Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lipca 2018

Bóg nie jest automatem do kawy - Zbigniew Czendlik, Marketa Zahradnikova


Bóg  nie jest automatem do kawy  to jeden z lepszych wywiadów, jakie było mi dane ostatnio czytać.

Gdybym miała napisać, czego dotyczy, napisałabym, że to wywiad-rzeka o życiu. O życiu człowieka, który choć wzrastał w wierze od najmłodszych lat, to pokory wciąż musiał się uczyć. Oto Zbigniew Czendlik, ksiądz urodzony w Brennej, po latach seminarium wrzucony na głęboką wodę do wymagającej parafii w Chorzowie, gdzie musiał oddawać się kapłańskiej rutynie, a później... wrzucony na wodę jeszcze głębszą. Po trzech latach spędzonych u św. Floriana, z jedzeniem podawanym pod nos i kapłańskim all inclusive, został przez ówczesnego arcybiskupa skierowany do Czech - świata pozornie bliskiego, a w praktyce niesłychanie odległego. 

Podczas lektury ma się wrażenie, że Czendlik to taki "ksiądz z jajem", słucha się go magicznie, niczym najlepszego gawędziarza. A mówi przy tym o sprawach ważkich  - powołaniu, wierze, Bogu, Kościele, miłości. Wszystko to bez sztucznego nadęcia, pompatyczności i wywyższania się, lecz z wielkim i zdrowym dystansem. Być może w Polsce szybko zamknięto, by mu usta. W Czechach jest ożywczym magnesem przyciągającym do Chrystusa.

Kazanie, podobnie jak minispódniczka, powinno być krótkie i dopasowane [1].
Kojarzycie księdza, który do sesji zdjęciowej włożył czerwone szpilki, by w ten sposób promować równość kobiet i mężczyzn? To właśnie Czendlik, a zdjęcie to, jest kwintesencją tego, jak mówi i o czym mówi. Człowiek o niezwykłej otwartości, wyzbyty strachu przed trudnymi tematami, trafiający do miejsca, w którym ateistę spotkać nietrudno, a dotrzeć do niego z żywą wiarą - niełatwo. I na tym właśnie czeskim gruncie, znalazł Czendlik sposób na to, by swoim słowem i  życiem przyjść do każdego i otwierać go na dialogiczny Kościół. 

Źródło


Polecam - by w te wakacje nie zaniedbać duchowości i przypomnieć sobie, że dobro nie zna granic. Absolutny bestseller, do którego będę wracać, by przypomnieć sobie, że często to, co wydaje się banalne i przyziemne, może być i jest źródłem prawdziwego szczęścia. W świecie dążącym do wyjątkowości łatwo utracić do z oczu i prychnąć na to z pogardą. Zatem - ku refleksji.




[1] Bóg nie jest automatem do kawy, Markéta Zahradníková, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2018, s. 50.

czwartek, 25 lutego 2016

Zawsze nie ma nigdy – Jerzy Pilch



Jerzego Pilcha słuchać mogłabym godzinami. A właśnie to robiłam, czytając rozmowy przeprowadzone z nim przez Ewelinę Piotrowiak – słuchałam.

Zawsze nie ma nigdy zajmie szczególne miejsce na mojej półce, bo w niej to autor otwiera się bardziej niż gdziekolwiek indziej, w niej to – w  dużej mierze dzięki zaufaniu jakie budziła w nim interlokutorka – wypełnia luki, które dotąd miałam w głowie, uzupełnia to, co było niedopowiedziane, zwierza się z tego, co leży mu na sercu i jak zwykle robi to w sposób tak specyficzny i przeze mnie ukochany, że nie sposób było mi się od książki oderwać.

Rozmowy dotyczą różnych sfer – jest o braku miejsca na nowe książki (jakże znane i wspólne doświadczenie!), zawalaniu każdego skrawka przestrzeni tym, co ważne z perspektywy domowej biblioteczki; jest o doświadczeniu czytania; są wspomnienia o innych – chociażby o Szymborskiej, Barańczaku, Markiewiczu; jest o zdrowiu, przemijaniu, alkoholu (nieuniknione); jest o sporcie (jakżeby inaczej!); nie brakuje wypowiedzi o autorytetach; jest o introwertyzmie, świadomym wyborze samotności; pojawia się wątek oikologiczny; jest o wyczuciu tonacji i melodii podczas pisania, niechęci do korekty i redakcji, którą tę słyszalną jedynie przez autora muzykę często niszczy; jest o byciu wykładowcą – znielubianym skądinąd; pracy w wiodącej prasie; jest o relacjach z rodzicami – ojcem szczególnie; jest także i o filmie.

Jak się domyślacie – jest i znacznie więcej. Nieważne co napisze czy powie Pilch – przez to się płynie, czyta się to z namaszczeniem i z wielką , podsycaną przez samego siebie przyjemnością.

Jest szczerze, jest momentami intymnie, jest interesująco - to lubię najbardziej i do tego zachęcać ani przekonywać mnie nie trzeba.

