Pokazywanie postów oznaczonych etykietą namiętność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą namiętność. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 czerwca 2015

Collide – Gail McHugh


Collide otwiera serię romansów, których bohaterami jest trójkąt damsko-męski.

Ona, Emily, po ukończeniu college’u traci matkę, która umiera na raka.

On, Dillon, w  tych trudnych chwilach jest dla niej ogromnym wsparciem. Gdy dziewczyna nie potrafi już znaleźć sił na ostatnią opiekę nad mamą, przychodzi jej z  pomocą, będąc dla niej oparciem i niosąc jej pocieszenie. Oboje wyprowadzają się do Nowego Jorku, gdzie Dillon ma dobrze płatną pracę, a Emily będzie mogła rozpocząć wszystko od nowa.

Choć bohaterka kocha swojego chłopaka, zdarzają jej się chwile zwątpienia, gdy ten pokazuje swoje prawdziwe – i niezbyt dobre – oblicze.

Emily w  Nowym Jorku poznaje Gavina – mężczyznę tak elektryzującego, że wystarczyło jedno spotkanie, aby kobieta oszalała na jego punkcie. Przystojny, zmysłowy, elegancki – nie sposób było mu się oprzeć, mimo że starała się wyjątkowo intensywnie. Niestety, okazało się, że mężczyzna to przyjaciel Dillona, co mocno skomplikowało i tak już niełatwe sprawy – Emily i Gavin będą musieli często się spotykać i jakimś sposobem ukrywać to, co z  łatwością można  wyczytać z  ich oczu. Kobieta znajduje się odtąd w  bardzo trudnym położeniu – musi wybierać między wiernością mężczyźnie, który wspierał ją gdy było jej najtrudniej, a rosnącym przyciąganiem do tego, który pragnie jej udowodnić, że to co do niej czuje to nie jedynie namiętność, a prawdziwa miłość.

Choć zarys fabularny powieści nie zaskakuje, jest to doskonała – i pewnie dlatego tak wyczekiwana – propozycja na zbliżający się czas: wypełnia ona pustkę wakacyjnego rozleniwienia i lekkiej, przyjemnej nudy, poprawia nastrój, pozwala na relaks i oddanie się powieści, z  której najlepiej rozgrzesza właśnie letnia aura.

Nie jest rozwleczona, epatująca nadmiernym erotyzmem czy obarczona odrzucającym językiem (choć i tu zdarzają się wpadki – oczywiście wulgarne). To raczej klasyczny romans, w którym nie brakuje emocji, dylematów, trudnych wyborów, irracjonalnych kłótni, decyzji dyktowanych chwilą, szalejącymi uczuciami i kipiący namiętnością.

Bohaterka jest zmanipulowana przez swojego dotychczasowego partnera, nie potrafi poradzić sobie z  decyzją o odejściu, szybko ulega i – ze względu na dotychczasowe doświadczenia – z  niezwykłą łatwością można ją zranić. Nie wie czy kierować się sercem, czy rozumem, nie potrafi rozpoznać komu zaufać, z  kim się związać i czy w  ogóle kolejna zmiana to dobry pomysł.

A postaci mężczyzn? Za ich sprawą poznajemy nie tylko nowojorski świat bogaczy i mechanizmy rządzące biznesem, ale też nieprzekraczalne granice pewnych zachowań, nękanie psychiczne, przemoc emocjonalną, uzależnienie od drugiego człowieka, niemożność wyjścia z  toksycznego związku, trudną przeszłość skłaniającą do zakładania masek.

To dopiero pierwszy tom – jestem ciekawa w  którym kierunku podąży autorka dalej: czy rozwinie wątki obyczajowe, rozbuduje portrety psychologiczne postaci, czy raczej zdecyduje się na poszerzenie elementów stricte romansowych. 

Nie wiem, jestem zainteresowana – tym bardziej, że powieść kończy sygnalny rozdział kolejnego tomu – on jeden wystarczył, by jeszcze bardziej skomplikować to, co samo w  sobie było wystarczająco zapętlone.


Polecam tę pełną pasji lekturę na zbliżające się wakacje – dodatkowo podniesie  temperaturę ciała i otoczenia, bo:


Uwaga! Podczas lektury robi się gorąco! Ubierzcie się lekko i zapomnijcie o herbacie. 


Premiera dziś.

czwartek, 14 maja 2015

After. Już nie wiem kim bez Ciebie jestem – Anna Todd



Już nie wiem kim bez Ciebie jestem to druga część serii After. Po dramatycznym rozstaniu Tess wraca do mamy, by poradzić sobie z bólem towarzyszącym wiedzy o tym, jak podle wykorzystał ją Hardin. W  tym samym czasie chłopak próbuje zrobić wszystko, by udowodnić ukochanej, że zakład, który wygrał przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, bo naprawdę się w niej zakochał. Oczywiście – dziewczyna ulega i para znów próbuje zacząć od nowa. Niestety, bardzo szybko na jaw wychodzą kolejne przewinienia Hardina, jedno gorsze od drugiego. By mu wybaczyć, Tess musi bardzo dużo zaryzykować. I właściwe w  tych paru zdaniach streszcza się główna linia fabularna. Co więcej?
O ile pierwsza część serii After w  jakiś sposób sugerowała nawiązania do Pięćdziesięciu twarzy Greya, mogła się z  nimi kojarzyć dzięki podobnej kreacji bohaterów, których miłości daleko do dojrzałości, o tyle część druga to już pewniak intertekstualny. Czytając w  jaki sposób żyją ze sobą Tess i Hardin, widziałam przed oczami Anastasię i Christiana. To samo szarpanie się, to samo ograniczanie wolności, te same bzdurne kłótnie, chore zachowania, zgody i rozstania dosłownie co dwie strony (a książka ma ich grubo ponad 700!), ta sama wulgarność, załatwianie problemów seksem, pięścią i wrzaskiem, ewentualnie fochem. Kończąc każdą kolejną stronę zastanawiałam się, co jest z nimi nie tak, dlaczego,  mimo że pozornie właśnie prowadzili dojrzałą rozmowę, wyznali sobie prawdę o swojej przeszłości, wybaczyli sobie, dlaczego już dwie minuty później znowu wszystko sobie wypominają, dlaczego zawsze jedna osoba (kobieta) musi dostosowywać się do zachcianek drugiej, skąd ta chora potrzeba kontrolowania każdej minuty z życia ukochanej i skąd w  Tess tak niezdrowa potrzeba rzucania się w ramiona kogo popadnie, gdy tylko coś między nią a Hardinem nie zagra. To nie tak, że tylko postać męska jest w  tej serii zdrowo pomylona – problemy psychiczne mają tutaj niemalże wszyscy. Pewnie, wynikają one z  głębokich zranień w  przeszłości, lęku, braku poczucia własnej wartości, autoagresji, nieprzepracowanych traum i wielu innych, ale – no, kurczę – aż tak?! Dlaczego nikt nie próbuje tutaj swojego wnętrza uporządkować, gdzie jakakolwiek autorefleksja?
I najgorsze jest w  tym wszystkim to, że mimo naprawdę żenującego poziomu fabularnego (jakieś 600 stron to opis kłótni, szarpania się, przepychania i godzenia bohaterów – znamy to, prawda? Pozostałe 150 to inne wydarzenia) ta powieść naprawdę wciąga. 758 stron przeczytanych w  jeden dzień.

