Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lipca 2015

Wieczory w Umbrii - Marlena de Blasi

Cztery przyjaciółki co tydzień spotykają się w  domu jednej z nich w  Orvieto. Swoje spotkania odbywają w  ramach Klubu Kolacji Czwartkowych. Oprócz wspólnego gotowania i jedzenia – każda bowiem przynosi ze sobą składniki najlepszej jakości – spotkaniom towarzyszą szczere rozmowy o życiu i własnych doświadczeniach minionego czasu. Dobre wino, smaczne posiłki, najlepsze przyjaciółki, Włochy – czego można chcieć więcej, by po ciężkim tygodniu na powrót zyskać doskonały humor i z dystansu spojrzeć na to co nas spotkało? 
Bohaterki dają dowód, że nic więcej nie potrzeba do pełni szczęścia. I właściwie tak można by tę książkę scharakteryzować – to opowieść o wspólnym celebrowaniu posiłków, dającym poczucie bezpieczeństwa, przeganiającym troski, będącym pewną stałą w zmiennym życiu.


Mimo jej wielu zalet, nie jest to typ książki mogącej trafić w  mój gust – nie w  tym czasie, nie w  takim okresie.

Mimo całej mojej ogromnej sympatii do podobnych klimatycznych książek o słonecznej Italii, Marlena de Blasi nie jest pisarką – wbrew oczekiwaniom, wszak czytałam o niej wiele – która miała by moc oddziaływania na moje samopoczucie. Na przekór ogromu fantastycznych przepisów, na myśl, o których ślinka zbiera się w ustach, nie poczułam klimatu Włoch, nie przeniosłam się w  te rejony, choć pomagałam sobie jak umiałam lekturą na łonie natury.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zła książka, wręcz przeciwnie – po prostu – niestety – nie w moim klimacie.

Jeśli Wy lubicie podobne opowieści przeplatane naprawdę rewelacyjnymi przepisami – odnajdziecie się w niej doskonale.

wtorek, 9 czerwca 2015

Więcej niż możesz zjeść – Dorota Masłowska



Dorota Masłowska za sprawą swej książki niby-kulinarnej zjada rzeczywistość. Połyka, przeżuwa, trawi, czasem wypluwa. Wypluwa w  formie felietonów, które mamy okazję czytać, i które – trafnie oddają rzeczywistość. Nie czarują, nie gloryfikują, raczej odzierają z magii przypraw i dodatków. Przepisy są proste, czasem prostackie, zawsze prawdziwe, zazwyczaj niestrawne przy lekturze, a przecież realizowane nagminnie.

Te parakulinarne teksty zebrane w  jednym tomie publikowane były w  latach 2011-2013 na łamach „Zwierciadła”. Nie są raczej tym, czego moglibyśmy się spodziewać po rubryce kulinarnej – tutaj jedzenie jest jedynie punktem wyjścia do refleksji szerszej: socjologicznej, antropologicznej, kulturowej, czasem ideowej. Nie sposób ukryć, że są to refleksje gorzkie, obnażające rzeczywistość śmierdzącą spalenizną, zjełczałym tłuszczem, obrosłą w niezdrowe i puste kalorie. Ironia, sarkazm, spotęgowane rewelacyjnie oddającymi poziom apetyczności książki ilustracjami Macieja Sieńczyka.

Ale, ale. Po co właściwie czytać coś, co może odbić się czkawką? Inteligentny czytelnik sięgnie dla przyjemności, bo tę osiągnie bardzo szybko. Podśmiewać będzie się pod nosem, kiwać głową na znak zgody z  trafnymi spostrzeżeniami: dla osób obserwujących z  boku wydać się może dziwny.

Masłowska znowu gra – z  formą, z czytelnikiem, z  tematem. Niby o jedzeniu, a jednak o zachowaniach społecznych. Niby o grillu, a jednak o masowej sieczce. Niby o Warszawie, a jednak o czasach PRL-u.  Niby podaje przepisy, nic dobrego raczej z  nich nie wyjdzie, MasterChefa nie wygracie. Receptury te bowiem to społeczne zaklęcia znane od lat, almanach polskiej wiedzy tajemnej, kwintesencja życia. Felietony poruszają tematykę dowolną: każda obserwacja żywieniowych zachowań natychmiastowo przełożona zostaje na refleksję ogólnoludzką, w której spożywanie nie zawsze stanowi centrum rozważań.

Bo tak naprawdę ile tutaj kuchni w  kuchni? To wielopoziomowy, trudny do perfekcyjnej realizacji (a przecież perfekcja to dziś podstawa!) przepis na Polaka w  sosie własnym. To świadectwo tego, że produkujemy więcej niż możemy zjeść – duchowo, społecznie, kulturowo. Toniemy w  odpadach własnej produkcji. I Masłowska tak to zgrabnie ukrywa w  języku, że aż ślinka cieknie.

