycać. Uwierzycie, że brakuje nawet zwrotów o charakterze sentencjonalnym? Jeśli chodzi o książki traktujące o miłości, wydaje się to wręcz niemożliwe.


Zatem jeśli kieruje Wami ochota zaczytania się w czymś lekkim i pięknym – opowiadanie Michaels będzie strzałem w  dziesiątkę. Resztę jednak, możecie sobie zwyczajnie podarować.

sobota, 14 listopada 2015

Daj nam ostatnią szansę – Abbi Glines


Abbi Glines lubię poczytać dla odpoczynku. Jej książki cechuje nieopisana lekkość, stanowią tak doskonałą lekturę na smutniejsze i trudniejsze dni, że chyba każdy powinien mieć w domu ich spory zapas.

Poprzedni tom opowiadający o losach Harlow i Granta przyniósł mi wielkie rozczarowanie. Odczytałam go jako ramotkę, w której autorka przeżyła widoczny spadek formy. Ku mojej uciesze jednak, wraz z Daj nam ostatnią szansę wróciła Glines jaką znam i jaką polubiłam.

Grant bardzo szybko uświadamia sobie,  że odrzucając Harlow ze względu na  jej chorobę, popełnił niewybaczalny błąd. Bojąc się ją utracić, właśnie do tego doprowadził. Bohaterka bowiem całkowicie zamyka się w sobie. Nie mówi ukochanemu o ciąży i zupełnie się od niego odcina, przenosząc do rodziny i nikomu nie zdradzając miejsca swojego pobytu. Trwa to całe miesiące, podczas których Grant odchodzi od zmysłów, a bliscy Harlow namawiają ją do aborcji, mającej pozwolić jej choremu sercu na przeżycie. Boją się, że decydując się na urodzenie dziecka dziewczyna sama siebie pozbawi życia.

Glines po raz kolejny stworzyła historię, w której emocje biorą górę. Nie sposób nie kibicować Grantowi, którego w poprzednich tomach zdążyło się znielubić za jego strach przed wszystkim, skądinąd uzasadniony.

Cieszę się z tego, jak rozwinęła się ta opowieść, którą – co tu kryć – czytało mi się naprawdę przyjemnie. Dobry relaks, niezobowiązujący, do posłania dalej.

Mam wrażenie, że tym razem autorka zdecydowała się podjąć więcej trudnych tematów i dodać powieści dramaturgii. I tak obok tradycyjnych, znanych, banalnych rozterek sercowych znajdą się problemy wyższej wagi: aborcja, trudna decyzja związana z ratowaniem siebie lub dziecka, bezsilność i strach przed utratą zmieszana z nadzieją na nowe życie.

Ciekawi? 



Inne książki Abbi Glines:


sobota, 4 lipca 2015

Grając w miłość – Abbi Glines


Przed Wami kolejna powieść Abbi Glines, w której na plan pierwszy wysuwa się trudna i na pozór niemożliwa miłość dwojga młodych ludzi.

Znani już z  poprzednich tomów Grant i Harlow zaczynają się do siebie zbliżać. Gdy jednak dziewczyna zaczyna powoli ufać mężczyźnie, ten znika bez znaku życia po ich pierwszej wspólnej nocy, nie próbując się z nią także i później skontaktować. Choć bohater miał dobry powód, by odejść bez uprzedzenia, dla dziewczyny jest to ogromny cios. Tym boleśniejszy, gdy po przeprowadzce do domu swojej siostry i byłej kochanki Granta – Nany – widzi go wychodzącego z  jej sypialni. Harlow, podwójnie zraniona, nie chce mieć nic wspólnego z mężczyzną, w  którym zaczęła się zakochiwać, podczas gdy ten stara się zrobić wszystko, by ją uzyskać jej przebaczenie, a z  czasem – także i zaufanie. Na ich drodze staje jednak nie tylko niszcząca wszystko wokół Nan…

Wszystko byłoby dobrze, gdyby część ta była utrzymana na podobnym poziomie co poprzednie, niestety jednak – nie wiadomo dlaczego, bo sposób pisania jest identyczny – jest to najsłabsza ze wszystkich dotychczas wydanych w Polsce książek autorki. Potencjał był, jednak gdzieś po drodze nie wszystkie elementy układanki zagrały ze sobą, sprawiając, że ów został zaprzepaszczony – czytelnik dostaje czytadło jedynie przyzwoite, które mimo nagromadzenia emocjonujących wydarzeń, wcale tych emocji nie generuje – wszystko rozgrywa się na poziomie racjonalnym. 

W porównaniu do historii Blaire i Rusha, ta zdaje się blednąć na ich tle. Mam jednak nadzieję, że autorka wróci do formy i kontynuacja losów Harlow i Granta pozwoli zapomnieć o tej wpadce. Mocno trzymam za to kciuki, gdyż polubiłam wszystkie serie Glines i żal byłoby mi się z nimi rozstawać. Są idealne wtedy, gdy chce się zrelaksować i odpocząć od innych gatunków. Mają w sobie niezwykłą lekkość, która także i tutaj – mimo elementów nużących – sprawia, że chętnie się do nich wraca oraz podrzuca je bliskim.

Jeśli szukacie serii niezobowiązującej, a przy tym wciągającej – polecam zacząć od historii Blaire i Rusha – jeśli w  niej zakosztujecie, na resztę nie będzie was trzeba długo namawiać.




