Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Rekin i baran - Marta i Adam Biernat



Rekin i baran to książka, którą smakowałam nad wyraz powoli. Mając za oknem słoneczne (mniej lub bardziej) polskie lato, czytałam o przeszywającym zimowym mrozie Islandii. Widząc połacie zieleni, w lekturze przemierzałam bezkresne, surowe i kamieniste przestrzenie. Obserwując stado owiec i baranów, czytałam o ich głowach spoczywających na talerzach Islandczyków, co – nie da się ukryć – powodowało pewien dyskomfort.

Książka Marty i Adama Biernatów stała się moją wakacyjną przygodą, wyjazdem-bez wyjazdu z  domu, próbą zmierzenia się z kulturą odmienną i niezmiernie fascynującą.

Oto para ludzi zakochanych w dalekiej Północy, zabrała mnie w czytelniczą podróż życia, pozwalając dotrzeć do miejsc, na których pewnie nigdy moja stopa nie postanie, umożliwiając obserwację fascynujących zwyczajów i poznawanie arcyciekawej historii i obyczajowości.  

Rekin i baran to kompletna książka dla wszystkich tych, którzy przeżywają swoją fascynację krajem, już w samej swej nazwie kryjącym obietnicę mroźnej (i nieraz mrożącej) przygody. Ulegały jej wielkie umysły, z  J.R.R. Tolkienem na czele, ulegnijcie i Wy. Obiecuję porywającą i zachwycającą lekturę, zaszczepiającą umiłowanie i szacunek do kraju, który wzięła sobie pod lupę.

Torfowe domy, prawo weta, wszędobylskie owce, superzdrowy i smaczny skyr, ryby pochodzące z krystalicznie czystej wody, regularne, prozdrowotne i napawające dumą spożywanie tranu, to jedynie wierzchołek góry uroków towarzyszących życiu na Islandii.  

Kapitalne, niebywale klimatyczne fotografie towarzyszące lekturze jedynie podkreślą nastrojowość miejsca, do którego porwie Was ta książka. Język zaś – co widać i co doceniam – rządzony jest miłością jego depozytariuszki i użytkowniczki do przestrzeni, które opisuje. Takie wydanie mogło wyjść spod pióra i aparatu jedynie tych, którzy kierowani byli pasją do Islandii i wszelkich elementów towarzyszących tejże. I to się czuje. Brawo, Marto i Adamie!

Ja jestem zachwycona i biorę pełną odpowiedzialność za stwierdzenie, że Wy również będziecie. Krajem, jego mieszkańcami, książką.


Zapalajcie świece, szykujcie ciepły pled, stawiajcie wodę na aromatyczną herbatę i zanurzcie się w tej pasjonującej lekturze. Ale uwaga! Nie denerwujcie elfów. Wszystko musicie najpierw z nimi przedyskutować. 

Polecam!


poniedziałek, 1 lutego 2016

Studio Accantus na żywo w Teatrze Korez - spełnienie marzeń



Brakuje mi słów, żeby to opisać, a wiecie, że zdarza się to rzadko.


Odebrało mi mowę.


To była najlepsza rzecz na jakiej kiedykolwiek byłam - a wizyt w teatrach, teatrach rozrywki, operach, filharmoniach i wszelkich innych ośrodkach kultury mam w życiorysie bardzo wiele . 

Zgadzało się wszystko - wykonawcy, dobór utworów (mogli wybrać wszystko, a wybrali między innymi dwie moje ulubione!), klimat, talent, fenomenalne wykonanie. 

Tłumy czekają po recitalu na autografy:)


Są niemożliwi, aż chciało mi się (i chce nadal) płakać. 

Karolina Warchoł i Adrian Wiśniewski - mistrzowie dzisiejszego wieczoru, odpowiedzialni za mój stan.




Reżyser studia dzielnie podpisuje:)

Adrian Wiśniewski nie pozostaje w tyle;)


Rewelacyjne covery piosenek, wykonania po stokroć lepsze niż oryginały, a przy tym fantastyczna gra aktorska - kreacja konfrontacji Jekylla i Hyde'a była nie do podrobienia (a spektakl, z którego utwór pochodzi miałam okazję widzieć wcześniej w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, więc wiem o czym mówię). 

Wzruszająco i przepięknie zaśpiewane utwory z Anastazji i Dzwonnika z Notre Dame ściskały za serce, a zagrany na bis Czas żreć dopełnił dzieła.

KAPITALNY RECITAL.

Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli możliwość posłuchać Studia Accantus na żywo - nie wahajcie się. Gwarantuję, że są warci każdych pieniędzy.

Poniżej próbka ich talentu, część tego czego mogłam dziś słuchać w Teatrze Korez. Tutaj widzicie jedynie tyle, ile można zrobić w studio. Dodajcie do tego oświetlenie, muzykę na żywo, grę aktorską, interakcję z publicznością i będziecie mieli maleńkie pojęcie o tym, co dziś działo się na scenie.

Spełnienie marzeń, emocje długo nie opadną!







sobota, 31 października 2015

Serce polskiego folkloru (Cuda wianki - Marianna Oklejak)



Chcecie przekazać dziecku tradycję polskiego folkloru? Nie chcecie, by ta wiedza pokryła się kurzem i przestała być istotna w świecie zdominowanym przez nowoczesność, bylejakość i identyczność?
Szukacie publikacji, która w sposób zwięzły, ale treściwy pokazała całość polskiego folkloru i cieszyła oko?