Bon appétit!






sobota, 16 maja 2015

Wiem, co jem. Przepisy z programu – Katarzyna Bosacka, Aleksandra Misztal




Jakaż to apetyczna książka! Zjadłabym z niej dosłownie wszystko, fotografie potraw aż do mnie krzyczą, nawołują, żeby je natychmiast zrobić, a co najlepsze – wszystko jest zdrowe, nietuczące, domowe i wyglądające obłędnie! Są pomysły na śniadania, na ryby, na mięso, na grilla, na desery, na domowe fast foody, na superproste dania i na te nieco trudniejsze w  wykonaniu. Są wreszcie pomysły na to jak wykorzystać wszystko to, co nam zostaje, tak aby nie musieć wyrzucać resztek albo po raz kolejny nie robić potrawki o niezidentyfikowanych składnikach i konsystencji.

Co dobrego proponuje łasuchom Katarzyna Bosacka?

Jest domowa pizza, są dietetyczne frytki, jest chałwa, zdrowe batony, domowe krówki, napoje izotoniczne wyrobu rąk własnych, superowsainaka,  grzanki z  serem pleśniowym i gruszką, masło klarowane, pasztet św. Katarzyny, łosoś z  mulami, mleko kokosowe, cukinia z kozim serem, majonez domowy, gulasz z dzika, domowa musztarda, ćwikła, lane kluski, omlet z  białek, smażone banany – czysta rozkosz, naprawdę.


Jeśli chcecie zatem wciąż jeść pysznie, ale za to zdrowiej, bardziej kolorowo, wiedząc, co wkładacie do garnka, a nie tylko podejrzliwe przyglądając się składnikom – to książka dla Was.

Przepisy w większości nie są czasochłonne, a satysfakcja płynąca z  przygotowania posiłku czy też domowego keczupu jest bezsenna! 
Żyjemy w  świecie wszechobecnej chemii, utwardzaczy, ulepszaczy, sztucznych zagęszczaczy, narażamy na szwank nasze zdrowie, jedząc co popadnie, a uniknąć tego można bardzo łatwo – wystarczy trochę czasu, dużo chęci i pragnienie zdrowego życia oraz pełni smaków wybuchających na podniebieniu. Przygotowując własne dodatki od podstaw poznacie pełnię smaku, a nie znaną dotąd jałowość. Gwarantuję, że warto – sama zamieniam się w  swojskiego kucharza J

Czysta poezja, czysta synestezja, moje zmysły wariują! I Wasze zrobią to samo – sezon grillowy się zaczął, warto zatem zaskoczyć bliskich nietuzinkowym pomysłem i połączeniem, których tutaj nie brakuje.



czwartek, 16 kwietnia 2015

Bonjour, Happiness! (Szczęście na dzień dobry – Jamie Cat Callan)

Szczęście, jego pełnia, jest tym, co współczesnemu zabieganemu człowiekowi bardzo trudno osiągnąć. Wydaje nam się, że goniąc za doskonale płatną pracą, lepszą wypłatą, premiami, nowoczesnym sprzętem, luksusowym domem, modnymi ubraniami lokujemy w szczęśliwą przyszłość i spełnienie. A przecież nie od dziś wiadomo, że mając więcej, chcemy więcej. Wolimy zostawać po godzinach w  pracy, by na koncie bankowym zobaczyć 1000 zł więcej, które i tak będziemy musieli wydać, by ktoś zajmował się naszymi dorastającymi dziećmi, podczas gdy my ową premię wypracowujemy. Widzicie ten paradoks? Zamiast być z rodziną, wolimy w  tym samym czasie pracować na kogoś, kto za nas tę robotę „odbębni”, bo bilans i tak wyjdzie na 0. Pardon, na minus, bo przecież przyzwalamy na rozluźnienie rodzinnych związków.
 
A później się dziwimy – że relacje popsute, że rozwody, że brak kontaktu z  dziećmi, że złe stosunki z  partnerem, że brak czasu na odpoczynek. Narzekamy albo odwrotnie – jeśli już uda nam się w nasz wypchany po brzegi grafik wetknąć jakieś spotkanie ze znajomymi – przechwalamy się: ile to nie zarabiamy, w  jakich to projektach nie bierzemy udziału. Czy tak naprawdę jednak na dłuższą metę ma to jakieś znaczenie? Czy naprawdę łudzimy się, że w  oczach znajomych urośnie ktoś, kto ma genialnie płatną pracę, ale jednocześnie poniża partnerkę, niezdrowo ją kontroluje, wyżywa się na innych, unika kontaktów z  dziećmi, wywyższa się? Takie coś zawsze prowadzi do samotności i… nieszczęścia, choćbyśmy nie chcieli się przyznać. Jak to się dzieje, że Polacy w  ślad za zachodem brną w tę chorą spiralę, podczas gdy jeden naród potrafił się mu oprzeć, pokazując, że można być kimś i jednocześnie cieszyć się życiem?

