niedziela, 25 sierpnia 2013

Yoko i John. Dni, których nigdy nie zapomnę - Jonathan Cott




There’s nothing you can know that isn’t known/ Nothing you can see that isn’t show

Nigdy nie należałam do fanów Johna Lennona, ominęła mnie beatlesomania, nigdy nie włączyłam dobrowolnie muzyki tego kultowego zespołu, nigdy mnie nie ciągnęło do poznania mitów  w jaki obrósł przez całe lata aktywnej działalności i długo po niej.
Niemniej jednak postaci Johna i Yoko były mi znane – wiele słyszałam, choć nie ukrywam –  bardzo pobieżnie – o ich uczuciu, będącym symbolem pokoju i wyjściu poza tradycyjne myślenie; miłości, skierowanej ku niebu i niebem inspirowanej.

Tegoroczny koncert Yoko Ono w Polsce, wywołał ponowne zainteresowanie książką Jonathana Cotta: Yoko i John. Dni, których nigdy nie zapomnę. Sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem, ale i pewną obawą: czy na pewno chcę znać historię tej pary, opowiedzianą przez jej wieloletniego przyjaciela, znającego ich na wylot, ujawniającego fakty dotąd nieznane?
Choć byłam pewna wątpliwości, lektura opowieści snutej przez tak czujnego obserwatora jak Cott, była prawdziwą przyjemnością i ogromną radością. Już dawno żadna książka stricte biograficzna, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia czułością i subtelnością autora, który – to widać – był (i jest) najbardziej zagorzałym fanem pary, o której pisze.
Książka ta jest niezwykle cenna nie ze względu na kolejny rys Lennona, tworzony pośmiertnie – bo tych jest wiele – lecz przez wzgląd na zapis rozmów przeprowadzonych przez Cotta z nim i Ono, które do tej pory ukazywały się jedynie we fragmentach.
Ostatni z wywiadów przeprowadzony został na trzy dni przed tragiczną śmiercią legendy muzyki. W zapisach tych uderzało mnie wielokrotne wspominanie przez Lennona czasu, który mu pozostał: o tym, jak go wiele, ile jeszcze zrobi, że nie musi się spieszyć. Nie wiedział, że musi, ale dobrze, że tego nie robił - dzięki temu widzimy go, takim jakim był naprawdę. Kochającym artystą, pragnącym, by jego teksty odczytywać na wszystkich poziomach, co zresztą zrobiono. Osobą, która ma swoje sekrety i która została zainspirowana przez Yoko tak silnie, że nie sposób wyobrazić sobie, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie ona.
Oprócz tego, że to zapis rozmowy, to także hołd oddany ogromnej miłości i przyjaźni, którą tych dwoje się darzyło, a która ta wręcz wylewa się ze stronic książki.
Cott przybliża sylwetki Ono i Lennona także z czasów poprzedzających ich znajomość. Ponadto odczarowuje Yoko – z najbardziej nieznanej sławnej osoby, czyni ją bliską i poznaną. Wskazuje na to czym się zajmuje i z jak wielką pasją to robi, podkreśla jej wszechstronność i brak ograniczeń. Maluje ją słowami, jako ludzką, sprawia, że niezrozumiała staje się nienawiść jaką wielu wobec niej odczuwało i odczuwa. Miałam wrażenie, jakoby podkreślał, że to Yoko stworzyła Johna, a nie John Yoko – wielu by się  z tym nie zgodziło.
Książka ta ma wydźwięk niezwykle osobisty, zarówno w sferze podkreślania ważności twórczego związku Lennona i Ono, ale też ze względu na relację łączące parę z autorem. Uwydatnia się jego ogromna sympatia i uznanie dla nich oboje – zarówno dla ich życia zawodowego, jak i poglądów. Wiele fragmentów to wyimki niezwykle intymne, skrzące się zaufaniem tych gwiazd popkultury do rozmówcy, dzięki którym możemy przyjrzeć się im z bliska, zza kulis.

Zostałam zainspirowana: do wsłuchania się w teksty Beatlesów i rytm ich melodii; do odbywania intelektualnych rozmów, jakie prowadziła Yoko i John. Wiele w książce tej miejsc, w których Yoko i John byli idealizowani, a ich działania gloryfikowane: nie mam tego Cottowi za złe. Wręcz przeciwnie – to mnie pociąga i uczy szacunku dla przyjaźni, pokazuje, że sięga ona daleko dalej niż śmierć. Prawdziwa, szczera, prosta, wypływająca z osobistego doświadczenia książka, ubogacona klimatycznymi, czarno-białymi fotografiami.
Piękna.