Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

Na szczęście mleko – Neil Gaiman


Tytuł: Na szczęście mleko
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: Galeria Książki
ISBN: 9788364297090
Ilość stron: 160

Neil Gaiman dotąd znany był mi z tekstów takich jak, Koralina, Nigdziebądź, Amerykańscy bogowie, Ocean na końcu drogi.
Na szczęście mleko to pisana z myślą o dzieciach i młodzieży książeczka, utrzymana w podobnej konwencji, co teksty dla dorosłego czytelnika.
Oto mama dwójki dzieci wyjeżdża na konferencję, podczas której głosić będzie referat o jaszczurach. W tym czasie opiekę nad pociechami sprawować ma ich tata, który został dokładnie poinstruowany o tym, co należy zrobić pod jej nieobecność. Na szycie listy znajdował się zakup mleka, z czym tato niestety zwlekał. Gdy rano okazuje się, że dzieci nie mają z czym zjeść płatków śniadaniowych, mężczyzna udaje się na misję w celu pozyskania nieobecnego produktu.
Jego wyjście do sklepu bardzo się jednak przedłużało. Tak bardzo, że rodzeństwo zdążyło już czytać książki, bawić się dinozaurami, leżeć nogami do góry, rysować, grać w ping-ponga, korzystać z komputera i tak dalej, i tym podobne.
Gdy tato w końcu wrócił, na dzieci czekała niesłychana historia. Mężczyzna twierdzi bowiem, że został uprowadzony przez kosmitów, a to było jedynie początkiem jego niewiarygodnych przygód. Heroicznie walczył o mleko z bogami dżungli, niebiańskim potworem, piratami, wumpirami, policją galaktyczną [a tutaj sędzia Rexx, funkcjonariusz Pterry, sierżant Diplo, agent Anyklo i inni przedstawiciele dinozaurów].
Podczas owej potyczki rzucany był z miejsca na miejsce: podróżował w czasie, kilka razy otarł się o śmierć, musiał wykazać się niebywałą wprost odwagą i pomysłowością.

Opowieści jego słuchały dzieci z zainteresowaniem, ale i niedowierzaniem. Miały bowiem pewne prawo sądzić, że wszystko to jest jedynie wytworem wybujałej fantazji ojca. Dlaczego? Tego już nie zdradzę…:)

Gaiman tworząc opowieść o podróżach w czasie, dinozaurach, antycznych bogach i innych barwnych postaciach, zakończył najlepszy w swojej twórczej karierze rok wydawniczy.

Jego książka bawi i zaciekawia. Choć czytając, wiemy, że to, co dzieje się na kartach książki jest jedynie owocem pracy w laboratorium wyobraźni,  zostajemy wessani przez narrację tak intensywnie, że sami mamy wrażenie podróżowania w czasie.
Stajemy na szczycie buchającego wrzącą lawą wulkanu, toczymy potyczki z międzygalaktycznymi policjantami, umykamy przed żądnymi zagłady Ziemi kosmitami i ciągle, raz po raz, folgujemy rozbuchanej imaginacji.

Książkę wzbogacają utrzymane w tonacji czarno-białej ilustracje Chrisa Riddella, grafika, który – jak wspomina – „tworzy z natury”J  Jego projekty są bardzo sugestywne i przemawiające do wyobraźni. Bogate w szczegóły, portretują nawet charaktery i sposób zachowania opisywanych postaci. Moi ulubieni bohaterowie, to zdecydowanie nierozgarnięci piraci, których należało dopiero uczyć obyczajów, panujących na statku.
Świetna historia, za nic sobie mająca linearność i ciągłość.
Gdyby tak każdy z nas potrafił tłumaczyć się ze swoich spóźnień w podobny sposób, co tata dwójki rodzeństwa, oczekującej na mleo, żyłoby nam się o wiele ciekawiej.

Polecam!

piątek, 10 stycznia 2014

Zaskoczony radością – C.S.Lewis

Tytuł: Zaskoczony Radością
Autor: C.S.Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-61989-36-3
Ilość stron: 352
Cena: 34,90 zł


Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że Lewisa zdążyłam już bardzo dobrze poznać, on po raz kolejny udowadnia mi jak bardzo się mylę, sądząc, że wiem cokolwiek.

Urodziłem się zimą 1898 roku w Belfaście jako syn prawnika i córki pastora -  tymi słowami otwiera Lewis swoją autobiografię, którą woli, by traktowano jako opowieść o utracie wiary i powrocie do niej, nazywanym przez niego Radością.

Do tej pory żywiłam przekonanie (nie wiem skąd narosłe i utrwalone w mojej głowie), że ludzie genialni (a do nich niewątpliwie zalicza się Lewis) byli genialni od zawsze, a ich geniuszowi towarzyszyło lekkie przechodzenie przez codzienność – że życie rozpościerało przed nimi czerwony dywan, otwierało lampkę szampana, rzucało płatki róż pod nogi i z otwartymi ramionami pytało: „Co jeszcze mogę dla Ciebie zrobić?”

Okazuje się jednak, że nie: że geniusz często rodzi się w biedzie i bólach codzienności, mękach zmagania się z inteligencją przewyższającą tę u spotykanych ludzi.
Oto Lewis bierze nas za rękę i powolnym krokiem prowadzi przez całe swoje życie, w którym od najmłodszych lat widać było podwaliny późniejszego sukcesu. Fascynował się on od zawsze mitologią nordycką, później także celtycką i w mniejszym stopniu grecką.
Swoje wyobrażenia przelewał wraz bratem, w którym upatrywał początkowo jedynego godnego towarzysza intelektualnego, w wykreowaną przez siebie Krainę Zwierząt. Łączyli oni z Arturem swoje pasje – fascynacje zwierzętami, oddawaniem im głosu oraz Indiami, razem przemierzali światy niedostępne innym, stworzyli królestwo Boxen, którego kroniki Lewis skrupulatnie spisywał przez wiele lat, wspólnie chronili się przed surowością ojca przemienionego śmiercią ukochanej żony a ich matki

Życie Lewisa nie było sielanką, zapowiadającą późniejszy sukces – w szkole z internatem był prześladowany przez kolegów, wyraźnie odstawał od grupy, uciekając w ciszę, samotność, mając za swojego mistrza Wagnera, skrywający się za stronicami książek, zgromadzonych latami przez rodziców, a szczególności matkę, raczej wolący by mu nie przeszkadzano niż usilnie zabiegający o uwagę innych.. Zaskoczony Radością to świadectwo życia człowieka, który za nic miał przelatujące nad jego głową podczas I wojny światowej pociski, bo właśnie śledził zajmujące losy kolejnego fikcyjnego bohatera, oswajając wojnę i uśmierzając jej ból.