Oto coś w sam raz dla Was!


Dla dużych, dla małych, dla wszystkich zainteresowanych folklorem. 
Piękna, bogato ilustrowana, obfita w informacje podane w najprostszy z możliwych sposobów – za pomocą obrazu, etykietowania, skrawków piosenek, z bogatym wykazem źródeł umieszczonym na końcu – dla dociekliwych, pragnących wiedzieć więcej.



Wygląda rewelacyjnie, skupia w sobie całe piękno polskiej tradycji i folkloru, gromadzi wiedzę o jedzeniu, strojach, haftach, obyczajach, instrumentach, rozrywkach, sprzęcie domowym, zabawkach, zwyczajach, posiłkach, muzyce. Słowem – jest tu wszystko. Książka została pomyślana fenomenalnie. W oczy rzuca się miłość do tradycji wyzierająca z każdej stronicy, pragnienie przekazania tego co najpiękniejsze i najcenniejsze, narodowego skarbu tak łatwego do zagubienia w świecie co rusz zmieniającej się mody. Marianna Oklejak pokazuje to co niezmienne, to co stałe, od lat niewzruszone. Pragnie ten polski skarbiec przekazać dalej, by nie zaginął, nie utracił ważności, nie stał się jedynie dodatkiem, lecz kwintesencją polskości.



Obłędna publikacja, do oglądania, cieszenia oka, przypominania sobie, poszerzania wiedzy o polskim folklorze. Obowiązkowa! Dla małych i dla nieco większych. 

niedziela, 6 września 2015

Kultura to tak naprawdę wielka kupa.


Tam gdzie są ludzie, musi być i kupa.

Kupa kultury na przykład.



Felietony mają to do siebie, że bardziej niż cokolwiek innego odczytywane są subiektywnie: poglądy autora albo są zbieżne z naszymi, albo nie. Felietonista porusza tematy dla nas ciekawe albo nużące. Budzi kontrowersje albo katuje nudą. Trudno o złoty środek, niełatwym zadaniem jest także znalezienie autora, który byłby nam najbardziej bliski, odsłaniając i komentując zastaną rzeczywistość na tyle interesująco, by zawłaszczyć  naszą uwagę i zachwycić trafnością spostrzeżeń,



U Bugajskiego jest różnie. Wielu treściom mogę przyklasnąć, z wieloma się nie zgadzam - nie uznaję na przykład "hobbitów" - jak z pobłażaniem wyraża się autor - jako infantylnego filmu, czuję się wręcz tym stwierdzeniem dotknięta. A więc dobrze - są emocje, będzie refleksja.


Dzielę natomiast poglądy dotyczące sygnowania współczesnych powiastek (nierzadko ramotek) mianem "dzieła", co mają w zwyczaju czynić niektórzy. Otóż dzieło, to dla mnie - i dla Bugajskiego -coś naprawdę wielkiej wagi i znaczenia, a nie każdy wykwit autorskiej twórczości. Dewaluacja słów i jakaś taka ignorancja połączona z niechęcią do sięgania do słowników postępuje, zatem plus i chwała dla Bugajskiego za zwrócenie uwagi. We wszystkich tekstach wypomina on cztery główne klęski współczesnej kultury: infantylność, tabloidyzację, ignorancję oraz wspomnianą już degradację słów. Zwraca on uwagę na panującą ekscytację biografiami sławnych ludzi, które nierzadko są jedynie odpryskiem rzeczywistości i odłupkiem złudzenia, że pokazuje się nam prawdę. Obśmiewa przekonanie o tym, że każdy się zna i może wydalić z siebie jakieś głupstwo właściwie na każdy temat, czyli wszechobecne "nie znam się, to się wypowiem".

Tym, co mnie podniosło na duchu i ostatecznie kazało uznać Bugajskiego za "spoko gościa" - a co, pisząc o banałach, mogę w banał popaść - to chwalenie przez niego młodych. Rzadko, naprawdę rzadko, właściwie na wymarciu są teksty, które byłyby przychylne młodym, a pisane były przez nieco starszych - a Bugajski nie dość, że życzliwy młodym, to jeszcze ich komplementuje (rzecz jasna, co zostało mocno podkreślone, tę ich myślącą część - jednak spostrzegł, że ktoś myśli!).

Czyta się falami - pierwsza połowa książki rewelacyjna, zakładka indeksująca na zakładce, głową przytakiwałam jak piesek samochodowy, w drugiej zaś napięcie opada, jakby autor to, co najsłabsze zostawił na sam koniec, by pozwolić czytelnikowi porzucić książkę w połowie - gdybym miała mniej samozaparcia i chęci drążenia "a nuż będzie jeszcze coś olśniewającego", być może bym to zrobiła. Znalazła się tam jednak żyła złota wśród tombaków, więc cieszę się z decyzji:) Tym bardziej, że pomysłem na książkę było stworzenie kulturalnego (kulturowego?) alfabetu. Układ taki - jak sam Bugajski pisze - dla zabawy, nie z jakiejś istotnej potrzeby. Ostatecznie jednak przed nami wyłania się obraz tego, z czym spotykamy się na co dzień, a nierzadko umyka to naszej uwadze. I od tego, by tę rozproszoną uwagę sfokusować jest własnie felietonista.

