piątek, 22 maja 2015

Szyfr – Mai Jia


Nie wiem od ilu dni myślę nad tym, jak ubrać w słowa, to co towarzyszyło mi podczas lektury. Niedowierzanie? Oczekiwanie na jakąkolwiek akcję? Znudzenie? Boleść i męka? Zaciekawienie jak to wszystko się rozwinie? Rozczarowanie, że się wcale nie rozwija? Fascynację?

I uwierzcie mi  lub nie – nie wiem. Tak kołującej lektury dawno nie miałam w rękach. Niby dobra, ale taka… inna, taka… niepewna, taka… zupełnie niespodziewana.

Wybierając ją do czytania, myślałam: kurczę, chińskie horrory, filmy są zazwyczaj naszpikowane emocjami, które zwalają z  nóg, sprawdzę jak to pracuje w  powieściach.

I wiecie jak? W ogóle. To historia niespieszna do granic wytrzymałości, akcji właściwie brak, narracja kapie jak woda z niedokręconego kranu – powoluteńku, po-oma-alu-te-e-ńku, ka-a-p, niby leci, ale nigdzie nie pędzi, ka-a-p, gdy już myślisz, że przyspieszy, to ona znów sennie ka-a-ap.

Nieoczekiwanych zwrotów nie ma, o wartkości możecie zapomnieć. Jeśli jednak oczekujecie wypełniającego ją spokoju, wręcz ślimaczego tempa, ale wciąż – co dziwi! – wywołującego zainteresowanie – to może być strzał w  dziesiątkę. Mimo tej senności opowieść ta bowiem wcale nie jest nudna (no dobra, chwilami jest).
Zaskoczeni?

Mai Jia prowadzi narrację bardzo specyficzną, która działa na odbiorcę w  dwójnasób – jednocześnie męczy, jak i w pełni oddaje klimat historii. Owa „męka” jest bowiem wpisana w  odbiór, nie sposób jej uniknąć, jest konieczna, dla niektórych może być także oczyszczająca. O czym jednak traktuje powieść?

O naukowcach. O osiągnięciach. O marzeniach. O upadkach.

To swoisty zapis dziennikarskiego śledztwa, którego ośrodkiem zainteresowania stał się Rong Jinzhen – nieprawdopodobnie utalentowany, genialny kryptograf i matematyk, którego poznajemy właściwie jedynie za sprawą relacji świadków.

Okładka mówi, że to thriller – ja mówię, że nie. Nie ma tu stałego napięcia, nie ma tych emocji niezbędnych przy konstruowaniu tego gatunku, to powieść, z  którą – jak sądzę – europejski czytelnik będzie się zmagał, będzie się mocował. Przepaść kulturowa jest ogromna i widać to nawet w  formie prowadzenia narracji: nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni i raczej nie będziemy.

Traktuję zatem tę książkę nie jako kolejny thriller, lecz jako doświadczenie łamania barier i kultur. Właściwie tylko to pozwala mi ją należycie docenić – inaczej (gdybym miała to w  zwyczaju) rzuciłabym nią w kąt po 3 pierwszych rozdziałach.

Chińczycy i Azjaci w ogóle, kojarzą mi się – nie wiedzieć czemu – z wielką pracowitością, i  uporządkowaniem. I owe cechy bardzo widoczne są w sposobie opisywania umysłowości Jinzhena – to nie tylko pokazanie jego geniuszu, ale też śledzenie drogi dochodzenia do niego – powolnych narodzin, odpowiedniego ukierunkowania, nadzoru, kontrolowanego wzrostu, który – nieodpowiedzialnie potraktowany – może doprowadzić do nieuniknionego szaleństwa, zatracenia się we własnej odkrywczej myśli, której nie sposób przekuć w namacalne doświadczenie.

To wszystko mocno uwypuklone zostało w  tejże powieści.

Jeśli zatem macie w  sobie odwagę, czujecie potrzebę wyzwań, chcecie choć minimalnie zakosztować lektury naprawdę niecodziennej i niebywale odległej od naszych europejskich czytelniczych przyzwyczajeń – polecam.