Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

Amy i Isabelle - Elizabeth Strout



Historia Amy i Isabelle początkowo mogłaby przypominać opowieść o losach każdej matki i jej szesnastoletniej córki. Oto dom dwu kobiet - doświadczonej życiem i dojrzewającej, staje się ośrodkiem ścierania się antagonistycznych sił - miłości i nienawiści, młodzieńczej wolności i dojrzałej przewidywalności. 

Bohaterki zamieszkują Shirley Falls - miasteczko przemysłowe, w którym każdy zna  historię każdego, młodzi buntują się przeciw dorosłym, a ci nie zawsze radzą sobie z wszechobecnym napięciem - jedni reagują na nie wolnością darowaną dzieciom, inni zaś stałą kontrolą. 

Isabelle zadanie ma trudne w dwójnasób - musi być dla swej dorastającej i nieskorej do zwierzeń córki matką i ojcem, którego ta nigdy nie miała. Sprawę utrudnia odkryta właśnie przez Amy seksualność, którą matka pozwala jej odkrywać dzięki podrzuconym jej książkom, tłumaczącym zawiłości kobiecego, dojrzewającego ciała. To jednak nie sprawia, że ich relacje się poprawiają - wręcz przeciwnie, ulegają one coraz większej destrukcji. Amy zajęta jest bowiem głownie tym, co zajmuje wszystkie nastolatki w jej wieku - chłopakami. Niestety, jej wybór pada nie na osobę w jej wieku, a na nauczyciela, z którym spędza coraz więcej czasu, a którego intencje wcale nie są czyste...

Sprawa nabiera tym większej pikanterii, że przeszłość Isabelle wcale nie jest mniej burzliwa niż jej córki. Okazuje się, że ukrywanie przeszłości przez dziećmi, wcale nie musi chronić ich od popełniania tych samych błędów.

Elizabeth Strout po raz kolejny stworzyła wnikliwe studium relacji międzyludzkich, szczególnie tych łączących matkę z jej dorastającą córką, znaczonymi tym, co przemilczane i wyrażone gestem. Pokazała małomiasteczkowe relacje, w którym każdy skrzętnie ukrywa swe mroczne sekrety, by nie zostać skreślonym i gdzie dobrze rozegrane przewinienie może okazać się kluczem do ludzkiego wsparcia i współczucia. Autorka z typową dla siebie ostrością spojrzenia nakreśliła wyraziste portrety i związki. To obraz dorastania i buntu, w którym w niczym zwierciadle przejrzy się większość matek i córek, znajdując między wersami to, co niewypowiedziane zostało także u nich.

Gorąco polecam - Strout to gwarancja lektury na wysokim poziomie.




poniedziałek, 28 maja 2018

Pani wyrocznia - Margaret Atwood



Uznawana za jedną z lepszych powieści Margaret Atwood, Pani wyrocznia, to dla mnie niestety lekkie rozczarowanie.

Głowna bohaterka, Joan Foster, to kobieta będąca symbolem zmiany. Z osoby walczącej z nadwagą oraz szarpiącej się ze swoją rozgorycznoną matką-despotką, stała się Zosią Samosią – robiącą co jej się podoba i mająca figurę, jakiej zazdrościć mogłaby jej większość kobiet. Tu praca, tam mąż, gdzie indziej kochanek – bohaterka zakłada jedną maskę za drugą, przechodzi z roli do roli, nigdzie dłużej nie zagrzewając miejsca. Pisuje ona czytadła publikowane pod pseudonimem, do czasu, gdy nagle postanawia się przed światem odsłonić. Pierwsza powieść, na której okładce ujawniła ona swoją prawdziwą tożsamość przyniosła jej niebywałą sławę, a wraz z nią – niestety – szantażystę, zdolnego zrobić wszystko, by osiągnąć to, czego chce.

Joan po raz kolejny musi uciekać – powrót do anonimowości nie jest już niestety możliwy, pozostaje jej zatem jedynie nieustanna podróż, budująca z jej życia chaotyczną układankę, w której żaden element nie pasował do kolejnego.