środa, 7 stycznia 2015

Do zobaczenia w Barcelonie – Anna B. Kann


Tytuł: Do zobaczenia w Barcelonie
Autor: Anna B. Kann
Wydawnictwo: Pascal
ISBN:  9788376423685
Cena: 34,90 zł
Ilość stron: 334




Do zobaczenia w Barcelonie to powieść wielogłosowa, spisana z  perspektywy czterech osób – Paco, Ewy, Gosi i Marty.

Ewa to kobieta, żyjąca w  rozpadającym się małżeństwie – mąż zupełnie stracił nią zainteresowanie, szukając pociechy poza domem i zupełnie nie rozumiejąc jej nowej pasji – tańca, będącego dla niej jednocześnie formą eskapizmu. Bohaterka poznając nowe rytmy, zapominała na chwilę o trudach codzienności, nie myślała o obojętności czekającej na nią w  domu, lecz pozwalała sobie na chwilę „wyłączenia” się i oddawania pasji.
Na kurs flamenco uczęszcza wraz z  przyjaciółką Gosią, z  którą dzieli wszystkie sekrety.

Oprócz nich na zajęcia chodzi także Marta, niestety bohaterki nie wiedzą o sobie zbyt wiele.

Wszystkie kobiety poznały się na kursie tańca w Poznaniu, prowadzonym przez Paco – uwodzicielskiego Hiszpana, mistrza flamenco, o niesłychanej charyzmie i sile oddziaływania na płeć przeciwną – między innymi na kolekcjonerkę mężczyzn Martę, która zapragnęła uczynić z  niego swoją kolejną zdobycz oraz na Ewę – która z  kolei próbowała opierać się jego intensywnym zalotom, lecz przez wzgląd na beznadziejną sytuację małżeńską w  końcu mu uległa – póki co jednak ich romans nie prowadzi do żadnych decyzji bez odwrotu. Obie panie nie wiedzą o swoich wzajemnych planach.
Gdy więc z  inicjatywy Ewy organizowany jest wakacyjny wyjazd do Barcelony, gdzie w  najsłynniejszej katalońskiej szkole, pod okiem najwybitniejszych tancerzy prowadzone będą zajęcia – Marta nie waha się ani chwili. W wyjeździe tym upatruje bowiem dla siebie szansy. Nie wie jednak, że Paco oddał swoje serce już komuś innemu i zrobi wszystko, by ich uczucie przypieczętowane zostało wspólną przyszłością.

Mimo że o lecie dawno już zapomniałam, ta książka wprowadziła mnie  w  iście wakacyjny nastrój – magiczny klimat hiszpańskich miast, rytmy flamenco, gorące romanse przeciwstawione monotonii i rutynie zdziałały cuda: oto poczułam się jak na zagranicznym wyjeździe, podczas którego wszystko jest możliwe.
                                                                                                               
Kann skonstruowała sprawny romans obyczajowy, ale do swej książki wplotła także wiele fragmentów, dotyczących kultury i historii Barcelony – podane w  skondensowanej formie, nierzadko rozszerzane w  przypisach informacje na temat rodzajów kroków flamenco czy krótki zarys dziejów katedry Sagrada Familia oraz jej genialnego twórcy – Antonia Gaudiego – to jedyne wyimek ciekawostek, które sprawnie zostały wkomponowane w – zdawałoby się – błahą opowieść miłosną, nabierającą dzięki tym ustępom wyjątkowego kolorytu i zachęcającą do dalszego zgłębiania tematu.
Polecam tę opowieść mimo jej dość gorzkiego końcowego wydźwięku – po cichu liczę na kontynuację, która zadałaby kłam wielu moim domysłom i zniwelowała uczucie twardego zderzenia z  rzeczywistością.

piątek, 13 czerwca 2014

Zacznijmy od nowa - Abbi Glines


Tytuł: Zacznijmy od nowa
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 9788376422930
Ilość stron: 320
Cena: 34,90