Mowa rzecz jasna o Francuzach, którzy do perfekcji opanowali joie de vivre, prawdziwą radość życia, płynącą właśnie z  przeżywania codzienności, a nie tylko prześlizgiwania się przez nią w  pogoni za tym, co i tak ostatecznie utracimy.

Przeżycie. Ulotny moment, którego nie można powtórzyć i który trzeba docenić, póki trwa. Zanim przeminie i zniknie na zawsze.[1]

Czym tak właściwie jest owa joie de vivre? Jamie Cat Callan zdecydowała się zapytać o to kilka osób. Książka ta jest po części zapisem ich odpowiedzi i komentarzem do nich – trzeba nadmienić, że w  większości z  nich powtarza się jedno – kochać życie, kochać ludzi, kochać to, że się jest i jest się zdrowym.

Pozycja ta jest zachętą do życia chwilą i poprzestawaniu na małym, co może być dla nas, Polaków, niezwykle trudne. Choć docelowo książka była kierowana do Amerykanów, myślę, że w  kwestii pogoni za szczęściem jesteśmy im bardzo bliscy, co pozwala nam postawić między nami przy okazji podejmowanych zagadnień znak równości. Radość płynąca ze zwykłych chwil, bycie miłym dla innych, niesienie uśmiechu w świat  - oto sekret prawdziwego szczęścia. Nie pieniądze, nie praca, nie sukcesy. Rodzina, przyjaźń, miłość, zdrowe relacje. Cat Callan zachęca także, by dbać o siebie – wewnętrznie i zewnętrznie, tak, by piękno mogło z  nas promieniować. Autorka uczy jak budować swoją pewność siebie, składa nam propozycję nie do odrzucenia.

Ja też miałam tyle lat co wy i mogę was zapewnić, że człowiek nigdy nie ma dość pieniędzy ani czasu. Praca nigdy nie jest dość satysfakcjonująca ani inspirująca(…) Prawda jest taka , ze człowiek zawsze zaczyna od początku.[2]

Pisarka poświęca sporo miejsca także przyjemności płynącej z  jedzenia – zamieściła pysznie brzmiące przepisy, których nie sposób nie wypróbować. Jesteście na diecie? Co z  tego! Francuzki mają szczupłe sylwetki, mimo że pałaszują pięciogodzinne kolacje! Jak to możliwe?
Czytając tę książkę, ma się wrażenie, że szczęście leży u naszych stóp, a my zamiast po nie sięgać, ciągle je depczemy, wypatrując czegoś znaczącego z  nosem uniesionym wysoko.

Lubimy pławić się w cierpieniu, z łatwością poddajemy się rozpaczy i zwątpieniu. Ta książka to wielki apel do nas, maruderów i malkontentów – życie mimo wszystko jest piękne, a każdy ból i smutek kiedyś miną. Spróbujcie zatem z  Cat Callan odnaleźć radość życia, dajcie się porwać na lekcję szczęśliwego życia, opartego na radości z  drobiazgów, małych uprzejmościach, delikatnym uśmiechu, pięknie promieniującym z  wewnątrz. Nie pozwólcie, by myślenie o przyszłych, ewentualnych cierpianych, chorobach, zabierało Wam radość z tego, co teraz.

Aż chciałoby się krzyknąć : Trwaj chwilo, jesteś piękna!

[1] Jamie Cat Callan, Szczęście na dzień dobry, Kraków 2015, s. 17.
[2] Tamże, s. 51.

sobota, 1 listopada 2014

Okruchy magii – Kathryn Littlewood



Tytuł: Magiczna cukiernia. Okruchy magii
Autor: Kathryn Littlewood
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 978-83-237-7051-0
Ilość stron:  376


