Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2015

W głowie się nie mieści. "Daj upust emocjom" i "Poznaj smutek".




Jeśli Twoje dziecko nie do końca radzi sobie z emocjami albo chciałbyś, żeby radziło sobie świetnie i miało miejsce, w którym spokojnie będzie mogło dać im upust, nie niszcząc przy tym domowego dobytku – oto publikacje w  sam raz dla Ciebie.

Wydawnictwo Egmont wydało właśnie serię W  głowie się nie mieści mającą za zadanie oswajać emocje – strach, gniew, smutek, radość i odrazę – a także pozwalającą na ich swobodne wyrażanie. W  jej skład wchodzi pięć książeczek podejmujących próbę zapoznania czytelnika z  emocjami. Przede mną leży Poznaj smutek. Oprócz treści, która w sposób skondensowany przedstawia emocję (a właściwie emocja przedstawia się sama – jest nią spersonifikowana niebieska, zapłakana dziewczynka w  okularach opowiadająca o sobie), na publikację składa się zawieszka, którą dziecko może powiesić na drzwiach pokoju w  gorsze dni oraz naklejki, za pomocą których z powodzeniem będzie mogło wyrażać swój nastrój. Część książki przeznaczona jest do zapisania przez czytelnika: ma on wskazać na to, co ko zasmuca, opisać jeden z  niezwykle smutnych dni, namalować morze łez, narysować coś, co odpędzi złe emocje, stworzyć awaryjną listę przyjaciół, do których może się zwrócić w  słabszym momencie.

Wszystkie książeczki z  serii uzupełniają się, dlatego warto od razu sięgnąć po wszystkie, by stworzyć kolekcję specjalną do radzenia sobie z  emocjami.

A na sam koniec koniecznie trzeba zaopatrzyć się w publikację Daj upust emocjom, która zbiera w  sobie wszystkie omówione dotąd stany emocjonalne i pozwala na ich wyrażenie w  jednym miejscu. Książeczka ta przypomina mi modne ostatnio antystresowe kolorowanki, z  tym, że nie ma niwelować stresu, lecz pomagać uporać się z emocjami, z  którymi nie każde dziecko potrafi dawać sobie radę.  Jest miejsce na ugaszenie pożaru gniewu, zamalowanie wzburzenia, przybicie piątki Smutnej, przegonienie chmur przygnębienia, narysowanie kryjówki dla Strachu, stworzenie listy odrażających rzeczy, kolorowanie radości i wiele, wiele innych.

Dziecko będzie kolorować, składać, zginać, gnieść, zamalowywać, deptać, dziurawić, wyrywać – a wszystko po to, by rozładować napięcie emocjonalne w kontrolowany sposób. To świetna sposób na pobudzanie kreatywności i budowanie zdolności do radzenia sobie z własnym przeżywaniem codzienności.
Świetna seria!

wtorek, 8 lipca 2014

Zdrada – Paulo Coehlo


Tytuł: Zdrada
Autor: Paulo Coelho
Wydawnictwo: Drzewo Babel
ISBN: 9788364488160
Ilość stron: 240
Cena: 37,90 zł

