Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 marca 2014

Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę - Agnès Martin-Lugand


Tytuł: Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę
Autor: Agnès Martin-Lugand
Wydawnictwo: Wielka Litera
ISBN: 978-83-64142-42-0
Ilość stron: 208
Cena: 24,90 zł


Zadziwiające są losy tej książki. Agnès Martin-Lugand pierwotnie opublikowała ją na własny koszt jako e-book, jednak jej popularność przerosła jej oczekiwania. Natychmiast sprzedano prawa do jej wydania do kilkunastu krajów, które (ponoć) okrzyknęły ją wzruszającą, natychmiast wprowadzając na listy bestsellerów. Takiej rekomendacji, podsyconej apetycznym i zwodniczym tytułem nie sposób nie wziąć pod uwagę przy doborze lektury. Warto było?

Diane jednego dnia straciła w wypadku męża i córeczkę. Odtąd jej życie nigdy nie wróciło na właściwie tory. Kobieta zrezygnowała z czynnego prowadzenia kawiarni literackiej, oddając ją niemalże całkowicie we władanie swojemu przyjacielowi, Feliksowi; nie odwiedzała grobów; zamknęła się w swojej skorupie, mając nadzieję na szybkie nadejście śmierci; wciąż obwiniając się za odejście swoich najbliższych. Po roku wegetacji, częściowo za namową współpracownika postanawia wyjechać do losowo wybranej miejscowości w Irlandii, dając tym samym zadość życzeniom zmarłego męża, a samej szukając spokoju i wyciszenia.

Mulranny oczekiwanego wytchnienia wcale jednak jej nie daje: mieszkańcy są ciekawscy, wścibscy i irytujący, czego nie zmienia nawet ich wrodzona życzliwość. Diane pechowo mieszka także koło wyjątkowo opryskliwego mężczyzny, który na każdym kroku okazuje jej wrogość, czyniąc jej życie nieznośnym.
Choć lektura nie rozpoczyna się akcentem optymistycznym, lecz otwarta jest ludzką tragedią, wcale nie stanowi tekstu przygnębiającego. Widmo ciążącej przeszłości i nieprzepracowanej żałoby wciąż ciąży nad bohaterką, a jej niemoc w uporaniu się z depresją jest dotkliwie przez nas odczuwalna, a mimo to publikacja ta dobrze sprawdza się jako odskocznia od problemów. Za jej sprawą widzimy, że wystarczy jedna uparta osoba, pragnąca naszego szczęścia, by nawet po wielu miesiącach bezczynności zmusić nas do działań, mogących realnie zmienić nasze życie i przywrócić nas do czerpania z niego garściami, a nie tylko wegetatywnego oczekiwania na jego kres.
Choć przeplatają się w tej książce wydarzenia, mogące spaść na każdego i brak w niej wystudiowanego szczęścia, które wydaje się sztuczne i mdłe, co często dyskwalifikuje podobne publikacje w przedbiegach, brakuje w niej ikry – zamiast całkowicie oddać się lekturze, będziemy biernie brnąć przez kolejne stronice ani bohaterom nie kibicując, ani się z nimi nie utożsamiając, raczej bezwiednie krocząc ku finałowi, dość niewiążącemu zresztą…
Niezbyt angażująca to powieść, być może przez swoją zwięzłość. To raczej niezobowiązująca lektura na jedno popołudnie, gdy po ciężkim dniu chcemy jedynie odsapnąć i sięgnąć po coś lekkiego, co choć na chwilę pozwoli zapomnieć nam o trudnościach, choć tak naprawdę nie jest na tyle wciągająca, by umożliwić jakiekolwiek oderwanie od rzeczywistości.