Magiczna cukiernia, to jedna z najbardziej urokliwych, a jednocześnie trzymających w napięciu serii dla młodzieży, jakie miałam okazję czytać.
Jej najnowszy tom – Okruchy magii – również nie pozwala się nudzić. Oto Rozmarynka Szczęsna po odzyskaniu rodzinnego Almanachu wiedzy kulinarnej i wygranej w międzynarodowym konkursie pieczenia cieszy się rosnącą sławą, która miast ją cieszyć – powoduje jedynie liczne komplikacje. I nie chodzi wcale o bezustanne prośby o udział w jakimś programie, włączenie się do spółki, udzielenie porady, ciągłe śledzenie i fotografowanie, mogące skutecznie zaburzyć życie dorastającej dziewczynki. Jej sława dosięgła tak daleko, że do swoich niecnych planów postanowił wykorzystać bohaterkę Pan Smalec – szef Korporacji Wypieków Cukierniczych Hostess, który po wydaniu przez grupę Wałka do Ciasta Ustawy o przeciwdziałaniu dyskryminacji wielkich firm cukierniczych, porwał ją i zmusił do udoskonalenia swoich przepisów, mających ostatecznie zapewnić mu władzę nad światem. Co gorsza Rozmarynka nie mogła sprzeciwić się woli kidnapera, bo ten w krótkim czasie uwięził także jej ukochanych rodziców. Dziewczynka chcąc, nie chcąc musiała opracować obłędne proporcje i sposób mieszania ingrediencji, mający daleko idące konsekwencje. Przeszła ona samą siebie – jej przepisy na firmowe ciasteczka spełniły wszystkie oczekiwania Pana Smalca  - niestety, nieuchronnie prowadzić miały do tragedii na masową skalę.  Bohaterka, mając świadomość zbliżającej się katastrofy, przy pomocy braci, gadającego kota, grającej na instrumentach myszy i grupy piekarzy zatrudnionych przez firmę Hostess, musiała przeszkodzić porywaczowi we wprowadzeniu ciasteczek do sprzedaży. Nie była to jednak sprawa prosta, bowiem tenże nie tylko miał doskonały zmysł jeśli idzie o wszelkie próby oszukania go, ale też władał zastępem wiernych mu robotów, wyczulonych na każdą ewentualną nieprawidłowość.
Kathryn Littlewood po raz kolejny zapewniła mi doskonałą rozrywkę – mimo że wiekowo przekroczyłam już docelową grupę odbiorców, wciąż świetnie bawię się czytając tę serię. Nie ukrywam, że czytanie o magicznym jedzeniu pobudza moje kubki smakowe i znacząco przyczynia się do rosnących przychodów pobliskich firm cukierniczych, ma jednak także dodatkową zaletę: w trymiga poprawia humor!
Plejada barwnych postaci, które budzą moją ogromną sympatię, znów została przez autorkę rozszerzona – jej bohaterów nie sposób nie lubić! Oczywiście, nie mogło zabraknąć kolejnego szwarccharakteru, dodającego książce pikanterii, by nie doprowadzić do zbyt wysokiego poziomu cukru we krwi po przewróceniu ostatniej strony.

Okruchy magii to arcyapetyczna lektura przeznaczona do niespiesznego delektowania się – wyliżecie talerz do ostatniej kropelki smakowitego sosu, jakim została okraszona. Niezapomniany smak tego rarytasu pozostanie na Waszych językach jeszcze długo po lekturze i z całą pewnością z niecierpliwością będziecie zlizywać cieknącą ślinkę, myśląc o kolejnej części:) Uważajcie jednak na dzieci – mogą do cna wypróżnić Wasze zapasy słodyczy.


Poprzednie tomy (recenzje po kliknięciu):

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/07/magiczna-cukiernia-kathryn-littlewood.html?q=magiczna+cukierniahttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/magiczna-cukiernia-szczypta-magii.html?q=magiczna+cukiernia

 

środa, 12 lutego 2014

Mądrości Shire – Noble Smith


Tytuł: Mądrości Shire
Autor: Noble Smith
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ilość stron: 232
ISBN978-83-63248-54-3
Cena: 32,90 zł

Pamiętacie ile razy zazdrościliście hobbitom ich spokojnego życia? Potraficie zliczyć westchnienia, towarzyszące wyobrażeniom o przytulnej norce pełnej jedzenia i ciepła, wspaniałych krajobrazach za oknem i grupą równie afirmujących życie osób, tworzących z Wami społeczeństwo?

Niziołki mimo ogromnej pracowitości, doskonale wiedzą, co to znaczy celebrować życie. Dzięki Noble’owi Smithowi także i my mamy możliwość zaczerpnąć z ich skarbnicy mądrości garść rad, które umożliwią nam spokojne i długie życie w zgodzie z sobą i światem.
Filozofia życia ulubionych postaci J.R.R. Tolkiena jest prosta i zamyka się w trzech słowach:
piwo, jedzenie i przyjaciele, które odtąd nie tylko hobbici będą w tej właśnie kolejności wymieniać trzy fundamentalne elementy ich codzienności.