Być może wynika to z tęsknoty za czasami gdy miało się te 19-21 lat (hej, to nie było tak dawno!) i podobne rozterki, wywoływało się podobne awantury o byle co, uczyło się związków, docierało się, próbowało dojrzałości, a jednocześnie tak łatwo było nas zranić i tak przesadnie reagowaliśmy na każdą reakcję odbieraną jako atak. Być może, nie wiem. Nie wiem w  czym tkwi niewątpliwy fenomen Anny Todd i jej serii. I – tak – naprawdę przeczytam tom trzeci i czwarty, a nawet zrobię to z  jakąś masochistyczną przyjemnością. Jestem ciekawa jak wszystko się rozwinie, choć sądząc po ilości stron kolejnych części, ilość szalenie interesujących kłótni znów zdominuje przekaz. Mimo zauważalnej toksyczności tego związku – bardzo mu kibicuję i wierzę, że uda się go ocalić i wprowadzić na właściwie tory. Jeśli macie ochotę spędzić czas z książką, która z równą intensywnością irytuje, co wciąga – oto pomysł.



środa, 8 stycznia 2014

Spróbujmy jeszcze raz – Abbi Glines


Tytuł: Spróbujmy jeszcze raz
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 978-83-7642-229-9
Ilość stron: 336
Cena: 34,90 zł



Pierwsza część historii opowiedzianej przez Abbi Glines zrodziła we mnie mieszane uczucia, przybrała bowiem charakter skamienieliny lub mumii – odgrzewała znane schematy, ścierała makijaż nowatorstwa w zamian za całkowite oddanie się we władanie rozwiązań, które ostatnimi czasy nabrały mocy marketingowej i sprzedają się najlepiej. Autorka skupiła się na sferze emocjonalnej bohaterów, nie kusząc się nawet o głębsze penetrowanie ich psychiki – zatrzymała się na całkowicie podstawowych instynktach, pierwotnych emocjach i towarzyszącym im emocjach.

Po krótkim, choć namiętnym związku i równie spektakularnym rozstaniu, Blaire postanowiła wrócić do rodzinnego miasta, by tam uporać się z (pół)prawdą, którą właśnie poznała.
Zamiast jednak znaleźć należne jej ukojenie, w jej życiu pojawia się ktoś, kto nie pozwala przestać jej myśleć o Rushu i kto na zawsze splata ich losy.
Mimo zranienia, dziewczyna ciągle myśli o ukochanym, z którym wie, że nie ma szans na związek. Staje przed trudnymi decyzjami, od których zależy jej dalsze życie.

O ile w pierwszym tomie swoim zachowaniem irytowali mnie przede wszystkim głowni bohaterowie, o tyle teraz moja szczególna uwaga zwróciła się w kierunku Caina,  byłego chłopaka Blaire, który swoją żałosną nachalnością doprowadzał mnie do wrzenia. Urzeczywistnił on tak znany profil człowieka, który za wszelką cenę chce odwrócić niedawne rozstanie, siląc się na coraz bardziej upokarzające zachowanie i deklaracje – choć to częsty przypadek działań, które są niejako bezwarunkowe, toczą się poza człowiekiem, który gdy tylko ochłonie zaczyna ich żałować – i tak miałam ochotę Caina spoliczkować. Rzadko spotyka się aż tak irytujące postaci.

Tym, co jeszcze drażniło, to wulgarne wtrącenia podczas scen erotycznych – zabieg znany już z tomu pierwszego. Choć w normalnych warunkach bohaterowie wypowiadali się z pominięciem przekleństw, gdy tylko znajdowali się w łóżku, z ich ust natychmiast zaczęła spływać cała lista obelżywości, z subtelnym „fuck” na czele. Rola tego słowa jest tu niebagatelna – przypomina mi kultowego już św. Barnabę E.L. James, wtrącanego wszędzie gdzie tylko zaistniała taka możliwość, jednak zupełnie zbędnie, bez jakiegokolwiek umotywowania. Wtrącenia te całkowicie wybijały z rytmu, niczemu nie służyły, chyba że miały pełnić rolę wewnątrztekstowych rozpraszaczy i świadectwa płytkości. Ordynarne wtrącenia zupełnie nie przystawały do reszty wypowiedzi, choć niewątpliwie w jakiś sposób korespondowały z coraz liczniejszymi i śmielszymi scenami łóżkowymi.
Oto z powieści obyczajowej o zabarwieniu romansowym, zrobił nam się erotyk dla młodzieży, tak jednak słaby, że niektóre sceny zamiast ekscytować uchodziły za niesmaczne.
U Glines łożko= nagłe uprzedmiotowienie, pojawianie się słownictwa opisującego szczegóły anatomiczne w sposób daleki od naukowego, wtrącenie określeń nieprzyzwoitych, niestosownych i zupełnie niekorespondujących z językiem występującym w pozostałych scenach. Bohaterowie już nie unoszą się na skrzydłach miłości, lecz nagle stają się wulgarni w nazywaniu tego, co z powodzeniem mogli tytułować zgodnie z dotychczasowymi zasadami. Brakuje tutaj pewnej dyskrecji, niedopowiedzeń, raczeni jesteśmy za to ogromem scen przywołujących na myśl tanią pornografię, opisów poniżej krytyki w tego typu książce, która zupełnie nie zapowiadała podobnych rozwiązań. Daleka jestem od fałszywej pruderyjności, ale wiele scen odrzucało mnie i budziło absmak. Gdyby był to inny typ ksiązki, a całość utrzymana w podobnej stylistyce – nie byłoby problemu. W oczy jednak rzucają się nagłe zmiany poetyki, już nie tyle ze sobą kontrastujące, ile zupełnie nie współbrzmiące.