Paulo Coelho za sprawą swojej najnowszej książki nieco mnie zaskoczył – to już nie te pisarstwo, którego cechą charakterystyczną były kotylionowe sentencje, girlandy aforystycznych sformułowań, wylewających się strumieniami z każdej stronicy i powracających w przeróżnych peryfrastycznych ujęciach niemalże w każdej kolejnej publikacji. To już nie „potajemnie sprzyjający naszemu pragnieniu wszechświat”, lecz wciąż Coelho wierny ukochanej przez siebie tematyce – miłości i poszukiwaniu szczęścia, z typowym lekko moralizatorskim tonem, filozoficznymi rozważaniami i głębokim przeświadczeniem o tym, że nasze samopoczucie zależy wyłącznie od nas samych. Zdrada bardziej niż poprzednie książki autora, zbliża się do powieści obyczajowej skupionej bardziej na psychice, niż dominującej dotąd magii, alegorii i religii. Owszem, te elementy nadal występują, ale w zdecydowanie mniejszym natężeniu.
Linda to trzydziestojednoletnia kobieta, w oczach bliskich mająca wszystko – kochającego i wyrozumiałego męża, ułożone dzieci, świetną pracę dziennikarki, mieszkanie w Szwajcarii, najbezpieczniejszym i najbardziej przewidywalnym państwie świata. A jednak pewnego dnia to przestaje jej wystarczać: bohaterka spotyka na swej drodze miłość z czasów liceum i czy to z chęci buntu przeciwko zrytualizowanej i mało zaskakującej codzienności, czy to przez zwykłe ludzkie pragnienie przeżycia ekscytującej przygody, postanawia ponownie się do niego zbliżyć. Nie jest to wcale trudne: Jakub jest znanym politykiem, którego na dniach czekają wybory, pojawia się zatem doskonała okazja, by uzasadnić częstsze niż wymagałaby tego kurtuazja spotkania. Każda kolejna rozmowa z byłą miłością, uświadamia Lindzie jak głęboko jest nieszczęśliwa w swoim aktualnym życiu. Obserwuje u siebie pierwsze objawy depresji: apatię, poczucie dojmującej pustki, mechaniczne wykonywanie codziennych czynności, brak radości, otępienie, nieprzemijający smutek i stres. Można powiedzieć, że na pierwszy rzut oka jej zachowanie to trochę irracjonalna próba szukania problemów tam gdzie ich nie ma, a jednak –  ilu znacie ludzi, których dopada podobny stan, mimo że osobom patrzącym z boku, wydaje się, że nie mają oni absolutnie żadnych powodów do narzekań? Problemem staje się nie to, co rzeczywiste, lecz to, co roi się w głowie. Coelho opowiada historię wielu współczesnych ludzi, których psychika została okaleczona i wystawiona na niszczycielskie działanie stresu i wyobrażeń oraz ambicji, którzy prędzej czy później (najczęściej wielokrotnie, to jak nigdy nie kończąca się opowieść) wpadają w sidła depresji i skutecznie ukrywają ją przed otoczeniem.
Spotkania z Jakubem działają na zatopioną w beznadziei Lindę oczyszczająco i uszczęsliwiająco. Kobieta ma wrażenie, że przeżywa swoiste katharsis, że budzące się w niej pożądanie i pragnienie rozbudzenia go w Jakubie, to wcale nie występek przeciwko jej zharmonizowanemu życiu, lecz koło ratunkowe, które pozwala jej ponownie czerpać radość z tego, co ma. Zdrada zostaje w książce tej usprawiedliwiona, przedstawiona jako coś, czego każdy z nas powinien doświadczyć, by docenić życie. Coś, co należy wybaczać i zrozumieć, by pokazać swą miłość. Tłumaczenie nieco mętne, adrenaliny, która ma być naszą terapią zastępczą, szukać bowiem możemy gdzie indziej, a czułość zazwyczaj odnajdziemy w domu, jeśli tylko odważymy się na szczerą rozmowę i jasne sprecyzowanie problemów. Rozumiem rozchwianą psychikę bohaterki, rozumiem jej cierpienie, jej depresję, wiem o czym mówi. Nie potrafię jednak przyjąć jej usprawiedliwień i absolutnej wyrozumiałości męża, który nie zniżył się nawet do chwili zazdrości, jedynie pod wpływem alkoholu przeżył chwilową słabość i wylewność, nie dość jednak dramatyczną, by mogła wydawać się realna. Mnie raczej by zaniepokoiła niż uspokoiła i utwierdziła w przekonaniu co do mojej słuszności trwania w związku.
I choć wydawać by się mogło, że książka ta to opowieść o zdradzie i towarzyszącym jej lękom oraz emocjom, w mojej opinii jest to historia o poszukiwaniu utraconego szczęścia, narracja o miłości zakurzonej, tak częstym problemie dzisiejszych par. W czasach, gdy niemalże każdy pośrednio czy bezpośrednio zmaga się z depresją, opowieść ta zyskuje na autentyczności. Gdyby nie wyszła ona spod pióra Coelho, zarzuciłabym jej brak silniejszych emocji, większego dramatyzmu, który zastąpiony został dociekaniami filozoficznymi i psychologicznymi. Jako jednak, że pisarz przyzwyczaił mnie do rytmu swojej narracji i wytykanie mu tego byłoby zupełnie zbędne, pozwolę sobie jedynie podkreślić jej walor, jako impulsu do rozważań nad własną kondycją psychiczną i własnym poczuciem bezsensu. Iluż młodych ludzi traci sens życia nie stojąc nawet  u jego progu – być może ta książka dla niektórych z nich stanie się okazją do odszukania tego, co utracili i szansą na ponowne zakochanie się w świecie. Oczywiście, Coelho proponuje czytelnikowi uproszczoną i mocno powierzchowną wersję świata, w której zarysowane problemy są jedynie cieniem tego, co dzieje się z ludźmi w stanie, który opisuje autor, myślę jednak, że biorąc na to poprawkę, wielu odbiorców słusznie ją doceni.
Nie jest to może najlepszy tekst w dorobku pisarza, a jednak ujmuje i zachęca do lektury niespiesznej, przede wszystkim dzięki rezygnacji ze sztafażu powtarzających się cytatów.