Biorąc przykład z Sama, Froda czy Bilba, może stworzyć społeczność, w której będzie się żyło lepiej: opartą na familiarności; bliskości; codziennych przyjemnościach, takich jak wyciszające spacery; praca w ogródku, pozwalająca na życie zgodnie z naturą; a także posiłki spożywane zawsze w gronie najbliższych osób: tylko tak smakują wybornie!
Smith zwraca uwagę na to, by prawdziwy dom stworzyć wewnątrz swojego serca, które będzie przyciągać naszych przyjaciół otwartością i serdecznością.
Hobbici nie żyją jednak w całkowitej arkadii: także i u nich zdarzają się istoty podobne Gollumowi, które wysysają energię do życia. Na nich jedna także jest rada!

Za sprawą autora poznajemy nowy sposób na mierzenie bogactwa: nie złoto, lecz towarzystwo i wartościowe jadło będzie odtąd jego miarą!
Hobbici, to społeczeństwo, które dalekie jest od charakterystycznego dla dwudziestego pierwszego wieku pędu, pośpiechu i konsumpcjonizmu: one nauczą Cię dawać, zamiast brać; celebrować urodziny w sposób dla wielu z nas niewyobrażalny i czerpać z tego ogromną radość. Niziołki podpowiedzą Ci jak spać i dbać o siebie.
Rad na szczęśliwe i udane życie, prostych, jest naprawdę wiele – wystarczy znaleźć w sobie ziarenko odwagi i zacząć działać!

Książka wydana jest bardzo starannie – twarda oprawa, sielska okładka, poręczny format. Wielkim atutem jest także ton gawędziarski, nie zaś moralizatorski. Dzięki niemu pochłoniemy książkę w trymiga, mając jednocześnie poczucie dobrze zainwestowane czasu i… pełnego zrelaksowania. Już samo czytanie o szczęśliwym życiu daje niepomierne efekty!

Jeśli to nadal Cię nie przekonało, może skusi Cię test, znajdujący się na końcu ksiązki, badający Twoją „hobbitowość”? A może plan stworzenia ogródka na miarę prawdziwego niziołka?
Poczuj się jak Frodo, Sam czy Bilbo – bądź odważny w afirmowaniu życia!

Serdecznie polecam!

czwartek, 1 sierpnia 2013

Książkowy rarytas - Kalendarzyk niemałżeński


Tytuł: Kalendarzyk niemałżeński
Autor: Dorota Wellman, Paulina Młynarska
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-2399-8
Ilość stron: 304
Cena: 34,90 zł


Już dawno o żadnej książce nie marzyłam tak jak o tej. Do jej kupna przymierzałam się niemalże od dnia premiery, ciągle wypatrując jakiejś promocji czy też lepszej okazji. Po wielokrotnym głaskaniu okładki we wszystkich miejscach ją oferujących – wczoraj nie wytrzymałam. Dość było czekania na lepszy czas, dość podkręcania temperatury pragnienia bycia właścicielką tejże właśnie książki.
I muszę przyznać – już dawno zakup żadnej publikacji nie sprawił mi takiej radości! Nie pamiętam, kiedy ostatnio wychodziłam ze sklepu z takim uśmiechem na ustach, celebrując tę podniosłą chwilę. Coraz częściej po kupieniu książki towarzyszy mi dojmujące poczucie winy, że przecież tyle innych w domu czeka na lekturę, że wcale jej nie chciałam, że to był tylko kaprys, impuls. Nie lubię tego uczucia, dlatego też to, które za sprawą Kalendarzyka… pielęgnowałam w sobie już od dawna, było tym intensywniejsze i bardziej katartyczne – potrzebowałam takiego orzeźwienia. Zdałam sobie sprawę jak bardzo za nim tęsknię i chyba to, bardziej niż wiele innych czynników, pokazało mi co muszę zmienić, a co próbuję z mizernym skutkiem zrobić od wielu miesięcy. Mogłabym (i zrobię to!) w tym momencie zacytować jeden z moich ulubionych wyimków o czytaniu i towarzyszących mu gestach:

Delektowała się chwilę i przeglądała książkę. Bardziej ją gładziła niż czytała  Zobaczyła moje zdziwienie. - Najpierw trzeba książkę przytulić, oswoić. Wszystko do czego się zbliżamy, musi nabrać do nas zaufania. [Jan Grzegorczyk – Puszczyk]

To był moment! Jak ja tęskniłam za takim właśnie pragnieniem lektury, niezmąconym przez dziesiątki zalegających na półkach egzemplarzy do recenzji, po które choć chcę – to także muszę sięgnąć, co już w jakiś sposób odziera lekturę z tej dawki radości, z tego nieokiełznanego pragnienia zajrzenia pod okładkę. I oto jest. Dorota Wellman, którą bardzo cenię i Paulina Młynarska – dwie kobiety, które „zrobiły mi dzień”.