Przez to, w moim odczuciu, zatraca się główny wątek: historii o docieraniu się, dojrzewaniu do związku, uczeniu się prawidłowych zachowań, ale też o próbie dokonania trudnego wyboru między miłością do dwu kobiet, które nie są w stanie znieść swojej obecności, przez kłamstwa, którymi były karmione przez lata.
Glines stworzyła kronikę wzlotów i upadków, w której bohaterowie miotają się, nie są zdolni do podjęcia ostatecznych decyzji, wciąż kurczowo trzymając się podstawowych emocji.
Jak rozwiąże się ich sytuacja?
Przeczytajcie jeśli nie straszne Wam językowe potworki.


Recenzja poprzedniego tomu:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/o-krok-za-daleko-abbi-glines.html



czwartek, 2 stycznia 2014

Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem - Abigail Gibbs


Tytuł: Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem
Autor: Abigail Gibbs
Wydawnictwo: Muza
ISBN: 9788377584897
Ilość stron: 560
Cena: 39, 99 zł


Po raz kolejny trafiłam na książkę, o której ciężko pisać bez przyspieszonego tętna i wracania raz po raz do świata stworzonego przez autorkę – choć bardzo młodą, to niewyobrażalnie utalentowaną.

Do książki tej podeszłam po trosze na zasadzie doświadczenia – wiele było wokół niej szumu, wszak jej twórczyni początkowo publikowała ją w odcinkach na swoim blogu, zyskując niebagatela 17 milionów wejść, co uczyniło z niej niekwestionowane zjawisko na skalę światową, zwłaszcza że tekst ów stanowił kolejną, angielską odpowiedź na amerykańską sagę Zmierzch, zaś prawa do jego publikacji sprzedano do 19 krajów – a ja lubię być wobec szumnych powieści podejrzliwa, ale też – o, Matko Marketingu – ciekawska.

Nie jestem kompulsywną zbieraczką publikacji poświęconych wampirom – jako postaci literackie są one dla mnie zupełnie obojętne – akceptuję ich istnienie, lubię sobie o nich poczytać, ale nie stanowią też centrum moich czytelniczych upodobań ani też ośrodka badań.

Abigail Gibbs sprawiła jednak [zaraz po Sherrilyn Kenyon, choć u niej linia fabularna opierała się na czymś zgoła innym], że wampiry zaczęły mnie prawdziwie intrygować, a nawet toczyć ze mnie krew – bo ta niemalże lała się ze mnie wraz z potem podczas lektury – i to jest komplement.

Siedemnastoletnia Violet, to dziewczyna zadziorna i nieskrępowana w wyrażaniu swojego zdania, jakkolwiek niesprzyjające byłyby ku temu okoliczności. Nawet w obliczu zagrożenia życia, nic nie było wstanie stępić jej ciętego języka, co prawdopodobnie stało się z jednym elementów ważących nad tym, że, paradoksalnie, udało jej się uniknąć śmierci mimo bycia świadkiem masowego mordu na Trafalgar Square. Na skutek przypadkowego zdarzenia, wciągnięta została ona w świat, który dotąd pozostawał dla niej jedynie przestrzenią zarezerwowaną dla fikcyjności. Poznała bogatego arystokratę o wampirycznej proweniencji, co dalece skomplikowało ich wzajemne relacje. W praktyce została ona przez niego uprowadzona i przetrzymywana w nieprzyzwoicie luksusowej rezydencji, gdzie zatrzymał się czas, a w kieliszkach podawano krew zamiast szampana. Powinna stać się tym, kim reszta sprowadzanych kobiet – zabawką do gryzienia, upuszczania świeżej krwi, branką zaspokajającą wszelkie potrzeby, tak się jednak wcale nie dzieje. Oto Violet wtłoczona w mroczną (nawet nie wie jak bardzo!) rzeczywistość, powoli zaczyna w nią wnikać, coraz mniej pragnąć powrotu do domu, a coraz bardziej dając upust swoim żądzom.
Ucieleśnieniem jej wszystkich pragnień staje się niebezpieczny i równie nieokrzesany Kaspar – jej wybawca, a przy tym następca tronu, z którym zaczyna łączyć ją namiętność, na którą żadne z nich nie powinno sobie pozwolić. Stawką w tej grze jest bowiem coś więcej niż nieprzyzwoitość i społeczne wykluczenie płynące ze związku człowieka z wampirem, lecz pokój między wymiarami.

Gibbs skonstruowała fabułę godną największych weteranów literatury. Mimo że od początku akcja budowana była niezwykle precyzyjnie, raz po raz pogłębiając elektryzujące napięcie, to przez ostatnie sto stron wprost gotowałam się z emocji, gorączkowo kartkując książkę w poszukiwaniu rozstrzygnięcia, które – o ironio – nie nastąpiło, urywając akcję w momencie przełomowym.

Co ciekawe i dość wyjątkowe w gatunku – akcja wcale nie jest skoncentrowana na seksie, będącym główną osią, wokół której skoncentrowana została akcja ani na rozbuchanej erotyce – owszem, napięcie seksualne między bohaterami jest odczuwalne i nadaje narracji magnetyzmu, ale oni – w odróżnieniu od innych postaci literatury wampirycznej – potrafią je poskromić i w ten sposób zintensyfikować potencjał.
Seks nie jest dominantą, lecz jedynie wątkiem epizodycznym, koniecznym przy pisaniu o wampirach, będących ucieleśnieniem ideału kochanka, ale też przy konstruowaniu historii związków  w ogóle, którego ten element jest koniecznym dopełnieniem.
Tym, co jeszcze wpływa na jakość książki, jest dwutorowa narracja, prowadzona zarówno z perspektywy Violet jak i Kaspara, dzięki czemu możemy na bieżąco kontrolować przebieg zdarzeń z dwu odległych od siebie spojrzeń, w których niespodziewanie szybko zacznie zacierać się granica między tym co wampirze, a tym, co człowiecze.

