Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2015

Grając w miłość – Abbi Glines


Przed Wami kolejna powieść Abbi Glines, w której na plan pierwszy wysuwa się trudna i na pozór niemożliwa miłość dwojga młodych ludzi.

Znani już z  poprzednich tomów Grant i Harlow zaczynają się do siebie zbliżać. Gdy jednak dziewczyna zaczyna powoli ufać mężczyźnie, ten znika bez znaku życia po ich pierwszej wspólnej nocy, nie próbując się z nią także i później skontaktować. Choć bohater miał dobry powód, by odejść bez uprzedzenia, dla dziewczyny jest to ogromny cios. Tym boleśniejszy, gdy po przeprowadzce do domu swojej siostry i byłej kochanki Granta – Nany – widzi go wychodzącego z  jej sypialni. Harlow, podwójnie zraniona, nie chce mieć nic wspólnego z mężczyzną, w  którym zaczęła się zakochiwać, podczas gdy ten stara się zrobić wszystko, by ją uzyskać jej przebaczenie, a z  czasem – także i zaufanie. Na ich drodze staje jednak nie tylko niszcząca wszystko wokół Nan…

Wszystko byłoby dobrze, gdyby część ta była utrzymana na podobnym poziomie co poprzednie, niestety jednak – nie wiadomo dlaczego, bo sposób pisania jest identyczny – jest to najsłabsza ze wszystkich dotychczas wydanych w Polsce książek autorki. Potencjał był, jednak gdzieś po drodze nie wszystkie elementy układanki zagrały ze sobą, sprawiając, że ów został zaprzepaszczony – czytelnik dostaje czytadło jedynie przyzwoite, które mimo nagromadzenia emocjonujących wydarzeń, wcale tych emocji nie generuje – wszystko rozgrywa się na poziomie racjonalnym. 

W porównaniu do historii Blaire i Rusha, ta zdaje się blednąć na ich tle. Mam jednak nadzieję, że autorka wróci do formy i kontynuacja losów Harlow i Granta pozwoli zapomnieć o tej wpadce. Mocno trzymam za to kciuki, gdyż polubiłam wszystkie serie Glines i żal byłoby mi się z nimi rozstawać. Są idealne wtedy, gdy chce się zrelaksować i odpocząć od innych gatunków. Mają w sobie niezwykłą lekkość, która także i tutaj – mimo elementów nużących – sprawia, że chętnie się do nich wraca oraz podrzuca je bliskim.

Jeśli szukacie serii niezobowiązującej, a przy tym wciągającej – polecam zacząć od historii Blaire i Rusha – jeśli w  niej zakosztujecie, na resztę nie będzie was trzeba długo namawiać.




poniedziałek, 2 marca 2015

Będzie dobrze kotku – Wioletta Sawicka



Tytuł: Będzie dobrze kotku
Autor: Wioletta Sawicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7961-181-2
Ilość stron: 440
Cena: 33 zł
Premiera: 10 marca 2015.




Będzie dobrze kotku, to  druga część losów Anny i Patryka – młodego małżeństwa, borykającego się z trudnościami wynikającymi zarówno z  codzienności, jak i niezamkniętej przeszłości oraz ogromnej zaborczości mężczyzny, niezdolnego pojąć, że kobieta ma prawo do wolności, a małżeństwo nie jest rzeczą raz daną na zawsze, umową najmu kobiety, lecz wielkim przywilejem.
Część ta przede wszystkim skupia się na życiu rodzinnym głównych bohaterów i ich przyjaciół. Anna całymi dniami przebywa w  domu, starając się być dobrą mamą, żoną i gospodynią. Mimo że daje jej to prawdziwą satysfakcję, widząc pracujące i spełniające się zawodowo koleżanki, czuje, że do pełni szczęścia brakuje jej powrotu do pracy. Oczywiście Patryk nie chce o tym słyszeć, tym bardziej, że coraz trudniej poradzić mu sobie z coraz dojrzalszą Mają spotykającą się ze swoją pierwszą miłością. Bohater całą swoją frustrację i zazdrość przelewa na Annę, nie dając jej wytchnienia. A ona tymczasem  decyduje się na objęcie stanowiska dyrektora, zarabiając niemalże tyle co, co dodatkowo go rozjusza. Mało tego – w  życiu ich przyjaciół nie dzieje się najlepiej. Cała sytuacja wydaje się daleka od sielanki, a dwójce młodym ludziom coraz trudniej poradzić sobie z  rosnącym między nimi napięciem. Tym bardziej, że w  ich życiu pojawia się pewien starszy mężczyzna, a Anna zaczyna dostawać tajemnicze przesyłki miłosne.
Dzieje się wiele, a gdy wydaje się, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu, następuje nagła zmiana kierunku i w  konsekwencji zakończenie otwarte – co każe przypuszczać, że w kolejnej części wiele bohaterów  końcu zostanie ustawionych do pionu, a ich życie ulegnie całkowitej przemianie. Oby, bardzo im kibicuję.
Część ta znacznie bardziej przypadła mi do gustu niż poprzednia – cieszę się, że występujące w  niej kobiety w  końcu zaczęły stawiać na swoim i buntować się przeciwko patriarchalnemu spojrzeniu Patryka na rodzinę. Ta część, to właściwie historia wyzwolenia spod zaborczego jarzma mężczyzny, pokazana na przykładzie młodej rodziny, w  której mąż i żona mają jej zupełnie inne wyobrażenie. Cieszę się, że zarówno Majka jak i Anna wreszcie postawiły na siebie, zmuszając Patryka do zastanowienia się nad sobą i swoim postępowaniem oraz zrewidowania poglądów.
Polecam Wam przebrnięcie przez część pierwszą, po to, by dobrze odnaleźć się w drugiej, zdecydowanie lepszej.