Obie Panie w swojej książce postawiły na formę epistolograficzną. Stworzyły książkę, będącą zapisem ich wspólnej korespondencji – na tematy ważne, aktualne, niewygodne. Będzie o dzieciach, będzie o seksie, będzie o perfekcji, będzie o aborcji, zdradach, pogoni za pięknem, feminizmie i próbie zatrzymania czasu. To taki koktajl, wynikający ze spotkania się dwu kobiet, dwu światów, niosących ze sobą różne doświadczenia, którymi pragną się ze sobą dzielić. Autorki dyskutują, sprzeczają się, onieśmielają swoją szczerością, ale też poglądami, których potrafią bronić. Jak to w przyjaźni – nie zawsze się zgadzamy, ale zawsze potrafimy rozmawiać i argumentować.
Podczas lektury czułam się dokładnie tak, jakbym znalazła się na babskim wieczorze – przy dobrej herbacie, pod kocykiem, przy kominku. Siedziałam obok Wellman i Młynarskiej, by z zapartym tchem śledzić ich rozmowy, a czasem także do nich się włączać, dzieląc własnymi przemyśleniami. To iście kobieca książka, napisana przez kobiety dla kobiet. Mądra, błyskotliwa, czasem zabawna, czasem refleksyjna. Kobiety odnajdą w nich siebie, a mężczyźni – którym również lekturę stanowczo doradzam – lepiej poznają i zrozumieją swoje partnerki.
Jedyną wadą tej książki jest to, że jest… za krótka! Chciałoby się jeszcze, jeszcze i jeszcze, a tu czeka nas rozczarowanie w postaci ostatniej stronicy… Liczę na ciąg dalszy!:)

D O S K O N A Ł A !!!

wtorek, 23 lipca 2013

Magiczna cukiernia – Kathryn Littlewood


Tytuł: Magiczna cukiernia
Autor: Kathryn Littlewood
Wydawnictwo: EGMONT
ISBN: 9788323753384
Cena: 24,99 zł
Ilość stron: 320


Każda rodzina ma swoje sekrety, a już na pewno ta, która od pokoleń cieszy się niesłabnącym uznaniem w branży cukierniczej. Powiedzenia takie jak niebo w gębie, nabierają u nich zupełnie nowego znaczenia, bowiem… Szczęśni podczas pieczenia stosują przeróżne ingrediencje, nie pomijając błyskawic, oddechów czy właśnie – nieba. Dzięki temu, ich wypieki mają wyjątkowy charakter: potrafią sprawić, by każdy kto je zje mówił prawdę, zakochał się i tym podobne. Cukiernia Szczęsnych od lat cieszy się ogromnym powodzeniem, a jej właściciele z pokolenia na pokolenie przekazują sobie Almanach wiedzy kulinarnej Szczęsnych, będący tajemniczym źródłem ich fenomenalnych przepisów. Nie dziw, że wielu ludzi chciało wejść w posiadanie owej księgi.
Gdy pewnego dnia państwo Szczęśni – Bella i Albert- zostają na tydzień wezwani do sąsiedniego miasta, by dzięki swoim ciastkom okiełznać panującą w nim zarazę, opiekę nad cukiernią przejmuje najstarsza z córek – Rozmarynka. Jest to jej pierwszy tak ważny obowiązek, dzięki któremu chce udowodnić, że jest godna zaufania rodziców i wtajemniczenia jej w sekrety ich wypieków.
Początkowo wszystko układa się po jej myśli, jednak gdy dziewczynce wydaje się, że nic już nie stanie na jej drodze do zaskarbienia pełnego zaufania Belli i Alberta, wówczas w progach ich domu staje Lily, przedstawiająca się im jako ciotka, pragnąca służyć im swoją pomocą. Szybko okazuje się, że jej motywacje są zupełnie inne, ale wówczas może być już za późno… Kobieta w mig zaskarbiła sobie sympatię młodszego rodzeństwa Rozmarynki, rozsiewając wokół siebie niezrównany blask. Sama Lily czuła się przy niej nijaka, co tajemnicza przybyszka sprytnie potrafiła wykorzystać. Ale cśśś… sekrety tej rodziny nie mogą wyjść na jaw!