Przy okazji mówienia o tej książce przychodzą mi do głowy same sformułowania dalekie od tradycyjnego komplementowania. Nic jednak nie poradzę na to, że podczas lektury było mi aż niedobrze od spotęgowania wrażeń i że jednocześnie chciałam ją pospiesznie czytać dalej, jak i odrzucać, bo wręcz omdlewałam z emocji. Napięcie z każdą stroną narastało, nawarstwiało się, intryga się zgęstniała, a ja nie mogłam złapać tchu – emocje te wciąż są żywe, a pisanie o nich powoduje wręcz ich eskalację!

Obłędna lektura!
Ale uwaga – to wampir czasowy!;)



PS Zaczynać rok takimi lekturami to wielka poprzeczka dla kolejnych :)

sobota, 30 listopada 2013

Wiedeńska gra – Carla Montero


Tytuł: Wiedeńska gra
Autor:Carla Montero
Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 9788378184713
Ilość stron: 372
Cena: 34,90 zł


Carla Montero debiutowała powieścią Wiedeńska gra. Stała się ona bestsellerem na całym świecie, stającym się preludium do jej pisarskiej kariery.
W Polsce jako pierwsza ukazała się jej druga, równie kasowa powieść – Szmaragdowa tablica, zdobywając serca czytelników swoją zawiłością i sposobem wikłania wątków.


Wiedeńska gra przenosi nas w czasy cesarskie. To w nich rozegrają się wydarzenia, mające brzemienne skutki dla historii.
Oto w Hiszpanii, w roku 1913, Isabel Alsasu – młoda kobieta – przeżywa zwielokrotniony dramat: wpierw traci rodziców, po to, by zanim zdąży przepracować traumę, zostać porzuconą przez narzeczonego na krótko przed ślubem. Bez perspektyw, zasilająca grono zubożałej szlachty, jedyną nadzieję upatruje w ciotce – księżnej związanej z dworem Franciszka Józefa, która to bez zbędnej opieszałości zdecydowała się pomóc młodziutkiej Hiszpance w potrzebie. Otoczyła ją pomocą materialną, wprowadziła w swoje towarzystwo i zapewniła wszystko to, co pozwoliłoby jej na nowo uporządkować swoje poturbowane życie.
Podróż Isabel do Austro-Węgier nie obyła się jednak bez wydarzeń niepokojących – została zaatakowana przez napastnika, pragnącego ograbić ją z torebki. Jak się okazało, wydarzenie to nie miało znamion przypadkowości. Docierając do Wiednia, kobieta stanie na linii napięć, które potęgować w niej będą wrażenie nadchodzącego niebezpieczeństwa.
Docierając do miejsca dotąd uznawanego za spokojne, tak naprawdę trafia w serce niepokoju – Wiedeń czuje na plecach oddech zbliżającej się wojny, której jak się zdaje – nie można już uniknąć, a jedynie odroczyć. Zapobiec jej próbują dyplomaci, w kuluarach planujący ożenki, mające zapewnić międzynarodowy pokój i nieagresję. Równocześnie jednak, pewna niebezpieczna i bardzo wpływowa sekta – oddająca hołd Kali-Kamie, dokłada wszelkich starań, by nie dość, że wojnę wywołać, to wznieść ją na wyższy poziom. W ich zasięgu jest bowiem broń, o jakiej nie śnili dotąd nawet najwięksi chemicy i fizycy.
Przez stronice tej książki przewijają się postaci autentyczne: obok wspominanego Franciszka Józefa, są to Maria Skłodowska-Curie, Ernest Rutherford, Hans Geiger, Niels Bohr i in.

Mimo wielu prób nadania powieści znamion realności, głównym motywem nad nią panującym jest teatr. Każdy z bohaterów bowiem, przybiera maski, pozorując na kogoś zupełnie innego, niż jest w rzeczywistości. Hiszpanka i otaczający ją mężczyźni, raz po raz, poddający się jej urokowi, to zmyślni aktorzy, odgrywającą z góry przeznaczoną dla nich rolę. Budzące się namiętności powodują nieprzewidziane konflikty i emocje, rozbudzając w postaciach nieznane im dotąd pokłady emocji. Wszyscy, z pasją i zaangażowaniem realizują swoje plany, jednocześnie wikłając się gąszcz niebezpiecznych relacji, nie zawsze rozumiejąc i odczytując je jednakowo.
Montero zachwyciła mnie swoją zdolnością kreowania świata szpiegowskiego, zdominowanego przez mężczyzn, w który z największą prostotą wdziera się egzotyczna kobieta, zdolna pokrzyżować plany nawet najbardziej wpływowych i nieprzejednanych dotąd polityków, dyplomatów i służb wywiadowczych.  
Choć powieść ta nie zawsze należy do najłatwiejszych, czyta się ją z rosnącym zainteresowaniem i szacunkiem nie tylko dla pomysłu, ale przede wszystkim jego realizacji.
Wiedeń przedwojenny, siatka szpiegowska, wejście w centrum działalności sekciarskiej, próby dyplomatycznego uniknięcia zbrojeń, wybuch namiętności – każdy z tych elementów nadaje powieści kolorytu i tworzy jej niebagatelny klimat. Zanurzona w rzeczywistości pozornego pokoju, bałam się kończyć tę powieść – delektowałam się nią przez wiele dni, raz po raz zachwycając elementami świata przedstawionego. Forma książki również poświadcza o jej wyjątkowości – tworzy ją seria naprzemiennych listów – raz pisanych ręką Isabel do ukochanego, innym zaś razem spisanych przez Karla – jednego z mężczyzn, których Hiszpanka uwiodła. Ich relacje uzupełniają się, a sposób referowania zastanej rzeczywistości jest zgoła odmienny, podkreślając różnice między mężczyznami a kobietami – w sposobie działania, myślenia i obserwowania zdarzeń. Całość jest tym bardziej interesująca, że oboje streszczają wydarzenia tej samej osobie – Larsowi.
Doskonała lektura!

wtorek, 12 listopada 2013

O krok za daleko - Abbi Glines


Tytuł: O krok za daleko
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 9788376421780
Ilość stron: 304
Cena: 34,90 zł