Zacznijmy od nowa to trzeci tom serii poświęconej rozwijającej się miłości Blaire i Rusha. Ich przejścia z dwu poprzednich tomów przypominały mi zabawy dwójki niedojrzałych nastolatków, którzy nie do końca wiedzą co zrobić ze swoim życiem, więc co rusz się na siebie obrażają, godzą, rozstają, znowu godzą, co chwila uprawiają seks i chyba tak naprawdę nie do końca dorośli do tego, by wejść w porządny związek. A „niestety” dziewczyna zachodzi w ciążę, rozrywkowy chłopak przeistacza się w opiekuńczego, zaborczego i statecznego ojca rodziny, dążąc do szybkiego ślubu i – miałam wrażenie – pozyskania ukochanej na własność i do tego z gwarancją.
Tom ten skupia się na ostatnich chwilach przed ślubem i narodzinami dziecka. Czas, który dla pary zakochanych w sobie młodych ludzi powinien być wyjątkowy i spokojny, w wypadku Blaire i Rusha jest taki jak zwykle: pełen negatywnych emocji, stresu, kłopotów rodzinnych. Bohater po raz kolejny musi podjąć próbę uporządkowania swoich relacji z chorą siostrą, odrzucaną przez ojca. I jeśli chodzi o fabułę, to właściwie jej główna linia na tym się kończy. Autorka wprowadza kilka wątków pobocznych, urozmaicających wałkowany już po raz trzeci schemat walk na linii Rush-Nan i jednocześnie komplikujących i tak już zagmatwane drzewo genealogiczne bohaterów. Jeśli powstanie czwarta część, dobrym posunięciem byłoby dołączenie do tekstu rozrysowanego rysu rodziny, bo w tym chaosie można się zagubić.
Glines wierna jest stylowi narracji zaproponowanemu już w pierwszej części – jest niezobowiązujący, lekki, bez zbędnej metaforyzacji, bez poetyzacji, pełen wyrażeń z rejestru potocznego, obfitujący w dynamiczne dialogi i krótkie zdania: taki, który sprzyja lekturze ekspresowej i bezrefleksyjnej.
Bohaterowie nie ulegli znaczącej przemianie od zakończenia tomu poprzedniego – Nan jest wciąż jednakowo irytująca, Rush beznadziejnie dla niej wyrozumiały, a Blaire tradycyjnie cierpliwa do czasu, aż po raz kolejny pakuje swój dobytek i ucieka. Choć zawirowań nie brakuje, tom ten nie jest już tak intensywny jak poprzednie, a przez to chyba bardziej realistyczny, choć jednocześnie mniej porywający. Bo tak – książki Glines mimo częstego odrealnienia, są jednocześnie tekstami wciągającymi.
Kolejny tom perypetii Blaire i Rusha, a w ich mentalności nadal nic się nie zmienia. Wszechobecne „o fuck”, „jestem mokra” i seks uprawiany w każdym miejscu, o każdej porze, bez względu na ludzi, którzy ewentualnie mogliby stać się jego świadkami czy słuchaczami, bo przecież po co komu intymność. Gdyby nie te wstawki, książka ta byłaby dobra, niestety nagminne wtrącenia tego typu coraz silniej mnie męczą i sprawiają, że bezwiednie przewracam oczami, prycham i okropnie się zżymam na niedopasowanie stylistyczne i wyczuwalne zgrzyty. Glines stara się podobnymi wtrąceniami odpowiadać na, w jej mniemaniu, zapotrzebowania czytelnicze młodzieży. Niech tak będzie, ale po co w takim razie cała reszta utrzymywana jest w nieco innym tonie? Nie sposób nie podkreślić kolejny raz uderzającego podobieństwa do E.L. James i jej „wewnętrznej bogini”. Tutaj mamy zewnętrze „o fuck, Rush”.
Taka kultura i język, jacy odbiorcy (tacy odbiorcy jaka kultura?).

Poprzednie tomy:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/o-krok-za-daleko-abbi-glines.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/01/sprobujmy-jeszcze-raz-abbi-glines.html



piątek, 28 lutego 2014

Zakochany Kafka – Jaqueline Raoul-Duval


Tytuł: Zakochany Kafka
Autor: Jaqueline Raoul-Duval
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 9788376422237

Ilość stron: 304
Cena: 39,90 zł


Franz Kafka zawsze zdawał mi się postacią interesującą – jego powieści zbudowały w mojej głowie obraz człowieka-absurdu, którego codzienność musiała być nietuzinkowa, przynaglająca go do tworzenia tekstów nie przez wszystkich należycie docenianych.
Inna rzecz – wysoko cenię sobie wszelakie opowieści o miłościach pisarzy – są one dla mnie niejako kluczem do wejrzenia w duszę tego, kto pisze tak a nie inaczej, kto z jakichś przyczyn realizuje w swych tekstach temat zakochania w sposób zindywidualizowany i mocno charakterystyczny. Nierzadko zastanawia mnie ile w fikcji literackiej odbicia życia, ile zniekształceń i zakrzywień. Nie ukrywam, że lubię, gdy powieści mające w tytule Zakochany…(wstaw nazwisko odpowiedniego pisarza) pisane są z wykorzystaniem sztafażu romansowo-obyczajowego, ukazując nie tylko suche fakty, ale także realizując je w sposób wciągający dla czytelnika.

Zakochany Kafka sugerował wszystkie te elementy: romantyczna, pastelowa okładka, wskazanie ważnej roli listów, pewna sugestia „powieści o…”, a nie notki encyklopedycznej czy też pracy badawczej, wtrącającej dialogi bardziej w formie cytatu, niż z chęci zwrócenia uwagi na relacje łączące bohaterów.
Książka ta to prawdziwe siedlisko rozmów – często urywanych, krótkich, rzeczowych zdań, które zwłaszcza w pierwszej części przywodzą na myśl dialogi sceniczne dwójki nowo poznanych osób: jedno pytanie nie wynika z drugiego, dialogi nie są płynne, stanowią raczej świadectwo próby zachłyśnięcia się drugą osobą, gestem nieporadnym, życzeniowym i choć do pewnego momentu atrakcyjnym, później – denerwującym.

Brnąc przez pierwsze sto stron miałam wrażenie, że to jedynie szkic przyszłej książki – kontury, zarysy wymiany myśli i wstępna fabuła.
Blurb sugeruje, że książka ta będzie miała charakter powieści biograficznej: i rzeczywiście, kilka ustępów językowo i konstrukcyjnie przypomina powieść, kilka zaś notkę biograficzną zaczerpniętą ze słownika encyklopedycznego, mającą ewidentnie dokumentarny charakter, nie zaś jak chyba chciała autorka, zbeletryzowany.
Moje oczekiwania rozminęły się z tym co zastałam – spodziewałam się tekstu o wiele silniej podporządkowanego regułom powieści, nosiłam się z nadzieją na wciągającą, pełną pasji opowieść o czterech miłosnych obsesjach Kafki, dostałam zaś niemalże podręcznikową relację jego związków, z dodaniem odpowiednich cytatów zaczerpniętych z listów i dzienników.
Wiele ustępów jest zupełnie zbędnych: miały chyba wprowadzić nutkę kontrowersji, jednak realnie niczemu nie służą, raczej zniesmaczają niż wzbudzają ciekawość: jak na przykład wyimek o masturbacjach Kafki na myśl o jednej z panien – po co mi to było wiedzieć?