Jak się okazuje jego rodzina uważała, że nie nadaje się on do niczego innego jak tylko do pisania książek i wykładania na uniwersytecie – mówili to z drwiną, jakby taka przyszłość była najgorszą z możliwych.
Na swojej drodze spotkał jednak Lewis wielu dobrych ludzi, wierzących w jego wartość, w tym należących do dwu różnych kategorii: Pierwszego i Drugiego Przyjaciela. Pierwszy to, jak tłumaczy Lewis, nasze alter ego, człowiek podzielający zupełnie niespodziewanie wszystkie nasze najbardziej ukryte upodobania, z którym łączy nas idem sentire, zespolony z nami zupełnie naturalnie, jakby było to odwiecznym pragnieniem wszechświata. Drugi z kolei to anty ego. Czyta to samo co my, ale wyciąga inne wnioski, wszystko widzi pod zupełnie innym kątem, poddaje w wątpliwość wszelkie nasze przemyślenia, neguje racje, a relacja z nim bardziej przypomina uprzejmą wrogość, niż prawdziwą przyjaźń, którą rzeczywiście jest. Zapisków tego typu w książce nie brakuje: jest ona bogata w refleksje uniwersalne, tak charakterystyczne także dla innych jego tekstów.
Autor maluje przed nami obraz osoby wcale nie nieskalanej błędami – słowami konturuje rys człowieka czytającego szmiry, wiedzionego przyjemnością przyziemną, banalną; mężczyznę, mającego pragnienie wsadzenia nosa w samo sedno każdej rzeczy, by cieszyć się, że jest ona tak cudownie sobą. To wszystko jest jednak jedynie tłem do opowiedzenia historii ateisty, którego całe życie, wszystkie napotkane trudności, każdy wielki umysł, z którym się zetknął, prowadziły do odkrycia piękna wiary i ponownego rozpalenia w sobie jej ognia.
W obliczu wojny, trudności, z którymi zmagało się Imperium Brytyjskie, szerzenia się ateizmu w środowiskach akademickich, zakrawa na cud, że Lewisowi udało się doznać Radości, którą teraz pragnie się dzielić, jako świadectwem ponownego odnajdywania drogi wiary.

Ksiązka ta, to niezwykle cenne dopełnienie twórczości Lewisa – dzięki niej będziemy mieli możliwość zajrzenia w jego życie, umysł i duchowość przez dziurkę od klucza, z zapartym tchem śledząc doświadczenia i pasje, które później doprowadziły do stworzenia przez niego największych dzieł, w tym uwielbianą na całym świecie sagę poświęconą Narnii.

Zaskoczony Radością przekonuje, że wielcy ludzie wcale nie zaczynają na wyżynach, że o sile geniuszu świadczy mozolna praca poświęcona na to, by wspiąć się na szczyt, nie zważając na upadki i kolejne napotykane trudności. Lewis w książce tej pozwala się poznać, nie stara się wybielić swojego wizerunku, lecz wręcz przeciwnie – pokazuje swoją niedoskonałość, podkreśla błędy, wcale się ich nie wstydząc, lecz potwierdzając, że to one kształtują człowieka, to one formują naszą duchowość i umysłowość, to one są najlepszą z możliwych szkół charakteru.

Świetna pozycja dla każdego czytelnika zainteresowanego twórczością Lewisa. Oczekiwałam co prawda więcej miejsca poświęconego Bogu, a mniej człowiekowi, a jednak proporcje te zostały zamienione. Cały czas jednak miałam wrażenie, że to właśnie boży Duch działał w Lewisie przez wszystkie opisywane przez niego lata, że choć jest postacią niewidoczną, to namacalnie obecną.
Po raz kolejny ten Wielki Umysł jawi się jako osoba niesłychanie bliska, która uczy, ale na pewno nie mentorsko poucza, która niby opowiada o sobie, a ta naprawdę zachęca do mówienia, włączenia się w dialog.
Zaskakująca książka, konieczny obywatel naszych biblioteczek.


Recenzje innych książek Lewisa:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/12/smutek-clive-staples-lewis.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2011/03/rozwazania-o-psalmach-clive-staples.html
http://shczooreczek.blogspot.com/2011/01/listy-starefo-diaba-do-modego-cs-lewis.html?q=lewishttp://shczooreczek.blogspot.com/2012/03/problem-cierpienia-clive-staples-lewis.html



http://shczooreczek.blogspot.com/2012/02/o-modlitwie-clive-staples-lewis.html?q=lewis





wtorek, 7 stycznia 2014

Alfabet Franciszka


Tytuł: Alfabet Franciszka
Opracował: Piotr Żyłka
Wydawnictwo: WAM
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-7767-985-2
Ilość stron: 216
Cena: 24,90 zł

Pontyfikat Ojca Świętego, Franciszka przyniósł całemu światu spore zaskoczenie.
Ten pokorny i uniżony Sługa Boży swoimi przemówieniami co rusz porusza serca milionów, choć na siłę jego przekonywania nie wskazywałaby postawa: pełna skromności, jakiejś pozornej delikatności i… zwyczajności. Nikt nie śmiałby przypuszczać, że w tak ubogim, początkowo lekko wstydliwym człowieku, kryje się tak wielki duch, objawiający się właśnie poprzez bezpretensjonalność i luz, nadając nauczaniu Głowy Kościoła zupełnie nową jakość.
Prostota i stanowczość i zdecydowanie z jakimi płyną jego pełne mądrości słowa, nie pozwalają pozostać obojętnym nawet najbardziej zatwardziałym przeciwnikom hierarchii kościelnej, a środki jakimi dociera do ludu są godne podziwu. Mając świadomość wpływu Internetu na młodego człowieka, nie wahał się Ojciec Święty ulec modzie na Twittera, za pośrednictwem którego wysyła w świat minisygnały swojej wiary, mające rozniecać w młodych ogień Bożej miłości.
Jego wypowiedzi cytowane są na wszelkiego rodzaju forach, stanowiąc inspirację do tworzenia nadruków na koszulkach, stały się także podstawą do budowania wokół nich serii internetowych obrazków. Przekaz niesiony przez Ojca Świętego działa jak samonapędzająca się maszyna: słowa raz puszczone w świat same robią sobie promocję, dbają o swój PR.
Franciszek ma fanów – fanów, którzy zgodnie propagują jego wypowiedzi w sieci, dzięki czemu przekaz Kościoła zdołał osiągnąć niespotykany dotąd zasięg na całym świecie.
Często przypadkiem, wiele razy specjalnie, wypowiedzi jego trafiają do konkretnych środowisk, których temat porusza, dotykając tym samym często nieprzejednanych serc.
Jego słowa są szeroko komentowane medialne, a kolejne fotografie, na których Ojciec Święty robi rzeczy bezpardonowe obiegają cały świat w zawrotnym tempie.

Franciszek stał się zjawiskiem – jego wpływ na ludzi całego świata określa się różnorako: od fenomenu Franciszka, poprzez efekt Franciszka aż do franciszkomanii. Pewnym jest, że posiadł on niewiarygodną zdolność docierania do tłumów, a swoimi bezkompromisowymi i nie oszczędzającymi nikomu wypowiedziani, gromadzi sobie tyleż samo poparcia ile chłodu, a często i wrogości.
Papież przyciągnął uwagę rzeszy ludzi ze zróżnicowanych grup wiekowych, środowisk, o różnym podejściu do religii oraz zabrał udział w dyskusji na najbardziej aktualne i kluczowe dla świata tematy, zajmując w nich zdecydowane stanowisko.
Od marca z Watykanu płyną wypowiedzi poruszające serca, wytykające błędy, rozdrapujące rany, demaskujące bolączki, które wielu chciało dotąd ukryć i przemilczeć.
Nie dziwi więc przyznanie Franciszkowi tytułu osobowości roku przez magazyn „Time”, ani też prześciganie się w drukowaniu publikacji dotyczących tego niezwykle charyzmatycznego człowieka.