Rush i Blair to młodzi ludzie, w pokrętny sposób spowinowaceni. Spotykają się oni, gdy dziewczyna po śmierci matki i przez wzgląd na swoją kiepską sytuację finansową, postanawia na kilka dni poszukać pomocy u ojca, który zostawił ją i mamę pięć lat wcześniej. Przybywając do jego domu, dowiaduje się, że ten wyjechał, pozostawiając w posiadłości jedynie Rusha – syna swojej żony. Ten przystojny mężczyzna robi na Blair ogromne wrażenie, jednak jego zachowanie sprawia, że bohaterka z coraz większą intensywnością zaczyna czuć się w jego domu jak intruz. By móc jak najszybciej stanąć o własnych nogach, rozpoczyna pracę w klubie golfowym, co przynosi jej niespodziewanie wysokie zarobki. Tam też poznaje gros mężczyzn, gotowych na flirt i wiele więcej. Niespodziewanie dla niej samej, Rush wielokrotnie wścieka się za jej kontakty, z którymkolwiek z klientów i zaczyna się wobec niej dziwnie zachowywać, sprawiając, że Blair zaczyna drżeć ze strachu o utratę miejsca do spania. Prędko okazuje się jednak, że jego osobliwe postępowanie ma zupełnie inne źródło…

Przewracając kilka pierwszych stron książki O krok za daleko Abbi Glines, nie sposób było mi się uwolnić od skojarzeń z trylogią E.L. James. Bohaterom nadane zostały podobne rysy, a sposób ich przedstawienia padł niedaleko od tego, którym, jak się wydaje, inspirowała się autorka.
Rush to zaborczy, nieco tyraniczny, wybuchowy, nieprzyzwoicie bogaty i bachiczny młody mężczyzna, z obsesją na punkcie seksu z kobietami na jedną noc, z, jak się zdaje, mroczną przeszłością, przed którą chce chronić Blair, i której nie chce zdradzić. Niemalże każdego wieczoru jego okazały dom wypełniony zostaje gwarem i rwetesem, spowodowanym kolejnymi imprezami. Zakochuje się on, co nigdy dotąd mu się nie zdarzyło, w dziewczynie zupełnie nieprzystającej do tych, z którymi na co dzień się spotyka. Pała namiętnością do osoby niewinnej, którą pragnie chronić przed sobą samym, świadomy swoich upodobań i zachowań, a także historii rodzinnej.
Ona z kolei, mimo wiedzy o ilości jego seksualnych partnerek, nie może mu się oprzeć, sama prowokując następujące wydarzenia. Ich fascynacja przeradza się w związek niemożliwy do spełnienia, a mimo to oboje brną w niego dalej: na przekór różnicom. Schemat bardzo znany, mocno rozbuchany i napompowany po fali popularności Pięćdziesięciu twarzy Greya, podany w podobny sposób, choć otoczony ciut inną historią.
Książka ta równie silnie koncentruje się na scenach erotycznych, mnogości orgazmów od pierwszego razu i niedyskrecjach łóżkowych, które wcale nie ekscytują tak, jak chyba powinny.
O krok za daleko, to swoiste preludium do dalszej historii pary, którą oprócz spowinowacenia, połączyła nagła i nieokiełzana namiętność, której ci z łatwością i lubością się poddali. Czyta się jak niebywale szybko, właśnie z powodu skróconego do minimum zaplecza fabularnego, a wysunięcia na plan pierwszy sfery emocjonalnej bohaterów. To książka tyleż ciekawa, co wtórna. Jej czytanie jest jak przeżuwanie i wypluwanie raz przeżutych kawałków, które jednak może  - i robi to – sprawiać czytelniczą przyjemność. Jest to jednak uciecha jedynie chwilowa, bezrefleksyjna. O krok za daleko to ludyczna powieść, mająca zabawić tłumy spragnione wytchnienia, a nie kolejnego pretekstu do rozmyślań.
Takich lektur każdy od czasu potrzebuje, toteż z ciekawością prześlędzę dalsze losy tej nietuzinkowej pary. W sam raz na jesienną chandrę i chwilę zapomnienia.

czwartek, 17 października 2013

Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte


Tytuł: Wichrowe Wzgórza
Autor: Emily Bronte
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9788324020768
Ilość stron: 368
Cena: 32,90 zł

Wichrowe Wzgórza, to jedna z tych książek, do których lubię wracać i robię to często.
Zwłaszcza jesienną porą, wieczorami, gdy wręcz czuje się chłód wiatru wiejącego od wrzosowisk opisywanych przez Emily Bronte.

Nie ma tutaj duchów, nie ma zjaw, a jednak odczuwa się to przenikliwe zimno, ulatujące z kart książki, gdy opisywane są ludzka samotność i nieszczęście.
Bohaterami swojej powieści uczyniła Bronte Cathy i Heathcliffa – dwójkę ludzi, którym nie dane jest cieszyć się pięknem miłości, lecz jedynie jej mroczną stroną, niosącą ból i rozrywające cierpienie. Spędzający ze sobą czas od dzieciństwa, odnajdują w sobie pokłady rodzącego się uczucia, skazanego jednak na porażkę w oczach rodziny Catherine – po śmierci ojca, ostatnie słowo należy bowiem do jej brata, który od początku nie akceptował obecności Heathcliffa, przyjętego przez ich ojca pod opiekę. Upokarzany i poniżany, w nikim nie znajduje oparcia, bowiem jego ukochana nie znajduje w sobie dość siły, by sprzeciwić się porywczemu bratu.
Kobieta mając za nic porywy serca i próbując oszukać sama siebie, decyduje się na zawarcie związku małżeńskiego z mężczyzną, którego wybrał dla niej rozsądek.
Heathcliff czując się ostatecznie upokorzony za nic ma jej wybór, nie zamierza bowiem rezygnować z intensywnego uczucia, którego oboje nie mogą się wyprzeć. Zapala się w nim żądza zemsty, która ostatecznie staje się największym i jedynym celem jego życia.
Rozpaczliwa miłość dwojga młodych ludzi nie zaznaje ukojenia, nie dane jej jest się spełnić.