Banalna historia, ramotka podobna wielu innym, zwodząca tytułem i zachętą do wstąpienia do kawiarni literackiej w Paryżu. I na nic się zdaje przeniesie akcji do nie mniej klimatycznej Irlandii, a także oddanie uroków pubów, lejących się strumieni guinessa oraz życzliwości miejscowych, tak dalekiej od opisywanej opryskliwości Paryżan.  Liczyłam na historię jakkolwiek związaną z tytułem, czego niestety nie dostałam.
To po prostu słabiutka książka, która sprawdzi się dla tych, szukających czegoś lekkiego, niewymagającego i krótkiego – tych przymiotów odmówić jej nie można. Reszta jest milczeniem.

środa, 16 października 2013

Blaski życia - Katarzyna Miller


Tytuł: Blaski życia
Autor: Katarzyna Miller
Wydawnictwo: Zwierciadło
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788363014650
Ilość stron: 170
Cena: 24,90 zł


Katarzyna Miller to uznana psycholożka, psychoterapeutka, filozofka, poetka i felietonistka, chciałoby się dodać: kobieta-orkiestra.  Posiada ponad trzydziestoletnią praktykę terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej.
Gdy nie pomaga innym ludziom, wykłada na podyplomowych Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim, a także na warsztatach rozwojowych dla kobiet. W swoim dorobku ma już kilka samodzielnych publikacji, między innymi Nie bój się życia, Królowe życia, Słone ciasteczka, Fontanna miłości. Jest ponad to współautorką następujących książek: Jak pies z kotem czyli mężczyzna i kobieta na co dzień, Porozmawiajmy o seksie, Bajki rozebrane, Chcę być kochana tak jak chcę, Być kobietą i nie zwariować.
Jej teksty cieszą się niesłabnącą popularnością, co stało się dla mnie przyczynkiem do zainteresowania się wydawanymi przez nią publikacjami.
Blaski życia przyciągnęły mnie [co teraz wstyd przyznać] swoją szatą graficzną i ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu to ona stała się największym i niestety chyba jedynym wartościowym elementem książki. Być może przyczyną mojego zawodu stały się wygórowane oczekiwania: liczyłam bowiem na książkę stanowiącą odpowiedź na pytanie wykrzyczane na okładce: Jak odzyskać prawdziwą radość życia? A otrzymałam zbiór felietonów, lepszych lub gorszych [dla mnie najczęściej gorszych], które nie dość, że nie przekazały żadnej odkrywczej prawdy, żadnego novum, to jeszcze przy mówieniu o sprawach oczywistych były po prostu nudne.
Miller proponuje czytelnikowi teksty, które tytułuje następująco: Pochwała szefa, Małe jest ważne, Mam elfa!, O ważności chorowania, Menu dla kobiety, O rozkoszności flirtowania, Zaplanować los?, Cud czytania, Pożegnanie z Olgą, O panach i paniach, Tutaj i tam, Żadnych obowiązków, Trochę o miłości, Potrzebna, Własny pokój, Prawdziwe kłopoty, Nasi dziadkowie, Odwaga uczciwości własnej, Lek na głupotę, Święto rozwodu, Cierpliwość, Kongres kobiet i mężczyzn, Sknerstwo emocjonalne, Pomocne sny.
Jedne brzmią bardziej interesująco, inne mniej. Kilka zapowiadało się na teksty atrakcyjne, ale przy większości odpadłam z nudów. Przerzucałam kartki z nadzieją na choć jeden intrygujący tekst, ale w tym kartkowaniu stałam się tak dobra, że ani obejrzałam, a znalazłam się przy końcu.
Miller proponuje nam flirtowanie z każdym, nawet z dziećmi, co by nie zmarnować potencjału dobrych emocji; odradza planowanie; każe żyć teraźniejszością; proponuje kobietom odnalezienie własnego kąta i tak dalej, i tym podobne.

