Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

(Nie) bój się Boga! - Danuta Piekarz




(Nie) bój się Boga! Co Biblia mówi o lęku? to zbiór rozważań na temat strachu, który wspominany jest na kartach Pisma Świętego wielokrotnie. Samo zawołanie Nie lękaj się pojawia się w nim aż 365 razy - niejako po jednym przypomnieniu na każdy dzień roku.

I takim memento ma być również ta krótka skądinąd publikacja, podejmująca się omówienia losów postaci biblijnych, które tak jak i my dręczone były doświadczeniami strachu, lęku czy smutku. Autorka śledząc ich ziemską wędrówkę, pokazuje jakie emocje towarzyszyć mogą człowiekowi w jego kontaktach z Bogiem i udowadniając, że nie zawsze są one dobre. 


Nawet jeśli Twoja relacja jest właściwa, nawet jeśli jesteś głosicielem Dobrej Nowiny - Twoje ziemskie życie nigdy nie będzie wolne od strachu. Najważniejsze jest, by zawsze zdawać sobie sprawę z Bożej obecności - i taka właśnie nauka płynie z tej książeczki.

Danuta Piekarz, biblistka oraz italianistka, próbuje wskazać czytelnikowi różnicę pomiędzy tym, co zwiemy strachem a bojaźnią Bożą, która ma nas do Stwórcy przybliżać, a nie - tak jak robi to lęk - od Niego oddalać. 


Jeśli dręczy Cię nieustająca obawa, a radość życia umyka przyćmiona przez niepewność - sięgnij po tę niepozorną książeczkę. Zapewni Ci ona lekturę wielu pouczających fragmentów, które z całą pewnością przybliżą Cię do Boga i pozwolą zrozumieć swoje emocje oraz (oby!) uwolnić się od nieuzasadnionego lęku oraz poradzić sobie ze strachem.  



piątek, 2 czerwca 2017

Bajki terapeutyczne - Hanna Szaga



Bajki terapeutyczne Hanny Szagi, polonistki, socjoterapeutki, nauczycielki i bibliotekarki, to zbiór siedmiu opowieści, mających oswajać trudne dla dzieci tematy oraz ich codzienne problemy.

Pierwsza historia opowiada o dziewczynce, która przeniosła się do nowej szkoły, do której każdego dnia musi dojeżdżać. Sytuacja jest dla niej podwójnie trudna: samodzielne podróże są dla mniej dużym wyzwaniem, a brak koleżanek i wynikające z niego osamotnienie potęgowane są przez niemożność zawiązania kontaktów ze względu na odległość miejsca zamieszkania od szkoły. Dziewczynka pociechę znajduje w najbardziej magicznym miejscu – w bibliotece. Raz zakosztowawszy mocy literatury, bohaterka nie chce już prędko wracać domu, znajdując w szkole pociechę i radość.

(...)

Dobrze pomyślane, pocieszające, prawdziwie terapeutyczne opowieści, które niejednemu dziecku pomogą się uporać z lękami i zmartwieniami codziennego życia. Jeśli towarzyszą Wam omawiane w niej problemu – szczerze polecam.

Czytaj całość:


niedziela, 21 czerwca 2015

W głowie się nie mieści. "Daj upust emocjom" i "Poznaj smutek".




Jeśli Twoje dziecko nie do końca radzi sobie z emocjami albo chciałbyś, żeby radziło sobie świetnie i miało miejsce, w którym spokojnie będzie mogło dać im upust, nie niszcząc przy tym domowego dobytku – oto publikacje w  sam raz dla Ciebie.

Wydawnictwo Egmont wydało właśnie serię W  głowie się nie mieści mającą za zadanie oswajać emocje – strach, gniew, smutek, radość i odrazę – a także pozwalającą na ich swobodne wyrażanie. W  jej skład wchodzi pięć książeczek podejmujących próbę zapoznania czytelnika z  emocjami. Przede mną leży Poznaj smutek. Oprócz treści, która w sposób skondensowany przedstawia emocję (a właściwie emocja przedstawia się sama – jest nią spersonifikowana niebieska, zapłakana dziewczynka w  okularach opowiadająca o sobie), na publikację składa się zawieszka, którą dziecko może powiesić na drzwiach pokoju w  gorsze dni oraz naklejki, za pomocą których z powodzeniem będzie mogło wyrażać swój nastrój. Część książki przeznaczona jest do zapisania przez czytelnika: ma on wskazać na to, co ko zasmuca, opisać jeden z  niezwykle smutnych dni, namalować morze łez, narysować coś, co odpędzi złe emocje, stworzyć awaryjną listę przyjaciół, do których może się zwrócić w  słabszym momencie.

Wszystkie książeczki z  serii uzupełniają się, dlatego warto od razu sięgnąć po wszystkie, by stworzyć kolekcję specjalną do radzenia sobie z  emocjami.

A na sam koniec koniecznie trzeba zaopatrzyć się w publikację Daj upust emocjom, która zbiera w  sobie wszystkie omówione dotąd stany emocjonalne i pozwala na ich wyrażenie w  jednym miejscu. Książeczka ta przypomina mi modne ostatnio antystresowe kolorowanki, z  tym, że nie ma niwelować stresu, lecz pomagać uporać się z emocjami, z  którymi nie każde dziecko potrafi dawać sobie radę.  Jest miejsce na ugaszenie pożaru gniewu, zamalowanie wzburzenia, przybicie piątki Smutnej, przegonienie chmur przygnębienia, narysowanie kryjówki dla Strachu, stworzenie listy odrażających rzeczy, kolorowanie radości i wiele, wiele innych.

Dziecko będzie kolorować, składać, zginać, gnieść, zamalowywać, deptać, dziurawić, wyrywać – a wszystko po to, by rozładować napięcie emocjonalne w kontrolowany sposób. To świetna sposób na pobudzanie kreatywności i budowanie zdolności do radzenia sobie z własnym przeżywaniem codzienności.
Świetna seria!

niedziela, 22 marca 2015

Mister X – John Lutz




John Lutz zawojował mnie rok temu, gdy w ramach poszerzania znajomości popularnych autorów serii kryminalnych, zdecydowałam się na lekturę tekstu Mrok. Było tak emocjonująco, że bałam się wchodzić do pustego mieszkania, z  całego serca pragnęłam omijać kuchnię, choć aby dostać się do pokoju było to niemożliwe. Lutz zasiał we mnie strach, podobnie jak mordercy z  jego książek robią to ze swoimi ofiarami.
Po takich wrażeniach moglibyście powiedzieć, że sięganie przeze mnie po kolejną jego powieść jest już wyrazem masochizmu – i pewnie mielibyście rację. Ale czyż człowiek nie jest właśnie taką istotą, która uwielbia się fikcyjnie bać? Strach prawdziwy, zagrożenie nierealne, możliwość odcięcia się od źródła lęku w  każdej chwili – kochamy to! (patrz oglądanie horrorów i in.) I ja kocham również!
Tym razem jednak – stety, niestety – już się tak nie bałam. Lutz kolejny raz porwał mnie do świata detektywa Quinna i jego partnerów, których odwiedziła niedawno osoba podająca się najpierw za zamordowaną przed laty przez dotąd nieuchwyconego seryjnego zabójcę Tiffany Keller, później zaś – już po zwróceniu na siebie uwagi – za jej siostrę bliźniaczkę. Christie od początku była klientką nietypową – nie dość, że co rusz zmieniała tożsamość, to jeszcze raz za razem znikała bez śladu, pozostawiając po sobie jedynie czeki mające umożliwić dalsze prowadzenie śledztwa. W  toku dochodzenia na jaw wychodzą nie tylko prawdziwe informacje o rzekomej zleceniodawczyni, ale też jej przedziwna motywacja. Jakby tego było mało, niejako rozochocony wznowieniem śledztwa morderca – Grawer – znów zaczyna zabijać, obcinając ofiarom sutki i pozostawiając na ich klatkach piersiowych wyżłobiony znak X. w  guście ofiary jest partnerka Quinna – Pearl – która od jakiegoś czasu spotyka się z przez nikogo nielubianym Yancym, mogącym budzić dziwne skojarzenia…
Wznowienie śledztwa dla wielu było nie na rękę – Lutz szczegółowo opisuje próby wpływania na detektywa, a także jego – nie do końca moralne – sposoby na radzenie sobie z  policją. Najwięcej zdziałać potrafią tutaj rzecz jasna kontakty z prasą i w odpowiednich organach.
Najdziwniejsze w  książce zdają się szeroko zakreślone motywacje bohaterów: kłamstwo Christie pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń, które nie tylko na nowo uaktywniły Grawera (czy aby na pewno?), ale też wciągnęły w  intrygę osoby, które dawno temu zniknęły, chcąc odgrodzić się od bolesnej przeszłości. Słusznie można sądzić, że wznowienie sprawy miało sprowokować ich ujawnienie się.
Jak wszędzie, także i tu nie bez znaczenia okaże się zemsta. Wydaje się, że zaangażowanie w  tę historię Quinna miało być jedynie przynętą. On sam jednak, dając potwierdzenie swojej renomie, sięga znacznie głębiej niż zleceniodawczyni by chciała, poznając sekrety jej odległej przeszłości, mogącej znaczącą wpływać na to, co dzieje się teraz.

Wiele tu sięgania do wydarzeń minionych, wiele  retrospektywnych wizji, tłumaczących to, co wydarzyło się później, wiele także postaci-cieni o niejasnej roli i przeznaczeniu w  całej tej skomplikowanej grze zemsty. Lutz bardzo sprawnie nakreślił bohaterów i ich motywacje, z  wielką precyzją ubrał całość w  taki sposób, że w  wielu fragmentach czytelnik zastanawia się o kim właśnie czyta – niejako słychać pracujące trybiki, wydaje się, że już, już wpadliśmy na rozwiązanie, bo wszystko tak ściśle do siebie pasuje, gdy nagle… okazuje się, że nasz główny podejrzany ginie, a gra toczy się dalej.
Lutz kołuje czytelnika i bawi się nim – podobnie jak zabawia się swoimi bohaterami, strasząc ich i urabiając. Tę powieść czyta się bardzo dobrze, głównie dlatego, że wiele w  niej niejednoznaczności, bardzo dużo otwartych możliwości, z  których każdą trzeba szczegółowo sprawdzić, dołączając do grupy dochodzeniowców i mając świadomość, że każda zwłoka może sprowokować kolejne brutalne morderstwo.
Polecam tę walkę z czasem.



poniedziałek, 9 marca 2015

Tim Burton dla najmłodszych (Lichotek i czarnoKsiężnik – Ian Ogilvy)




Tytuł: Lichotek i czarnoKsiężnik
Autor: Ian Ogilvy
Wydawnictwo: Literackie
Premiera: 12 marca 2015





Od dziecka lubiłam się bać. Kiedy inne dzieciaki oglądały klasyczne bajki, ja albo zaczytywałam się w  Panu Samochodziku (mówiąc o strachu mam na myśli rzecz jasna Niesamowity dwór), albo z  wypiekami na twarzy oglądałam horrory – poczynając od dedykowanej młodszym widzom Gęsiej skórki, aż do pełnokrwistych gore. Lubiłam sobie popatrzeć na wszystko to, co generowało strach. Zaczęłam wcześnie, bo chyba jeszcze przed 11 rokiem życia – i uwielbiałam to! Nigdy po takich emocjach nie śniły mi się żadne koszmary, a oglądanie tego gatunku mam w  krwi po dziś dzień. 

Być może dlatego gdy dorosłam bardzo szybko zapałałam uczuciem do filmów Tima Burtona, szczególnie animowanych – one oczywiście w  klasycznym sensie straszne nie są, ale te gotyckie nawiązania, charakterystyczne blade postaci zawsze kojarzyły mi się z  Rodziną Addamsów (którą notabene teraz reżyser w  końcu kręci!) i moimi pierwszymi strachami. 

I teraz podobne bladolice, ciemnowłose, wychudłe, wysokie postaci spotkałam na kartach literatury. Oto Ian Ogilvy napisał trylogię poświęconą Lichotkowi – chłopcu, który nazwany tak został przez przebrzydłego Bazylego, gdy ten (ponoć jako najbliższy żyjący krewny) przejął nad nim opiekę po śmierci rodziców chłopca. Tak naprawdę bohater ma na imię Sam Lee, jednak już nigdy nie będzie tak nazwany, bowiem to „liche imię” przylgnęło do niego na dobre.