Kathryn Littlewood Magiczną cukiernią zainaugurowała trylogię opisującą losy niezwykłej rodziny Szczęsnych. Przygody Rozmarynki i jej rodzeństwa podczas nieobecności rodziców, są zabawne, a przy tym pouczające i niezwykle wciągające. Śledząc ich nieporadne próby udowodnienia jak wielkimi są cukiernikami, będziemy mieli ubaw po pachy. Dzieciaki wykorzystując tajemnicze receptury co rusz popadały w jakieś tarapaty, czyniąc swoje wypieki katastrofami na masową skalę. Pod ich rządami do miasteczka wkradł się niekontrolowany chaos, a każda z ich kolejnych prób okiełznania go, potęgowała tylko jego działanie.
Magiczna cukiernia oprócz tego, że bawi, dostarcza wielu pouczających uwag: prezentuje jak niebezpieczne może okazać się nieposłuszeństwo, ciekawość, gadatliwość, zbyt wielka ufność (czy może już raczej – naiwność) i chęć zaimponowania drugiemu za wszelką cenę. Na końcu, niczym światełko w tunelu, kryje się jednak znana prawda – rodzina zawsze przyjdzie nam z pomocą, wybaczając każde, nawet te najbardziej głupkowate zachowania.
Polecam!

sobota, 24 listopada 2012

Smaki życia – Stacey Ballis

Tytuł: Smaki życia
Autor: Stacey Ballis
Wydawnictwo: Prószyński- dziękuję!
ISBN: 978-83-7839-374-0
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 336

Melanie Hoffman od lat miała tę samą słabość – lubiła sobie połasuchować, co doprowadziło jej ciało do stanu katastrofalnego. Przy niskim wzroście ważyła ponad 130 kilogramów, obciążając swój organizm niezwykle i narażając go na wszelkiego rodzaju choroby powodowane otyłością. Sprawy nie ułatwiała znienawidzona przez nią praca, każdy najmniejszy bowiem stres, zajadała ona tonami słodkości. W swoim prawniczym biurze, miała towarzysza zbrodni – koleżankę po fachu, o podobnej otyłości, z którą bez wyrzutów raczyły się ponadprogramowymi posiłkami pod blatem biurka.
Pewnego dnia, Mel, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, odciążyć organizm i na poważnie zająć się dietą. W niespełna dwa lata traci połowę swojej wagi, jest lżejsza, pewniejsza siebie, zdrowsza. Jej samoakceptacja i świadomość własnej wartości były tak silne, że postanowiła otworzyć własny lokal ze zdrowym i, co ważne, smacznym jedzeniem, po to, by pomóc osobom takim jaką ona była jeszcze niedawno. Wydawać by się mogło, że niczego więcej jej nie trzeba. Kochający mąż, idealna praca, wymarzony wygląd.
Okazuje się jednak, że dla jej towarzysza życia, zmiany, które zaszły przez owe dwa lata są nie do zaakceptowania: porzuca on ją bowiem dla kobiety dwa razy grubszej od niej, co gorsza – jej koleżanki.
Zbyt dumna Mel rezygnuje z alimentów, co w bardzo krótkim czasie odbija się na jej finansach. Firma zaczyna mieć kłopoty, na skutek czego kobieta wbrew własnym zasadom musi zatrudnić i wynająć pokój w swoim mieszkaniu Nadii – dziewczynie, która przyszła znikąd, o niezbadanej przeszłości, ale za to z głową pełną genialnych pomysłów.
Mel, otwiera się na nowe znajomości, poznaje Nate’a, z którym metodą malutkich kroczków zaczyna tworzyć związek. Niestety, jej pewność siebie po rozwodzie została na tyle zachwiana, że nie jest w stanie mu zaufać…
Kobieta nigdy nie spodziewałaby się, że decyzja sprzed dwóch lat, decyzja o zmianie życia, stanie się przyczyną tak kolosalnych zmian, a jednocześnie siłą napędową dla odmiany losów jej bliskich.

Stacey Ballis, napisała książkę lekką, przeplataną kulinarnymi historiami, zakończoną przepisami wartymi wypróbowania, tworząc tym samym subtelną opowieść o zaufaniu, zmianach i drodze do szczęścia.
Dla powieści, to chyba niezbyt wartościowe określenie, ale pozycji tej nie potrafię podsumować inaczej, jak mówiąc, że była „przyjemna”. Ot, tyle.
Prosty język, proste dialogi, prosta historia, wszystko to prowadzące do prostego rozwiązania akcji. Brak tu jakiejkolwiek ideologii, ukrytych znaczeń czy wielkich niewiadomych.
Język jest przezroczysty, fabuła jasna i klarowna. Mocno przeciętny tekst.
Warto czytać dla relaksu, dla zaostrzenia apetytu, konieczne z czymś smacznym pod ręką.