Publikacja Alfabet Franciszka, stanowi zapis wybranych wypowiedzi Franciszka z pierwszych kilku miesięcy jego pontyfikatu. Otwiera je dzień wyboru na Stolicę Piotrową, a zamykają Światowe Dni Młodzieży w Rio.
Zebrane w książce tej słowa uporządkowane zostały w porządku alfabetycznym. Wśród haseł znajdziemy między innymi, takie jak: adoracja, adwokat, aktywność, bezinteresowność, bieda, bogactwo, bogaty Kościół, boże niespodzianki, Bóg-człowiek, ekologia ludzka, efekt przypadku, karierowicze, Kościół i biurokracja, kultura odrzucania, narzekanie, Nobel za świętość, nielubiane słowo, part-time, przeciętność, problem z Duchem Świętym, rodzina Jezusa, rodzina, solidarność, słodka radość, zgorszenie, zawierzenie i wiele, wiele innych.
Część z nich pochodzi ze wspomnianych już wpisów na Twitterze, wyimek to fragmenty kazań, jeszcze inne to słowa wypowiadane podczas audiencji.
Każde charakteryzują się wielką prostotą i zdecydowaniem, wiele w nich emocji, aktywności i zachęty do działania.
Różnorodność podejmowanej problematyki sprawi, że każdy w zbiorze tym, znajdzie fragment dla niego interesujący. Co więcej, jest to dobra forma gromadzenia wypowiedzi o największym znaczeniu i największej sile rażenia – polecam ją więc każdemu, któremu nieobojętne są losy współczesnego Kościoła, jak i sama postać Ojca Świętego.

A więc, niesieni franciszkomanią, działajmy!

niedziela, 5 stycznia 2014

Szukając Alaski – John Green


Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788362478934
Ilość stron: 320
Cena: 34,90 zł
John Green cieszy się ogromną popularnością oraz serią hurraoptymistycznych recenzji w sieci. Gwiazd naszych wina oraz Papierowe miasta wzbudziły prawdziwą eksplozję pozytywnych doznań czytelniczych, przeniesionych na testy opiniotwórcze, a te kolejno – na wzrost i tak ogromnej sprzedaży.
Takie literackie fenomeny zawsze mnie ciekawią – co sprawia, że tysiące ludzi sięga po tę, a nie inną książkę i odnajduje w niej dokładnie to, czego wymaga od literatury?
Zaintrygowana dałam się ponieść fali entuzjazmu i pochylić nad najnowszym wydanym w Polsce „dzieckiem” Greena – tekstem Szukając Alaski.

Miles Halter to typowy nastolatek, mający jednak nietypowe hobby – nie słucha głośnej muzyki, nie ugania się za dziewczynami, nie spędza nocy na imprezach ani nie szuka tanich rozrywek – jego pasją jest zapamiętywanie ostatnich słów ludzi.
Chcesz wiedzieć co na łożu śmierci powiedział Walt Diney czy Araham Lincoln? Nie daje Ci spokoju myślenie o ostatnich wypowiedziach Picassa? Zwróć się do Milesa – na pewno zna odpowiedź.
Życie bohatera było do tej pory naznaczone nudą, która w jego przekonaniu miała się zmaksymalizować po wstąpieniu do szkoły z internatem. Tam jednak spotyka on Alaskę Young – dziewczynę tyleż energiczną, co nieprzewidywalną.
Ta niewyobrażalnie smutna i głęboko nieszczęśliwa osoba, skrywająca się za kpiącym uśmieszkiem, stała się ilustracją jego wyobrażeń o pięknie, inteligencji, zabawności i seksowności. Nie trudno było jej sprawić, by Miles robił wszystko, o co tylko go poprosi.
Ten z kolei, nie myślał wcale o tym, co dzieje się naprawdę w sercu jego nowej towarzyszki – skupiony był bowiem na poszukiwaniu Wielkiego Być Może oraz znalezieniu odpowiedzi na pytanie dręczące Alaskę, wywiedzione z jednego z dzieł Marqueza – I jakże ja wyjdę z tego labiryntu?

Green prezentuje swoim czytelnikom opowieść o nastolatkach poszukujących szczęścia i odnoszących się do zastanej rzeczywistości z czujnością i ostrożnością. Nie byli oni ślepymi biorcami tego, co przynosi los, lecz myślącymi istotami, pragnącymi poznać sens istnienia i zgłębić odpowiedzi na pytania od stuleci dręczących ludzkość: czym są prawdziwa miłość i przyjaźń, jak odnaleźć szczęście i dokąd tak naprawdę zmierzamy.
W ich poszukiwaniach nie brakowało manifestacji przeciwko władzy i ograniczeniom, bohaterowie byli bowiem mistrzami w robieniu internatowych „akcji”, mającymi być zapamiętanymi i wspominanymi przez kolejne pokolenia uczniów, pragnących wydobyć z życia jego esencję i moc wrażeń, wyrywających ich z codziennej nudy i zogniskowaniu na tym, co przyziemne.

Autor stworzył powieść pisaną językiem współczesnych nastolatków, wolną od narzucających się wulgaryzmów i języka troglodytów. Wydobył za to na światło dzienne przemyślenia grupy dorastających ludzi, negujących wszelkie wyobrażenia o współczesnej młodzieży: zarysował uniwersum osób zdolnych do głębokich refleksji i wzniosłych uczuć, w którym niejeden młody człowiek będzie potrafił się odnaleźć i znaleźć odbicie własnych myśli.


Choć lektura, była dla mnie ciekawym doświadczeniem, obyło się bez fajerwerków, a sam autor nie stał się nagle moim nowym ulubieńcem, deklasując tym samym z podium, okupujących je twórców. Nie czuję się porwana ani niesiona falą wszechobecnego rozgorączkowania na myśl o kolejnych tekstach Greena. Sądzę jednak, że mogłam trafić na złą książkę, której zapowiadana moc na mnie nie podziałała, dlatego z równie wielką ciekawością co początkowo, zwrócę się ku dwu poprzednim znanym polskim czytelnikom tomom, mając nadzieję na to, o czym zapewniają ich okładkowe rekomendacje – geniusz i poruszenie, tak rzadkie dziś w świecie odgrzewanej raz po raz literatury.

sobota, 4 stycznia 2014

Elf Wszechmogący – Marcin Pałasz


Tytuł: Elf wszechmogący
Autor: Marcin Pałasz
Wydawnictwo: Skrzat
Udostępnienie: Sztukater
ISBN:  9788374379397
Ilość stron:
256

Moja przygoda z Elfem zaczęła się dzięki pewnemu konkursowi, w którym do wygrania była pierwsza część cyklu, poświęconemu temu niezwykłemu psu. By zwyciężyć, należało wysłać zdjęcie ze swoim pupilem. Chodziło oczywiście o przedstawiciela konkretnego gatunku, ja jednak skusiłam się i stanęłam do rywalizacji z fotografią, ilustrującą mnie i mojego królika Stefana. I co – wygraliśmy! Wierszyk napisany na tę okazję przez autora do tej pory trzymam w specjalnym miejscu, a książki o Elfie gromadzę skrupulatnie. Jedną, wraz ze specjalną dedykacją dla mnie i zwierzaka, zdobyłam na krakowskich Targach Książki, gdzie miałam przyjemność osobiście podziękować Panu Marcinowi Pałaszowi za serdeczność.