Polecam ogromnie! Warto, warto, warto. Czytać, mieć na półce, polemizować, zgadzać się lub buntować. Warto kosztować języka. Piękny!


Inne książki Pilcha na blogu:

piątek, 15 maja 2015

Życie na pełnej petardzie – ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka



Ks. Jan Kaczkowski to postać nietuzinkowa – zapewne nie raz mieliście okazję go oglądać czy to w  telewizji, czy to w  Internecie (szczególnie strona Rak’N’Rolla). Ja sama kilkakrotnie mu się przyglądałam, po to, by teraz zainteresować się kolejną z  jego książek, wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez Piotra Żyłkę, pod rzucającym się w  oczy tytułem – Życie na pełnej petardzie.

Kaczkowski mówi o sobie, że jest onkocelebrytą – a więc postacią znaną z tego, że ma raka (u niego ‘celebryta’ kojarzy się także z  celebracją Mszy Św., nie jest to zatem określenie jednoznaczne). I owszem – ma. Najpierw zmagał się z  nowotworem nerki, później zaś zdiagnozowano u niego IV stopień glejaka wielopostaciowego.

 Mimo tak trudnych doświadczeń w tak młodym wieku i właściwie na przekór wyrokowi śmierci (choć prognozowany przez lekarzy czas przeżycia dawno już przekroczył) ks. Jan ma w sobie ogromne pokłady optymizmu. Nie poddał się zwątpieniu, nie pozwolił lękowi przejąć kontroli nad swoim życiem. Wciąż prężnie działa jako duszpasterz puckiego hospicjum, które sam powołał do istnienia i wspiera przebywające w  nim osoby.

Z  Żyłką rozmawiał o wszystkim: od dzieciństwa naznaczonego chorobą oczu, przez dojrzewanie, bunt, późniejsze odnalezienie powołania i odrzucenie przez jezuitów, a wreszcie seminarium, święcenia i drogę kapłańską. O Kościele mówi z  dystansem i odwagą, mając pełną świadomość jego wad, ale też w  duchu posłuszeństwa i pokory. Z  jego wypowiedzi płynie wielka mądrość – nieważne czy mówi o papieżu, czy swojej chorobie, widać, że posiadł wielkie doświadczenie i obdarzony został darem wymowy. To piękne świadectwo bogatego życia, które poznało co to wytykanie palcami z powodu różnienia się od innych, to opowieść o konieczności zanurzenia w kulturze, uczenia się dyskutowania o niej, wyrażania swojej opinii, poszerzania słownictwa, by nie cofnąć się do epoki kamienia łupanego, to kurs głoszenia dobrych i złych kazań, to lekcja pokory, modlitwy o cud, to wreszcie debata o bioetyce: eutanazji, aborcji i wielu innych zagadnieniach, które wciąż bolą i prowokują społeczeństwo do agresywnej wymiany zdań (czy raczej: narzucania własnego stanowiska). To także historia miłości do Eucharystii, o tym, że cierpienie fizyczne ma zerową wartość etyczną. Wiele w niej humoru, nieraz gorzkiego (np. gdy mówi o katolicyzmie kucanym, niezwykle przykrym widoku).


Inspirująca, mądra, ważna rozmowa, do której chętnie będę wracała, gdy nadmiernie skupię się na swoich porażkach i urojonym lęku. Gorąco polecam! Trzeba nam tak budujących rozmów, bez względu na poglądy czy wyznanie – to świadectwo życia człowieka, którego naśladować warto.

wtorek, 23 grudnia 2014

Wilki dwa - Adam Szustak OP, Robert "Litza" Friedrich


Tytuł: Wilki dwa
Autor: Adam Szustak OP, Robert "Litza" Friedrich
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9788324031825
Ilość stron: 288
Cena: 32,90 zł


Słyszeliście o tegorocznych internetowych rekolekcjach adwentowych Adama Szustaka, które rozwaliły system?
Jeśli tak, to wiecie o czym mówię. Jeśli nie – macie jeszcze chwilkę, by to nadrobić (klik).
Tak, to ten sam Adam Szustak. A ten obok niego, to twórca Arki Noego i jeden z wokalistów Luxtorpedy. A przed Wami książka powstała na fali popularności ubiegłorocznych rekolekcji  o tym samym tytule (tutaj)
Mieszanka wybuchowa, której kumulacja spowodowała powstanie tejże książki, będącej zapisem rozmów dwójki mężczyzn z różną przeszłością, odmiennymi doświadczeniami życiowymi, innymi zranieniami, których cel jest jeden: podzielenie się swoją wiarą i zarażanie nią innych. Chcą torpedować Bożym Słowem w walce o rząd ludzkich dusz – wydaje mi się, że popularność tej publikacji, a teraz także rekolekcji Szustaka mówi sama za siebie – walka trwa, a szala zwycięstwa jest coraz bardziej przechylona na jasną stronę mocy.

Autorzy tropią dwa wilki, które zamieszkują wnętrze każdego z nas, walcząc o dominację. Wraz z nimi śledzimy psychomachię, na co dzień toczącą się w nas samych. Widzimy zło i dobro – dwa oblicza, nierzadko tych samych sytuacji. To my musimy dokonać wyboru, postawieni w różnych sytuacjach: w obliczu ciężkiej choroby (naszej lub naszych bliskich), śmierci, depresji, zwątpienia, buntu, ale też szczęścia, spełnienia, radości.
Na kartach tej książki zetkniemy się boleśnie z tym, co dosięga nas każdego dnia, żaden z postawionych problemów nie będzie nam obcy, przez co książka ta trafi bezbłędnie do każdego czytelnika: mniej lub bardziej, ale każdy zdekoduje w niej siebie i swoją codzienność.
Często boleśnie nas ona dotknie, sypnie solą na niezagojone jeszcze rany, ale będzie to konieczne zwrócenie naszej uwagi w tym konkretnym kierunku.
Czujesz, że jeszcze nie do końca przygotowałeś się na Boże Narodzenie? Że zagubiłeś sedno tych świąt, poddając się fali konsumpcjonizmu i przesytu? A może czujesz, że Twoje życie z jakiegoś powodu nie jest poukładane, że relacja z Bogiem kuleje, a Ty nie przepracowałeś wszystkich bolączek? Sięgnij, zobacz, zaczerpnij, wsłuchaj się w siebie.
Może to Twoja droga do zwycięstwa nad złym wilkiem?


czwartek, 13 lutego 2014

Tajemnica Pani Ming - Eric Emmanuel Schmitt


Tytuł: Tajemnica Pani Ming
Autor: Eric Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo: Znak literanova
ISBN: 978-83-240-2514-5
Ilość stron: 90
Cena: 23,90 zł

Tajemnica Pani Ming to książka wpisywana w cykl Opowieści o Niewidzialnym, w skład którego wchodzą także Oskar i Pani Róża, Dziecko Noego, Zapasy z życiem oraz Ibrahim i Kwiaty Koranu, a także buddyjska przypowieść o Milarepie.

Pani Ming, to kobieta pracująca w męskiej toalecie w Grand Hotelu w Yunhai. W Chinach, gdzie mężczyźni uznawani są za prawdziwy dar, praca ta sprawia wrażenie zawodu o wysokiej randze. Kobieta czuje się przez nią wyróżniona tak silnie, jak gdyby dostąpiła najwyższego zaszczytu.
Nie wykonywana czynność stanowi o wyjątkowości Pani Ming.
Ta Chinka, to kobieta wykazująca się niezwykłą serdecznością i otwartością.
Niektórych może (i z powodzeniem to robi!) denerwować, bowiem na każde pytanie znajduje natychmiastową odpowiedź, nierzadko mającą charakter sentencjonalny.
Na wielu gościach sprawia wrażenie zarozumiałej i zbyt wylewnej – nie każdy odczuwa bowiem potrzebę wysłuchiwania prywatnych wynurzeń pracownika toalety.
Gdy pewnego dnia na drodze Pani Ming staje główny bohater - Francuz, ich losy splatają się ze sobą na długo, tworząc charakterystyczny stopień zażyłości.
On, uciekając do toalety z nudnych spotkań branżowych szuka schronienia, ona zaś znajduje w nim cierpliwego słuchacza opowieści o dziesięciorgu dzieci, który zdaje się przymykać oko na jej nadmierne folgowanie wyobraźni.
Choć początkowo jej wypowiedzi bardzo go denerwowały (wszak w Chinach dopuszczalna ilość dzieci to jedno, a każde kolejne karane jest wysoką grzywną), zaczął dostrzegać w nich nieszkodliwe szaleństwo, które czyni ją szczęśliwą.

Pani Ming bowiem, opowiadając losy swoich wyimaginowanych dzieci Europejczykowi, płonie prawdziwą miłością, która promieniuje z jej oczu. Zafascynowany mężczyzna wysłuchuje więc z wielką wyrozumiałością losów dzieci, które choć wyobrażone, sprawiają wrażenie nad wyraz realnych. Jej zwierzenia często stają się pretekstem do rozmów o życiu mężczyzny, który po czasie decyduje się na odkrycie sekretu skrywanego przez Panią Ming, okaże się jednak, że to sprawa wcale niełatwa.

Pod płaszczykiem błahej historii, Schmitt przekazuje o wiele więcej: stawia pytania o znaczenie prawdy i kłamstwa, o ich przyczynę, przywiązywanie wagi do pozorów, alegorycznie przedstawia losy kobiety, które skrywają coś znacznie więcej, niż wskazywałaby pierwsza, powierzchowna lektura. To rzeczywiście opowieść o niewidzialnym, niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka i skrywanym głęboko.

Choć jest to historia warta uwagi, w moim odczuciu znacznie odstaje od pozostałych tekstów wpisujących się w cykl: brakuje w niej pierwiastka Schmitta, tego nieuchwytnego uwodzenia, które nawet nad najprostszym zdaniem każe się zatrzymać, zmuszając do refleksji.
Tajemnica Pani Ming może dla wielu okazać się lekturą zupełnie bezrefleksyjną i… przeciętną. Wszystko zależy od tego, na ile zaufamy tajemniczej Pani Ming.
Ja, choć przykro to stwierdzać, zaufałam chyba niewystarczająco....

niedziela, 25 sierpnia 2013

Yoko i John. Dni, których nigdy nie zapomnę - Jonathan Cott




There’s nothing you can know that isn’t known/ Nothing you can see that isn’t show

Nigdy nie należałam do fanów Johna Lennona, ominęła mnie beatlesomania, nigdy nie włączyłam dobrowolnie muzyki tego kultowego zespołu, nigdy mnie nie ciągnęło do poznania mitów  w jaki obrósł przez całe lata aktywnej działalności i długo po niej.
Niemniej jednak postaci Johna i Yoko były mi znane – wiele słyszałam, choć nie ukrywam –  bardzo pobieżnie – o ich uczuciu, będącym symbolem pokoju i wyjściu poza tradycyjne myślenie; miłości, skierowanej ku niebu i niebem inspirowanej.

Tegoroczny koncert Yoko Ono w Polsce, wywołał ponowne zainteresowanie książką Jonathana Cotta: Yoko i John. Dni, których nigdy nie zapomnę. Sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem, ale i pewną obawą: czy na pewno chcę znać historię tej pary, opowiedzianą przez jej wieloletniego przyjaciela, znającego ich na wylot, ujawniającego fakty dotąd nieznane?
Choć byłam pewna wątpliwości, lektura opowieści snutej przez tak czujnego obserwatora jak Cott, była prawdziwą przyjemnością i ogromną radością. Już dawno żadna książka stricte biograficzna, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia czułością i subtelnością autora, który – to widać – był (i jest) najbardziej zagorzałym fanem pary, o której pisze.
Książka ta jest niezwykle cenna nie ze względu na kolejny rys Lennona, tworzony pośmiertnie – bo tych jest wiele – lecz przez wzgląd na zapis rozmów przeprowadzonych przez Cotta z nim i Ono, które do tej pory ukazywały się jedynie we fragmentach.
Ostatni z wywiadów przeprowadzony został na trzy dni przed tragiczną śmiercią legendy muzyki. W zapisach tych uderzało mnie wielokrotne wspominanie przez Lennona czasu, który mu pozostał: o tym, jak go wiele, ile jeszcze zrobi, że nie musi się spieszyć. Nie wiedział, że musi, ale dobrze, że tego nie robił - dzięki temu widzimy go, takim jakim był naprawdę. Kochającym artystą, pragnącym, by jego teksty odczytywać na wszystkich poziomach, co zresztą zrobiono. Osobą, która ma swoje sekrety i która została zainspirowana przez Yoko tak silnie, że nie sposób wyobrazić sobie, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie ona.
Oprócz tego, że to zapis rozmowy, to także hołd oddany ogromnej miłości i przyjaźni, którą tych dwoje się darzyło, a która ta wręcz wylewa się ze stronic książki.
Cott przybliża sylwetki Ono i Lennona także z czasów poprzedzających ich znajomość. Ponadto odczarowuje Yoko – z najbardziej nieznanej sławnej osoby, czyni ją bliską i poznaną. Wskazuje na to czym się zajmuje i z jak wielką pasją to robi, podkreśla jej wszechstronność i brak ograniczeń. Maluje ją słowami, jako ludzką, sprawia, że niezrozumiała staje się nienawiść jaką wielu wobec niej odczuwało i odczuwa. Miałam wrażenie, jakoby podkreślał, że to Yoko stworzyła Johna, a nie John Yoko – wielu by się  z tym nie zgodziło.
Książka ta ma wydźwięk niezwykle osobisty, zarówno w sferze podkreślania ważności twórczego związku Lennona i Ono, ale też ze względu na relację łączące parę z autorem. Uwydatnia się jego ogromna sympatia i uznanie dla nich oboje – zarówno dla ich życia zawodowego, jak i poglądów. Wiele fragmentów to wyimki niezwykle intymne, skrzące się zaufaniem tych gwiazd popkultury do rozmówcy, dzięki którym możemy przyjrzeć się im z bliska, zza kulis.

Zostałam zainspirowana: do wsłuchania się w teksty Beatlesów i rytm ich melodii; do odbywania intelektualnych rozmów, jakie prowadziła Yoko i John. Wiele w książce tej miejsc, w których Yoko i John byli idealizowani, a ich działania gloryfikowane: nie mam tego Cottowi za złe. Wręcz przeciwnie – to mnie pociąga i uczy szacunku dla przyjaźni, pokazuje, że sięga ona daleko dalej niż śmierć. Prawdziwa, szczera, prosta, wypływająca z osobistego doświadczenia książka, ubogacona klimatycznymi, czarno-białymi fotografiami.
Piękna. 



czwartek, 1 sierpnia 2013

Książkowy rarytas - Kalendarzyk niemałżeński


Tytuł: Kalendarzyk niemałżeński
Autor: Dorota Wellman, Paulina Młynarska
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-2399-8
Ilość stron: 304
Cena: 34,90 zł


Już dawno o żadnej książce nie marzyłam tak jak o tej. Do jej kupna przymierzałam się niemalże od dnia premiery, ciągle wypatrując jakiejś promocji czy też lepszej okazji. Po wielokrotnym głaskaniu okładki we wszystkich miejscach ją oferujących – wczoraj nie wytrzymałam. Dość było czekania na lepszy czas, dość podkręcania temperatury pragnienia bycia właścicielką tejże właśnie książki.
I muszę przyznać – już dawno zakup żadnej publikacji nie sprawił mi takiej radości! Nie pamiętam, kiedy ostatnio wychodziłam ze sklepu z takim uśmiechem na ustach, celebrując tę podniosłą chwilę. Coraz częściej po kupieniu książki towarzyszy mi dojmujące poczucie winy, że przecież tyle innych w domu czeka na lekturę, że wcale jej nie chciałam, że to był tylko kaprys, impuls. Nie lubię tego uczucia, dlatego też to, które za sprawą Kalendarzyka… pielęgnowałam w sobie już od dawna, było tym intensywniejsze i bardziej katartyczne – potrzebowałam takiego orzeźwienia. Zdałam sobie sprawę jak bardzo za nim tęsknię i chyba to, bardziej niż wiele innych czynników, pokazało mi co muszę zmienić, a co próbuję z mizernym skutkiem zrobić od wielu miesięcy. Mogłabym (i zrobię to!) w tym momencie zacytować jeden z moich ulubionych wyimków o czytaniu i towarzyszących mu gestach:

Delektowała się chwilę i przeglądała książkę. Bardziej ją gładziła niż czytała  Zobaczyła moje zdziwienie. - Najpierw trzeba książkę przytulić, oswoić. Wszystko do czego się zbliżamy, musi nabrać do nas zaufania. [Jan Grzegorczyk – Puszczyk]

To był moment! Jak ja tęskniłam za takim właśnie pragnieniem lektury, niezmąconym przez dziesiątki zalegających na półkach egzemplarzy do recenzji, po które choć chcę – to także muszę sięgnąć, co już w jakiś sposób odziera lekturę z tej dawki radości, z tego nieokiełznanego pragnienia zajrzenia pod okładkę. I oto jest. Dorota Wellman, którą bardzo cenię i Paulina Młynarska – dwie kobiety, które „zrobiły mi dzień”.

Obie Panie w swojej książce postawiły na formę epistolograficzną. Stworzyły książkę, będącą zapisem ich wspólnej korespondencji – na tematy ważne, aktualne, niewygodne. Będzie o dzieciach, będzie o seksie, będzie o perfekcji, będzie o aborcji, zdradach, pogoni za pięknem, feminizmie i próbie zatrzymania czasu. To taki koktajl, wynikający ze spotkania się dwu kobiet, dwu światów, niosących ze sobą różne doświadczenia, którymi pragną się ze sobą dzielić. Autorki dyskutują, sprzeczają się, onieśmielają swoją szczerością, ale też poglądami, których potrafią bronić. Jak to w przyjaźni – nie zawsze się zgadzamy, ale zawsze potrafimy rozmawiać i argumentować.
Podczas lektury czułam się dokładnie tak, jakbym znalazła się na babskim wieczorze – przy dobrej herbacie, pod kocykiem, przy kominku. Siedziałam obok Wellman i Młynarskiej, by z zapartym tchem śledzić ich rozmowy, a czasem także do nich się włączać, dzieląc własnymi przemyśleniami. To iście kobieca książka, napisana przez kobiety dla kobiet. Mądra, błyskotliwa, czasem zabawna, czasem refleksyjna. Kobiety odnajdą w nich siebie, a mężczyźni – którym również lekturę stanowczo doradzam – lepiej poznają i zrozumieją swoje partnerki.
Jedyną wadą tej książki jest to, że jest… za krótka! Chciałoby się jeszcze, jeszcze i jeszcze, a tu czeka nas rozczarowanie w postaci ostatniej stronicy… Liczę na ciąg dalszy!:)

D O S K O N A Ł A !!!

środa, 29 maja 2013

Plan: żyć długo i szczęśliwie – Alisa Bowman


Tytuł: Plan: żyć długo i szczęśliwie
Autor: Alisa Bowman
Wydawnictwo: Znak litera nova
ISBN: 978-83-240-2357-8
Ilość stron: 304