środa, 2 maja 2012

Mogę schudnąć. Cała prawda o odchudzaniu – Tobiasz Wilk, Agnieszka Płaneta


Od kilku lat panuje powszechna moda na odpowiednie odżywianie, zdrowy tryb życia, odchudzanie wszelkimi sposobami – zwłaszcza na wiosnę i w okresie przedwakacyjnym.
W gąszczu poradników odnoszących się do ww. tematów ciężko odnaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Trudność ta wynika z ogromu publikacji dostępnych na rynku, których autorzy prześcigają się w pomysłowości i próbie zwrócenia na siebie uwagi czytelnika oraz ze świadomości tego, że wszelkiego rodzaju media wykorzystują nasze zagubienie podsycając niepokój i proponując coraz to nowe diety, mające szybko i skutecznie umożliwić nam pozbycia się kilku(nastu) zbędnych kilogramów – niestety tylko pozornie.

Każdy z nas słyszał o diecie Dukana, diecie 1000 kcal, diecie kopenhaskiej czy drakońskiej diecie głodówkowej.
Fakt, każda z nich przynosi efekty – zastanawialiście się jednak kiedykolwiek jakim kosztem?  Czy macie świadomość tego, co tak naprawdę spalamy?

Naprzeciw naszym wątpliwościom wychodzi fizjolog żywienia i kulturysta Tobiasz Wilk. Od lat jest on ekspertem w dziedzinie kształtowania sylwetki i uznanym trenerem personalnym. Swoim doświadczeniem i wiedzą postanowił podzielić się z czytelnikami. Jego głównym celem jest przede wszystkim uświadomienie nam, pragnącym szybko i bez nadmiernego wysiłku schudnąć, że aby tego dokonać wcale nie trzeba narażać organizmu na szkodę.



"Nie chcę wyglądać jak facet!" s.8

Publikacja ta podzielona jest na kilka części.
W pierwszej z nich zostają skonfrontowane wszystkie popularne diety – wymienione zostają ich programy, wady, zalety, przewidywana skuteczność i rzeczywista skuteczność oraz związek z zasadami zdrowego żywienia.
Część druga to próba zebrania wszystkich informacji w całość, mającą pomóc w indywidualnym dobrze diety – takiej, która będzie dla nas skuteczna, łącząca zalety kilku znanych sposobów odżywiania się, a nie wyniszczająca przy tym organizmu.
Wreszcie część trzecia – najbardziej smakowita – to zbiór przepisów na potrawy lekkie, niskokaloryczne, bogate w składniki odżywcze, prezentujące się i smakujące wspaniale(sprawdziłam!) autorstwa Agnieszki Płanety – technologa żywności, zawodniczki bikini fitness, pasjonatki dobrej kuchni i zdrowego stylu życia. Na widok dołączonych do publikacji zdjęć nie zawahacie się zainspirować proponowanymi przepisami – uwierzcie!


Sałatka z serem biały, granatem, pomarańczą
i kuskusem + risotto z cielęciną i suszonymi borowikami

Ryż zapiekany z wiórkami kokosowymi, wanilią i s. malinowym

Jeśli jeszcze Was nie zachęciłam, to posumuję tę książkę jednym zdaniem: Mogę schudnąć. Cała prawda o odchudzaniu to najlepszy poradnik z zakresu dobrego żywienia jaki dane było mi czytać. Autor cały czas dba o interakcję z czytelnikiem – odwołuje się do zdobytej we wcześniejszej lekturze wiedzy i poruszanych zagadnień, zwraca się bezpośrednio do niego, przekonuje o możliwości zrzucenia zbędnych kilogramów przez każdego bez względu na tzw. uwarunkowania genetyczne, dba
o dobre nastawienie i stawia na budowanie wiary
w siebie i chęci do zmian.
Dodatkowy walor książki, to walor estetyczny – publikacja jest niesłychanie staranna, kolorowa. Najważniejsze zdania są wyróżnione, do tekstu dołączone są tabelki, zabawne rysunki, które umilają lekturę. Atutem jest także tabela kaloryczności najczęściej poszukiwanych produktów, zamieszczona na końcu publikacji.

Co tu dużo mówić – rewelacja!
Jeśli nadal szukasz swojej książki na temat zdrowego żywienia i odchudzania, jeśli wciąż nie umiesz odnaleźć się w gąszczu proponowanych przez media diet, jeśli nie wiesz jak ćwiczyć, by efekty były widoczne – ta pozycja jest dla Ciebie.


 Za udostępnienie książki serdecznie dziękuję Pani Annie z Wydawnictwa Esprit!




* Wszystkie zdjęcia są ilustracjami zawartości książki:)

A tutaj gratis: autorzy wypowiadający się w Pytaniu na Śniadanie: