piątek, 10 kwietnia 2015

Podróż z mroczną bliźniaczką (Wyspa Łza – Joanna Bator)




Jadę więc z  czarnym zeszytem tropem Innej kobiety, by napisać reportaż literacki z  przygód własnego ja w  tropikach. Nie ma co liczyć ani na klasyczną autobiografię, ani na historię detektywistyczną, ale wycisnę z  miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu. Cóż więcej mi pozostaje, skoro już wciągnęła mnie nisza w  czasie[1]



I tak po prawdzie mówiąc, tymi słowami Joanna Bator zrecenzowała się sama.

Już po lekturze tego fragmentu jasne staje się, że Wyspa Łza to książka zwodnicza. Po lekturze opisu wydawać by się mogło, że dotyczyć ona będzie podróży w ślad za zaginioną na Sri Lance kobietą i to jej w  dużej mierze dotyczyć będą zapiski. Dzieje się jednak inaczej: owo zaginięcie i pozorne poszukiwanie staje się jedynie pretekstem do szukania siebie i osobistych zwierzeń. 

Zainspirowana przez Sandrę Valentine, z  tłukącym się w  głowie hasłem „znikła bez śladu”, Bator wyrusza w  kolejną podróż, podróż, która wyposażona w  szereg erudycyjnych spostrzeżeń, kulturowych odniesień, z girlandą sentencjonalnych wypowiedzi staje się dla czytelników jednocześnie wartościowym reportażem literackim (z  ukierunkowaniem na „literacki”), jak i śledztwem prowadzonym w  imię odnalezienia tego, co w nas zaginione, w  imię odnalezienia naszej własnej Sandry Valentine.

Bator swoją chyba znalazła – takie wrażenie sprawiają jej wynurzenia, trzeba dodać – miejscami niezwykle intymne. Wydaje się, że to jedna z jej najbardziej osobistych książek, stawiająca sobie za cel odsłonięcie prawdziwego „ja”, swojej mrocznej bliźniaczki, doppelgängera.

Wszystko to odbywało się w mocno zakorzeniony w  kulturze sposób: tutaj odwołanie do Witkacego, tam do mitologii, w  jeszcze innym miejscu do Barthesa – dla osób nieprzygotowanych do takiej lektury stanie się to szybko nużące, a sam język Bator może sprawiać wrażenie starającego się dokonać tak sławetnego przerostu formy nad treścią.

Nie odniosłam jednak takiego wrażenia – wręcz przeciwnie. Czytanie odautorskich zwierzeń było pouczające, intrygujące, a samo wejrzenia w  cudzy sposób postrzegania rzeczywistości oraz metodę podróżowania i zachłannego czerpania z odwiedzanych miejsc bardzo kształcące. Jeśli kogoś nie zainteresuje treść, to dla samej przyjemności obcowania z  bogactwem języka – warto po tę lekturę sięgnąć i nią się napawać, szukając swoich własnych „zahaczek”, źródeł historii własnej.

W  paru punktach odniosłam jednak wrażenie, że zbyt wiele tu odsłonięcia, zbyt wiele treści wręcz ekshibicjonistycznych, nastawionych na odsłanianie siebie bez granic, co jakoby miało świadczyć o chwilowym przejęciu władzy przez mroczną część osobowości. Nie wiem, nie jestem pewna – próbuję to jednak wytłumaczyć sama sobie, bo jak inaczej spojrzeć na tak intymne fragmenty, których się nie spodziewało, nie oczekiwało, ba! Których się nie chciało?

Quasi-proza, quasi-reportaż, quasi-dziennik podróży, quasi-autobiografia: ta książka to ostatecznie quasi-Bator. Nie taka jakiej oczekiwaliśmy, nie taka jaką znamy, ale wciąż intrygująca.


Zahaczki nie można wymyślić, załatwić sobie, wychodzić, bo jest raczej czymś, co samo wpada w  ręce, co wchodzi pod pióro. Kiedy piszę, wiem, że w  nurcie, który płynie przez mój umysł i ciało, mieszają się dwa teksty: ten dzienny, świadomy, poddany kontroli, i ten bliźniaczy, spod spodu, pulsujący pod powierzchnią, ciemny. W  nim, niczym węgorzyki w  Morzu Sargassowym, pływają zahaczki i nigdy nie wiadomo, która akurat wyskoczy.[2]




[1] Joanna Bator, Wyspa Łza, Kraków 2015, s. 30.
[2] Tamże, s. 173.