Tym, co jest plusem, to rzetelne uporządkowanie. W książce zostały wydzielone cztery części, z których każda podejmuje temat kolejnej miłości Kafki. Są zatem:

- Felicja – uczucie chyba najdłuższe i najbardziej chaotyczne: stanowiące raczej miłość listową, przerywaną kilkoma wybitnie nieudanymi spotkaniami. Franz i Felice miotają się, nie są pewni swoich uczuć, zaręczają się i zrywają zaręczyny, raz się wzajemnie zniechęcają, innym razem błagają o jakikolwiek przejaw uczucia, zupełnie nie wiedzą czego chcą, ich pragnienia ciągle się rozmijają, w niczym się nie zgadzają. Felice Kafki nie docenia – mimo że czyta wiele, jego teksty zbywa milczeniem, nie komentuje, czym jawnie daje mu znać, że ich nie aprobuje.
W „czasie Felicji” Franz wikła się uczuciowo także z Gerti i Gretą – są to jednak krótkie, platoniczne, peryferyjne relacje, bez większego znaczenia.
-  Julia – kolejna kobieta, z którą Kafka się zaręcza, ostentacyjnie wyrażając bunt przeciwko pogardzie rodziny, jaką wobec niego i niej (córki szewca) żywili.
- Milena – przy niej Franz z niezwykłą intensywnością uświadamia sobie, że rządzi nim obsesja tego, że nie podoła żadnemu związkowi – to ona jest przyczyną rozpadu każdego z nich. Zwierza się Kafka tutaj ze swojego pierwszego seksualnego doświadczenia, które na zawsze zdeterminowało jego późniejsze decyzje.
 - Dora – kobieta, z którą los zetknął go, gdy był już bardzo schorowany. To chyba jedyny z jego związków, który miał realna szansę przetrwania, oparty był bowiem na prawdziwej miłości, służbie drugiemu, bezinteresownej pomocy i wspólnocie dusz.
Gdy jest toczony chorobą, zaczyna pragnąć żyć: z nią, przy niej, dla niej.

Największym plusem książki jest… wydanie. Staranne, na doskonałej jakości papierze, z naprawdę piękną okładką. Niestety, największym zarzutem wobec treści jest jej wtórność i brak pasji, której oczekiwałabym przy wczytywaniu się w relacje miłosne. Książka ta zdaje się jedynie opracowaniem listów na potrzeby jakiejś pracy, opracowaniem jednak tak słabym, że o wiele większym pożytkiem byłoby skierowanie ku źródłom i odczytanie bezpośrednio dzienników i epistolarnych tekstów Kafki, które przynajmniej nie oszukiwałyby formą i nie pretendowałyby do miana powieści.
Jest wydanie to świadectwem uczuciowego życia geniusza o niezwykle skomplikowanej osobowości: zmiennej, skłonnej do autodestrukcji, nieznośnej, wybuchowej, niezrównoważonej, mam jednak wrażenie, że to zapis wybiórczy, nie ukazujący całości złożonej postaci jaką niewątpliwie był Kafka. Z pewnością sięgnę do Dzienników – mam wrażenie, że one, paradoksalnie, pozwolą mi lepiej zapoznać się z tym, co tutaj zostało potraktowane w mojej opinii po macoszemu.

środa, 8 stycznia 2014

Spróbujmy jeszcze raz – Abbi Glines


Tytuł: Spróbujmy jeszcze raz
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 978-83-7642-229-9
Ilość stron: 336
Cena: 34,90 zł



Pierwsza część historii opowiedzianej przez Abbi Glines zrodziła we mnie mieszane uczucia, przybrała bowiem charakter skamienieliny lub mumii – odgrzewała znane schematy, ścierała makijaż nowatorstwa w zamian za całkowite oddanie się we władanie rozwiązań, które ostatnimi czasy nabrały mocy marketingowej i sprzedają się najlepiej. Autorka skupiła się na sferze emocjonalnej bohaterów, nie kusząc się nawet o głębsze penetrowanie ich psychiki – zatrzymała się na całkowicie podstawowych instynktach, pierwotnych emocjach i towarzyszącym im emocjach.

Po krótkim, choć namiętnym związku i równie spektakularnym rozstaniu, Blaire postanowiła wrócić do rodzinnego miasta, by tam uporać się z (pół)prawdą, którą właśnie poznała.
Zamiast jednak znaleźć należne jej ukojenie, w jej życiu pojawia się ktoś, kto nie pozwala przestać jej myśleć o Rushu i kto na zawsze splata ich losy.
Mimo zranienia, dziewczyna ciągle myśli o ukochanym, z którym wie, że nie ma szans na związek. Staje przed trudnymi decyzjami, od których zależy jej dalsze życie.

O ile w pierwszym tomie swoim zachowaniem irytowali mnie przede wszystkim głowni bohaterowie, o tyle teraz moja szczególna uwaga zwróciła się w kierunku Caina,  byłego chłopaka Blaire, który swoją żałosną nachalnością doprowadzał mnie do wrzenia. Urzeczywistnił on tak znany profil człowieka, który za wszelką cenę chce odwrócić niedawne rozstanie, siląc się na coraz bardziej upokarzające zachowanie i deklaracje – choć to częsty przypadek działań, które są niejako bezwarunkowe, toczą się poza człowiekiem, który gdy tylko ochłonie zaczyna ich żałować – i tak miałam ochotę Caina spoliczkować. Rzadko spotyka się aż tak irytujące postaci.