Stefan - zwycięski KRÓLik.


Elfa śledzę na różne sposoby – pomaga mi w tym Facebook. I co tu kryć – nie sposób go nie uwielbiać! Zresztą sami pomyślcie, który pies jest tak mądry i ma TAKIE przygody?

W trzeciej części serii Elf wraz z Dużym i Młodym wyruszają na upragniony urlop. Marzą o beztrosce i chwile wytchnienia po niedawnych wydarzeniach ze swojego życia, które skutecznie wprowadziły w nie napięcie i ogromne zmęczenie.
Ich celem jest pensjonat w Dziwnówku, ale bardzo szybko okazuje się, że ten… został skradziony! Złodzieje pod osłoną nocy rozebrali budynek na części i niepostrzeżenie wywieźli w miejsce dla właściciela nieodgadnione, rujnując tym samym wczasowiczom urlop, a jemu samemu cały świat.
Nasi bohaterowie nie mogą mieć chyba wakacji bez przygód, bo jak się okazuje, zniknięcie ich wakacyjnego celu, to najmniejszy problem. Duży, Młody i Elf wplątali się w wir kryminalnych wydarzeń, zawsze znajdując w ich epicentrum, budząc tym samym podejrzenia władz…
Są tam gdzie ktoś kradnie pensjonat, rabuje Muzeum Bursztynu, grabi hotelowych gości. Czy to przypadek? I co ma do tego alergia Elfa?

Mimo bardzo nerwowej atmosfery tego urlopu, bohaterom udaje się nawiązać wspaniałe znajomości, dzięki którym te wakacje z pewnością będą niezapomniane – także dla czytelników. Elfi odwaga powaliła mnie na łopatki, pokazując jak bardzo psy mogą być oddane swoim ludziom – niebywałe historie!
Pałasz pisze w taki sposób, że pomiędzy każdą z kolejnych przygód, będziecie się zaśmiewać do rozpuku. Dialogi prowadzone między Dużym a Młodym są obłędne, a świat opisywany z psiej perspektywy to prawdziwa gratka dla miłośników tych nieprawdopodobnie oddanych zwierząt. Komizm sytuacyjny, rozbrajające podejście Dużego do świata, święta cierpliwość, luz, a to wszystko otulone rodzicielską, synowską i psią miłością.
To takie kompendium psiego świata i potrzeb w ekstremalnych warunkach, w którym okaże się, że tak naprawdę wcale nie Bruce, wcale nie Evan, ale to Elf jest wszechmogący!

Polecam wszystkim serię poświęconą Elfowi – zacznijcie od Sposobu na Elfa, a sami zobaczycie, że nawet bez mojej specjalnie natrętnej namowy, z wielką chęcią sięgnięcie po dramatyczną Elfie, gdzie jesteś?  po to, by niemalże natychmiast zakosztować Elfa wszechmogącego i z napięciem oraz wytęsknieniem oczekiwać na to, co będzie dalej.
Ta seria to niebywała gratka dla psich miłośników, ale też dla wszystkich tych, którzy wiedzą, jak silne więzi mogą połączyć człowieka ze zwierzęciem i jak znacznie taka relacja zmienia życie i postrzeganie świata.
Wszak to zwierzęta nadają mu barw!
Ogromnie polecam tę przygodową serię, w której na plan pierwszy wysuwają się wartości takie jak oddanie, lojalność, odwaga i poświęcenie.

czwartek, 19 grudnia 2013

Praktykujący, ale czy… wierzący? – o. Lech Dorobczyński OFM


Tytuł: Praktykujący, ale czy... wierzący?
Autor: o. Lech Dorobczyński OFM
Wydawnictwo: Esprit
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788363621490
Ilość stron: 136
Cena: 19,90 zł