Podczas lektury odnosiłam wrażenie, że bohaterka – mimo mnogości doświadczeń będących materiałem na szalenie ciekawą opowieść – jawi mi się jako postać mdła i bez wyrazu, jakby do końca sama nie zarysowała swojej tożsamości i tym samym nie mogła podzielić się nią z innymi. Fikcja u niej niebezpiecznie miesza się z prawdą, burząc daremnie szukany porządek. Sądzę, że – paradoksalnie – efekt ten był przez autorkę zamierzony. Jakby jej postać była niedokończona, ciągle „w tworzeniu”, jakby „stawała się” podczas lektury, na bieżąco, wciąż niepewna, w którą stronę powinna się kierować.

Mimo że to zabieg i zamysł ciekawy, ewokował on nudę przenikającą mnie podczas lektury, czego po książkach Atwood (za wyjątkiem niechlubnego dla mnie, choć cenionego przez krytyków cyklu Maddaddam) nigdy się nie spodziewam, bo w  90% dostaję lekturę, która wnika we mnie głęboko i zostaje ze mną na długo.

Tu niestety tego zabrakło, co nie znaczy, że lektury nie polecam – fanom autorki nie muszę jej rekomendować, innych zachęcam zaś, by zaczęli od innych jej powieści, tę zostawiając sobie na deser. Wielu uważa, że to książki dla kobiet, ja jednak mężczyzn zniechęcać nie mam zamiaru - miłośnik literatury obyczajowej na pewno znajdzie w niej upodobanie.


środa, 23 maja 2018

Kocie oko - Margaret Atwood



Margaret Atwood stała się pisarką, po której książki sięgam teraz ze ślepym zaufaniem, choć nasze początki nie były łatwe.

Nie inaczej było ze wznowieniem Kociego oka. Powieść ta, choć nieco inna od znanych mi już tekstów pisarki, po raz kolejny skoncentrowała się wokół świata kobiecego.

Oto Elaine Risley, malarka, wraca do rodzinnego Toronto, w którym to planowana jest wystawa jej obrazów, a które z kolei nawiązują do lat dzieciństwa i wiążących się z nimi emocji – niekoniecznie i nie zawsze pozytywnych. Te zaś ewokowane są na powrót podczas przygotowań – nie dość, że same dzieła obudziły skrywane i wyparte dawno traumy i smutki, to jeszcze towarzystwo znajomych miejsc dodatkowo potęgowało przeżycia. Przygotowania do wernisażu dla Elaine stanowiły swoistą podróż w czasie, odbywaną przez nią jedynie w przestrzeni myśli, a jednak dla czytelnika namacalną i żywą, tym bardziej, że jej doświadczenia do łatwych nie należały. 

Wielokrotnie podczas lektury stawiałam sobie pytania o to czy sztuka wyzwala, czy zniewala; czy artysta cierpienie wpisane ma w naturę i czy owo rozdrapywanie ran jest „wypadkiem przy pracy”, czy też wyższą koniecznością, bez której twórca nie może pójść dalej.

Bo czy mając wewnętrzny opór przed wspomnieniami boleśnie znaczącymi konkretne miejsce, wracamy do niego, by po raz kolejny przeżywać trudne relacje, które co prawda nas uformowały, ale jednak sprawiły, że przez lata nie mogliśmy się otrząsnąć, czy raczej unikamy podobnych konfrontacji?

Bohaterka Atwood wraca wspomnieniami do czasów dziecięcej przyjaźni, która zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan; jednak na nich nie kończy swej opowieści. Zabiera czytelnika także szlakiem relacji damsko-męskich, niestety niełatwych i nieszczęśliwych, a także śladem macierzyństwa głównej bohaterki, wiążącego się dla niej z ciągłymi trudnymi wyborami na linii  kariera-rodzina.

Niełatwe przeżycia malarski odbiły się na jej sztuce, która to przyjmowała wszystkie jej bolączki bez szemrania i oporów, kształtując ją nie tylko jako artystkę, ale także jako kobietę.