Niezwykły klimat, bogactwo języka, narracja rozpalająca wyobraźnię.
Choć często stosuje się to trywialne sformułowanie, to Wichrowe Wzgórza naprawdę są opowieścią, którą powinno się czytać jedynie o zmierzchu, pod kocem i przy kominku.
Sięgając do tej książki, każdorazowo mam wrażenie przeniesienia się w czasie. Sugestywna narracja sprawia, że wielokrotnie miałam już ochotę wyjrzeć przez okno, z nadzieją, że ujrzę za nimi nie śląski krajobraz, lecz wrzosowiska, wśród których świszczy wiatr i pomiędzy którymi przechadza się żądny zemsty Heathcliff.
Po latach mijających od mojej pierwszej lektury, nieco inaczej odbieram tę książkę, znajduję w niej inne interesujące mnie elementy, a jednocześnie wciąż jestem tak samo oczarowana nieporównywalnym do niczego innego klimatem, który moim zdaniem doskonale oddaje piosenka Kate Bush, stworzona na potrzeby jednej z ekranizacji. Nie znam drugiej tak nastrojowej powieści, pulsującej podskórnym rytmem.
Bronte posiadła nieprzeciętną biegłość w posługiwaniu się słowami, a kolejne zdania wychodzące spod jej pióra czyta się łapczywie i z narastającym pragnieniem.
Zawsze, czytając tę powieść miałam wrażenie życia we śnie -  autorka w jakiś niepojęty dla mnie sposób uchwyciła klimat pełen intensywności doznań, wcale niepozytywnych. Mroczna jest to książka, przejmująca bólem, niewypowiedzianym cierpieniem i niezrozumieniem, ale to właśnie te elementy stanowią o jej wdzięku. To powieść, która oddycha, która nie przemija i wciąż niezmiennie tętni życiem. Często tęsknię do bogatego słownictwa, wyjątkowego stylu i wspaniałej atmosfery jaką można spotkać tylko w klasyce – u Bronte znajdziemy wszystkie te elementy, bez potrzeby sięgania po kilka książek, by doszukiwać się w nich namiastek.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Nocne życie – Dennis Lehane


Tytuł: Nocne życie
Autor: Dennis Lehane
Data wydania: 16.04.2013 - premiera!
ISBN: 978-83-7839-494-5
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cena: 39 zł
Ilość stron: 504




Lehane namieszał w moim czytelniczym życiu dobre kilka lat temu, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z jego kryminalną serią o detektywach Kenzie i Gennaro. Historia te dwójki zaabsorbowała mnie na tyle, by po długim czasie powiedzieć, że stanowi ona cykl moich ulubionych książek, a sam autor króluje w piątce pisarzy, których najbardziej cenię.
Z tego też powodu – każdą jego powieść mogę polecać w ciemno – nie tylko fanom gatunku, jaki reprezentuje, bowiem od dłuższego czasu nie mówi się o nim jedynie w kategoriach mistrza swojej profesji, lecz także mistrza powieści w ogóle.
Dennis Lehane
Obdarzony niezwykłym zmysłem obserwacji, darem konstruowania fabuł niebanalnych, wciągających i przyspieszających  bicie serca – Lehane od lat króluje. Od mniej więcej dwu lat, jego popularność, ku mojej wielkiej radości, wzrosła także i w Polsce. Wszystko za sprawą Wyspy tajemnic, na której podstawie nakręcono film o tym samym tytule z Leonardem DiCaprio w roli głównej.

Nocne życie, to jego dziesiąta książka (nie wliczając opowiadania Przed Gwen), ukazująca się na naszym rynku. W sposób bardzo luźny jest ona powiązana z Miastem Niepokoju – w obu powieściach występuje Danny
Coughlin, jednak w najnowszej jest one jedynie postacią epizodyczną, gdyż rola pierwszoplanowa przypadła jego bratu, Joemu.
 
Ad rem. Lehane po raz kolejny postanawia przyjrzeć się światu z czasów prohibicji. Swoim głównym bohaterem czyni Joego – syna znanego i poważanego kapitana policji – mężczyznę, który uważa się za wyjętego spoza prawa. Boston z początku lat 20-tych, to dla niego czas, w którym łatwo można się wzbogacić, jeśli tylko nawiąże się odpowiednie kontakty i posiądzie się zdolność rozpoznawania w ludziach wrogów i przyjaciół.
Prohibicja spowodowała w Bostonie masowy wysyp nielegalnych, podziemnych spelunek i gorzelni. Ich właściciele byli najczęściej gangsterami związanymi z prostytutkami lub też policjantami, którzy jedynie sprawiają wrażenie stróży prawa, bowiem bardzo łatwo dają się przekupić. Joe, widząc, co może przynieść mu prawdziwie pieniądze, wdał się w konszachty z największymi i najniebezpieczniejszymi gangsterami w mieście. Będąc na ich usługi, wiele stracił w oczach ojca. W swoim własnym mniemaniu stał się jednak kimś wartościowym – osobą żyjącą na marginesie społeczeństwa, osobą której życiem rządziła noc. Niestety, jego brawura zaprowadziła go prosto za kratki, gdzie spędził dwa lata, po raz kolejny organizując swoje życie na szemranych interesach z najgroźniejszymi współwięźniami.
Pobyt w tym miejscu stał się dla niego jednak przepustką do prawdziwego bogactwa. Pieniądze ułatwiły mu wejście we właściwe relacje z właściwymi ludźmi. I choć wiedział, że nad jego życiem ciąży bezustanne widmo przedwczesnej śmierci – miał to za nic. Żył  chwilą, czerpiąc z niej co najlepsze: kochał, oddychał pełną piersią, cierpiał, zdradzał, okłamywał, buntował się, budował swoje imperium. Jego spektakularne życie pozwoliło mu piąć po szczeblach gangsterskiej organizacji, szybko doprowadzając go na szczyt. Joe z Bostonu trafił na słoneczną i upalną Kubę, gdzie jego życie ani na chwilę nie zwolniło tempa, a on stał się najważniejszą jednostką, od której zależało życie i status większości mieszkańców.
Nawet tam, w pogoń za nim udały się jednak widma przeszłości, na nowo rozdrapując stare rany i uświadamiając wszelkie błędy młodości.
Nocne życie, to fascynująca opowieść, w której nie ma miejsca na nudę. Gdy na karku czujesz oddech wroga, a u oku masz ludzi, którzy w każdej chwili mogą cię zdradzić oraz przyjaciół gotowych ponieść śmierć w imię słusznej sprawy – nie ma czasu na odpoczynek. Bezwzględność i brutalność to dwa słowa przyświecające tej powieści. Mrok jakim spowite jest życie bohaterów nie jest jedynie przenośnią – jest faktem.
Lehane po raz kolejny wykazał się swoją skrupulatnością i dbałością o najdrobniejsze szczegóły: wiernie oddał rzeczywistość czasów prohibicji, zbudował bogate portrety swoich postaci. To powieść wielowymiarowa – nie jest sporą dawką taniej sensacji, w której trup ściele się gęsto (choć trzeba przyznać – ściele się wyjątkowo gęsto). Jest opowieścią o ludzkich namiętnościach, żądzach, pragnieniach – zemsty, miłości, szacunku, bogactwa.
To historia ukazująca prawdziwe oblicze człowieka, szczególnie te najciemniejsze. Odziera ludzkość z wszelkiego fałszu, ukazując drzemiące w nim demony.
To powieść, która wywołuje niepohamowany głód kolejnych tekstów autora.
Przeczytajcie ją koniecznie! Specyficzny humor Lehane’a przemówi do każdego, a doskonale poprowadzona fabuła zagwarantuje Wam godziny doskonale spędzonego czasu. Twórca ów nie boi się eksperymentować z tradycjami gatunku, nie boi się wprowadzać innowacji, naginać pewnych ram i schematów.
Zapamiętajcie to nazwisko – jest gwarantem powieści na najwyższym poziomie i pewnością, że nie odpadniecie z nudów. Daleko książkom Lehane’a do wtórności – patronuje im niepowtarzalność i odejście od czarno-białych rozwiązań. To odpowiedź na zapotrzebowania czytelnika związane z niezwykłą przygodą – prawdopodobnie na o wiele dłużej niż czas potrzebny na przeczytanie jednej powieści. Lehane uzależnia i każe do swoich książek wracać wielokrotnie.  
Dajcie się uwieść!