Praktykujący, ale czy… wierzący? to książka kierowana przede wszystkim do czytelnika młodego, jednak jak zaznacza autor, także i dorośli znajdą w niej wiele pożytecznych wiadomości.
Jej celem nadrzędnym jest próba odpowiedzenia na pytania i wątpliwości toczące umysły młodzieży, które to zostały wypowiedziane i omówione podczas spotkań Lecha Dorobczyńskiego z młodymi ludźmi, w szczególności zaś podczas rekolekcji – czasu szczególnego, bo otwierającego na nowe.
Autor tej o charakterze niemalże broszurowym publikacji, to młody franciszkanin, pragnący dotrzeć swoim słowem do grupy najsilniej zagrożonej zmianami cywilizacyjnymi i wpływem mediów, a jednocześnie najbardziej chłonnej i najintensywniej pragnącej spotkania.
Centrum zainteresowań Dorobczyńskiego stanowią Eucharystia, spowiedź i wiara – to o nich, sprawach fundamentalnych dla każdego chrześcijanina – nie tylko młodego – próbuje autor rozmawiać, wyzbywając się nachalnego tonu kaznodziejskiego. Brak w jego wypowiedziach napuszoności, bufonowatości i przekonania o swojej nieomylności i jedynej dobrej wersji odpowiedzi. Jego przekaz charakteryzuje prostota i zwięzłość myśli, odniesienia trafne i „na czasie”, ukierunkowane przede wszystkim na świadectwo, a nie rozważania teoretyczne, mające dla młodego człowieka niewiele wspólnego z rzeczywistością – reguły pozostają w sferze reguł, najważniejsze są czyny i konkretne przeniesienie głoszonych prawd na życie.
Choć żyjemy w dobie dostępności do szerokiego wyboru zarówno literatury jak i artykułów multimedialnych, tak naprawdę młodzież jest w tym wszystkim zagubiona – szuka sensów i odpowiedzi na najważniejsze dla nich pytania, nieraz sięgając do złych źródeł, pytając nieodpowiednie osoby lub – co gorsza – w ogóle nie wiedząc do kogo/ gdzie zwrócić się ze swoimi wątpliwościami i pozostawiając je bez jakichkolwiek rozwiązań.
Wciąż koniecznym jest, by w świecie ogólnodostępności całego wachlarza publikacji na każdy temat, wskazać młodemu człowiekowi lekturę odpowiednio oświetlającą problem, który ta stara się rozwiązać – w sposób rzetelny, ale nie mentorski.
Publikacja Dorobczyńskiego przypomina swoją formą język mówiony – jest niejako zapisem kazań, rozmów, w których dominuje słownictwo potoczne, a przez to – docierające i uciekające od rutyny. Autor pozwala sobie na dynamikę wypowiedzi, rezygnuje z tonu pouczającego, by spotkać się z młodym. Wychodzi naprzeciw jego problemów i z wielką ochotą stara się je rozwikłać.
Jego przekaz jest autentyczny, budzi ufność i – jak sądzę – może wiele zmienić w myśleniu odbiorcy lub też przynajmniej zainspirować go do samodzielnego myślenia.
Książka ta ierowany jest do młodzieży – mam wrażenie, że szczególnie dobrze byłoby, gdyby trafiła w ręce kandydatów do bierzmowania, którzy mimo wielości spotkań przygotowujących, mimo odświeżania katechizmu, tak naprawdę z wielu spraw nie zdają sobie wciąż sprawy, dręczy ich gros wątpliwości, a nie mają kogo o nie zapytać lub wstydzą się zadać konkretne pytanie, nieraz dotyczące sfer bardzo osobistych. Książeczka ta rzuci światło na wiele wątpliwości, otworzy furtki do dalszych poszukiwań i drążenia tematów podstawowych, a być może poprowadzi i dalej. Choć mówi o rzeczach prostych i powszechnie znanych – okazuje się, że nie do końca są one tak oczywiste dla każdego – zwłaszcza jeśli brakuje przykładu w najbliższym otoczeniu. To dobra propozycja dla tych, którzy raczkują w sferze duchowej, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego czym tak naprawdę jest wiara, czym są sakramenty – że to wcale nie odhaczanie kolejnego punktu na liście obowiązków, lecz spotkanie z żywym Bogiem, z przyjacielem, który nie tylko Jest, ale jeszcze robi wszystko, by uczynić nasze życie lepszym. Niekoniecznie od razy musisz to wszystko akceptować, ale warto, byś chociaż zrobił rozpoznanie – w co chcesz wierzyć i dlaczego albo w co nie chcesz wierzyć i dlaczego (nie chodzi oczywiście o wybiórczość – akceptuję wszystko albo nic, ale trzeba umieć się określić i swój wybór merytorycznie uzasadnić, co bez wiedzy jest niemożliwe) – także na takie pytania warto umieć odpowiedzieć.
Dorobczyński powołuje się w swoim omówieniu na wypowiedzi Benedykta XVI, Jana Pawła II i innych, pokazuje Boga jako Boga miłości, a nie prawodawcy ferującego wyroki, odczarowuje fałszywy obraz Kościoła, neguje współczesne widzenie go jako obozu koncentracyjnego, podpowiada jak się modlić, od czego zacząć relację z Bogiem, jak ją rozwijać, odpowiada na pytania o to czy można kochać kogoś, kogo się nie zna, jaki jest związek między zakochanymi parami a Tobą i Nim, czy wymówki o braku czasu są sensowne, co przyrzekamy w sakramencie bierzmowania i czy mamy tego świadomość (bronić swojej wiary! Jakiej wiary, skoro część albo nie wierzy, albo nie wie w co wierzy?), próbuje zdać relację z tego, dlaczego tak trudno czytać nam Biblię, jak dobrze przeżyć a nie „zaliczyć” sakramenty. Dużo miejsca poświęca Dorobczyński omówieniu kwestii spowiedzi – bardzo mnie to cieszy, bowiem współczesny młody człowiek często podważa znaczenie tego sakramentu, zrzucając winę na nieodpowiednich księży, źle dobranych spowiedników (a  szukałeś innego, podjąłeś wysiłek odnalezienia tego, który będzie nadawał z Tobą na jednych falach? Przecież ludzie są różni – a ksiądz to tylko człowiek). Autor odpowiada na pytania o to, jaki sens ma klepanie regułek (i czy w ogóle jakiś ma), jakie znaczenie ma zatajenie grzechów, jak rozpoznać czy grzech jest ciężki, czy lekki, jak uniknąć lęku przed tym, że ksiądz zacznie po nas krzyczeć podczas spowiedzi, jak zrobić DOBRY rachunek sumienia.
I wreszcie tak znane i lubiane dziś – Pan Bóg TAK, Kościoł NIE – o co chodzi?
Choć książeczka ta, to ledwie broszurka, porusza ona szereg ważkich tematów, które wciąż na nowo trzeba sobie odświeżać.

Tylko się obudź. Co masz do stracenia?

wtorek, 17 grudnia 2013

Moja pierwsza mitologia – Katarzyna Marciniak


Tytuł: Moja pierwsza mitologia. Księga pierwsza
Autor: Katarzyna Marciniak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-10-12428-9
Ilość stron: 280
Cena: 49, 90 zł

Mity przeżywają dziś swoisty renesans. Mnogość filmów odtwarzających i reinterpretujących żucie starożytnych bogów, tytanów i herosów zalewa rynek, ciesząc się przy tym ogromnym powodzeniem. Wystarczy wspomnieć niedawny Gniew Tytanów i jego poprzednika, a także Percy’ego Jacksona, którego kontynuację jeszcze kilka tygodni temu mogliśmy obserwować na dużym ekranie. Stanowią one jednak wyłącznie pojedyncze realizacje w świetle całej famy produkcji, która zdaje się nie mieć końca.
Coraz rzadziej sięgamy dziś do mitologii spisanej, woląc posiłkować się gotowymi przedstawieniami treści.

Będąc dziećmi jednak, woleliśmy wysłuchiwać opowieści o Zeusie, Herkulesie i Posejdonie, które powoli spływały z ust rodziców, a które ci odczytywali z książek.
Moja pierwsza mitologia Katarzyny Marciniak, to wydanie zjawiskowe: przyciąga oko subtelną, pastelową, w duchu minimalizmu, piękną okładką, a ta jest jedynie zaproszeniem do o wiele bardziej uwodzącego wnętrza.
W krótkim słowie wstępnym autorka tłumaczy młodemu czytelnikowi czym są mity i mitologia, wyjaśnia jak żyło się w czasach sprzed ery Internetu i komputerów, jak przekazywano sobie wiadomości i opowiadano historie. Wspomina okres, kiedy ludzie dali się słowom czarować, bowiem ci, którzy się nimi posługiwali, robili to tak doskonale, że samym tylko mówieniem wywoływali głębokie emocje u audytorium. Streszcza ona także główne zagadnienia poruszane w książce, sygnalizuje kto będzie opowiadał i dlaczego akurat on.

Sama publikacja podzielona jest na dwie części, dotyczące innej problematyki. Są to: dzieciństwo bogów i ludzi (a w niej opowieść o Zeusie – jego narodzinach, później umizgach do przyszłej żony i in.; Posejdonie, Atenie, Artemidzie, Apollu, Aresie, Afrodycie i in.) oraz przygody herosów (a tutaj Herakles ze swoimi dwunastoma pracami, Tezeusz, Perseusz, Bellefront, Kadmom i Jazon).
Książka pisana jest bardzo prostym językiem, przez co będzie dla dziecka zrozumiała (co trudniejsze słowa zostały wyjaśnione). Starsi czytelnicy z powodzeniem mogą czytać ją samodzielnie, bogacąc przy tym swoją wiedzę o mitologii.
To, co cenne,to fakt, że opowieści te niczego nie przemilczają – jak np. zjadania przez Kronosa własnych dzieci – lecz wiele spraw eufemizują, przez co nie jawią się one jako brutalne, a wciąż oddają pożądane treści. Wszystko zostało dostosowane do odbiorcy, tak, by niczego nie uronił, ale też nie musiał się bać.
Każdej kolejnej historii towarzyszą dwa „dodatki”, którymi są: wyjaśnienie wyrażenia mającego źródło w mitologii (np. pyrrusowe zwycięstwo, tytaniczna praca, proteusz, argusowy wzrok i wiele, wiele innych), a także konkretne jego użycie, wyrażone poprzez króciutką opowiastkę osadzoną we współczesności, w którą wpleciony został omawiany związek frazeologiczny. Dzięki temu dziecko nie tylko poznaje znaczenie nowych słów i poszerza swoje słownictwo bierne, ale też automatycznie jest uczone jak przekuć je w czynne, poprzez konkretne zastosowania.