A Wam polecam do lektury, przynajmniej wyimkami. Warto.



piątek, 10 kwietnia 2015

Podróż z mroczną bliźniaczką (Wyspa Łza – Joanna Bator)




Jadę więc z  czarnym zeszytem tropem Innej kobiety, by napisać reportaż literacki z  przygód własnego ja w  tropikach. Nie ma co liczyć ani na klasyczną autobiografię, ani na historię detektywistyczną, ale wycisnę z  miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu. Cóż więcej mi pozostaje, skoro już wciągnęła mnie nisza w  czasie[1]



I tak po prawdzie mówiąc, tymi słowami Joanna Bator zrecenzowała się sama.

Już po lekturze tego fragmentu jasne staje się, że Wyspa Łza to książka zwodnicza. Po lekturze opisu wydawać by się mogło, że dotyczyć ona będzie podróży w ślad za zaginioną na Sri Lance kobietą i to jej w  dużej mierze dotyczyć będą zapiski. Dzieje się jednak inaczej: owo zaginięcie i pozorne poszukiwanie staje się jedynie pretekstem do szukania siebie i osobistych zwierzeń. 

Zainspirowana przez Sandrę Valentine, z  tłukącym się w  głowie hasłem „znikła bez śladu”, Bator wyrusza w  kolejną podróż, podróż, która wyposażona w  szereg erudycyjnych spostrzeżeń, kulturowych odniesień, z girlandą sentencjonalnych wypowiedzi staje się dla czytelników jednocześnie wartościowym reportażem literackim (z  ukierunkowaniem na „literacki”), jak i śledztwem prowadzonym w  imię odnalezienia tego, co w nas zaginione, w  imię odnalezienia naszej własnej Sandry Valentine.

Bator swoją chyba znalazła – takie wrażenie sprawiają jej wynurzenia, trzeba dodać – miejscami niezwykle intymne. Wydaje się, że to jedna z jej najbardziej osobistych książek, stawiająca sobie za cel odsłonięcie prawdziwego „ja”, swojej mrocznej bliźniaczki, doppelgängera.

Wszystko to odbywało się w mocno zakorzeniony w  kulturze sposób: tutaj odwołanie do Witkacego, tam do mitologii, w  jeszcze innym miejscu do Barthesa – dla osób nieprzygotowanych do takiej lektury stanie się to szybko nużące, a sam język Bator może sprawiać wrażenie starającego się dokonać tak sławetnego przerostu formy nad treścią.

Nie odniosłam jednak takiego wrażenia – wręcz przeciwnie. Czytanie odautorskich zwierzeń było pouczające, intrygujące, a samo wejrzenia w  cudzy sposób postrzegania rzeczywistości oraz metodę podróżowania i zachłannego czerpania z odwiedzanych miejsc bardzo kształcące. Jeśli kogoś nie zainteresuje treść, to dla samej przyjemności obcowania z  bogactwem języka – warto po tę lekturę sięgnąć i nią się napawać, szukając swoich własnych „zahaczek”, źródeł historii własnej.

W  paru punktach odniosłam jednak wrażenie, że zbyt wiele tu odsłonięcia, zbyt wiele treści wręcz ekshibicjonistycznych, nastawionych na odsłanianie siebie bez granic, co jakoby miało świadczyć o chwilowym przejęciu władzy przez mroczną część osobowości. Nie wiem, nie jestem pewna – próbuję to jednak wytłumaczyć sama sobie, bo jak inaczej spojrzeć na tak intymne fragmenty, których się nie spodziewało, nie oczekiwało, ba! Których się nie chciało?

Quasi-proza, quasi-reportaż, quasi-dziennik podróży, quasi-autobiografia: ta książka to ostatecznie quasi-Bator. Nie taka jakiej oczekiwaliśmy, nie taka jaką znamy, ale wciąż intrygująca.


Zahaczki nie można wymyślić, załatwić sobie, wychodzić, bo jest raczej czymś, co samo wpada w  ręce, co wchodzi pod pióro. Kiedy piszę, wiem, że w  nurcie, który płynie przez mój umysł i ciało, mieszają się dwa teksty: ten dzienny, świadomy, poddany kontroli, i ten bliźniaczy, spod spodu, pulsujący pod powierzchnią, ciemny. W  nim, niczym węgorzyki w  Morzu Sargassowym, pływają zahaczki i nigdy nie wiadomo, która akurat wyskoczy.[2]




[1] Joanna Bator, Wyspa Łza, Kraków 2015, s. 30.
[2] Tamże, s. 173.

piątek, 13 lutego 2015

My – David Nicholls


Tytuł: My
Autor: David Nicholls
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379438549
Ilość stron: 480
Cena: 36,90 zł