Bazyli to czarnoKsiężnik – najbardziej przebrzydła z  możliwych postaci – jest wysoki, chudy, ubiera się na czarno, a włosy ulizuje pastą do butów. Nienawidzi wszystkich, a nad jego domem unosi się wciąż ciemna, deszczowa chmura. Prawny Opiekun Lichotka ma twarz tak bladą, że wydaje się jakby ktoś odessał z niego całą krew, a wraz z nią wszelkie uczucia.
Bazyli Deptacz spędza całe dnie na zabawianiu się swoją kolejką, która fascynuje również Lichotka. Podczas oglądania czarnoKsiężnik posila się pączkami i lemoniadą, oczywiście nigdy nie częstując swojego podopiecznego, dla którego zostawia same żałosne resztki. Marzeniem Lichotka jest pobawienie się kolejką Bazylego, jednak aby sobie to umożliwić chłopiec musi uciec się do podstępu. 

Niestety, szybko zostaje przejrzany i surowo ukarany za pomocą magicznego chuchnięcia: odtąd już zawsze będzie mógł bawić się w  kolejce – jako jedna z  postaci na makiecie. Zminiaturyzowany bohater podejmie wszelkie starania, by wydostać się z  krępującego położenia. Jak mu poszło?:) Czytajcie!

Wydaje mi się, że jeśli tylko Burton natknie się na tę książkę, pozostanie kwestią czasu jej zekranizowanie – pewnie w  stylu dla dorosłych:) Porównań nie sposób uniknąć, bo zgadza się tutaj wszystko: od typowych postaci, po całą aurę niesamowitości. To wprost doskonały materiał na scenariusz!

Jeśli lubicie się bać – polecam gorąco! Ta książeczka pewnie Was nie przestraszy, ale przypomni klimatyczne dzieciństwo  i – mam nadzieję – zostanie przekazana kolejnemu nieustraszonemu pokoleniu:)

wtorek, 17 czerwca 2014

Przepraszam, czy tu straszy? – Marcin Przewoźniak


Tytuł: Przepraszam, czy tu straszy?
Autor: Marcin Przewoźniak
Wydawnictwo: Papilon
ISBN: 9788324599462
Ilość stron: 128
Cena: 26,90zł

Będąc dzieckiem, z upodobaniem śledziłam seriale z nutką tajemnicy, elementami grozy i wszechobecnymi duchami oraz duszkami. Pasjami zaczytywałam się w tekstach, sugerujących, że „będą straszyć”. Co tu kryć: lubiłam się bać, mając cały czas świadomość, że w każdej chwili mogę książkę zamknąć/telewizor wyłączyć i żaden potwór mnie nie zje. Wiem, że nie jestem w tym poczuciu osamotniona, o czym świadczyć mogą przeróżne publikacje, które oswajają lęki, przybliżają dzieciom wszelkiego rodzaju duchy i uczą, że właściwie one są jak my – nie chcą niczyjej krzywdy, a jedynie świętego spokoju.
Marcin Przewoźniak w swojej książce Przepraszam, czy tu straszy? w sposób ujmujący i przezabawny (wszak śmiechem strach zabić najprościej!) zapoznaje swoich młodych czytelników z pewną wiekową rodziną duchów, zamieszkującą od ponad dwustu lat posiadłość uznawaną przez miejscowych (i słusznie!) za nawiedzoną. Od stuleci bronią swojego miejsca zamieszkania i nie dopuszczają, by ktokolwiek do niego wtargnął. Niestety, dla agentów nieruchomości niemożność znalezienia nowego właściciela domu stała się nie lada problemem. Wyznaczono nawet specjalną nagrodę dla tego, komu uda się ową posiadłość sprzedać – wakacje i wysokie wynagrodzenie, o których marzyło wielu.

Duchy były niezłomne: straszyły, pokazywały się bez głów, byle tylko przegonić ewentualnych nabywców. Skutkowało długo. Do czasu, gdy pan Kłódka oprowadzał po kolejnych posiadłościach zapracowanego pana Poświatowskiego. Tenże, jako osoba nad wyraz roztargniona, nie dość, że się nie przestraszył obecności duchów, to jeszcze w ogóle jej nie zarejestrował. Kupił dom: ku radości agenta i przerażeniu duchów. Ci, zaniepokojeni obrotem spraw, zdecydowali się podjąć ostateczną walkę. Wówczas nie wiedzieli jeszcze, jak zagorzałych będą mieli przeciwników: wyposażonych w nowoczesną technologię i dalekich od dziwienia się jakimkolwiek nadnaturalnym zjawiskom.
Książeczka ta stanowi zapis ich przekomicznych i przestrasznych starć. Kto wygra walkę o dom? Przekonajcie się sami!
Gwarantuję, że płynna narracja Przewoźniaka i doskonałe ilustracje Katarzyny Kołodziej wywołają u Was pożądany dreszczyk emocji i pobudzą wyobraźnię. Ta publikacja to doskonały pretekst do nauki frazeologizmów związanych ze strachem, duchami, ale też sposobność do tworzenia własnych historii.
Strasznie ciekawa propozycja!:)

piątek, 3 stycznia 2014

Zaklinacz czasu – Mitch Albom


Tytuł: Zaklinacz czasu
Autor:
Mitch Albom
Wydawnictwo: Znak - w sprzedaży od 8 stycznia!
ISBN: 978-83-240-2479-7
Ilość stron: 288
Cena: 32,90 zł

Nikogo nie trzeba już przekonywać, że żyjemy w czasach natychmiastowości i pogoni za bliżej nieokreślonym celem. Pokolenie konsumpcjonizmu z niczego się nie cieszy, zdaje się wyznawać zmienioną zasadę – chodzi o to, by gonić króliczka, ale nie o to, by złapać go.
Ludzie (ja) żyją w nieustającym strachu przed tym, że zabraknie czasu.
A kto z nas potrafi się wyciszyć, wyłączyć, nie odliczać, nie spoglądać na wszechobecne zegary przez chociażby pół dnia, ba! przez kilka godzin (sic!).
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się kto konkretnie jako pierwszy zaczął mierzyć czas i jakie przyniosło to konsekwencje dla ludzkości?




Raz obudzone pragnienie już nie ustanie. Rozrośnie się w sposób, którego nie potrafisz sobie wyobrazić. Niebawem człowiek będzie liczyć wszystkie swoje dni, potem mniejsze cząstki dnia, a potem jeszcze mniejsze – aż wreszcie liczenie pochłonie go całkowicie i utraci ten cud, którym został obdarowany na początku czasów: świat.[1]



Mitch Albom, którego zapamiętałam z fenomenalnej ksiązki Pięć osób, które spotykamy w niebie, oddaje w ręce czytelników tekst, mający być próbą odpowiedzi na pytania o czas, których nigdy sobie nie zadajemy, bo tak bardzo jesteśmy zaślepieni gonitwą, że podobne refleksje nie mają już dla nas znaczenia.
Ciągle zmierzamy do wydłużenia doby, zmaksymalizowania wydajności, wykroczenia poza własne ograniczenia, zaoszczędzenia czasu – w imię czego? Na co tak naprawdę poświęcamy ukradzione chwile? Na kolejne odliczanie, na kolejne bicie rekordów i przekraczanie granic – nie zaś na odpoczynek i wsłuchanie się w siebie. Wciąż przedkładamy ilość nad jakość, pogoń nad spokój  wyciszenie.





Oznaczałeś minuty – odezwał się starzeć – lecz czy używałeś ich mądrze? Po to by być spokojnym? By się zachwycać? Być wdzięcznym? By podnosić i dawać się podźwignąć?[2]

Autor za sprawą swojej książki zdaje się przeraźliwie krzyczeć, bylebyśmy tylko się zbudzili i wyrwali się z sideł marazmu. Prezentuje swoją autorką wizję życia człowieka, który jako pierwszy zesłał na ludzi przekleństwo, starając się zmierzyć czas, by wiedzieć. Jego badania nie dość, że skradły go światu i rodzinie, to jeszcze zapoczątkowały samonapędzający się proces udoskonalania i doprecyzowywania pomiarów. Dor przy użyciu patyków liczył jedynie dni, godziny i minuty, nie spodziewając się jak na pozór błahe pragnienie wiedzy, opęta całą ludzkość, sprawiając, że zamiast prawdziwie żyć, goniła ona za tym, by nie uronić ani sekundy i zmaksymalizować własną wydajność.