Wielu z nas sięga po poradniki, bo lubi, bo nas bawią, bo zawierają kilka ciekawych rad, o których miło się czyta, ale które niekoniecznie wprowadza się w życie już po odłożeniu książki na półkę. Jesteśmy w stanie wydawać grube pieniądze za udzielanie nam rad, jednak często nie kwapimy się do ich wykorzystywania.
Czy jednak zastanawialiśmy się kiedykolwiek, co by było, gdyby poradniki prawdziwie odmieniły nasze życie? Czy są na to jakiekolwiek szanse?
Alisa Bowman udowadnia, że są. Gdy do jej związku wkradła się rutyna, mijanie małżonka w milczeniu, prowadzenie rozmowy raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby, niechęć w łóżku, a co gorsza, powracające myśli o śmierci byłego ukochanego i skrupulatne planowanie jego pogrzebu – postanowiła zakończyć ten etap swojego życia rozwodem. Myśl o końcu związku była dla niej oczywista, a możliwość ratowania czegokolwiek nie mieściła się w jej wyobrażeniach o współmałżonku i jego chęci do odbudowy tego, co po drodze popadło w ruinę.  Z pomocą przyszła jej przyjaciółka, która zapaliła w niej iskrę motywującą do walki: zaproponowała, by zrobiła wszystko, co w jej mocy, by ratować ten związek. Jeśli się nie uda – będzie miała świadomość, że nie poddała się bez walki.

Alisa, mimo początkowego dość sceptycznego nastawienia, postanawia podjąć wyzwanie. Zaopatruje się w szereg poradników mających odmienić jej życie małżeńskie i seksualne. Ich autorzy obiecują renesans związku, poprawienie zdolności komunikacyjnych, prawdziwą eksplozję pożądania i – przede wszystkim – szczęście ora zadowolenie.
Bowman, dzieli się swoimi doświadczeniami próby naprawienia związku. Dodajmy: próby zakończonej nieprawdopodobnym sukcesem. Udowadnia, że walka o małżeństwo trwa codzienne i opiera się na zdrowych relacjach, poprawnej komunikacji, wielu rozmowom, głośnemu mówieniu o swoich potrzebach i pragnieniach. Sprawia, że czytelnik zaczyna wierzyć w to, że (prawie)idealne związki naprawdę istnieją, wymagają jednak sporo pracy. Bowman opowiada z rozmachem, w sposób niezwykle barwny i wciągający. Jej opowieść jest humorystyczna, szczera i tchnąca optymizmem.
Choć tytuł, mylnie może sugerować, że książka ta jest jednym z poradników, tak naprawdę to swoisty nie-poradnik. Składają się na niego anegdoty z życia wzięte, prawdziwie opowieści o przeżywanych trudnościach, niemalże wypunktowane zostały wszystkie błędy, które większość z nas popełnia, a przystrojone zostało to w zabawną, pełną ciepła narrację, z której wytryskają wszystkie ludowe mądrości, porady terapeutów, przyjaciółek, czytelniczek, poradników.
Książka uzupełniona jest o dodatek, mający uśmierzyć ból rozstania z autorką i jej życiem po zakończonej lekturze. Składają się nań punkty takie jak:
- Dziesięć kroków do szczęścia w małżeństwie,
- lista książek, po które warto sięgnąć przy próbie odbudowania związku (lub na etapie zapobiegania jego upadkowi:)) – niestety większość nie została wydana w języku polskim, sądzę jednak, że na naszym rynku znajdziemy sporo ich odpowiedników,
- pytania do dyskusji dla par (wersja dla żony),
- pytania do dyskusji dla klubów książki,
- wywiad z autorką,
- najlepsze porady dla małżeństw – od czytelniczek:)

Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę, by z humorem i zrozumieniem spojrzeć na własny związek. Tekst Bowman może stanowić zarówno impuls do zmian, jak i znak ostrzegawczy, przede wszystkim jednak jest dowodem na to, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko włożymy w swoje starania sporo wysiłku i chęci;) To ciepła opowieść, która wciągnie każdego, bezwarunkowo!

Polecam gorąco!

poniedziałek, 4 marca 2013

Jak rozmawiać o adopcji?


  1. Tytuł: Bajka o odnalezionym Słoneczku
    Autor: Beata Gardowska
    Wydawnictwo: Novae Res
    Rok wydania: 2013
    ISBN: 978-83-7722-589-9



Gdy nasze dziecko znajdzie się na etapie, w którym zasadniczą część jego życia zajmować będą dociekliwe i nieraz całkowicie zaskakujące i zbijające z tropu pytania, dobrze byłoby choć częściowo być na nie przygotowanym.
Jedną z trudniejszych rozmów jakie prędzej czy później niektórzy z rodziców będą musieli przeprowadzić ze swoimi pociechami, będzie ta dotycząca adopcji.
Pojawią się pytania trudne: skąd się wziąłem? Dlaczego nie wychowują mnie biologiczni rodzice? Dlaczego nie macie własnych dzieci? Czemu ja? Czemu wcześniej mi nie powiedzieliście? Czy zawsze tak mnie okłamujecie?