Oprócz świetnie opowiedzianych historii, na niepowtarzalność tej książki składają się także fenomenalne ilustracje. Regularne rysy postaci, ciepłe odcienie, dbałość o wizualizację każdego boga i towarzyszących mu atrybutów: o to wszystko zatroszczyła się Marta Kurczewska. Szata graficzna, której jest autorką niebywale przyciąga wzrok i zwiększa przyjemność lektury.
Wydanie jest bardzo dobre – twarda oprawa, świetnej jakości kartki, tradycyjny format. Jedynym minusem może być waga książki, która właśnie na skutek grubości oprawy i stronic, może okazać się dla dziecka bardzo ciężka, szczególnie w porównaniu z innymi publikacjami.
Jest to jednak cena, którą musimy zapłacić za doskonałą jakość, stąd też wcale bym się tym nie przejmowała.

Polecam tę książkę, stanowiącą kopalnię wiedzy o mitologii i języku z niej zaczerpniętym. Choć nie należy ona do najtańszych – zdecydowanie jest warta swojego kosztu.


czwartek, 12 grudnia 2013

Mniej znaczy więcej – Brian Draper


Tytuł: Mniej znaczy więcej. Duchowość dla zabieganych
Autor: Brian Draper
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-7785-170-8
Ilość stron: 176

Mniej znaczy więcej stoi od dziś na mojej półce zaraz obok innej, o podobnej tematyce  - Skup się!.
Oba tytuły to niewyczerpane źródło inspiracji i motywacji dla mnie – człowieka zabieganego, chcącego ciągle więcej, szybciej, bardziej. Niezmiennie jest to swoisty kopniak w tyłek, ustawiający mnie do pionu i przypominający o tym, co naprawdę się w życiu liczy. Mimo że świadomość tego, co najistotniejsze ciągle mam przed oczami, w erze konsumpcjonizmu i ogromnej zachłanności, często ciężko jest w odpowiedniej chwili przypomnieć sobie, że tak naprawdę ważniejsza jest jakość, nie zaś ilość, że nie muszę mieć wszystkiego i to natychmiast, że nie warto zaśmiecać sobie głowy bezwartościowymi treściami, podczas gdy chwila oczekiwania i refleksji, pozwoliłaby na uniknięcie wielu wpadek: czy to zakupowych, czy to czytelniczych, czy właśnie – duchowych.
O ile Skup się! skupiało się raczej na konkretnych wskazówkach, przepisach  i zadaniach do wykonania, by w cywilizacji instant pozwolić sobie na chwilę oddechu i wyciszenia, o tyle Mniej znaczy więcej jest raczej refleksją teoretyczną, która – owszem – prezentuje kilka pomysłów do wdrożenia w życie, ale bardziej skupia się na wyjaśnieniu problemu, przy użyciu wielu metafor i anegdot. Przyjmuje także formę – tak ją przynajmniej odczytuję – pogadanki uświadamiającej i dyscyplinującej, mającej wyzwolić nas spod jarzma rozgorączkowanej i zabieganej kultury Zachodu, zalewającej nas z niesłabnącą siłą.

Książa ta stara się wyodrębnić ze świata technologii, szumu informacyjnego i trwałego zalewu treściami dla nasz zupełnie zbędnymi to, co dla nas, konkretnie dla Ciebie, jest sprawą ważką i wartą uwagi. Próbuje odpowiedzieć na pytania i doradzić jak wyrwać się z obezwładniających pęt ciągłego i natychmiastowego uaktualniania statusów, sprawdzania skrzynki pocztowej, odczytywania SMS-ów, zerkania na krótkie i często kłamliwe artykuły, brania na siebie większej liczby obowiązków i projektów, niż jesteśmy w stanie zrealizować bez konieczności rezygnowania ze snu czy spotkań z przyjaciółmi albo też z chwili relaksu w sposób najbardziej nam odpowiadający. Na skutek życia we współczesnym świecie, coraz więcej ludzi niezdolnych do świadomego i w miarę możliwości zorientowanego na to, co wartościowe i konieczne życia, cierpi na załamania nerwowe, depresje i nerwice. Rozpadają się międzyludzkie więzi, a rodzi frustracja, smutek i permanentne poczucie, że nie jest się wystarczająco dobrym.
Draper radzi jak skutecznie temu przeciwdziałać.

I choć książka ta stanowi dla mnie ogromną wartość, nie sposób nie zauważyć, że jej końcówka jest już mocno przegadana i, jak sądzę, zbędna.
To właśnie pierwsze kilka działów świadczy o jej ogromnej sile, uczy zachwytów nad światem; obecności w teraźniejszości, a nie tylko biernego przelewania się przez kolejne dni, których nie dość, że nie przeżywamy w pełni, ale w oczekiwaniu na emeryturę, mającą być wyzwoleniem z okowów tego, co nieinteresujące, to jeszcze trwonimy ją na zajęcia frustrujące. Autor próbuje nauczyć nas jak nie dążyć do posiadania, jak sprawić, by mniej znaczyło więcej, jak przedłożyć jakość nad ilość, jak się dzielić i czerpać z tego radość, jak uporządkować swoją przestrzeń, zrezygnować z zadań i towarzystwa, które nas nie rozwijają, lecz wyzwalają negatywne emocje.
Dzięki tej książce będziecie mogli znaleźć swoje własne duchowe źródło energii i inspiracji, swój własny rytm, nauczycie się robić na raz jedną rzecz i dawać w niej z siebie wszystko, spróbujecie inaczej niż dotychczas spojrzeć na otaczających Was ludzi.
Warto poświęć jedno popołudnie swojego cennego czasu, by dowiedzieć się jak go rozmnożyć. Warto zajrzeć w głąb siebie, dokonać introspekcji i poznać swoje, nawet najgłębiej ukryte i najszczelniej chronione, myśli.


Przed Wami szansa, by coś zmienić.
Nie będzie łatwo – za pierwszym, drugim, a być może nawet za trzecim razem się nie uda. Warto jednak wciąż od nowa próbować i się starać. Efekty przekroczą Wasze najśmielsze oczekiwania. I choć będzie to metoda małych kroczków, nie wolno się zniechęcać. Mniej znaczy więcej.
Zrealizujcie ten plan, uporządkujcie myśli.


Jak więc chcesz przeżyć swoje życie?

Zawsze w biegu?

Ciągle niezadowolony?

Bezustannie chcąc więcej?

Oczywiście, że nie.[1]

W tych pytaniach, niestety, widzę siebie.
Od kilku miesięcy żyję w pogłębiającym się strachu: przed porzuceniem przez przyjaciół, przez tym, że nie spełnię oczekiwań i pokładanych we mnie nadziei, przed tym, że nie będę wystarczająco dobra, przed tym, że zostanę sama, przed samą sobą, przed wszystkim.