Tym, co jeszcze drażniło, to wulgarne wtrącenia podczas scen erotycznych – zabieg znany już z tomu pierwszego. Choć w normalnych warunkach bohaterowie wypowiadali się z pominięciem przekleństw, gdy tylko znajdowali się w łóżku, z ich ust natychmiast zaczęła spływać cała lista obelżywości, z subtelnym „fuck” na czele. Rola tego słowa jest tu niebagatelna – przypomina mi kultowego już św. Barnabę E.L. James, wtrącanego wszędzie gdzie tylko zaistniała taka możliwość, jednak zupełnie zbędnie, bez jakiegokolwiek umotywowania. Wtrącenia te całkowicie wybijały z rytmu, niczemu nie służyły, chyba że miały pełnić rolę wewnątrztekstowych rozpraszaczy i świadectwa płytkości. Ordynarne wtrącenia zupełnie nie przystawały do reszty wypowiedzi, choć niewątpliwie w jakiś sposób korespondowały z coraz liczniejszymi i śmielszymi scenami łóżkowymi.
Oto z powieści obyczajowej o zabarwieniu romansowym, zrobił nam się erotyk dla młodzieży, tak jednak słaby, że niektóre sceny zamiast ekscytować uchodziły za niesmaczne.
U Glines łożko= nagłe uprzedmiotowienie, pojawianie się słownictwa opisującego szczegóły anatomiczne w sposób daleki od naukowego, wtrącenie określeń nieprzyzwoitych, niestosownych i zupełnie niekorespondujących z językiem występującym w pozostałych scenach. Bohaterowie już nie unoszą się na skrzydłach miłości, lecz nagle stają się wulgarni w nazywaniu tego, co z powodzeniem mogli tytułować zgodnie z dotychczasowymi zasadami. Brakuje tutaj pewnej dyskrecji, niedopowiedzeń, raczeni jesteśmy za to ogromem scen przywołujących na myśl tanią pornografię, opisów poniżej krytyki w tego typu książce, która zupełnie nie zapowiadała podobnych rozwiązań. Daleka jestem od fałszywej pruderyjności, ale wiele scen odrzucało mnie i budziło absmak. Gdyby był to inny typ ksiązki, a całość utrzymana w podobnej stylistyce – nie byłoby problemu. W oczy jednak rzucają się nagłe zmiany poetyki, już nie tyle ze sobą kontrastujące, ile zupełnie nie współbrzmiące.

Przez to, w moim odczuciu, zatraca się główny wątek: historii o docieraniu się, dojrzewaniu do związku, uczeniu się prawidłowych zachowań, ale też o próbie dokonania trudnego wyboru między miłością do dwu kobiet, które nie są w stanie znieść swojej obecności, przez kłamstwa, którymi były karmione przez lata.
Glines stworzyła kronikę wzlotów i upadków, w której bohaterowie miotają się, nie są zdolni do podjęcia ostatecznych decyzji, wciąż kurczowo trzymając się podstawowych emocji.
Jak rozwiąże się ich sytuacja?
Przeczytajcie jeśli nie straszne Wam językowe potworki.


Recenzja poprzedniego tomu:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/o-krok-za-daleko-abbi-glines.html



piątek, 20 grudnia 2013

Poradnik. Perfekcyjna pani domu – Małgorzata Rozenek


Tytuł: Poradnik. Perfekcyjna pani domu.
Autor: Małgorzata Rozenek
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 978-83-7642-233-6
Ilość stron: 272
Cena: 49,90 zł
Perfekcyjna pani domu zawojowała świat i (nie tylko) polskie domy. Już brytyjska wersja z Antheą Turner w roli głównej prowodyrki zmian, przyciągała przez telewizory rzesze odbiorców, pań domu, gospodyń w tym kobiet dwu kategorii: albo uwielbiających sprzątanie oraz dbanie o swoje otoczenie i program traktujących jako inspirację do kolejnych działań, których dotąd nie wykorzystywały, albo tych, które z opieką nad domem są na bakier i zupełnie nie potrafią opanować chaosu w nim narastającego.

Polska perfekcyjna pani domu stała się odpowiedzią na ich problemy – ze względu na poczucie bliskości, a nawet w pewnym stopniu familiarności. Weszła do domów i zmieniła ich oblicza, często pomagając zrozpaczonym kobietom, nie dającym sobie  rady z podstawowymi czynnościami.
Małgorzata Rozenek stała się dla wielu wzorem kobiety idealnej – potrafiącej zatroszczyć się o dom w sposób idealny. Nie dość, że sprząta, to jeszcze gotuje, opiekuje się nad dziećmi, udziela setek wartościowych porad, potrafi zadbać o wystrój i harmonię, a wszystko to po to, by dom stał się przestrzenią ciepła i bezpieczeństwa.


Na potrzeby telewizji wszystko to dzieje się oczywiście w białych rękawiczkach i idealnie skrojonych ubraniach – która z pań domu zabiera się za szorowanie podłóg w nowym kostiumiku i z idealnym makijażem? Ta hiperbolizacja ma jednak jeden zasadniczy cel – pokazanie, że wszystko może być perfekcyjne, że dbanie o dom nie oznacza zaprzestania dbania o siebie, że obowiązki to nie konieczność rezygnacji z walki o swoje dobro, że perfekcja kryje się w znalezieniu złotego środka i tak źle kojarzącej się wszystkim rutynie i systematyczności, wcale nie zaś poświęcaniu kilkunastu godzin dziennie na uporanie się z najmniejszym pyłkiem, gromadzącym się w najdalszym kącie.