Kocie oko stanowi retrospektywny zapis życia głównej bohaterki, która zgrabnie żongluje pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, uwypuklając wzajemne wpływy i ukazując brzemienne skutki niektórych decyzji. Robi to niezwykle sprawnie – nie zawsze bowiem serwuje wspomnienie w postaci instant. Nierzadko „podrzuca” poszczególne składniki, które niczym puzzle trzeba włożyć w odpowiednie miejsce i połączyć z innym elementem. Nie jest to jednak wcale łatwe, bowiem z całości wyziera bezgraniczny smutek, a jako że całość stanowi próbę przepracowania tego, co minione w formie imitującej pewną senność, ból wylewający się ze stronic, będzie niemalże namacalny, choć wciąż nieuchwytny – tak „bawić” będzie się z czytelnikiem autorka. Dla niektórych może książka ta okazać się sennym koszmarem, właśnie prze wzgląd na stałe reminiscencje i oniryczność, którą konsekwentnie buduje Atwood, a które budują gorzki wydźwięk całości.

Po raz kolejny udało się autorce wedrzeć do kobiecej psychiki i obnażyć jej kruchość, ukazać jak przez lata jakiś element przeszłości może całkowicie zaburzać postrzeganie siebie oraz innych. Tym trudniejsza (pod względem emocjonalnym) jest to powieść, że częstokroć miałam wrażenie, iż mimo że kipi ona od wewnętrznych przeżyć, to jednocześnie jest niemalże z uczuć odarta. Mocna.







wtorek, 11 lipca 2017

Opowieść podręcznej - Margaret Atwood


Wszystko, poza skrzydłami przy twarzy, jest czerwone – kolor krwi, po którym się nas poznaje. Spódnice do kostek, pełne, marszczone, u góry prosty stanik zakrywający piersi, długie rękawy. No i białe przepisowe skrzydła: zasłaniają nam widok, ale  nas zasłaniają przed wzrokiem innych. Nigdy nie było mi dobrze w czerwonym, to nie mój kolor. [1] 

Opowieść podręcznej stanowi zapis wspomnień tytułowej kobiety, której przyszło żyć w czasach, będących piekłem dla niej i wielu innych. Freda pełni funkcję podręcznej w Republice Gileadu. Ma rodzić dzieci Komendantowi, który na skutek niepłodności swojej żony, na wzór starotestamentalnych zapisów, ma ją zapładniać na jej łonie, po to, by mieć wrażenie, że dziecko poczęte zostało z tą, która tej możności została pozbawiona. Malejący przyrost naturalny dziesiątkuje Republikę i choć Podręczne traktowane są jak niewolnice bez żadnej wartości – tak naprawdę tylko one są w stanie ją uratować. Muszą jedynie modlić się o prędkie zapłodnienie i pokornie służyć swemu Komendantowi, nie wychylając się i nie przeciwstawiając.

Podręczne wyjść mogą raz dziennie – na targ, gdzie uzupełnić mają zapasy żywności. Tam jednak również spotkają je poniżenia i ograbianie z wartości. Gdyby chciały pozbawić się życia, również byłoby to działanie na granicy niemożliwego – władze zadbały o to, by przedmioty umożliwiające podobną formę buntu zostały z  ich otoczenia usunięte.

Aby przetrwać, Freda kurczowo trzyma się wspomnień o swojej córce i mężu, o minionym życiu w czasach, gdy kobiety traktowane były podmiotowo, nie zaś tak jak obecnie.

Świat zarysowany przez Margaret Atwood to wizja przyszłości (teraźniejszości?), która wcale nie jest tak nierzeczywista, jak mogłoby się wydawać. Kasty istniejące w Republice Gileadu wydają się niezwykle aktualne, choć skryte pod płaszczem obrazowania metaforycznego.

Z przedmiotowym traktowaniem kobiet spotykamy się w wielu miejscach na świecie, pozbawianie praw jest wszechobecne, a wiele prób buntu pacyfikowanych.  Brak samodzielności, działania ukierunkowane na efekt, ciche ograniczanie wolności – z tym stykamy się na co dzień. Przejawem buntu w powieści, a zarazem swoistym memento świadczącym o możliwościach człowieka jest przewijające się hasło  Nolite te bastardes carborundorum – nie dajcie się pognębić sukinsynom. Ono właśnie ma podręczne krzepić, podnosić na duchu i przypominać, że to w nich tkwi siła stawiania oporu – chociażby psychicznego. A póki ten będzie stawiany, póty będą istnieć.

Atwood Opowieścią podręcznej zyskała sobie sławę na całym świecie, która dziś, za sprawą serialu, po raz kolejny wybrzmiewa, oddając hołd nie tylko jej znakomitemu pisarstwu, ale przede wszystkim czujnemu obserwowaniu rzeczywistości i reagowaniu na zastane wydarzenia. Jej literacka droga, to misja wskazywania człowiekowi bolączek świata i tragicznych w skutkach konsekwencji jego wyborów.

Wciąż możemy zawrócić z obranej ścieżki, wciąż mamy możliwość wyboru. Atwood zdaje się krzyczeć do naszych sumień.

Co z  tym zawołaniem zrobimy?

Końca świata nie będzie, czeka nas koniec człowieka [2]

________________________

[1] Opowieść podręcznej, Margaret Atwood, Warszawa 2017, s. 16.
[2] Końca świata nie będzie, czeka nas koniec człowieka, Margaret Atwood, [online:] http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21846737,margaret-atwood-konca-swiata-nie-bedzie-czeka-nas-koniec.html?disableRedirects=true, z dnia 03.07.17 r.

środa, 14 czerwca 2017

Moraliści - Katarzyna Tubylewicz



Katarzynę Tubylewicz poznałam dzięki doskonałej publikacji Szwecja czyta, Polska czyta obrazującej rodzimą oraz zamorską sytuację i kondycję czytelniczą. Tym razem, autorka ponownie zabiera nas w podróż do stolicy Wikingów, by pokazać kraj jawiący nam się jako kraina mlekiem i miodem płynący, jako państwo borykające się z podobnymi jak i my problemami.

Tytuł, jak wskazuje sama Tubylewicz, ma wydźwięk podwójny. Po pierwsze, jest lekko ironicznym wytknięciem Szwedom ich podwójnej moralności – wzniosłe ideały nie zawsze mają bowiem pokrycie w rzeczywistych wyborach dnia codziennego. Są jednak Szwedzi mimo wszystko moralistami oraz idealistami – dążą do równości, braterstwa i jedności w każdej dziedzinie życia, a że zdarzają się wyjątki oraz uchybienia – cóż, ciągle pozostają oni tylko ludźmi. Autorka nie ocenia, lecz prezentuje kraj, w jakim żyje od lat, pozwalając czytelnikowi na samodzielny osąd. Jedno jest pewne – po lekturze tej książki Szwecja przestanie jawić nam się jako idylla, stanie się bardziej przyziemna i nie tak odległa.

Tubylewicz bardzo wiele miejsca poświęca w książce rozmowom o uchodźcach, szwedzkiej wielokulturowości, dążeniach do odosobnienia, rasizmie, terroryzmie i jego współczesnym obliczom oraz sposobom zapobiegania, a także konfliktom religijnym. Mimo że publikacja tworzona była jeszcze przed sztokholmskim atakiem terrorystycznym, znajdujące się w niej rozważania są aktualne także i po nim. Całość ma znamiona uniwersalności.

W wielu miejscach jej rozmówcy zastanawiają się na ile przybywające do ich kraju osoby są uchodźcami, a na ile poszukiwaczami lepszego życia w kraju, o którym słyszy się jako o niezwykle otwartym i przyjaznym, i który króluje na internetowych listach najlepszych wyborów dla osób pragnących uciec z własnego kraju. Przeprowadza autorka wywiady z różnymi osobami, przedstawicielami różnych środowisk i głosicielami różnych poglądów, dzięki czemu jej książka stanowi prawdziwy przekrój szwedzkiej społeczności. Rozmowy dotyczą także kwestii solidarności, praw kobiet, feminizmu, tolerancji, człowieczeństwa, równości, integracji, a także uniwersalności, a więc wszystkich tych tematów, przez pryzmat których patrzy się na Szwecję jak na raj już na ziemi. Wokół nich się ogniskuje, jednak dygresjami dociera także dalej, pogłębiając te kwestie, które dla interlokutorów były szczególnie ważkie.

Tubylewicz wykonała kawał dobrej roboty, obłaskawiając i uładzając oraz odzierając z łatki „wzorowego i idealnego” kraj, wydający się nie do doścignięcia, szczególne nam, Polakom. Pokazuje jednak, jak różni się myślenie Szwedów piastujących różne stanowiska od myślenia przedstawicieli tych samych grup wywodzących się z Polski. Dzieli nas nie tylko morze wody, ale także morze ufności i sposobu patrzenia na drugiego człowieka. Te jednak wynikają u nas w dużej mierze z historii, jak i z sytuacji gospodarczej. Warto przyglądać się naszym sąsiadom i uczyć – od nich oraz na ich błędach, które przecież popełniają.

Moraliści to obraz Szwecji kolorowej, nie jedynie żółto-niebieskiej, lecz mieniącej się feerią barw, niejasności, problemów do przepracowania i błędów, z  których trzeba wyciągnąć wnioski. To bardzo dobre świadectwo życia w państwie uchodzącym za idealne, pokazujące jak wiele zależy tak naprawdę od nas samych i naszego sposobu myślenia – gdybyśmy mieli wpojone poczucie równości i braterstwa, wielu problemów – tak gospodarczych, jak społecznych – moglibyśmy uniknąć. Tam bowiem, gdzie to nie pieniądz i pragnienie jak najszybszego dorobienia się gra kluczową rolę, żyje się przyjemniej. I podobno – dłużej.

I o tym między innymi jest ta książka, którą szczerze polecam Waszej uwadze. 


wtorek, 6 grudnia 2016

Bracia Burgess - Elizabeth Strout





Bracia Burgess to książka, którą dozować należy powoli, dla wielu bowiem stanowić będzie gorzkie lekarstwo Elizabeth Strout opisując życie swoich bohaterów, ani nie bawi się w sztuczne moralizatorstwo, ani nie uładza ich życiorysów, reakcji i psychologicznych portretów. Zarysowuje życie takim, jakim jest, pokazuje rodziny takimi, jakimi są – nie maluje obrazu uśmiechniętych manekinów znanych z kolorowych magazynów, lecz tka opis relacji kruchych i niełatwych.

Bohaterowie Strout nie są śnieżnobiali, są podobni do nas, czytelników, targają nimi podobne emocje, borykają się z bliźniaczymi troskami dnia codziennego. Z łatwością się z nimi zidentyfikujemy, widząc, że siostra nie znosi brata, bliźniacy się nie dogadują, a mama faworyzuje synów, psychicznie znęcając się nad córką poprzez wygórowane wymagania nie do zaspokojenia.

Jim i Bob to bracia, którzy od lat nie potrafią uwolnić się od poczucia winy – obu z nich wydaje się, że doprowadzili do śmierci ich ojca w wypadku przed laty. Jim zrzuca odpowiedzialność na Boba, całe życie będąc egoistą dbającym jedynie o siebie i krytykującym brata; tamten zaś przytłoczony, wyrasta na niezaradnego mężczyznę o dobrym sercu, wielbiącego tego drugiego. Ich siostra Susan, bliźniaczka Boba, także nie radzi sobie z przeszłością. Myśli, że to ona sprowokowała wypadek, co sprowadziło na nią gniew matki okazywany przez lata. Ich kruche i fasadowe relacje zostają wystawione na próbę, gdy syn Susan – Zach – podrzuca odciętą głowę świni do miejsca zgromadzenia napływających do Shirley Falls Somalijczyków. Jego czyn odczytany zostaje jako przestępstwo na tle rasowym. Jim, wzięty prawnik, nie może pozwolić sobie na skandal ze swoim nazwiskiem, zrobi zatem wszystko, by pomóc siostrzeńcowi, a tak naprawdę – by chronić własną skórę. Bracia Burgess po latach mieszkania w  Nowym Jorku, wracają do rodzinnej mieściny, by wesprzeć siostrę. Ich wizyta wyzwoli skrywane przez lata emocje.

Czytając Braci Burgess wydaje Ci się, że odkrywasz to, co czai się tuż za rogiem – autorka z niezwykłą celnością opisuje to, co dzieje się za czterema ścianami każdego z nas. Ukazuje miłość, zazdrość, przywiązanie, poczucie niedostosowania, brak czułości, niskie poczucie własnej wartości, chorobliwą zależność, niewierność, egoizm, dumę, ale przede wszystkim uwikłanie w przeszłość i niemożność uwolnienia się od poczucia winy, które prowokuje kolejne nieprzemyślane kroki w życiu bohaterów.

Świetny obraz współczesnych relacji. Bardzo dobra rzecz. Zarówno literacko, językowo, jaki merytorycznie. Strout to świetna obserwatorka, zdolna przelewać swoje obserwacje na papier z wielką czułością i troską o szczegół. Jeśli szukacie dobrej książki dla kobiet - będziecie bardziej niż ukontentowani, 

wtorek, 19 lipca 2016

Mam na imię Lucy - Elizabeth Strout


Lucy to pisarka i spełniona żona oraz matka dwu córek. Od wielu lat nie widziała się z własną mamą, co znacząco wpłynęło na jej emocjonalność. Wszystko zmienia się, gdy bohaterka trafia do szpitala i na prośbę jej męża kobieta przyjeżdża, by towarzyszyć swej córce.

Elizabeth Strout całkowicie oddała głos swojej bohaterce, udzielając jej przyzwolenia na mówienie o sobie i swoim doświadczeniu za sprawą pierwszoosobowej narracji. Powieść ta jest niejako materiałem książkowym Lucy, do której punktem wyjścia jest jedno z wielu przywoływanych wspomnień, o pierwszym dniu wielotygodniowego pobytu w szpitalu.

Wielogodzinne rozmowy z matką odsłoniły bohaterkę przed czytelnikiem i ukazały jej przeszłość oraz umożliwiły podróż do świata, który – po zaprzestaniu spotkań z rodzicami – został przez kobietę częściowo stłumiony i zapomniany. Przygasiła przeszłość, by się nią nie zadręczać, a teraz, po latach, ma szansę na ponownie się w  niej zatopienie.

Ich konwersacje wielokrotnie (głównie?) dotyczyły bliższych lub dalszych znajomych – stanowiły bowiem grunt bezpieczny, przestrzeń, po której bez obaw można było stąpać.

Gdy rozmowy wchodziły na sferę ich rodziny – wszystko zdawało się zmieniać Co innego pamiętała Lucy, co innego utrzymywała, że pamięta jej matka. Czytelnik zastanawia się na ile wspomnienia bohaterki są prawdziwe, a na ile wyolbrzymione. Jeśli zaś realne, to dlaczego matka zaprzecza czemuś, co miało miejsce i odbiło się na psychice jej córki bardzo zauważalnie?

Poza wymianą zdań o tym, co minione, Lucy wielokrotnie oddaje się refleksji na temat swojego zawodu i funkcji pisania oraz książek, czy szerzej – literatury. W  niej to odnajduje lekarstwo na samotność, ona to ma być ukojeniem i pocieszeniem – nie tylko dla niej samej, ale również dla jej czytelników.


Mimo że książka ta porusza tak wiele wątków, w  tym niezwykle osobistych, nie sposób było mi poczuć jakiejkolwiek więzi z bohaterką. Jej rozważania o sile i znaczeniu pisania zbiegały się z moimi, lecz także w  tym punkcie, zabrakło mi poczucia wspólnoty. 
Odnosiłam wręcz wrażenie, że bohaterka jest całkowicie odizolowana, chłodna i  niedostępna. Lektura tej książki – mimo że owocna – nie wywołała we mnie żadnych emocji, a jedynie przyjemność intelektualną, dla której warto – naprawdę warto – po tę pozycję sięgnąć.

Mimo chłodu kończącego lekturę - polecam.

piątek, 3 czerwca 2016

Góra Tajget - Anna Dziewit-Meller




Górny Śląsk.

Sebastianowi właśnie urodziło się dziecko, o które wciąż się lęka. Nie ma świadomości, że pracuje w aptece mieszczącej się w budynku, w którym niegdyś oficjalnie leczono ciężko chore dzieci. Prawdą było jednak to, że owe miejsce stanowiło centrum eksperymentalne, będące częścią akcji T4 wymierzonej między innymi właśnie w  najmłodszych.

Gdy mężczyzna pierwszy raz słyszy o ponad dwustu niewinnie zmarłych ofiarach, nie dowierza. To jego niedowierzanie jest źródłem narracji, która przenosi nas do czasów, kiedy to w obronie chorych nie stawał nikt, a Niemcy mogli robić co chcieli.

Jedną z bohaterek jest Zefka, wracająca na Śląsk po dwu latach robót w Niemczech. Wracać wcale nie chciała, bowiem przez miniony czas dostała więcej miłości niż kiedykolwiek dotąd. Jej opowieść jeży włos na głowie.

Inną postacią kobiecą jest prof. Luben, lata temu prowadząca eksperymenty na dzieciach, odpowiedzialna za śmierć wielu z nich. Nie czuje się winna, choć oczywiście nie opuszcza jej strach przed karą.

Wystarczą te dwie historie, by ugrzęznąć w bolesnej przeszłości, być świadkiem dramatycznych wydarzeń opisanych językiem rozedrganym od emocji.

Mimo że rzecz dzieje się na Śląsku, gdzie ludzie są hardzi i twardzi, a ich życiowe doświadczenia nigdy ich nie oszczędzają, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że opisywane wydarzenia mogły złamać najsilniejszych i każdy chce o nich zapomnieć, choć zapomnieć się nie da i nie można, by błędów historii nie powielać.

Góra Tajget poruszyła mnie o wiele bardziej niż często z nią zestawiani Wybrańcy. To co tam było odarte z emocji i przekazane jako suchy fakt, tutaj od emocji wręcz kipi. Choć powieść nie ma dużych gabarytów, jej lekturę musiałam dozować i przerywać. Mnoży się w niej od nad wyraz sugestywnych opisów, z  których najbardziej wrył mi się w pamięć ten po zbiorowym gwałcie na jednej z bohaterek, który pozwolę sobie przytoczyć w całości jako największą zachętę:

Komórka jajowa, już dojrzała i gotowa na przyjęcie słynnego daru życia, jest oszołomiona ilością materiały genetycznego z  odległego wschodu. Na co się tu zdecydować – zabójca kobiet w ciąży, gwałciciel dzieci, masowy morderca, a może po prostu ten zwykły żołnierz z  Ukrainy, gnany zemstą za dziecko zabite przez Einsatzgruppen? Taki wybór, tyle możliwości!
[1]

Przejmująca, mocna lektura, która na długi czas wyryje Wam się w pamięci.

Szczerze polecam.



Książkę w dobrej cenie kupisz na:





[1] Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Warszawa 2016, s. 160.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Ciebie wytykam, blogerze! Agaty Passent felietony dosadne. O wpływie dziennikarstwa na spadek czytelnictwa w Polsce.

Szalenie interesujące, błyskotliwe, z  rzadka kąśliwe, na czasie, pisane z werwą i wprawą. O wszystkim po trochu – życiu w Warszawie, wychowaniu bez telewizora, za to wśród książek, modzie na nowe, osiąganiu światowości kosztem dołączania do konglomeratu nijakości, o wpływie dziennikarzy na spadek czytelnictwa w  Polsce, o kompensacjach lęków, złudzeniach ciągłego bycia w kontakcie serwowanych przez fejsbuki, mesendżery i inne, o internetowych entuzjastach (to do Ciebie, blogerze!). Wiele z nich to przyczynek to refleksji: czy jestem rzetelny, czy nadmiernie empatyczny, gdy oceniam książki? Czy ratuję narodową umysłowość przed pulpą, czy bawię się w polecacza miałkiej papki? W imię czego? Gdzie kąśliwość, wzbudzanie strachu z obawy przed zniszczeniem kariery? Czy naprawdę wszystko po co sięgam jest dobre?

W pamięć zapadł mi szczególnie powyżej zasygnalizowany tekst o śmierci krytyka, a także felieton traktujący o namnażających się songwriterach w miejsce poetów piosenki. Nie ma się co dziwić – tam gdzie Passent przemyciła choć zalążek literatury (a bała się, wszak temat to niemodny) uchwyciła moją uwagę wyjątkowo – choć tak naprawdę skupiona na jej tekstach byłam ogromnie, są bowiem naprawdę niezłe i celne – mówię to z pełną świadomością wyżej obśmianego ‘polecactwa’.