David Nicholls zyskał globalną sławę za sprawą książki Jeden dzień, która po ogromnym sukcesie wydawniczym została sfilmowana, by znowuż docierać do coraz szerszego kręgu odbiorców. I to samonapędzające się koło popularności trwa.
Na polski rynek wydawniczy trafiła właśnie najnowsza propozycja autora – My. Książka z  obłędną okładką, od której wciąż nie mogę oderwać wzroku, okładką będącą cichym wyznaniem miłosnym do treści czy też samej formuły bycia z  kimś, bycia razem. Niesamowite jak dobrze zaprojektowana grafika może otwierać nowe pola interpretacyjne – świetnie zagrana sprawa z  ukrytym przesłaniem.
Jestem pod wrażeniem.
Okładka jednak jest jedynie kluczem, pewną zapowiedzią tego co czeka nas dalej – a tam rzeczywiście jest o co powalczyć.
Oto pewnego wieczoru, tuż przez ostatnim planowanym wyjazdem z rodziców synem Albiem po Europie, będącym swoistym chrztem kulturalnym mającym przygotować chłopaka do dalszego życia studenckiego; Douglas słyszy od swojej żony, że ta chyba chce się z  nim rozstać.
W  ten eufemistyczny i dość pokrętny sposób kobieta sieje w  mężczyźnie ziarno niepewności – żadne z  nich do końca nie wie czy rozstanie jest już przesądzone, ale to Connie jest w  tej sytuacji depozytariuszką wszelkich odpowiedzi. Mężczyzna postawiony pod ścianą próbuje wykorzystać ostatni dany im wyjazd na odbudowanie podupadających relacji z  żoną. Z  synem dawno już je utracił albo właściwie nigdy ich nie miał – Douglas i Albie tworzą stereotypowy przykład fatalnych układów ojcowsko-synowskich mających źródło we wczesnym dzieciństwie. Twarda ręka mężczyzny była zbyt twarda, by dać miejsce naturalnej miłości rodzicielskiej.
Wyjazd po największych miastach Europy ma być zatem nie tylko zalewem kulturalnym i podróżą inicjacyjną dla syna, ale też odnowicielskim wojażem dla wszystkich. Nie wszystko jednak pójdzie po myśli głównego bohatera, co z  kolei sprawi, że do samego końca nie będzie wiadomo, w  którym miejscu zakończy się ta eskapada, mająca pierwszy przystanek w  Paryżu, gdzie to Albie poznaje nietuzinkową młodą akordeonistkę, znacząco wpływającą na dalsze losy całej rodziny.
Mówi się, że dopiero podczas wyjazdów, z  dala od domu, poznaje się prawdziwe oblicze bliskich nam osób. W  przypadku tej rodziny ma to znaczenie fundamentalne.
Piękna to historia o wysiłku odnalezienia dawno zagubionej nici porozumienia, o heroicznej próbie odbudowania relacji ojcowsko-synowskiej, ale też małżeńskiej. Historia, w  której na bok muszą zostać odłożone ambicje i własne pragnienia, a głównym celem ma stać się uszczęśliwienie najbliższych w  ich własny sposób – nie w  nasz.
Tytułowi my mogą mieć wiele odczytań – czy to „my” jako ludzie, o których kondycji opowiada ta historia, „my” jako rodzina, najmniejsza komórka społeczeństwa, „my” jako małżeństwo, czy też „my” jako indywidualności, które należy kochać bez względu na wszystko i okazywać tą miłość bez względu na wszystkich (a już najbardziej siebie samych). Każde odczytanie będzie dobre, a uwierzcie mi – można by je wciąż mnożyć.
Polecam tę opowieść wszystkim – jest jak życie: trochę słodka, trochę gorzka, miejscami kwaskowata, nagle zmieniająca bieg wydarzeń, wymagająca natychmiastowego reagowania, często impulsywnego. Nigdy nie wiadomo na co się trafi, do finału nie ma się pojęcia jak rozwinie się całość, mimo że wszystko od początku było skrupulatnie zaplanowane przez głównego bohatera.
Dokładnie jak w  życiu, prawda?
Można rzec, że to opowieść o tym jak plany wzięły w  łeb. My sobie, życie sobie.  

Świetna! 


A oto jak mnie rozpieściło Wydawnictwo:) Były jeszcze naklejki z moim nowym ulubionym motywem:) Pani Zosiu - dziękuję!

środa, 24 grudnia 2014

Jezus ośmieszony – Leszek Kołakowski


Tytuł: Jezus ośmieszony
Autor: Leszek Kołakowski
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9788324032358
Ilość stron: 128
Cena: 29,90 z
 
Leszek Kołakowski – historyk sztuki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego (do 1968), Senior Research Fellow w All Souls College Uniwersytetu Oksfordzkiego (od 1970), laureat wielu znaczących nagród, dla wielu przewodnik i ogromny autorytet.




Jezus ośmieszony, to francuski rękopis Kołakowskiego, który dotąd znajdował się w jego papierach. Napisany w połowie lat osiemdziesiątych, nieukończony, niedopracowany, a przez to nigdy dotąd niepublikowany – dziś ujrzał światło dzienne.
Nie sposób pisać o nim, nie zdradzając zbyt wiele, stąd tekst ten będzie bardzo lakoniczny, by nie odzierać potencjalnego czytelnika z przyjemności odkrywania tego, czym autor (nie) postanowił się podzielić.