Być może to wszystko byłoby ciekawe, gdyby nie fakt, że… już było.
Wtórność, nuda, nic się nie dzieje, żadnej inspiracji, żadnej nowości, ani krzty oryginalności, ani pół nieznanej dotąd rady do wdrożenia, czytałam i widziałam same blablabla. Mogłabym powiedzieć, że ostatecznie kwestia wspólnego świętowania rozwodu jest jakąś nowinką, jakimś pomysłem, ale za to w moim przekonaniu zupełnie niemożliwym, jakąś absolutną mrzonką, historią nie do zrealizowania, nie w naszej mentalności, a tej nie da się zmienić, tak jak chyba chciałaby Miller, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Cóż mogę dodać? Nie będę publikacji tej odradzała, bo być może dla kogoś kto nieczęsto ma okazję sięgać po takie teksty, będzie dobrą propozycją, która rzeczywiście sprowokuje wprowadzenie w życie konkretnych zmian. Być może ktoś ceni sobie Miller i jej rady i ta pozycja stanie się dla niego swoistym kompendium dobrych rad.
Może ktoś się uśmiechnie, ktoś się nad czymś zastanowi, inny przyjrzy się dokładniej własnemu życiu.
Jeśli tylko macie ochotę – kosztujcie, próbujcie.


środa, 25 września 2013

Kupa gównianej wiedzy. Ze skatologią za pan brat.


Tytuł: Kupa wiedzy. Książka do toalety opływająca w mądrości
Autor: Paul Kleinmann
Wydawnictwo: Pascal
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788376420752
Ilość stron: 352
Cena: 39,90 zł



Kupa wiedzy Paula Kleinmanna miała być w zamyśle, wedle wielce znaczącego podtytułu, książką dla czytających w toalecie. W jej wnętrzu znaleźć miały się białe plamy historii, twarda matematyka, ustępy o językach obcych, lekkostrawne fakty naukowe i tym podobne.
Chwytliwy tytuł, znaczące podteksty, naprawdę przykuwające wzrok wydanie – to wszystko miało zapewnić sukces.
Jak się jednak okazuje, nawet w czasach, gdy często sięgamy po prawdziwe odpady kultury, swoistą literacką i pseudoliteracką biegunkę, nie wystarczy wykorzystanie skatologicznych, nośnych porównań, by uzyskać marketingowy sukces.
Za formą, powinna kryć się treść, dobrze, gdyby była wartościowa. Powinna, a nie kryje się.
Nie ukrywajmy, wielu z nas, udając się tam, gdzie król chodzi piechotą, wyposaża się w krzyżówki, interesujące artykuły czy też książki z serii „czy wiesz, że…”.W toaletach piętrzą się stosy czasopism, bo to właśnie tutaj skupiamy się najbardziej [szybko się uczę:)]. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniom konsumenta, Paul Kleinmann wystosował do czytelnika publikację, mającą być jedyną prawidłową lekturą na czas czterdziestu toaletowych posiedzeń. To dzięki niej, mieliśmy czas spędzony w odosobnieniu przekuć w konkretną wiedzę, ujawniającą się w ciekawostkach, którymi moglibyśmy po takowych lekcjach sypać jak z rękawa. W zamyśle autora było więc połączenie przyjemnego z pożytecznym [lub odwrotnie, jak kto woli, w upodobania nie wnikam:)]. Z żelazną konsekwencją twórca zachęca nas do odbycia edukacyjnej podróży na tronie w świątyni dumania, prosi, by samemu sobie dogodzić wiedzą w wygódce, proponuje, by okupować terytoria wiedzy, propaguje upodobnienia się do papieru toaletowego, chłonącego i rozwijającego się [sic!].
Co kryje się za tymi poniekąd zabawnymi, choć średnio apetycznymi zachętami?
Otóż nic. Zawiodłam się i to srogo. Zamiast konkretnej wiedzy, otrzymałam strzępki informacji, które miały służyć nie wiem czemu. Szczerze wątpię, by ktokolwiek w tym kraju nie wiedział czym jest kropka i wymagał tłumaczenia sobie tego w sposób tak uwłaczający inteligencji, że aż opadły mi ręce podczas lektury. Pozwolę sobie zacytować [być może ktoś z Was, drodzy czytający, nigdy z kropką się do tej pory nie zetknął, proszę więc być czujnym!]:  kropka – znak ten stosuje się przede wszystkim na końcu zdania lub równoważnika zdania, aby zaznaczyć jego zakończenie. Kropka ma jednak wiele innych zastosowań. Pojawia się np. po skrócie wyrazu, jeżeli tworząc ten skrót, odrzucamy końcową część skracanego wyrazu (…).[i]

Jak widać, autor nie odkrył kolejnej Ameryki, stworzył raczej coś-nic dla osób, które nie mogą wejść do Media Marktu. Być może, publikacja ta zdałaby egzamin, gdyby jej grupą docelową były małe dzieci, stawiające pierwsze edukacyjne kroki. Niestety tak nie jest.
Nie mogę być jednak aż tak surowa: kilka wiadomości rzeczywiście było mi dotąd nieznanych, dość ciekawych, a jednak w świetle tego, co je otacza, straciły swoją moc oddziaływania. Zgubiły się w tłumie informacji niekoniecznych, śmiesznych, iluzorycznie mających mieć jakieś znaczenie. Naprawdę, naprawdę, głęboko przeciętna publikacja, której zakup raczej bym odradzała. Chcesz przeczytać – wypożycz.
Zapomniałabym dodać, że każdy z rodziałów, przeznaczonych na jedno posiedzenie, zakończony jest testem. Tak więc strzeżcie się Ci, którzy nie zdajecie sobie sprawy czym jest myślnik, lękajcie się niedoświadczeni. Oto Paul Kleinmann Was oświeci.
W myśl poetyki przyjętej przez twórcę, mogę podsumować w jedyny poprawny, choć wulgarny sposób: do du….



[i] Kupa wiedzy, Paul Kleinmann, Bielsko-Biała, s.3.



wtorek, 18 czerwca 2013

Zwyczaje dzieci francuskich – Marcin Gołąbek


Tytuł: Zwyczaje dzieci francuskich
Autor: Marcin Gołąbek
ISBN: 978-83-7722-781-7
Ilość stron: 64
Wydawnictwo: Novae Res




Zwyczaje dzieci francuskich, to książka, która z założenia miała przybliżyć młodszym czytelnikom życie ich rówieśników mieszkających nad Loarą, tak naprawdę jednak, stała się lichą próbką opowieści, która po drodze całkowicie utraciła z oczu ów cel.

Pomysłem na książkę jest prezentacja tytułowych zwyczajów z perspektywy róż, z którymi w dialog wdaje się narrator, uosabiający w sobie autora książki. Niestety, zamiast snuć opowieść o, prawdopodobnie niezwykle ciekawym – skoro zdecydowano się o tym napisać – życiu owych dzieci, autor pisze o wszystkim i w rezultacie – o niczym.
Jego wypowiedzi są szatkowane, urywane, skacze po tematach, porzuca rozpoczęte wątki, w sposób nieuzasadniony wprowadza chaos, na skutek czego książka zamiast interesować – denerwuje, zamiast zachęcać do poznawania zwyczajów innych narodowości – irytuje lichością i kiepskością narracji, która tak naprawdę w żaden sposób nie skupia się na podjętym temacie. Mało tego, sam autor zdaje się podważać jej sensowność, wtrącając sformułowania na kształt „nie trzeba się przejmować tym co mówią kwiaty” – podczas gdy sam uczynił z nich głównych przewodników po temacie.
To jednak jeszcze nie wszystko. Choć książeczka ma 60 stron, z powodzeniem połowa z nich mogłaby zostać usunięta. Pomijam kwestię ilustracji, które przeplatają opowieść. Niemalże każdy rozdział zawiera niepotrzebne zawiązanie nowej historii i szybkie jej urwanie słowami „ale o tym dowiecie się później” – po czym w wielu wypadkach do rozpoczętego wątku autor już nie powraca, frustrując czytelnika i czyniąc swoją narrację mało wiarygodną. Niemalże każdy kolejny rozdział zawiera kilkuzdaniowe rozważanie na temat tego czy odbiorca jest już zmęczony, śpiący, czy może autor powinien skoczyć już do następnej historii, której znów nie ukończy.
Z tego wszystkiego z wielkim trudem wyłuskać można dosłownie kilka zwyczajów dzieci francuskich, które tak naprawdę okazują się nie być niczym charakterystycznym jedynie dla nich, lecz dla dzieci całego świata – i gdzie tu sens?
Mogłoby się wydawać, że to opowieść uniwersalna, o tym, jak wszyscy jesteśmy do siebie podobni, jednak podana została w tak ciężkostrawny sposób, że wszystkie ewentualne przesłania zwyczajnie się w niej gubią. Nie zmienia tego nawet fakt, że książka ta przygotowana została przez Warsztat Bajkopisarski NIC, mający na uwadze tworzenie bajek tłumaczących złożoność świata [akuratnie ta książka nic nie tłumaczy, a raczej dodaje kamyczek do owej złożoności], pomagających uporać się z koszmarami [chyba jedynie poprzez konfrontację z koszmarem jakim sama publikacja jest], brakiem zrozumienia [z niczym się nie uporałam, ale za to chyba nie zrozumiałam] i tak dalej, i tym podobne.

Książeczka jest naiwna, nie wierzy w inteligencję dzieci, lecz raczej jej brak, niczego nie uczy, nic nie tłumaczy, jest jedną wielką zapchajdziurą, którą możemy wypełnić nierówności na regale z innymi publikacjami. Tekst, który niby jest o Francji, niby chce jakąś funkcję edukacyjną spełnić, a tak naprawdę gubi się zarówno ów kraj, jak i nauka.
Dodam, że teks powstał przy współpracy z biblioterapeutą oraz psychologiem dziecięcym i pewnie właśnie tu tkwi haczyk – o wartości literackiej książek ściśle terapeutycznych ciężko mówić, bowiem nie o to przecież w nich chodzi.
Ja jednak nie oceniam z perspektywy terapeuty, a czytelnika.

poniedziałek, 13 maja 2013

Dziecięce mądrości, czyli rymowanki z morałem – Jacek Pacioch



Tytuł: Dziecięce mądrości, czyli rymowanki z morałem
Autor: Jacek Pacioch
ISBN:
978-83-7722-759-6
Wydawnictwo:
Novae Res


Dziecięce mądrości, czyli rymowanki z morałem, to zbiór dwunastu wierszyków skierowanych do dzieci w wieku od 3 do 7 lat. Ich treść stanowi prezentacja codzienności wraz ze wszystkimi czynnościami, które musimy wykonać. Autor, wplatając w swoje rymowanki morał, stara się w zabawnej formie, przekazać młodemu czytelnikowi pewną naukę. Uczy, że kłamstwo nigdy nie kończy się dobrze, co jest ulubionym przysmakiem wszystkich ludzi, dlaczego mucha nie siada w brudnym pokoju, jak ważna jest mama i inne. Każdy tekst zobrazowany jest barwną ilustracją.
Wielkim walorem książki jest jej oprawa graficzna. Estetyczne wydanie, skrzące się kolorami, budzącymi w dziecku poczucie bezpieczeństwa i swojskości, to ogromna zaleta tej publikacji. Jednakże przy tworzeniu książeczek dla dzieci, dbałość o takie szczegóły stoi już na porządku dziennym, dlatego nie można powiedzieć, by to właśnie wyróżniało tę pozycję wśród wielu jej podobnych. Stanowi jednak jakąś rekompensatę za zawartość, posiadającą wszelkie znamiona wtórności i literackiej kalki. Ciężko mówić tu o jakiejkolwiek literackości – to zbiór rymowanek kierowanych do małego czytelnika, które każdy z nas jest w stanie ułożyć na poczekaniu. Są pewnym bajaniem, które dorosły może praktykować w obecności dzieci – bez zwracania szczególnej uwagi na rytm, wersyfikację, rozmieszczenie akcentów. Mimo pozornej mnogości rymów, są one najczęściej niedokładne lub zgoła niezauważalne. Niestety powoduje to zaburzenie harmonii, tak bardzo oczekiwanej przy tego typu, radosnej twórczości. Brak regularności rozprasza, denerwuje i zamiast uspokajać – rozdrażnia. Nawet dziecko, a może należałoby powiedzieć – szczególnie dziecko – zorientuje się, że zostało w jakiś sposób oszukane. Mam wrażenie, że są to teksty zebrane, które ktoś, kiedyś, w gronie rodzinnym stworzył, co zresztą w pewnym stopniu zdaje się potwierdzać dedykacja. I bardzo dobrze, że wydał – taka pamiątka to rewelacyjna sprawa, o ile pozostaje w kręgu rodzinnym – każdy ma przecież rodowego wierszokletę okolicznościowego, który na poczekaniu jest w stanie coś zrymować. Pod względem literackim jednak, to liche dzieło, żeby nie powiedzieć dosadniej  - grafomaństwo.
Oczywiście, granica wiekowa 3-7 lat nie wymaga wznoszenia się na wyżyny umiejętności, jednak mamy w Polsce tak wielu naprawdę rewelacyjnych twórców, tworzących doskonałe pod każdym względem testy dla tej kategorii wiekowej, że łatwo o udowodnienie, iż nawet w stosunku do najmłodszego dziecka, trzeba być po prostu uczciwym. Oczywiście – jeśli ktoś potrzebuje na już wierszyków, które w sposób humorystyczny opowiedzą o codziennym życiu, ostrzegą, rozbawią, nauczą dobrych manier – czemu nie! Wydaje mi się jednak, że testy na tym samym poziomie, mogłoby z powodzeniem napisać dziecko, do którego ta książeczka jest adresowana. I być może to właśnie jest największa zaleta publikacji – język i mentalność przystosowane do odbiorcy, sprawiające, że zacierają się pewne granice na poziomie autor-czytelnik.
Ostrzegam jednak, że za 24 strony czystego tekstu [wierszem pisanego!] + trochę mniej samo obrazków zapłacicie 33zł. Czy warto, oceńcie sami:)

środa, 22 czerwca 2011

Pan Tadeusz. Historia prawdziwa- Bartosz Wiśniewski


Gdy na stronie księgarni Wydawnictwa Novae Res zauważyłam książkę Pan Tadeusz. Historia prawdziwa wzbudziła ona moje szczere zainteresowanie. Jeszcze bardziej wzmogło się one, gdy opis zasugerował pewne formalne powiązania z XIII księgą przypisywaną autorstwu Aleksandra Fredry, a osiągnęło apogeum po przeczytaniu pochlebnej recenzji zaświadczającej o wielkiej humorystyce tej małej książeczki.

Jak zastrzega sam autor, jego książka nie jest próbą ośmieszenia Adama Mickiewicza czy jego dzieła, lecz satyrą. Czy dobrą – oceni czytelnik.

Przeczytałam, oceniłam. W moim odczuciu nie jest. Choć tekst cechuje synkretyzm gatunkowy, to do polskiej epopei mu daleko. Autor odbiega od mickiewiczowskiego trzynastozgłoskowca, stylem zmierzając bardziej ku przypisywanej Fredrze księdze, która jednak to metrum zachowywała. Choć ilość XII ksiąg została zachowana, ich objętość uległa dramatycznemu zmniejszeniu. Historia Tadeusza i Zosi została skondensowana do około 150 stron.  Autor zrezygnował z patosu na rzecz żartobliwego i prześmiewczego tonu. Zmianę tę sugerować może już sama dość karykaturalna i komiksowa okładka.