Jeśli macie na nią ochotę, przypominam o konkursie, w  którym z  łatwością możecie ją zdobyć:


Recenzja poprzedniego tomu: Wyjdziesz za mnie kotku?

niedziela, 13 maja 2012

Anomalie – Grzegorz Krzymianowski


Grzegorz Krzymianowski urodził się w roku 1977. Jest autorem esejów i szkiców krytycznych. Swoje teksty publikował między innymi na łamach „Dekady literackiej”, „Twórczości”, „Odry”, Wprost” oraz „Existence Magazine”. Współpracuje także z internetowymi „Literatkami” oraz „artPapierem”.
Jego debiutancka powieść – Historia mojego upadku – ukazała się w roku 2010.

Anomalie to książka nietuzinkowa. Choć jej przedmiotem wydaje się być temat rozszarpany przez pisarzy na części pierwsze – zazdrość, to Krzymianowski obwarowuje go taką narracją, która nie tylko nie pozwala się czytelnikowi nudzić, ale zaświadcza również o indywidualizmie samego autora. Podobne wykorzystanie tematu, na jakie pozwolił sobie ów twórca, nie jest w literaturze zjawiskiem nowym. Lektura tekstu polskiego prozaika w pierwszej kolejności przywodzi na myśl dwa dramaty E.E. Schmitta, jakimi są Małe zbrodnie małżeńskie oraz Tektonika uczuć.
Bohaterami Krzymianowskiego rządzą podobne pragnienia oraz podejrzenia co bohaterami Schmittowskimi. Anomalie to wielka intryga i historia docierania się oraz okłamywania. Co ciekawe – cała właściwa akcja rozgrywa się w umyśle głównego bohatera. To jego domysły determinują kolejne wydarzenia; to obrazy, które podsuwa mu figlarny umysł stają się przyczyną drastycznej zmiany jego zachowania względem ukochanej, a w konsekwencji rozpadu ich związku. To wreszcie kameralny dramat, rozgrywający się każdego dnia między dwojgiem żyjących ze sobą ludzi, których związek dawno przeżył już swoje czasy rozkwitu, do którego wdarła się rutyna, a wraz z nią powolne obumieranie uczuć. Główni bohaterowie traktują się z obojętnością, ich gesty naznaczone są nieskrywanym fałszem i sztucznością, co prowadzi do nieuniknionej tragedii wytworzonej przez narastającą nieufność.
Męskie urojenia, podjudzane przez nagłe odkrycie; zazdrość pielęgnowana niczym najpiękniejszy i najokazalszy kwiat rozrasta się na oczach czytelnika i samego bohatera.
Odbiorca znajduje się w samym centrum umysłu głównej postaci – penetruje jego myśli, zna pragnienia i wie o wszelkich wyobrażeniach. Choć nie ma wglądu w rzeczywistość widzianą oczami jego partnerki, podświadomie odczuwa, że to czego jest świadkiem, to dramat jakich wiele – napędzany siłą, której być nie powinno, oparty na insynuacjach i niesprawdzonych tezach.
Krzymianowski zbudował powieść, którą warto czytać i która nie posiada znamion sztampowości. Jest gęsta od emocji i uczuć, ale nie tłamsi i nie dusi. Pokazuje cienką linię między prawdą a urojoną fikcją; zaświadcza o łatwości z jaką usprawiedliwiamy swoje czyny; wreszcie wskazuje na skutki niedomówień mogące dotknąć każdego z nas.
To lektura dająca przyjemność czytania pozwalająca przy tym na podróż meandrami umysłu.
Polecam.



poniedziałek, 14 lutego 2011

"Trucicielka" Eric-Emmanuel Schmitt

 " Czy wola jest na tyle silna, aby odmienić usposobienie?" [1]

Na utwory Erica- Emmanuela Schmitta ciężko patrzeć mi obiektywnie.
Jako, że należy do panteonu moich ulubionych pisarzy, jestem niezmiennie zafascynowana jego warsztatem pisarskim, wirtuozerią języka, która sprawia, że o sprawach trudnych i ważnych pisze  z lekkością.