Choć to tekst filozofa, miałam wrażenie, że filozofii w niej wcale nie tak wiele: to raczej opisywanie, relacja o życiu Jezusa i recepcji jego osoby na świecie, w różnych momentach historii, w różnych krajach.
To nie traktat religijny, widzący w Jezusie Boga i przekazujący ten fakt jako prawdę objawioną. To raczej spojrzenie na postać tę jako na element kultury europejskiej, ugruntowanej na chrześcijaństwie, stąd chcąc, nie chcąc, wpisującą się w życie każdego Europejczyka. Tak, w Twoje też, nawet jeśli jesteś zdeklarowanym ateistą.
Jak wyglądałby dzisiejszy świat, dzisiejsza Europa, gdyby nie Jezus? W jakim miejscu dziś byśmy się znajdowali, co byłoby inaczej i jak bardzo inaczej?

Kołakowski podkreśla, że teologię odsuwa na bok, że nie chce wdawać się w dysputy religijne, że tym co go naprawdę interesuje to spojrzenie globalne.
Po zamknięciu tej książki miałam jednak niejasne wrażenie, że to tylko zgrywa, że autor nie zrobił właśnie nic innego, jak wdał się w dysputę religijną, wcale nie przekreślając boskości Jezusa. Mimo że to esej, jak głosi podtytuł, apologetyczny i sceptyczny, miałam złudzenie nieustannej kokieterii Kołakowskiego.

Czy był Bogiem? Nie mam pojęcia. Ale jeśli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, to był nim On[1].
Czy mam rację? Czy tekst ów odczytałam słusznie?
Sięgnijcie, zobaczcie, oceńcie. I nie kończcie na samym eseju – koniecznie zajrzyjcie do wieńczącego książkę słowa Jana Andrzeja Kłoczowskiego.

[1] Leszek Kołakowski, Jezus ośmieszony, Kraków 2014, s.12.

niedziela, 9 listopada 2014

Ćwiartka raz – Karolina Korwin-Piotrowska


Tytuł: Ćwiartka raz
Autor: Karolina Korwin-Piotrowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-7839-758-8
Ilość stron: 800
Cena: 44zł


Książki takie jak Ćwiartka raz, to niebywała frajda! Co prawda sama jeszcze do ćwierćwiecza wiekowo nie doszłam, jestem już jednak coraz bliżej i w związku z tym większość opisywanych przez Karolinę Korwin-Piotrowską pozycji muzycznych/filmowych/książkowych jest mi doskonale znana – ze wspomnień, do których dziś dzięki autorce mogę się znów uśmiechać, mając je zebrane w jednym, doskonale przygotowanym przez wydawnictwo miejscu.
Ta książka to prawdziwa kapsuła czasu, z której nie chcę się wychodzić, snując się nostalgicznie między jednym rokiem, a drugim, przypominając co ciekawsze historie z nie tak dawnej (kiedy to zleciało!?) przeszłości.

Są miejsca w tej książce, które mnie znudziły, bo nie do końca tworzyły wspólnotę z moimi wspomnieniami, znacznie więcej było jednak tych wzruszających, rozśmieszających, sentymentalnych fragmentów, do których albo uśmiechałam się pod nosem, albo ukradkiem ocierałam łzę, albo też pukałam się w głowę, nie wierząc, że jeszcze nie dawno mogłam coś takiego robić/czytać/słuchać.
Dla jeszcze młodszego niż ja pokolenia, niektóre wspominki mogą wydać się prehistorią. Technika i każda inna dziedzina życia nią napędzana, tak szybko poszły do przodu, że dziś w niektóre zamierzchłe rozrywki nie sposób uwierzyć. Dla mnie i dla wielu innych były jednak czymś co określało nas jako ludzi, konstytuowało dzieciństwo, dawało poczucie przynależności. I dziś, po latach dzięki autorce znów to robi.
Wspaniała to opowieść o kulturze minionych dwudziestu pięciu lat, tym co nią rządziło, tym co budziło powszechne zdumienie, podziw, zachwyt, śmiech, łzy. Trochę o skandalach, trochę o plotkach, bardzo dużo o przemijalnych modach.
Każdy rozdział rozpoczyna się słowem wstępnym o konkretnym roku, po czym płynnie przechodzi do omówienia przestrzeni mediów, muzyki, kina, życia gwiazdorskiego i towarzyskiego, reklamy i tak dalej, i tym podobne. Książkę wieńczą topka 25 filmów na 25-lecie i topka 25 piosenek na 25-lecie oraz miejsce na nasze własne typy – nasza pisana ścianka bestsellerów.
Wszystko to okraszone archiwalnymi okładkami z gazet, wyimkami z co ciekawszych artykułów i pobocznymi informacjami, wyróżniającymi to, co z tych ważnych rzeczy było najważniejsze.

Warta uwagi, wspaniale wydana propozycja dla starszych – jako podróż do czasów młodości, dla nieco młodszych – jako powrót do dzieciństwa i dorastania oraz dla najmłodszych – jako, nie bójmy się tego powiedzieć, prawdziwa lekcja historii i kultury.
Świetna sprawa, obowiązkowa pozycja w każdej domowej bibliotece, bez względu na sympatię do autorki. (Opasły) kawał dobrej dziennikarskiej roboty.
Polecam!