niedziela, 13 maja 2012

Anomalie – Grzegorz Krzymianowski


Grzegorz Krzymianowski urodził się w roku 1977. Jest autorem esejów i szkiców krytycznych. Swoje teksty publikował między innymi na łamach „Dekady literackiej”, „Twórczości”, „Odry”, Wprost” oraz „Existence Magazine”. Współpracuje także z internetowymi „Literatkami” oraz „artPapierem”.
Jego debiutancka powieść – Historia mojego upadku – ukazała się w roku 2010.

Anomalie to książka nietuzinkowa. Choć jej przedmiotem wydaje się być temat rozszarpany przez pisarzy na części pierwsze – zazdrość, to Krzymianowski obwarowuje go taką narracją, która nie tylko nie pozwala się czytelnikowi nudzić, ale zaświadcza również o indywidualizmie samego autora. Podobne wykorzystanie tematu, na jakie pozwolił sobie ów twórca, nie jest w literaturze zjawiskiem nowym. Lektura tekstu polskiego prozaika w pierwszej kolejności przywodzi na myśl dwa dramaty E.E. Schmitta, jakimi są Małe zbrodnie małżeńskie oraz Tektonika uczuć.
Bohaterami Krzymianowskiego rządzą podobne pragnienia oraz podejrzenia co bohaterami Schmittowskimi. Anomalie to wielka intryga i historia docierania się oraz okłamywania. Co ciekawe – cała właściwa akcja rozgrywa się w umyśle głównego bohatera. To jego domysły determinują kolejne wydarzenia; to obrazy, które podsuwa mu figlarny umysł stają się przyczyną drastycznej zmiany jego zachowania względem ukochanej, a w konsekwencji rozpadu ich związku. To wreszcie kameralny dramat, rozgrywający się każdego dnia między dwojgiem żyjących ze sobą ludzi, których związek dawno przeżył już swoje czasy rozkwitu, do którego wdarła się rutyna, a wraz z nią powolne obumieranie uczuć. Główni bohaterowie traktują się z obojętnością, ich gesty naznaczone są nieskrywanym fałszem i sztucznością, co prowadzi do nieuniknionej tragedii wytworzonej przez narastającą nieufność.
Męskie urojenia, podjudzane przez nagłe odkrycie; zazdrość pielęgnowana niczym najpiękniejszy i najokazalszy kwiat rozrasta się na oczach czytelnika i samego bohatera.
Odbiorca znajduje się w samym centrum umysłu głównej postaci – penetruje jego myśli, zna pragnienia i wie o wszelkich wyobrażeniach. Choć nie ma wglądu w rzeczywistość widzianą oczami jego partnerki, podświadomie odczuwa, że to czego jest świadkiem, to dramat jakich wiele – napędzany siłą, której być nie powinno, oparty na insynuacjach i niesprawdzonych tezach.
Krzymianowski zbudował powieść, którą warto czytać i która nie posiada znamion sztampowości. Jest gęsta od emocji i uczuć, ale nie tłamsi i nie dusi. Pokazuje cienką linię między prawdą a urojoną fikcją; zaświadcza o łatwości z jaką usprawiedliwiamy swoje czyny; wreszcie wskazuje na skutki niedomówień mogące dotknąć każdego z nas.
To lektura dająca przyjemność czytania pozwalająca przy tym na podróż meandrami umysłu.
Polecam.



poniedziałek, 14 marca 2011

"Bornholm, Bornholm" Hubert Klimko- Dobrzeniecki

O Hubercie Klimko- Dobrzanieckim wcześniej nie słyszałam. Mimo, że jego „Rzeczy pierwsze” przykuwały swego czasu moją uwagę, stało się to bardziej za sprawą okładki niż widniejącego na niej nazwiska. Niemniej jednak z nieskrywaną przyjemnością sięgnęłam po „Bornholm, Bornholm”.  

W polskiej literaturze zauważyłam pewne tendencje: albo powstają dzieła wybitne, kunsztowne, prawdziwa literatura przez duże L, albo wręcz przeciwnie- kiepskie próby zaistnienia na pisarskiej scenie, niejednokrotnie sięgające po utarte schematy, nie wnoszące niczego świeżego. Ot, lekturki, które tak samo jak szybko się czyta, tak samo szybko się o nich zapomina.

Wiedziałam, że tym razem przede mną duże wyzwanie, przeczytałam gro znakomitych recenzji i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że bez lektury tej książki się nie obejdzie. I miałam rację.
Hubert Klimko- Dobrzaniecki zabiera nas w świat niezrozumienia, braku miłości, w świat toksycznych związków, toksycznych relacji. W świat naszych małych, codziennych wojen.
Wszystko to na tle wojny o znacznie większej skali- wojny światowej, która stała się kumulacją cierpień miliona istnień.

Narracja prowadzona jest dwutorowo: poznajemy dwójkę bohaterów: Horsta Bartlika, niespełnionego w miłości, żyjącego pod pantoflem małżonki, całkowicie poddającego się jej woli, można by rzecz- ubezwłasnowolnionego oraz mężczyznę opowiadającego swoje życie matce leżącej w śpiączce.