Poradnik. Perfekcyjna pani domu, to tak naprawdę przeniesienie porad udzielonych na wizji na karty książki – medium trwalsze, które zawsze możemy mieć pod ręką i w każdej chwili wrócić do porad, które nie zdążyły się jeszcze utrwalić. Główną zaletą i tym, co wabi do publikacji są oczywiście piękne ilustracje, na których kolejne prezentowane pomieszczenia lśnią czystością, bielą, nieskazitelnością, a sama Rozenek prezentuje się oczywiście… perfekcyjnie.

Dla osób, które nie oglądały dotąd programu, będą to być może informacje nowe, dla pozostałych – przypomnienie tego, co znane. W publikacji tej autorka proponuje prosty podział obowiązków domowych na te wykonywane codziennie, co tydzień, co miesiąc i sezonowo. Pomaga stworzyć plan na siebie i swój dom, odgruzować i zagospodarować przestrzeń. Podsuwa pomysły na najlepsze pozbywanie się plam, zabrudzeń, odświeżanie i tak dalej, i tym podobne. Do swoich rozważań dołącza mały niezbędnik i słowniczek najbardziej potrzebnych i najbardziej przydatnych w codziennych pracach pomocy. Przygląda się każdemu punktowi mieszkania, poczynając od przedpokoju – wizytówki domu – i kończąc na tarasie. Radzi jak urządzić domową biblioteczkę, jak czyścić biżuterię, jak nauczyć dzieci sprzątać, jak zorganizować domowe przyjęcie, jak być perfekcyjną w każdym detalu.
Przyjemnie czyta się te wszystkie rady, gdy na stronie obok oko cieszy wizualizacja przestrzeni idealnej i lśniącej czystością. Trochę to motywuje, trochę zaś powoduje rozmarzenie, na pewno jednak pokazuje jaki ma być efekt końcowy naszych prac.



Dla kogo jest to książka? Dla fanek perfekcyjnej pani domu, dla gospodyń stawiających sobie za cel, bycie idealnym i wciąż szukającymi na to sposobu, ale też dla obozu przeciwnego – tego, który dopiero musi w sobie odkryć chęć zmian. Być może publikacja ta stanie się taką motywacją.
 





wtorek, 12 listopada 2013

O krok za daleko - Abbi Glines


Tytuł: O krok za daleko
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 9788376421780
Ilość stron: 304
Cena: 34,90 zł



Rush i Blair to młodzi ludzie, w pokrętny sposób spowinowaceni. Spotykają się oni, gdy dziewczyna po śmierci matki i przez wzgląd na swoją kiepską sytuację finansową, postanawia na kilka dni poszukać pomocy u ojca, który zostawił ją i mamę pięć lat wcześniej. Przybywając do jego domu, dowiaduje się, że ten wyjechał, pozostawiając w posiadłości jedynie Rusha – syna swojej żony. Ten przystojny mężczyzna robi na Blair ogromne wrażenie, jednak jego zachowanie sprawia, że bohaterka z coraz większą intensywnością zaczyna czuć się w jego domu jak intruz. By móc jak najszybciej stanąć o własnych nogach, rozpoczyna pracę w klubie golfowym, co przynosi jej niespodziewanie wysokie zarobki. Tam też poznaje gros mężczyzn, gotowych na flirt i wiele więcej. Niespodziewanie dla niej samej, Rush wielokrotnie wścieka się za jej kontakty, z którymkolwiek z klientów i zaczyna się wobec niej dziwnie zachowywać, sprawiając, że Blair zaczyna drżeć ze strachu o utratę miejsca do spania. Prędko okazuje się jednak, że jego osobliwe postępowanie ma zupełnie inne źródło…

Przewracając kilka pierwszych stron książki O krok za daleko Abbi Glines, nie sposób było mi się uwolnić od skojarzeń z trylogią E.L. James. Bohaterom nadane zostały podobne rysy, a sposób ich przedstawienia padł niedaleko od tego, którym, jak się wydaje, inspirowała się autorka.
Rush to zaborczy, nieco tyraniczny, wybuchowy, nieprzyzwoicie bogaty i bachiczny młody mężczyzna, z obsesją na punkcie seksu z kobietami na jedną noc, z, jak się zdaje, mroczną przeszłością, przed którą chce chronić Blair, i której nie chce zdradzić. Niemalże każdego wieczoru jego okazały dom wypełniony zostaje gwarem i rwetesem, spowodowanym kolejnymi imprezami. Zakochuje się on, co nigdy dotąd mu się nie zdarzyło, w dziewczynie zupełnie nieprzystającej do tych, z którymi na co dzień się spotyka. Pała namiętnością do osoby niewinnej, którą pragnie chronić przed sobą samym, świadomy swoich upodobań i zachowań, a także historii rodzinnej.
Ona z kolei, mimo wiedzy o ilości jego seksualnych partnerek, nie może mu się oprzeć, sama prowokując następujące wydarzenia. Ich fascynacja przeradza się w związek niemożliwy do spełnienia, a mimo to oboje brną w niego dalej: na przekór różnicom. Schemat bardzo znany, mocno rozbuchany i napompowany po fali popularności Pięćdziesięciu twarzy Greya, podany w podobny sposób, choć otoczony ciut inną historią.
Książka ta równie silnie koncentruje się na scenach erotycznych, mnogości orgazmów od pierwszego razu i niedyskrecjach łóżkowych, które wcale nie ekscytują tak, jak chyba powinny.
O krok za daleko, to swoiste preludium do dalszej historii pary, którą oprócz spowinowacenia, połączyła nagła i nieokiełzana namiętność, której ci z łatwością i lubością się poddali. Czyta się jak niebywale szybko, właśnie z powodu skróconego do minimum zaplecza fabularnego, a wysunięcia na plan pierwszy sfery emocjonalnej bohaterów. To książka tyleż ciekawa, co wtórna. Jej czytanie jest jak przeżuwanie i wypluwanie raz przeżutych kawałków, które jednak może  - i robi to – sprawiać czytelniczą przyjemność. Jest to jednak uciecha jedynie chwilowa, bezrefleksyjna. O krok za daleko to ludyczna powieść, mająca zabawić tłumy spragnione wytchnienia, a nie kolejnego pretekstu do rozmyślań.
Takich lektur każdy od czasu potrzebuje, toteż z ciekawością prześlędzę dalsze losy tej nietuzinkowej pary. W sam raz na jesienną chandrę i chwilę zapomnienia.