Dla wielu, rozmowa taka może okazać się decydująca. Życie dziecka dotychczas budowane na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa, nagle zachwieje się w fasadach. Nasza pociecha poczuje się zdezorientowana i to od naszej odpowiedzi zależeć będą nasze dalsze relacje.
W tak ważnym momencie, z pomocą przychodzi nam książeczka jaką jest Bajka o odnalezionym Słoneczku.
Opowieść ta, w sposób niezwykle ciepły i ujmująco szczery, przedstawia sytuację adopcji: od momentu podjęcia przez przyszłych rodziców decyzji, aż do wspólnego, szczęśliwego życia nowo budowanej rodziny.
Jej lektura może stać się wstępem i pretekstem do rozmowy o własnej sytuacji, ale też inspiracją do dialogu o sprawach trudnych z dziećmi, których adopcja bezpośrednio nie dotyka.
Przy okazji czytania tej opowieści, rodzic może zachęcić dziecko do rozmowy o szacunku, tolerancji, miłości i poświęceniu.
Książka Beaty Gardowskiej, to opowieść dedykowana wszystkim dzieciom, które dla swych rodziców okazały się być „odnalezionymi Słoneczkami”. To historia pełna nadziei i optymizmu, ukazująca wielką zmianę i wielką radość, jaką wnosi nowe życie, nowe dziecko do każdej kochającej się i otwartej rodziny.

Przedmiotem opowieści jest historia pewnego małżeństwa, marzącego o posiadaniu dziecka. Do tej pory ich życie było szare, monotonne, a nade wszystko – smutne. Brakowało im kogoś, kto rozjaśniałby każdy dzień ich życia. Tym  kimś, miało być Dziecko – istota, która uczyniła ich życie barwnym i pięknym, po brzegi wypełnionym miłością.
Od czasu adopcji, rodzicie zapomnieli co to smutek czy szarzyzna. Ich świat mieni się tysiącem barw i wreszcie ma sens.

Kolory uwypuklone zostały nie tylko w świecie przedstawionym. Książeczka wzbogacona jest pięknymi, barwnymi ilustracjami, podkreślającymi sielankowość i optymizm świata wypełnionego miłością do dziecka.
Dzięki temu zabiegowi, pozycja ta buduje poczucie bezpieczeństwa i podkreśla swoją pozytywną wymowę.

Polecam wszystkim rodzicom, muszącym zmierzyć się z tą, jakże trudną, rozmową.

czwartek, 24 listopada 2011

Bóg, kasa i rock’n’roll – Szymon Hołownia i Marcin Prokop




Gdy spotyka się agnostyk z teistą, może dojść do prawdziwej burdy światopoglądowej. Sytuacja jednak zmienia się, gdy są to osoby dojrzałe, mądre i co najważniejsze – posiadające wiedzę praktyczną na temat umiejętnego przeprowadzania zdrowej rozmowy oraz zdolności podstawowej: daru wsłuchiwania się w to, co ma druga osoba do przekazania.
Jeśli dodatkowo są to znani prezenterzy telewizyjni, którzy od dobrych kilku lat zachwycają widzów stacji TVN swoim zgranym duetem, biorący sobie pod lupę Boga i wszelkie okoliczne podtematy – konwersacja taka musi się skończyć niezwykłymi wnioskami.

Panowie Szymon Hołownia oraz Marcin Prokop, postanowili podzielić się swoją osobistą rozmową z ludźmi o różnych zapatrywaniach religijnych.
We wstępie napisanym przez drugiego z panów, zgrabnie zostaniemy wprowadzeni w temat. Parafrazując Prokopa: doświadczymy skutków spotkania dwumetrowego profanum z nieco niższym sacrum. Ksiązka nie powstała po to, by kogokolwiek burzyć czy narzucać jedyną prawdę. Stanowi jedynie zapis pasjonujący konwersacji mającej zaspokoić ciekawość każdej ze stron, przeprowadzonej na wysokim poziomie, bez niepotrzebnych uprzedzeń czy kłótni.
Obaj Panowie wykazują się niezwykłym taktem, choć niejednokrotnie używają skrajnych metafor do opisania tego, co zrodziło się w ich głowach.  
Swoją książką otwierają pole do dyskusji o wierze i jej braku, w której każdy może wziąć udział. Dostarczają tematów do rozważań, odpowiadają na pytania wydawać by się mogło oczywiste, jednak już zakurzone i zapomniane.
Co stanowi o walorach tej pozycji, to przede wszystkim odwoływanie się autorów do rzeczywistości, szukanie rozwiązań w świecie dostępnym każdemu czytelnikowi, stąd też częste porównania religii do elementów popkultury. Metafory te mają na celu ułatwić zrozumienie wielu trudnych zagadnień, które mogą wydawać się niezrozumiałe dopóki nie zostaną poddane transkrypcji na język dzisiejszej kultury.
Hołownia i Prokop poruszają się w sferze religijności, dyskutują na tematy fundamentalne, takie jak dusza, boskość i człowieczeństwo Jezusa, teoretyczna skostniałość Kościoła i przedawnienie niektórych poglądów przez niego głoszonych. Wszystko to oprawione jest w ciekawe połączenie języka ewidentnie naukowego ze skrajnie kolokwialnym. Całe „danie” podane nam zostaje na tacy wraz z deserem, jakim jest próba zastanowienia się między innymi nad tym, jakich metod promocji używałby Jezus, gdyby to dziś przyszło mu zejść na ziemię i nawoływać to pójścia za Nim oraz szeroka paleta zagadnień z zakresu popkultury. Nie braknie także i tematyki szatana oraz całej pseudodiabolicznej estetyki oraz satanistycznej poetyki na ogromną skalę stosowanej w szeroko rozumianych mediach.