Horst Bartlik całkowicie stracił panowanie nad swoim życiem. Postanawia się zmienić i wyjeżdża. Poznaje kobietę, która staje się dla niego objawieniem. Uświadamia mu, jak wiele jest wart.
Marzenia Horsta o zmianie swojego życia zostają jednak przerwane przez powołanie go do wojska. Tam też zaczyna pełnić dziwną funkcję. Docierają do niego listy z domu, które z każdym kolejnym razem stają się bardziej zaskakujące…

Z kolei mężczyzna z drugiej części książki stał się mężczyzną ograniczonym przez własną matkę. Przez całe życie ciążyła nad nim jej niewidzialna ręka, wszystko co robił, robił z myślą o niej. Całe jego życie zostało jej podporządkowane. Mimo, że ją kochał, jednocześnie zdawał sobie sprawę, że zniszczyła mu życie. Jej śpiączkę wykorzystuje więc jako moment, w którym bez konsekwencji może wyznać jej brutalną prawdę o całym swoim życiu. W swoim opowiadaniu nie sili się na bycie miłym, niejednokrotnie opowiada rzeczy, których matka wolałaby nie wiedzieć.

Obu bohaterów łączy jedno- uzależnienie od kobiet, brak samodzielności, ślepe zapatrzenie w ich polecenia, niezdolność do działania, trwanie w marazmie, a jednocześnie wielka chęć do zmiany, wielkie pragnienie posiadania życia o jakim zawsze śnili.

Ksiązka ta jednak nie jest li jedynie gorzką analizą zachowań męskich i kobiecych, nie jest jedynie ksiązką o zaborczości i braku spełnienia. Odnajdziemy w niej także historię prawdziwej, bezinteresownej, trwałej, wręcz wzruszającej miłości Olego i Kristine. Miłości do samego końca. Miłości na dobre i na złe. Zwłaszcza na złe.
Autor bazuje na kontrastach, pokazuje jak wielki mamy wybór, jak wiele zależy od nas oraz od osoby, z którą decydujemy się spędzić życie.

Akcja toczy się niespiesznie. To nie ona gra tutaj główną rolę.
Nostalgiczny nastrój składnia do refleksji. Refleksji nad naszymi własnymi więzieniami. Tutaj jego symbolem stał się Bornholm.
A gdzie jest nasze więzienie?

Zapraszam do lektury!

5/6

poniedziałek, 21 lutego 2011

"Żar Sahelu" Agnieszka Podolecka

O Agnieszcze Podoleckiej słyszałam wcześniej za sprawą książki „Za głosem sangomy”. Niestety, nie udało mi się jej przeczytać, dlatego też pierwsze literackie spotkanie odbyłam z autorką na kartach książki „Żar Sahelu”.
Zafascynowana okładką, opisem, a także fotografiami, które miałam przyjemność oglądać na stronie Pani Agnieszki nie mogłam się doczekać chwili, w której poznam bohaterów i ich  życie.
Początkowo miałam mylne wyobrażenie tej książki: spodziewałam się wspomnień z podróży, quasi-przewodnika. Właściwie nie wiem co mnie zmyliło.
Dziś cieszę się, że trafiłam na tak świetną powieść, a nie spełnienie moich wcześniejszych oczekiwań…
Już od pierwszych stron poczułam silną więź z bohaterami: nastoletnią  Bellą, jej przyjacielem Williamem, mamą Anną, przyjacielem rodziny Davidem. Jedyną osobą, która od samego początku [jak się później okazało- słusznie] budziła moją niechęć był Marek- dyplomata, a prywatnie mąż Anny i ojciec Belli.

Bella od urodzenia posiada na ramieniu dziwne znamię, które ściąga na nie nie lada problemy. Wraz z rodziną przenosi się do wioski Mali, skąd niedawno doszły wieści o morderstwach. Tam poznaje Davida, który od chwili przeczytania przez nią dziennika Elizabeth-tajemniczej kobiety- pomaga jej w misji, która została jej przeznaczona… Wspólnie próbują pomóc duszy kobiety uwięzionej między dwoma światami. Dziewczyna wspiera przyjaciela w odkrywaniu świata duchów, magii, szamanów.  W międzyczasie oboje są obserwowani przez strażnika Luqmana…

Książka jest pełna namiętności, magii, świata pełnego niebezpieczeństw, jakie możemy spotkać jedynie na kartkach powieści lub odbywając podobną podróż- do Sahelu… Jako, że pewnie na taką podróż nigdy się nie odważę, pozostaje mi lektura;)

Jestem pod wielkim urokiem tej powieści, już nie mogę doczekać się aż sięgnę po „Za głosem Sandomy”. Mam wielką nadzieję, że na tych dwóch pozycjach Agnieszka Podolecka nie zakończy swojej pisarskiej kariery. Urzekła mnie zwłaszcza historia Anny i Davida, bohaterów, których uczucie dopadło po pięćdziesiątym roku życia.

Zauważyłam jednak kilka kosmetycznych błędów, m.in. w odmianie nazwiska wspomnianego Paula Coelho, wielokrotne powtórzenia tych samych konstrukcji składniowych, wielokrotne, raz po raz powtarzane zdanie o tym, że nie wolno sprzątać przy służbie, bo straci do nas szacunek. 

Jeszcze jedna maleńka wiadomość wytrąciła mnie z równowagi i na kilka chwil odebrała radość z czytania: w utworze pojawia się zdanie, po którym jedyne na co było mnie stać to okrzyk „Nie wierzę, że ON wkradł się nawet tutaj!”. Jednak z racji, że jestem bardzo tolerancyjna, starałam się dla własnego zdrowia psychicznego zapomnieć o tym mankamencie:

Ja też lubię filmy z Robertem Pattinsonem nie tylko dlatego, że jest dobrym aktorem… Nie patrz tak na mnie! Jaki masz problem? [1]






Nie mam żadnego;)) Tym optymistycznym akcentem zakończę;) Polecam w stu procentach, każdemu kto szuka czegoś niebanalnego, ciut sensacyjnego, ciut erotycznego, pełnego namiętności, pięknych opisów przyrody. Wszystkiego po trochu, każdy znajdzie tu coś dla siebie.




5/6




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Poradnia K.

[1] Agnieszka Podolecka, Żar Sahelu, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010, s. 222