PS I jeszcze ta gadająca okładka - mistrzostwo!:)

niedziela, 15 września 2013

W krzywym zwierciadle – Maciej Stuhr


Tytuł: W krzywym zwierciadle
Autor: Maciej Stuhr
Wydawnictwo: Zwierciadło
Udostępnione przez: Sztukater
ISBN: 9788363014612
Ilość stron: 224


Maciej Stuhr przez wiele lat przez niektórych traktowany był z lekką pobłażliwością, jako ten, który wybił się dzięki znanemu nazwisku i zapleczu w postaci znajomości sławnego ojca.
Od dawna udowadnia jednak, że talent ma zapisany w genach, a jego dokonania, to nie tylko rewelacyjne skecze objawiające pełnię jego predyspozycji komediowych, ale też doskonałe kreacje filmowe czy ostatnio –  felietonowe.
Pisząc do „Zwierciadła” miał on oczywiście pewne obawy -  czy uda mu się raz w miesiącu wydobyć z siebie myśl, która zapisana nie straciłaby na wartości, czy lepiej pisać ku uciesze publiki, czy też ku jej refleksji oraz zadumie, czy pisanie w ogóle musi mieć jakiś cel nadrzędny poza czynnością samą w sobie. Pytania można by mnożyć, pewne jest jedno: Stuhr pisze i robi to dobrze.
W moim przekonaniu najlepiej sprawdzają się jego felietony zabarwione nutką komizmu, w nich czuje się bowiem prawdziwego ducha felietonisty.
Na wolumin W krzywym zwierciadle składa się całe spektrum tekstów. Jedne refleksyjne, inne [w szczególności jeden!] rozbawiające mnie do rozpuku, inne zaś nużące: w myśl prośby Stuhra nie pomnę jednak które to. Co prawda nie spotykamy się face to face, ale nie wiadomo jakie znaczenie będzie miało to sformułowanie za kilka lat, a nie chciałabym, by autorowi zrobiło się wedle jego obaw przykro – panie Macieju, proszę pisać dalej!

Choć teksty te wielu osobom mogą wydać się znajome, przez lata publikowane były bowiem na łamach czasopisma, to jednak mając je zebrane w jednym miejscu, z o wiele większą przyjemnością się do nich sięga. Przegląd książki umożliwia wyłonienie najczęściej poruszanych przez Stuhra tematów, wgląd w jego pisarski rozwój, przyjrzenie się zmianom zachodzącym w jego światopoglądzie i sposobie wyłaniania z codzienności myśli znaczących.
Prawdziwą przyjemnością jest śledzenie jego felietonowych poczynań, od raczkowania, aż do coraz ważniejszych, błyskotliwych tekstów.

W publikacji tej znajdziemy krótkie formy publicystyczne, w których Stuhr pochyla się nad stanem polskiej kultury, wskazuje palcem na konkretnych polityków i ich poczynania, analizuje Polskę i świat w dobie kryzysu, okiem profety zagląda do roku 2040, obśmiewa teleturnieje sprzedające prywatność, boleje nad kierunkiem w jakim zmierza język polski zdominowany przez kulturę zachodu, prezentuje peerelowski słowniczek dla młodszego niż jego pokolenia, angażuje się w tworzenie krótkiego kursu felietonopisarstwa, rozważa znaczenie pasji w życiu każdego z nas, bada ją od strony semantycznej, docieka sensów ukrytych i wreszcie – zastanawia się nad tym co dotyka go tu i teraz, a także pozostawia nam, czytelnikom, wolną przestrzeń do stworzenia własnego felietonu.
Żeby było ciekawiej, książka ta nie jest jedynie zbiorem tekstów drukowanych uprzednio w „Zwierciadle”, lecz także miejscem, w którym Stuhr zdecydował się zadebiutować jako autor opowiadania (mającego być czytanym jak scenariusz filmowy – oczami wyobraźni) sensacyjnego, inspirowanego szeroko pojętą kulturą polską (szczególnie zaś najnowszą – często – niechlubną). Znajdziemy w nim nawiązania do wielu dziedzin, w niej wspomina Stuhr o Różyczce, cytuje teksty Dody, poddaje obróbkom tytuły książek Kalicińskiej i wiele, wiele innych.
Wykazuje się przy tym niebywałą czujnością i zdolnością do czerpania natchnienia ze wszystkiego i przerabiania tego na swoją modłę.
Dobre, trochę prześmiewcze, trochę kłujące w oczy, trochę do zadumy.
Polecam szczególnie miłośnikom wysublimowanego humoru i czułości na punkcie kultury, szczególnie wysokiej. Polecam ludziom zaniepokojonym stanem polskich gustów odbiorczych, szukającym sensu w oglądaniu i czerpaniu radości z programów tworzonych według oklepanych schematów, strwożonym wizją ludzkości ogłupianej czczą, tanią i często wulgarną rozrywką. Słowem – jeśli na sercu leżą Ci losy polskiej kultury – sięgnij, zmierz się z poglądami Stuhra i odpowiedz. To taka satyra na nasze czasy.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Lekcje Madame Chic – Jennifer L. Scott



Madame Chic to uosobienie elegancji I luksusu. W każdej, nawet najbardziej prozaicznej czynności odnajduje się doskonale, udowadniając, że życiem można się cieszyć – nawet, jeśli pewne powtarzalne gesty zaczynają nas denerwować.
Jennifer L. Scott w swojej książce przeprowadza czytelniczki  [bo to głownie do nich skierowana jest ta publikacja] przez świat francuskiej elegancji, wytworności, gościnności. Wskazuje, co sprawia, że Francuzkom żyje się dobrze, że są symbolami stylu i szyku oraz że ciągle się uśmiechają i wyglądają nienagannie – bez względu na to czy spotkamy je podczas wyrzucania śmieci, czy na proszonej kolacji.