Po przeczytaniu na jednym z blogów niepochlebnej recenzji na temat "Trucicielki" głowiłam się jakim cudem wybronię go tym razem. Nie będę musiała. Autor po raz kolejny doskonale wybronił się sam.
Wydawnictwo Znak zafundowało mi nie lada zdziwienie: okładka, mimo, że wciąż z dominującą bielą, zaskoczyła mnie czernią. Zaskoczyła mnie także pięknym wydaniem: już nie błyszczącym jak do tej pory, lecz matowym, przyjemnym w dotyku, z połyskującym i wypukłym tytułem. Dlaczego o tym mówię. Do książek podchodzę z wielkim uczuciem. Najpierw przejeżdżam dłonią po grzbiecie, witam się z bohaterami, autorem, później wzmagam swój apetyt poprzez czytanie opisu. Jeśli książka wydana jest elegancko, cały ten rytuał zostaje wzbogacony o zmysłowe doznania długo zapadające w pamięć.
Zaskoczył mnie również opis. Obsesja, śmierć.
Ze Schmittem nigdy nie jest łatwo. Prawie zawsze towarzyszy nam jakieś tabu, choroba, śmierć, obsesja.
Tym razem to wszystko dostajemy w nieco innej odsłonie.
Gdybym miała znaleźć dla niej odpowiednie słowo określające ją w gronie innych dzieł pisarza, nazwałabym ją najmroczniejszą ze wszystkich. Odkrywającą najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy i umysłu, dokładnie wwiercającą się w  meandry świadomości.
Główną bohaterką wszystkich opowiadań jest myśl- impuls rozprzestrzeniający się po ciele niczym śmiercionośny jad, kłujący jak rana zadana zatrutą strzałą, wypalający umysł i serce. Myśl. Kiełkująca, by zniewolić.

Oprócz czterech opowiadań, w których poznajemy kolejno trucicielkę oskarżoną o zabójstwo mężów, starającą się być w centrum uwagi nowego proboszcza, zatruwająca jego umysł; marynarza dowiadującego się o śmierci jednej ze swoich córek, do którego zaczyna docierać, jak bardzo kocha swoją rodzinę i jak mało ją zna; dwójkę ludzi zmienionych nie do poznania przez błędną decyzję jednego z nich:  kalekę i terapeutę; małżeństwo : prezydenta i jego kiedyś ukochaną żonę, dziś kobietę, która w sposób kontrolowany zatruwa całe jego życie, zarówno osobiste jak i zawodowe; Schmitt dołącza do książki dzienniczek, który pisał w trakcie powstawania książki. Wyjaśnia jak wiele pracy i analiz wymaga napisanie dobrego opowiadania. Zastanawia się dlaczego są one traktowane po macoszemu.
I tu muszę uderzyć się w pierś i  przyznać, że sama do te pory tak je traktowałam. Często czułam niedosyt, brak czegoś ważnego. To pewnie bez różnicy czy chodzi o powieść, czy opowiadanie. Chodzi o to, że jeśli coś jest źle napisane, nieprzemyślane, to zawsze pozostawi w czytelniku pustkę. Pech chciał, że trafiałam na złe opowiadania i moje zdanie na ich temat wyrobiło się w taki a nie inny sposób. Teraz patrzę na nie inaczej. To rzeczywiście wielka sztuka napisać o czymś ważnym przy użyciu małej ilości słów,  a żadną sztuką nie jest zgubienie właściwego sensu wśród serii niepotrzebnych ozdobników, tak częstych w powieściach.


Dla mnie- majstersztyk. Pozostawiający to skądinąd znane Wam uczucie, że przeczytało się coś niebanalnego, coś  o czym niełatwo będzie zapomnieć. Nagroda Goncourtów 2010 w moim odczuciu jak najbardziej zasłużona. 