Lęki potrafią bardzo szybko się rozprzestrzeniać. Szepczą głośniej, niż większość z nas potrafi krzyczeć.[2]


Strachowi towarzyszą złość, bezsilność i niechęć do korzystania z czyjejkolwiek pomocy, a w konsekwencji frustracja. Kto chciałby tak żyć? Nikt. Zatem książka w ręce - czas na porządki.


[1] S. 27
[2] S. 65.

____

Recenzja książki Skup się!

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/09/skup-sie-prosta-droga-do-sukcesu-leo.html?q=skup+si%C4%99


środa, 11 grudnia 2013

Smutek – Clive Staples Lewis

Tytuł: Smutek
Autor: Clive Staples Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-61989-01-1
Ilość stron:
120
Cena:
24, 90 zł

Nikt też nigdy nie powiedział mi, że smutek tak rozleniwia człowieka. Z wyjątkiem chwil, kiedy zajęty jestem pracą w biurze – gdzie machina zdaje się toczyć naprzód ta samo jak zawsze – nienawidzę najmniejszego wysiłku. Nie tylko napisanie,a le nawet przeczytanie listu wydaje się zbyt uciążliwe(…)[1]


Książki o tematyce funeralnej mają to do siebie, że nigdy się nie zdezaktualizują. Wystarczy wspomnieć Treny Kochanowskiego, by zrozumieć, że przepracowywanie żałoby, o której tak obficie pisywała Julia Kristeva, jest procesem uniwersalnym i wiecznie żywym.
Ludzie umierają i umierać będą, a próby uporania się ze stratą ukochanej osoby nierzadko dokonywanie są przy pomocy słowa pisanego, pełniącego w tym momencie funkcje katartyczne.
Oczyszczająca moc przelewania traumatycznych doświadczeń na papier, pozwala na szybsze wrócenie do psychicznej równowagi i zaakceptowanie nowej rzeczywistości – już bez bliskiej naszemu sercu osobie.
Za jedną z najlepszych książek dla ludzi przeżywających żałobę uznawany jest Smutek Clive’a Staplesa Lewisa. Powolny proces dochodzenia autora bestsellerowej sagi Opowieści z Narnii do stanu decathexis, jest w niej przedstawiony nadzwyczaj sugestywnie.
Ten znany z traktatów filozoficznych, w których w sposób jednoznaczny wyraża swoje poglądy religijne i wiarę w Boga, pisarz, w książce tej portretuje inne swoje oblicze: złamanego bolesną utratą, cierpiącego i poddającego w wątpliwość wszelkie dotychczasowe wierzenia. Śmierć zawsze stanowi moment przełomowy, w którym przeorganizowujemy dotychczasowy światopogląd i na nowo budujemy hierarchię wartości.
Tym trudniej pogodzić się ze stratą osoby bliskiej, gdy jej cierpienie musiano obserwować przez długie miesiące, kiedy daleka była od ludzkich zachowań, gdyż choroba i paroksyzmy bólu tak dalece przybliżyły jej reakcje do reakcji wijącego się z bólu zwierzęcia, że nie sposób było nie dostrzec tak realnego podobieństwa, a człowiek mimo wszystko miał nadzieję, że to stan przejściowy, wcale nie agonia, lecz powolny proces uzdrawiania. Gdy żona Lewisa po dwu latach walki z rakiem odeszła, pisarzowi nie sposób było się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Ich związek był późny i dojrzały. Ze swoją żoną stanowili symfonię dusz i intelektów jaka rzadko się dziś zdarza. Tym trudniej było mu się z pogodzić z jej odejściem, że mieli jeszcze wiele wspólnych planów, które zostały przerwane w półbiegu.
Smutek jest zapisem rozdzierającego cierpienia Lewisa, próbującego za sprawą dziennika oswoić nową rzeczywistość i dać wyraz bólowi, który toczył jego umysł i ciało.
Wejrzenie w jego próbę przepracowywania żałoby i smutku może okazać się zbawienne dla innych, znajdujących się właśnie w podobnej sytuacji. Okazuje się, że nawet tak światły umysł jak Lewis, pokonuje swoje traumy identycznie, jak każdy inny człowiek: przechodzi te same etapy, które tak wyraziście nakreślił już w renesansie Kochanowski: nie dowierza, rozpacza, wątpi w istnienie Boga, po to, by ostatecznie doznać iluminacji, pozwalającej na ponowny powrót do Stwórcy i pogodzenie się ze stratą.  
Jego relacja streszcza w sobie tygodnie pełne niewypowiedzianego bólu, kiedy to Lewis czuł się wyobcowany i zagubiony, kiedy próbował zracjonalizować śmierć żony, oswoić ją i zrozumieć. Jego zapiski są gestem rozpaczy człowieka, który wcale nie chce zwątpić, lecz pozwala sobie na heroiczny gest walki o decathexis, o wyjście ze swojego przetransformowanego wraz z śmiercią żony mikroświata, w przestrzeń ogólnoludzką, dla której ta niewielka, z perspektywy uniwersum, strata jest niezauważalna.
Często po śmierci ukochanej osoby słyszymy od bliskich serię nicnieznaczących komunałów, które nie dość, że nie pocieszają, to jeszcze silniej wpędzają w nastój depresyjny, wyjaskrawiający utratę. Książka Lewisa taka nie jest – jego przemyślenia, mimo ogromu cierpienia, którego na naszych oczach doznaje, są niezwykle precyzyjne i ważne – nie tchną banałem, lecz są drobiazgowym szlakiem wiodącym ku nadziei i pocieszeniu, są monologiem wewnętrznym, modlitwą, która nie dość, że pełni funkcje konfesyjną, to jeszcze stanowi autoterapię. W dzienniku jako gatunku,  od dłuższego czasu  upatruje się tego typu cech, toteż nie inaczej jest w przypadku zapisów człowieka, o tak niezwykłym intelekcie, postawionego w sytuacji końca i przemijalności.

Choć nie jest to publikacja wielkich rozmiarów, gromadzi w sobie niepomiernie wiele emocji i refleksji, zdolnych przemienić myślenie ludzi przepracowujących żałobę i próbujących uporać się z własnym smutkiem i wyrwą w sercu po utracie. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, nie sposób kiwnąć ręką na to, co właśnie się przeczytało.

To inny Lewis. Już nie tyle Lewis-filozof, Lewis-erudyta, lecz Lewis-człowiek sparaliżowany bólem.
Bardzo polecam, szczególnie tym, którym doświadczenie śmierci nie jest obce.


Na podstawie wydarzeń z życia Lewisa, które zostały opisane w książce, powstał film Cienista dolina z Anthony Hopkinsem i Debrą Winger.

[1]  Smutek, Clive Staples Lewis, 2009, s. 29.