Autorka przez długi czas była na wymianie studenckiej w Paryżu. Tam też zakosztowała życia pod znakiem wysokiej kultury, niespieszności, delektowania się każdą chwilą. Jej książka stanowi zbiór porad z zakresu diety, aktywności fizycznej, stylu, urody, życia z klasą i pasją. Można uznać je za lekcje, zakończone podsumowaniem najważniejszych wniosków z nich płynących.


Niezwykle przyjemnie czyta się tę książkę! W okamgnieniu zapragnęłam stać się osobą, potrafiącą na wzór Francuzek cieszyć się każdą chwilą, koneserką życia, cieszącą się z tego co ma, a nie ślepo podążająca za wymogami konsumpcjonizmu. Co rusz odkładałam poradnik na półkę, by zastosować się do zawartych w nim rad. I przyznaję – były one dla mnie zbawienne!
Zawarte w niej porady stosowałam tym chętniej, że daleko książce tej do formuły znanej z tradycyjnych poradników: to raczej snucie opowieści zachęcającej do podejmowania zmian i pokazującej co można zrobić, by życie przypominało te rodem z francuskich filmów: kolorowe, wypełnione przyjemnymi rytuałami, nadającymi mu sens. To prawdziwie inspirująca historia, pisana z myślą o kobietach, które pragną żyć szykownie i z umiarem, dbających o dobre maniery, ceniących sobie dyskusje o sztuce, mających dom otwarty, a przy tym wyglądających jak milion dolarów, bez wielkiego nakładu sił. Brzmi zachęcająco?
Do lektury!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Genialna maszyna. Biografia serca – Thomas Amidon, Stephen Amidon.




Serce, jako jeden z najważniejszych narządów odpowiadających za ludzkie życie, doczekało się wielu naukowych publikacji. Nigdy jednak, żadna z książek nie stała się jego pełną... biografią. Aż do teraz. Za sprawą Thomasa i Stephena Amidonów, polski czytelnik ma niebywałą przyjemność poznać historię organu odpowiedzialnego za nasze istnienie, jaka rysowała się od czasów starożytnych aż po dzień dzisiejszy.

Genialna maszyna, to książka, która może odpychać – może, bowiem wielu z potencjalnych odbiorców uzna ją za naukową pracę poświęconą tylko i wyłącznie medycznemu spojrzeniu na ten narząd. Pora rozwiać wszelkie wątpliwości i przełamać bariery. Publikacja ta bowiem, to żaden podręcznik, żaden nudny wykład czy zbiór wiadomości, które interesujące wydawać się mogą jedynie przyszłym lub obecnym kardiologom, lubującym się w tej tematyce.
Genialna maszyna, to napisana rewelacyjnym, żywym językiem, niesłychanie lekkim piórem wciągająca opowieść o maszynie wprawiającej nas w ruch i towarzyszącej nam aż do chwili śmierci. To „literackie dziecko” braci Amidonów jest nie tylko kopalnią wiedzy na temat tego niezbędnego narządu, lecz także nieopisaną przygodą, która wciąga bardziej niż niejedna dobra powieść.

Publikacja podzielona jest na kilka rozdziałów – każdy rozpoczyna się krótką zbeletryzowaną opowieścią o jakimś ważnym wydarzeniu danej epoki, będącą wprowadzeniem do następującego po niej wywodu o charakterze popularnonaukowym.
Nie ma takiego fragmentu w tej książce, który powodowałby znużenie czy zmęczenie tematyką. Nie ma elementów, które byłyby niezrozumiałe czy zniechęcające. Publikację tę czyta się z zapartym tchem, śledząc kolejne losy serca, niczym losy wielkiej gwiazdy. Ciekawym doświadczeniem jest poznawanie stanu wiedzy na jego temat sprzed kilkuset lat, z dzisiejszą świadomością odkryć w dziedzinie medycyny, która rozwija się w niewyobrażalnym tempie.
Autorzy to niezrównani mistrzowie zgrabnie operujący dramaturgią i emocjami, wykorzystujący wszelkie możliwości, by wzbudzić w czytelniku zainteresowanie.

Wiele opisów jest tak sugestywnych, że co delikatniejsze osoby mogą poczuć dreszcze przy czytaniu relacji z dotykania otwartego serca u człowieka, który na skutek wypadku chodził z otwartą klatką piersiową.
Publikacja ta to nie tylko naukowe spojrzenie na serce, lecz także osadzenie go w kulturze. Przedstawiony został w niej rozwój wiedzy na temat tego narządu, jego znaczenie w relacjach międzyludzkich, jego rozumienie zarówno medyczne, jak i społeczne. To nie tylko opowieść o bijącej maszynie, lecz również historia znaku ♥ i jego wpływu na kulturę masową.