Bartosz Wiśniewski podjął próbę odświeżenia i kontynuacji pomysłu Fredry. Zachował liczne opisy przyrody, jednak zrezygnował z inwokacji, narratora zbiorowego, retardacji, a nawet ważnej roli wydarzenia historycznego. Skupił się raczej na życiu seksualnym bohaterów.
O ile jednak było to zachowanie stosowne, choć nadal dość ryzykowne dla poważanego komediopisarza Fredry [zwłaszcza, że przecież jego księga była księgą upamiętniającą noc poślubną, więc wątki erotyczne były jak najbardziej uzasadnione], o tyle początkującego autora odwaga chyba poniosła.  Tekst nie jest żartobliwy, jego komiczność kończy się po 5 stronach, kiedy to namnożenie wulgaryzmów staje się niesmaczna, a tekst wyuzdany i perwersyjny. Mnogość słownictwa potocznego oraz naturalistycznych opisów sprawia, że przestaje to być satyra, a zaczyna jawić się jako kpina i bardzo nieudana próba bycia kolejnym Fredrą. Autor stosuje wiele zdrobnień, które wskazują na lekceważenie pewnych zjawisk przez autora [patrz: wojenka, bitewka, polowanie na wiewiórkę (a nie jak w oryginale na niedźwiedzia) – s.8]. Umniejsza on i minimalizuje to, co dla Mickiewicza było ważne. Język stylizowany jest na dawny, jednak zawiera wiele wtrąceń współczesnych. Jakby autor nie mógł się zdecydować na jeden z nich. Niekonsekwencja objawia się z resztą nie tylko tutaj. Rymy są bardzo niedokładne, trywialne, częstochowskie. Bacząc na gatunek jaki reprezentuje książka jest to uzasadnione i ma swój urok, jednak w równej mierze może świadczyć o nieudolności i niedokładności autora, co o pewnej formie nowatorstwa. Nie wiadomo czym tak naprawdę jest.

Ksiązka do mnie nie przemówiła. Momentami czułam się, jakby trafiło mi do rąk tanie pisemko pornograficzne rodem z dziewiętnastego wieku, bowiem płytka erotyka, to jedyne co liczy się dla bohaterów. Telimena budziła we mnie skojarzenia z kurtyzaną, jedyna różnica polegała na jej „darmowości”.

Myślę, że autor wykazał się sporą odwagą, bo podejrzewam, że właśnie rzucił się krytykom na  pożarcie. Uważam, że aby „zadzierać” z Mickiewiczem, trzeba być cenionym, znaczącym artystą. W innym wypadku tego typu satyra może zostać źle odebrana. Jak na debiut, to jest to sprawa kontrowersyjna, choć mogąca przynieść upragnioną popularność. Choć się nie uśmiałam, o książce i autorze będę pamiętała, chociażby po to, by odradzać jej lekturę znajomym. Chwytliwy tytuł to nie wszystko, a jak widać i sam seks, nie zawsze działa. Jestem ciekawa czy doczekamy się innych publikacji Pana Wiśniewskiego i co tym razem zaprezentuje. Życzę mu powodzenia, jednak radzę pisać coś innego, zachowując umiar i wyważenie. Bo czy porównanie Polski do łona starej kobiety jest taktowne?
Książka powinna nieść ze sobą jakąkolwiek wartość, chociażby czysto rozrywkową. Tutaj tego nie znalazłam. Być może nie jestem odbiorcą idealnym i czytelnikiem, do którego ta pozycja była przeznaczona, zwłaszcza, że jak pisałam na wstępie – spotkałam się z opiniami pozytywnymi, jednak skoro już ją przeczytałam mogę rzec jedno – zaspokoiłam ciekawość. I tyle. Dwóję wręczam za odwagę, okładkę i heroiczną próbę podjętą przez autora.  W żadnej mierze nie za treść.


2/6  

 Za możliwość zaspokojenia ciekawości i zrecenzowania książki, serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res.