Wyjątkowo podobała mi się ta książka, brakowało mi felietonów na takim poziomie, szukałam wśród pulpy czegoś, co nie sprawiałoby wrażenia pisanego na kolanie i podejmowałoby tematy bieżące z dużą dozą krytycyzmu, ale nie popadając w  manierę potępiania w  czambuł i nie ewokując odbiorczego bólu.

Dla osób zatroskanych o Polaków kondycję kulturalną (blogerzy apeluję po raz wtóry!) rzecz myślę obowiązkowa i sprawiająca niewiarygodną frajdę intelektualną. Tym większą, im bardziej z Passent połączy Was wspólnota spostrzeżeń i sądów.

Pani Agato, ukłony. Wpisuję w poczet ulubionych felietonistek.



piątek, 24 lipca 2015

Skąd wziął się najpopularniejszy skorupiak świata - uRACZmy się opowieścią. (Kroniki raka – George Johnson)


George Johnson na poważnie zainteresował się rakiem, gdy zachorowała jego żona. Szukał odpowiedzi na pytania, z których jedno podstawowe brzmiało: dlaczego spośród tylu ludzi na świecie spotkało to właśnie nas?

Nowotwór złośliwy jest dziś chorobą, z którą prędzej czy później [oby] zmierzy się każdy z  nas – bezpośrednio, gdy zachorujemy sami lub pośrednio, gdy zachoruje ktoś z  naszych bliskich. Od lat naukowcy szukają recepty na to, jak się przed rakiem uchronić albo jak zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania. Winę za coraz większą częstotliwość tegoż składa się na karb zmian cywilizacyjnych (zanieczyszczone środowisko, wszechobecna chemia w  jedzeniu i powietrzu, chroniczny stres, brak aktywności fizycznej, nadwaga) wirusów, genetyki i wielu innych. Tak naprawdę nikt do końca nie wie, co sprawia, że w  pewnym momencie zdrowe komórki zaczynają się patologicznie namnażać, powodując rozwój nowotworu i nikt nie wynalazł jednego skutecznego leku – pewnie dlatego, że rak to wcale nie jedna choroba, a tysiące różnych wariacji.

Johnson w  swojej książce postanawia prześledzić losy jednej z najpopularniejszych chorób świata, pokazując jak obszernym jest tematem i jaką nieprawdą jest, że to choroba współczesnych. w  swoim studium sięga czasów prehistorycznych, prezentując, że już wtedy rak istniał, często jednak będąc mylonym z  innymi chorobami lub też zwyczajnie – zbywany milczeniem. Autor śledzi rozwój wiedzy na temat tegoż, bada to, co zostało dotąd dowiedzione, drąży temat i oswaja go, dociekając jak kiedyś leczono tę przypadłość, kiedy po raz pierwszy ją zdiagnozowano i jak próbowano sobie z  nią radzić. Choć książka nie jest lekturą łatwą, zwłaszcza dla tych, który z  nowotworem złośliwym mieli już w  jakiś sposób do czynienia – może ona nieść konieczną niektórym do osiągnięcia spokoju wiedzę, a przede wszystkim pociechę, że to nie do końca nasza wina, że chorujemy i że nie zawsze można chorobie zapobiec czy też ją przewidzieć.  Daje też nadzieję, że być może kiedyś – za dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat – także i rak będzie chorobą łatwą do pokonania.

Ważnym i godnym uznania gestem jest przekazanie części dochodu ze sprzedaży książki na rzecz kampanii Policzmy się z  rakiem

Jeśli zatem interesuje Cię ta tematyka, a sądzę, że w  dzisiejszych czasach powinna; jeśli nie jest Ci obojętne zdrowie Twoje i Twoich bliskich zajrzyj tej niepozornie wyglądającej książce pod okładkę. Na pewno dostarczy Ci wielu wyjaśnień i rozwieje szereg wątpliwości.