piątek, 11 października 2013

Nie mów nic, kocham Cię – Mhairi McFarlane


Tytuł: Nie mów nic, kocham Cię
Autor: Mhairi McFarlane
Wydawnictwo: Pascal
ISBN:
9788376422169
Ilość stron: 464
Cena: 39,90 zł


Nad tym czy istnieje przyjaźń między mężczyzną a kobietą, ludzie głowią się od lat.
Ich myśli zaprzątają teorie dotyczące tego, jak dwójka ludzi, dzieląca się ze sobą najintymniejszymi myślami i przeżyciami może pozostać spleciona jedynie niewidzialną nicią przyjaźni, pozbawioną jakiegokolwiek zabarwienia miłosnego. Nieliczni twierdzą, że taka relacja jest możliwa, jednak nawet Ci w większości przyznają, że u podstaw takiego związku zawsze leży uczucie chociażby jednej ze stron – najczęściej niespełnione i tłumione lub wypowiedziane, lecz wciąż nieodwzajemnione. Wiele takich znajomych par decyduje się na dalszą relację, która często potrafi przetrwać największe burze: wymaga jednak wiele samozaparcia i pewnie wiele nieuniknionego bólu, chociażby na początku, kiedy to miłość wciąż nie została przekuta w przyjaźń. W innych wypadkach zaczyna się od przyjaźni, która przez lata przeradza się w intensywne uczucie, do którego żadna ze stron nie chce się przyznać w obawie przed utratą relacji w ich oczach cenniejszej, jaką jest przyjaźń.

Podobnie rzecz miała się z bohaterami powieści Mhairi McFarlane. Rachel i Bena połączyły studia. To na nich stworzyli zespół dwójki nierozłącznych ludzi, zawsze stawających w swojej obronie. Ona, z niepokojem o jego przyszłość obserwowała jego kolejne krótkotrwałe związki ze szkolnymi pięknościami, on cieszył się, że ona ma Rhysa. Gdy pewnego dnia Rachel rozstaje się z chłopakiem, między nią a Benem dochodzi do sytuacji, której żadne z nich nie oczekiwało. Niestety, oboje nie potrafili uwierzyć w to, co się zdarzyło i na skutek swoich błędnych przekonań zniknęli sobie z oczu na dziesięć długich lat.
Ona w tym czasie zdążyła wrócić do Rhysa, zaręczyć się z nim, planować ślub i zerwać ten trzynastoletni już związek, on z kolei studiował prawo, ożenił się i teraz wrócił do Manchesteru.

Oboje stają na rozdrożu, a ich spotkanie po latach stanie się przyczyną ciągu wydarzeń, które musiały mieć miejsce, bez względu na okoliczności.
Trzydziestolatkowi stają oko w oko z niespełnioną miłością sprzed lat, niepewni własnych słów i zachowań.

McFarlane stworzyła ciepłą opowieść o uczuciu zdolnym przetrwać lata. Swoim bohaterom dała drugą szansę na odnowienie bliskiej relacji, pokazując tym samym jak wiele jest w stanie przetrwać prawdziwie silna więź. 
Stawia Rachel i Bena w sytuacji, w której oboje muszą zadać sobie pytanie czy przyjaźń z wielką, niespełnioną miłością jest w ogóle możliwa. Zwłaszcza, że każde z nich znajduje się na etapie, gdy poszukuje ciepła i bliskości drugiej osoby, które łatwo pomylić z prawdziwym uczuciem.

Z książką tą miałam pewien problem: początkowe kilkadziesiąt stron dłużyło mi się w nieskończoność, przez ich przeciętność – po wielu zachwytach innych czytelników, oczekiwałam czegoś powalającego na kolana, podczas gdy otrzymałam zwykłą opowieść, niezapowiadającą żadnych przełomowych wydarzeń. Szybko jednak okazało się, że autorka potrafi sobie owinąć czytelnika wokół palca: w mojej głowie kotłowały się setki myśli, próbowałam rozgryźć głównych bohaterów, zrozumieć ich motywacje, wyobrazić sobie jak potoczą się ich losy, z kim się zwiążą, jakie będzie to miało konsekwencje dla dalszych wydarzeń.
Wprowadzenie do opowieści wątku ich relacji zawodowych było bardzo dobrym posunięciem, bowiem fragmenty traktujące o pracy pozwalały na chwilę odpoczynku od intensywnej chemii wyraźnie łączącej Rachel i Bena. Ostatnie kilkadziesiąt stron trzymało mnie w napięciu. Chociaż już wtedy wiedziałam jak to wszystko się skończy, było mi żal straconych szans i złudzeń.
Współcierpiałam z bohaterami, stawiałam się na ich miejscu, wielokrotnie próbowałam szukać własnego rozwiązania sytuacji.
Książki McFarlane nie można nazwać cukierkowatą ani uroczą. Jest zabawna, romantyczna, jest ciepła, przywraca wiarę w siłę prawdziwej miłości i przyjaźni, a jednocześnie kipi od jakiegoś niewypowiedzianego smutku, bada spóźnione relacje, pokazuje jakie konsekwencje niesie brak odwagi i wiary w siebie oraz przyszłość.
To swoisty chick-lit, ale w wersji mniej słodkiej niż znane mi do tej pory – szczegółów nie zdradzę, by nie psuć zabawy kolejnym czytelnikom.
Zapraszam do lektury. Zwłaszcza jeśli stoicie właśnie na rozdrożu.