Bóg, kasa i rock’n’roll to arcyciekawa polemika bez skakania sobie do gardeł.  
Nie myślcie jednak, że brakuje w niej emocji! Co rusz dało się wyczuć narastającą irytację czy wzbieranie emocji. Na szczęście żaden z autorów nie pozwolił się ponieść ich fali, lecz do końca wytrwał broniąc swojego stanowiska bez zbędnych słownych przepychanek. Gratulacje Panowie!

Okładka książki głosi, że jest „zaskakująca konfrontacja”. Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem – prędzej czy później musiało do niej dojść, była jedynie kwestią czasu, a nie sprawą zaskakującą. Dobrze, że powstała teraz. Mam również cichą nadzieję, ze doczeka się także kontynuacji, również przedstawionej w formie książkowej.
Komu polecam? Absolutnie każdemu! Nie jest to traktat naukowy, manifest religijny ani żadnego rodzaju forma nawracania czy narzucania jedynej rozstrzygającej prawdy. Pozwala jednak spojrzeć na ludzi o innym życiu duchowym niż nasz w sposób pełen akceptacji, zrozumienia i szacunku. A tego niestety coraz częściej nam brakuje. Dlatego warto się uczyć.



****
Jeśli ktoś do tej pory nie był przekonany czy jest to książka dla niego, a teraz nabrał na nią ochoty - wciąż jeszcze jest szansa, by o nią zawalczyć. Do 29 listopada czekam na zgłoszenia do KONKURSU, którego zasady są nieprzyzwoicie proste. Bóg, kasa i rock'n'roll czeka na nowego właściciela!

środa, 6 kwietnia 2011

"Listy w niebieskich kopertach" Grzegorz Sokołowski

Anioł, to według definicji słownikowej byt duchowy, który na różne sposoby służy Bogu oraz ludziom. Wiara w osobistych stróżów występuje w bardzo wielu religiach, nie jest to li jedynie wymysł chrześcijan.
Na temat anielskich wysłanników Bożych powstało wiele książek, zarówno fantastycznych, jak i naukowych. Przyznaję jednak, że tak wspaniałej książki wykorzystującej motyw anioła do tej pory nie czytałam.

Grzegorz Sokołowski posłużył się dość popularną formą, a mianowicie nadaniem książce formy epistolarnej, po to by przekazać uniwersalne wartości i skłonić czytelnika do zastanowienia.
Listy znajdujące się w książce, to osobista korespondencja z Aniołem Stróżem.
W tych wymianach myślowych poruszane są bardzo ważne tematy, dotykające nas każdego dnia. Autor listów rozmyśla między innymi nad śmiercią, miłością, bezinteresowną przyjaźnią. Podsuwa czytelnikowi przepis na zdrowie duszy i ciała, posługuje się motywami wanitatywnymi, by podkreślić wartość życia.
Podejmuje próbę przeniesienia „usług anielskich” na realia współczesne [reklama, rekrutacja nowych osób do nieba]. W sposób zabawny celnie podsumowuje stany polskich plaż.

Autor posługuje się finezyjnym językiem, stosuje przepiękne metafory, niezwykle poetycko opisuje wybrane przez siebie zagadnienia.  Najbardziej urzekły mnie listy o odejściach oraz zapachu duszy.
Książka składania do refleksji, zatrzymania się nad swoim życiem Jest próbą odpowiedzi na pytania egzystencjalne oraz prowokacją do zastanowienia się nad miejscem i rolą Anioła Stróża w moim życiu.
Wreszcie, jest książką uniwersalną. Nie posiada jedynego właściwego odbiorcy, kierowana jest do każdego, w każdej sytuacji życiowej, w każdym nastroju. Z czystego serca polecam ją każdemu, zwłaszcza osobom poszukującym wzruszeń, pięknych, wyszukanych metafor, prostych przykładów z życia.
Osobom, które poszukują czegoś naprawdę pięknego. Bo piękno to słowo, które opisuje tę pozycję najlepiej.

Finalnie, zaimponowała mi jej niezwykła poprawność ortograficzna, interpunkcyjna oraz gramatyczna listów. Rzadko, naprawdę rzadko zdarza się tak idealny zapis, a uwierzcie mi- wiem co mówię, bo jestem na tym punkcie szczególnie wyczulona.

To wszystko, doskonałość w każdym aspekcie, stanowi o niezwykłej wartości tej pozycji.
POLECAM! Perełka na polskim rynku.


„Każdy człowiek jest flakonikiem z zapachem swej duszy”

6/6
 
  • ISBN 978-83-61989-46-2
  • EAN 9788361989462
  • Format 130x200
  • Stron 280
  • Rok wydania 2011
  • Wydanie I
  • Oprawa broszurowa