Narzędzia tej epoki – telefony, komputery – pozwalały ludziom poruszać się w zawrotnym tempie. Niemniej pomimo wszystkich swoich dokonań ci ludzie zdawali się nigdy nie zaznawać spokoju. Nieustannie spoglądali na swe urządzenia, żeby sprawdzić, która jest godzina.[3]

Dor za swoje działania został ukarany sześciotysięcznoletnim życiem, podczas którego wysłuchiwał modlitw, pragnień, krzyków rozpaczy, licytacji ludzi, którzy raz po raz prosili Boga o jeszcze jeden dzień, miesiąc, rok.
Pewnego dnia jego misja zostaje ukierunkowana na dwójkę ludzi: umierającego na nowotwór miliardera, który śmierć pragnie przechytrzyć zamrażając się i wyprzedzając zgon oraz młodziutkiej Sary, która pragnęła przedwcześnie pozbawić się życia, gdy jej serce zostało po raz kolejny złamane, utwierdzając ją  przekonaniu, że nie jest nic warta.
Każde z nich chciało zapanować nad czasem i życiem – jedno skrócić swoją ziemską wędrówkę, drugie nienaturalnie ją wydłużając.

Po co? Zadaniem Dora będzie odnaleźć odpowiedź na to pytanie od lat zachwaszczające ludzkie umysły.





Wszystko to, co dzisiejszy człowiek robi, aby być wydajnym, t dobrze wykorzystać czas –powiedział Dor, nie przynosi mu to satysfakcji. Wywołuje tylko głód, by robić jeszcze więcej. Człowiek chce być panem własnej egzystencji. Ale nikt nie jest panem czasu. Kiedy odmierza się życie, nie żyje się nim.[4]

Choć książka Alboma nie jest dziełem monumentalnym, cechuje ją charakterystyczna dla autora wielka mądrość i subtelność w jej przekazywaniu czytelnikom zawarta na stronicach, tętniących wiarą w to, co się pisze. Nie ma nachalności, mentorskiego tonu ani też – mimo porównań do Alchemika – kotylionowych sentencji, które cechuje pustka semantyczna. Nie będziemy zżymać się na wieloznaczność kolejnych sformułowań, lecz cieszyć mnogością złotych myśli, ustawiających nas do pionu, choć dotyczących spraw najprostszych, lecz często przez nas zapomnianych. Cenię Alboma za jego prostotę wyrażania myśli, lekkość pióra i zdolność zachwytu nad codziennością. Jego teksty uderzają każdorazowo w najczulsze punkty, miejsca, których nie odwiedzamy, by nie naruszać swojej tak skrzętnie zbudowanej warstwy ochronnej, przez którą nie dopuszczamy do siebie refleksji nad własnym sensem.
Ogromnie polecam – wszystkim – bo nie wierzę, by był na świecie ktoś, kto potrafi o czasie nie myśleć. Świetna historia, w bardzo dobrym wydaniu, inspirująca do dialogu o sprawach fundamentalnych.

Doskonała książka na nowy rok – pozwala ona bowiem na wszystko spojrzeć z dobrej perspektywy, uporządkować chaos panujący w życiu i zajrzeć w przyszłość – już tę bez nas, po naszych egoistycznych decyzjach.


W miarę jak ludzkość ogarniała obsesja godzin, żal nad straconym czasem stał się wieczną raną w sercu człowieka. Ludzie trapili się straconymi szansami, niewykorzystanymi dniami; bezustannie martwili się tym, jak długo będą żyli, liczenie chwil w życiu nieuchronnie prowadziło bowiem do odliczania ich do końca.
Wkrótce czas stał się – dla każdego narodu i w każdym języku – najcenniejszym artykułem. A pragnienie, by mieć go więcej, zaczęło rozbrzmiewać w jaskini Dora niemilknącym chórem.[5]


[1] Zaklinacz czasu, Mitch Albom, Kraków 2013, s. 61.
[2] Tamże, s.104.
[3] Tamże, s.188
[4] Tamże, s. 265.
[5] Tamże, s. 81.