PS Okładka jest piękna!

środa, 25 września 2013

Kupa gównianej wiedzy. Ze skatologią za pan brat.


Tytuł: Kupa wiedzy. Książka do toalety opływająca w mądrości
Autor: Paul Kleinmann
Wydawnictwo: Pascal
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788376420752
Ilość stron: 352
Cena: 39,90 zł



Kupa wiedzy Paula Kleinmanna miała być w zamyśle, wedle wielce znaczącego podtytułu, książką dla czytających w toalecie. W jej wnętrzu znaleźć miały się białe plamy historii, twarda matematyka, ustępy o językach obcych, lekkostrawne fakty naukowe i tym podobne.
Chwytliwy tytuł, znaczące podteksty, naprawdę przykuwające wzrok wydanie – to wszystko miało zapewnić sukces.
Jak się jednak okazuje, nawet w czasach, gdy często sięgamy po prawdziwe odpady kultury, swoistą literacką i pseudoliteracką biegunkę, nie wystarczy wykorzystanie skatologicznych, nośnych porównań, by uzyskać marketingowy sukces.
Za formą, powinna kryć się treść, dobrze, gdyby była wartościowa. Powinna, a nie kryje się.
Nie ukrywajmy, wielu z nas, udając się tam, gdzie król chodzi piechotą, wyposaża się w krzyżówki, interesujące artykuły czy też książki z serii „czy wiesz, że…”.W toaletach piętrzą się stosy czasopism, bo to właśnie tutaj skupiamy się najbardziej [szybko się uczę:)]. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniom konsumenta, Paul Kleinmann wystosował do czytelnika publikację, mającą być jedyną prawidłową lekturą na czas czterdziestu toaletowych posiedzeń. To dzięki niej, mieliśmy czas spędzony w odosobnieniu przekuć w konkretną wiedzę, ujawniającą się w ciekawostkach, którymi moglibyśmy po takowych lekcjach sypać jak z rękawa. W zamyśle autora było więc połączenie przyjemnego z pożytecznym [lub odwrotnie, jak kto woli, w upodobania nie wnikam:)]. Z żelazną konsekwencją twórca zachęca nas do odbycia edukacyjnej podróży na tronie w świątyni dumania, prosi, by samemu sobie dogodzić wiedzą w wygódce, proponuje, by okupować terytoria wiedzy, propaguje upodobnienia się do papieru toaletowego, chłonącego i rozwijającego się [sic!].
Co kryje się za tymi poniekąd zabawnymi, choć średnio apetycznymi zachętami?
Otóż nic. Zawiodłam się i to srogo. Zamiast konkretnej wiedzy, otrzymałam strzępki informacji, które miały służyć nie wiem czemu. Szczerze wątpię, by ktokolwiek w tym kraju nie wiedział czym jest kropka i wymagał tłumaczenia sobie tego w sposób tak uwłaczający inteligencji, że aż opadły mi ręce podczas lektury. Pozwolę sobie zacytować [być może ktoś z Was, drodzy czytający, nigdy z kropką się do tej pory nie zetknął, proszę więc być czujnym!]:  kropka – znak ten stosuje się przede wszystkim na końcu zdania lub równoważnika zdania, aby zaznaczyć jego zakończenie. Kropka ma jednak wiele innych zastosowań. Pojawia się np. po skrócie wyrazu, jeżeli tworząc ten skrót, odrzucamy końcową część skracanego wyrazu (…).[i]

Jak widać, autor nie odkrył kolejnej Ameryki, stworzył raczej coś-nic dla osób, które nie mogą wejść do Media Marktu. Być może, publikacja ta zdałaby egzamin, gdyby jej grupą docelową były małe dzieci, stawiające pierwsze edukacyjne kroki. Niestety tak nie jest.
Nie mogę być jednak aż tak surowa: kilka wiadomości rzeczywiście było mi dotąd nieznanych, dość ciekawych, a jednak w świetle tego, co je otacza, straciły swoją moc oddziaływania. Zgubiły się w tłumie informacji niekoniecznych, śmiesznych, iluzorycznie mających mieć jakieś znaczenie. Naprawdę, naprawdę, głęboko przeciętna publikacja, której zakup raczej bym odradzała. Chcesz przeczytać – wypożycz.
Zapomniałabym dodać, że każdy z rodziałów, przeznaczonych na jedno posiedzenie, zakończony jest testem. Tak więc strzeżcie się Ci, którzy nie zdajecie sobie sprawy czym jest myślnik, lękajcie się niedoświadczeni. Oto Paul Kleinmann Was oświeci.
W myśl poetyki przyjętej przez twórcę, mogę podsumować w jedyny poprawny, choć wulgarny sposób: do du….



[i] Kupa wiedzy, Paul Kleinmann, Bielsko-Biała, s.3.