Recenzje innych książek Lewisa:

http://shczooreczek.blogspot.com/2012/03/problem-cierpienia-clive-staples-lewis.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2011/01/listy-starefo-diaba-do-modego-cs-lewis.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/05/koniec-czowieczenstwa-cs-lewis.html
http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/mroczna-wieza-clive-staples-lewis.html
http://shczooreczek.blogspot.com/2011/03/rozwazania-o-psalmach-clive-staples.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2012/02/o-modlitwie-clive-staples-lewis.html

 




wtorek, 10 grudnia 2013

Szmaragdowa tablica – Carla Montero


Tytuł: Szmaragdowa tablica
Autor: Carla Montero
Wydawnictwo: Rebis
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788375109993
Ilość stron: 672
Cena: 39,90 zł
Choć Polska poznała Carlę Montero za sprawą jej drugiej powieści – Szmaragdowej tablicy – ja zapragnęłam śledzić jej pisarski fenomen linearnie, poczynając od debiutanckiej Wiedeńskiej gry, która pozwoliła mi docenić talent autorki już w pierwszej lekturze, a następnie zwracając się ku bestsellerowej i szeroko komentowanej drugiej książce pisarki.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że oto na naszych oczach rozwija się talent niebyły: sceną literacką zaczyna władać czarodziejka słowa, będąca w mocy przekonać do siebie – poprzez język właśnie – najbardziej zatwardziałych i opornych na literaturę. Jej teksty, w których różne dziedziny sztuki korespondują ze sobą, i w której spotykają się jednostki silne z jednostkami słabymi, to prawdziwy przegląd rzeczywistości opisywanych czasów.
Montero maluje inne światy, światy, w których każdy chciałby się choć na chwilę znaleźć, by nie tylko smakować litery na języku, ale także przechadzać się tymi samymi, co bohaterowie ulicami, niejako krocząc ich śladem.



Akcja toczy się dwutorowo, a tym co ją spaja jest wątek tajemniczego renesansowego obrazu – Astrologa.
Powieściopisarka wrzuca swoich bohaterów (i nas) w rzeczywistość początku XXI wieku do Madrytu.

Ana, to kobieta wiodąca bardzo spokojne życie. Przechadzając się po pięknym Madrycie jeszcze nie wie, że to co dotąd uchodziło za nudę – przewidywalność, pewna rytualność codzienności – już za chwilę stanie się luksusem nie do przecenienia. Gdy kobieta czyta tajemniczy list z czasów drugiej wojny światowej, dotyczący wspomnianego już obrazu, zmienia się dla niej wszystko. Za namową męża wyrusza ona bowiem na poszukiwanie zagadkowego dzieła, wyrywając się tym samym ze sztywnego gorsetu rutyny i wkradając we wciągające osobiste śledztwo.

Równolegle do prowadzenia historii Any, Montero zabiera nas do Paryża czasów niemieckiej okupacji. Tam też dowiadujemy się, że ów Astrolog, to jedno z największych pragnień Hitlera, który twierdzi, że dzieło to skrywa w sobie niepojętą moc, uzdalniającą do władania całym światem. Nie dziwi więc, że stara się za wszelką cenę zgłębić tajemnicę i posiąść obraz, mający być kluczem do sukcesu na międzynarodowej arenie politycznej. Poszukiwania rozpoczynają się od pewnej francuskiej Żydówki.

Choć każda z historii, to dwa zupełnie różne światy, dopiero w zestawieniu tworzą niezwykły klimat tajemniczości, wzajemnie się uzupełniając, tłumacząc i na siebie oddziałując.

Powiedzieć, że tę książkę dobrze się czyta, to nic nie powiedzieć: ją się zawłaszcza, nią się zachłystuje, wertuje w pośpiechu, chcąc natychmiast wiedzieć, co czeka nas dalej. Podobnie jak w debiutanckiej powieści, Montero portretuje bohaterów nietuzinkowych, charakternych, bogato wyposaża ich w historie, które później, niczym najlepszy malarz – zlewa ze sobą, łączy odcienie, tworząc obraz, stanowiący prawdziwe arcydzieło.
Wikłanie wątków opanowała powieściopisarka tak dalece, że potrafią one ewokować emocje, utrzymujące się niemalże przez całą książkę na równie wysokim poziomie – napięcie jest w niej wyczuwalne na odległość.

Szmaragdowa tablica stanowi prawdziwy gatunkowy koktajl: nie jest li historią poszukiwania obrazu, ale też opowieścią wyposażoną w wątek miłosny – i wcale nie banalny. Choć brzmi to trywialnie i sztampowo, książka ta daleka jest od pospolitości. Ona zaskakuje, ona czaruje, ona mami, ona pozwala na zagubienie, na tracenie śladów – nic nie jest w niej pewne.

I to właśnie ten brak pewności, brak standardowego szablonu, na którym zbudowana została cała konstrukcja fabularna, stanowi o sile tej powieści, którą – a jakżeby mogło być inaczej – polecam ogromnie!


_____________
Recenzja Wiedeńskiej gry:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/wiedenska-gra-carla-montero.html
 

niedziela, 8 grudnia 2013

Ogólnopolska Zbiórka Darów Kulturalnych

Ogólnopolska Zbiórka Darów Kulturalnych


Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas, który dla wielu osób jest okresem refleksji, spotkań z rodziną i przyjaciółmi, odpoczynku od codziennego pędu i zastanowienia się, co jest w życiu naprawdę ważne. Oczywiście Święta to także czas obdarowywania bliskich osób upominkami. Niestety nie wszyscy mogą cieszyć się rodzinną atmosferą, spokojem i radością. Stowarzyszenie Sztukater pomaga osobom, które z różnych przyczyn zaznały w życiu więcej cierpienia niż pomyślności. Na początku miesiąca ruszyła Ogólnopolska Zbiórka Darów Kulturalnych. Jej celem jest wyposażenie zapomnianych i niedofinansowanych przez władze bibliotek, świetlic i innych placówek prowadzących działalność kulturalną.
Każdy może pomóc i to przy minimalnym nakładzie kosztów! Zbiórka darów trwa od 1 grudnia 2013 r. do 10 grudnia 2014 r. Co możecie przesłać?
* książki (wszelkiego typu, każdej ilości i tematyki… nie muszą być nowe!)
* pieniądze (dzięki dobrowolnym wpłatom ufundujemy wyposażenie wnętrza, w którym będzie znajdował 
się księgozbiór, każda kwota się liczy!)
* wszelkiego typu artykuły biurowe (kredki, mazaki i co wam tylko przyjdzie do głowy!)
* oraz wszelkiego typu produkty (materiały), które wspomogą przeprowadzenie akcji
Warto też pamiętać o dołączenie do paczki samodzielnie wypisanej kartki świątecznej z życzeniami. Niech obdarowani poczują, że ktoś o nich myśli i pamięta :)





„Pamiętacie bajkę o dziewczynce z zapałkami? Te święta dla wielu nie muszą się tak skończyć!”

Paczkę należy nadać na adres:
Stowarzyszenie Sztukater
Z dopiskiem: „Święta z Książką”
skr. poczt. Nr 6
50-950 Wrocław 68

Dary pieniężne można wpłacać na konto: 

Akcja: „Święta z Książką”
konto bankowe: Bank Millennium SA
03 1160 2202 0000 0002 2944 5132
tytułem: „Święta z Książką”

Jeśli chcecie pomóc, publikujecie plakat z wyjaśnieniem na czym polega akcja, zaprosicie znajomych do wzięcia udziału. Zachęcam także do odwiedzenia strony na Facebooku, na której znajdziecie więcej szczegółów dotyczących zbiórki oraz do polubienia portalu.