5,5/6


[1] s.241

piątek, 14 stycznia 2011

"Otello" William Szekspir

Williama Szekspira nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Sztuki takie jak "Hamlet", "Makbet", Król Lear" czy "Otello" zna każdy szanujący się czytelnik. Prawda jest jednak taka, ze co druga zapytana osoba potrafi przytoczyć treść dramatów Szekspira, jednak w życiu nie miała danej ksiązki w ręce. To pewnie kwestia wielu zapożyczeń w dziełach współczesnych do mistrza, a  także wielu spektakli oraz filmów na kanwie utwórów Szeskpira.  Szkoły serwują go przy każdej możliwej okazji, przeciętny uczeń czytał być może "Makbeta" lub jego opracowanie. Treść zna. Szkoda tylko, że nie zaznał nieopisanej przyjemności płynącej z czytania jego dzieł w oryginale, bądź [moim ulubionym] polskim przekładzie Stanisława Barańczaka.
Posiada on niesamowity talent do tłumaczenia dzieł Szekspira. Wychwytuje niuanse, tekst staje się zrozumiały, płynny, lekki, niczym nie zmącony, a  przy tym wielokrotnie bardzo dobitny. Nie sili się na piękne słówka. W miejscu gdzie Szekspir zażyczył sobie wulgaryzmu- tam jest. Myślę, że gdyby autor żył po dziś dzień byłby dumny z takiego tłumaczenia.
W minionym tygodniu miałam przyjemność sięgnąć kolejny raz w ciągu miesiąca po "Otella", bo za pierwszym razem z miejsca się zakochałam, a o miłość do książek trzeba dbać.Fabuła oraz niezwykle giętki język wciągnął mnie od pierwszych stron.
Gdyby postawić sobie pytanie o czym tak naprawdę jest ten tekst, można by powiedzieć, że ma zdecydowanie zły tytuł. Dramat jest personifikacją zazdrości, pod różnymi postaciami. I to tak naprawdę ona jest główną bohaterką.
Historia dotyczy spisku Iaga przeciwko Otellu.
Iago, adiutant Maura, kiedyś został przez niego odrzucony jako kandydat na zastępcę. Od tamtej pory w bohaterze rodzi się wielka zazdrość. O pozycję, żonę, poważanie jakim cieszy się Otello, o jego sielskie i idylliczne życie. Uczucie to rodzi w nim tak wielką paranoję, że postanawia się zemścić. Postanawia odebrać Otellowi wszystko to co ma, paradoksalnie również za pomocą zazdrości. By tego dokonać wykorzystuje uczucia otaczających go ludzi. By osiągnąć swój cel wykorzystuje wszystko i wszystkich, tworzy wielkie insynuacje, wzbudza podejrzenia, namawia do morderstwa.
 Długo nie mogłam ochłonąć po lekturze zakłóconej historii miłosnej Desdemony i Otella.  Dzieło to jako jedno z nielicznych, a nie wiem czy nie jedyne w dorobku Szekspira nie posiada wygórowanej liczby bohaterów. Wręcz przeciwnie ich liczba jest okrojona, akcja dotyczy właściwie głównej trójki: Iaga, Otella i Desdemony. Pozostałe postaci służą spiskowcowi w zemście na Otellu., są to swego rodzaju dodatki mające prowadzić do zasiania zamętu w sercu Otella.  Dzięki temu zabiegowi uwaga czytelnika nie jest rozproszona, może skupić się na konkretnych wydarzeniach, nie interesują go sytuacje poboczne.
Miłość Otella i Desdemony kwitła. [miłość? czy to tak naprawdę była miłość? czy związek oparty jedynie na politycznym zagraniu?] Jednak wystarczyło, by Iago zasiał ziarno niepokoju w sercu zakochanego i na wierzch wyszły wszystkie jego złe cechy, pierwiastek zła, o którym tak często wspomina autor, jego wielka wybuchowość, zazdrość, wręcz nieokiełznana furia, niechęć do wysłuchiwania tłumaczeń ukochanej. Otello wykazał się bardzo słabą znajomością charakteru swojej małżonki. Wolał uwierzyć fałszywemu słudze niż kobiecie, z którą postanowił dzielić życie. Intryga, jakich dziś już się nie spotyka. Samosąd, wielkie wyrzuty sumienia, morderstwa, wreszcie samobójstwo. Walka wszystkich ze wszystkimi, a pośród tego niczego nieświadoma i wręcz irytująco posłuszna Desdemona. Zazdrość i czystość. Dramat kontrastów. Dramat  zazdrości.
Mój ulubiony.
Chyba nie muszę dodawać, że polecam. Jednak uczulam- sięgajcie po tłumaczenia Barańczaka [wydawane są m.in. nakładem wydawnictwa Znak]. Gdy czytałam Szekspira w przekładzie Słomczyńskiego, szczerze mówiąc nie spodobał mi się nic a nic. Ot, zwykła historyjka. Nieporównywalnie wielka różnica. Niuanse, które nadają tekstowi zupełnie inny wydźwięk. A może spróbujecie sięgnąć po obydwa przekłady i pokusić się o recenzję porównawczą?:)

6/6 bez wyrzutów;)