Książka, którą każdy powinien przeczytać. Najlepsza biografia, jaką w ostatnim czasie czytałam i zdecydowanie najlepsza książka o tematyce około medycznej jaką dane było mi mieć w ręku. Tytuł prowokujący, trochę przewrotny, ale czym innym jest serce jeśli nie wybitną „postacią”, które losy zostały w tej książce w sposób tak dokładny opisane?

Gorąco polecam.




czwartek, 24 listopada 2011

Bóg, kasa i rock’n’roll – Szymon Hołownia i Marcin Prokop




Gdy spotyka się agnostyk z teistą, może dojść do prawdziwej burdy światopoglądowej. Sytuacja jednak zmienia się, gdy są to osoby dojrzałe, mądre i co najważniejsze – posiadające wiedzę praktyczną na temat umiejętnego przeprowadzania zdrowej rozmowy oraz zdolności podstawowej: daru wsłuchiwania się w to, co ma druga osoba do przekazania.
Jeśli dodatkowo są to znani prezenterzy telewizyjni, którzy od dobrych kilku lat zachwycają widzów stacji TVN swoim zgranym duetem, biorący sobie pod lupę Boga i wszelkie okoliczne podtematy – konwersacja taka musi się skończyć niezwykłymi wnioskami.

Panowie Szymon Hołownia oraz Marcin Prokop, postanowili podzielić się swoją osobistą rozmową z ludźmi o różnych zapatrywaniach religijnych.
We wstępie napisanym przez drugiego z panów, zgrabnie zostaniemy wprowadzeni w temat. Parafrazując Prokopa: doświadczymy skutków spotkania dwumetrowego profanum z nieco niższym sacrum. Ksiązka nie powstała po to, by kogokolwiek burzyć czy narzucać jedyną prawdę. Stanowi jedynie zapis pasjonujący konwersacji mającej zaspokoić ciekawość każdej ze stron, przeprowadzonej na wysokim poziomie, bez niepotrzebnych uprzedzeń czy kłótni.
Obaj Panowie wykazują się niezwykłym taktem, choć niejednokrotnie używają skrajnych metafor do opisania tego, co zrodziło się w ich głowach.  
Swoją książką otwierają pole do dyskusji o wierze i jej braku, w której każdy może wziąć udział. Dostarczają tematów do rozważań, odpowiadają na pytania wydawać by się mogło oczywiste, jednak już zakurzone i zapomniane.
Co stanowi o walorach tej pozycji, to przede wszystkim odwoływanie się autorów do rzeczywistości, szukanie rozwiązań w świecie dostępnym każdemu czytelnikowi, stąd też częste porównania religii do elementów popkultury. Metafory te mają na celu ułatwić zrozumienie wielu trudnych zagadnień, które mogą wydawać się niezrozumiałe dopóki nie zostaną poddane transkrypcji na język dzisiejszej kultury.
Hołownia i Prokop poruszają się w sferze religijności, dyskutują na tematy fundamentalne, takie jak dusza, boskość i człowieczeństwo Jezusa, teoretyczna skostniałość Kościoła i przedawnienie niektórych poglądów przez niego głoszonych. Wszystko to oprawione jest w ciekawe połączenie języka ewidentnie naukowego ze skrajnie kolokwialnym. Całe „danie” podane nam zostaje na tacy wraz z deserem, jakim jest próba zastanowienia się między innymi nad tym, jakich metod promocji używałby Jezus, gdyby to dziś przyszło mu zejść na ziemię i nawoływać to pójścia za Nim oraz szeroka paleta zagadnień z zakresu popkultury. Nie braknie także i tematyki szatana oraz całej pseudodiabolicznej estetyki oraz satanistycznej poetyki na ogromną skalę stosowanej w szeroko rozumianych mediach.

Bóg, kasa i rock’n’roll to arcyciekawa polemika bez skakania sobie do gardeł.  
Nie myślcie jednak, że brakuje w niej emocji! Co rusz dało się wyczuć narastającą irytację czy wzbieranie emocji. Na szczęście żaden z autorów nie pozwolił się ponieść ich fali, lecz do końca wytrwał broniąc swojego stanowiska bez zbędnych słownych przepychanek. Gratulacje Panowie!

Okładka książki głosi, że jest „zaskakująca konfrontacja”. Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem – prędzej czy później musiało do niej dojść, była jedynie kwestią czasu, a nie sprawą zaskakującą. Dobrze, że powstała teraz. Mam również cichą nadzieję, ze doczeka się także kontynuacji, również przedstawionej w formie książkowej.
Komu polecam? Absolutnie każdemu! Nie jest to traktat naukowy, manifest religijny ani żadnego rodzaju forma nawracania czy narzucania jedynej rozstrzygającej prawdy. Pozwala jednak spojrzeć na ludzi o innym życiu duchowym niż nasz w sposób pełen akceptacji, zrozumienia i szacunku. A tego niestety coraz częściej nam brakuje. Dlatego warto się uczyć.



****
Jeśli ktoś do tej pory nie był przekonany czy jest to książka dla niego, a teraz nabrał na nią ochoty - wciąż jeszcze jest szansa, by o nią zawalczyć. Do 29 listopada czekam na zgłoszenia do KONKURSU, którego zasady są nieprzyzwoicie proste. Bóg, kasa i rock'n'roll czeka na nowego właściciela!