środa, 28 maja 2014

Miód na serce – Sarah-Kate Lynch


Tytuł: Miód na serce
Tytuł oryginału: The Wedding Bees
Autor: Sarah-Kate Lynch
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 9788378397618
Ilość stron: 320
Cena: 34 zł

Miód na serce to jedna z najcieplejszych, najbardziej podnoszących na duchu i radosnych książek jakie czytałam w ostatnim czasie. Już sama jej okładka przyciąga wzrok i wprowadza w fantastyczny nastrój. Kolorystyka doskonale oddaje to, co znajdziemy w środku – dobroć, serdeczność, promienność, troskliwość, słodycz zamknięta w słoiku miodu i… słońce. Ta opowieść to prawdziwe antidotum na wszystkie smutku. Utrzymana w lekkim, pogodnym tonie staje się z miejsca największą radością dnia i prawdziwym wytchnieniem.
Sugar to trzydziestosześciolatka, która wiele lat temu uciekła sprzed ołtarza, skazując się na utratę kontaktu z rodziną. Od tamtej pory przemierza cały świat wraz ze swoimi pszczołami, które odziedziczyła po ukochanym dziadku i które teraz decydują o ich kolejnych miejscach zamieszkania. To dzięki ich interwencji  bohaterka nie uwikłała się w związek bez przyszłości i to one dają jej radość życia. Brzmi szalenie? Być może, ale gdy zagłębicie się w lekturę, dostrzeżecie, że w tym szaleństwie jest metoda:)
Sugar „Honey” Wallace jest taka jak jej imię – słodka, urocza i nade wszystko – dobra oraz cechująca się niezwykłą kulturą osobistą. Niemalże każdy dzień jest dla niej okazją do niesienia innym pomocy i wprowadzania w ich życie słońca. Wszędzie gdzie pojawi się kobieta natychmiast dzieją się niespodziewane rzeczy: godzą się odwieczni wrogowie, w miejsce uszczypliwości pojawia się życzliwość, ludzie odnajdują sens życia, zdobywają się na odwagę w walce o własne szczęście i radość. Gdy bohaterka stawia swoje pierwsze kroki w Nowym Jorku, niemal natychmiast trafia na staruszka, któremu potrzebna jest pomoc. W wyniku splotu okoliczności poznaje wówczas Theo Fitzgeralda– Szkota, który raz spoglądając jej w oczy od razu wiedział, że jest kobietą, na którą czekał całe życie i nie zawahał się jej tego powiedzieć, budząc jedynie konsternację. Sugar jest bowiem kobietą zranioną, która na zawsze postanowiła zablokować się na miłość. Theo jednak jest nieugięty, a i jej pszczoły mają w jego sprawie wiele do powiedzenia…:)

Bardzo podobało mi się wykorzystanie motywu pszczół – naznaczając je funkcją doradców i przewodników, autorce udało się przekazać sporo wiedzy o tych niezwykle pożytecznych owadach. Wyposażając je w wiele cech ludzkich ukazała ich przydatność dla człowieka i mnogość zadań, przed którymi stoją, a także ich przyzwyczajenia oraz potrzeby. Świetny dodatek edukacyjny, będący wisienką na torcie tej błyskotliwej, zabawnej i ujmującej opowieści o ludzkiej dobroci i korzyściach płynących z grzeczności. Akcja jest miarowa, spokojna, bez żadnych zwrotów, ale przy tym tak niezwykle wciągająca, że nie sposób porzucić lektury na rzecz innych zajęć.
Czytanie tej historii przypomina picie ulubionej herbaty – smak i ciepło powolutku rozchodzą się po całym organizmie, zapewniając doskonałe samopoczucie. Barwna plejada postaci jest zaś niczym miód, który właśnie przy okazji tej książki powinniśmy do gorącego napoju dodać.

Choć Sarah-Kate Lynch była mi do tej pory autorką nieznaną, od tej pory będę sięgała po jej książki w ciemno! Jej narracja jest niewymuszona, lekka, czytając, ma się wrażenie unoszenia się nad ziemią. Rewelacyjne odprężenie po ciężkim dniu. Tytuł tej książki to jej kwintesencja – jest prawdziwym  miodem na serce.
Całkowicie mnie zauroczyła! I uwierzcie – nawet jeśli nie przepadacie za romansami, ta książka Was uwiedzie. Nie spodziewałam się tak przyjemnie spędzonych dni i bez wahania będę tę arcyuroczą opowieść proponować wszystkim znajomym, bez względu na ich dotychczasowe upodobania czytelnicze. Stanowi ona bowiem idealny przykład lektury krzepiącej, podnoszącej na duchu, a przy tym propagującej dobre maniery, grzeczność i łagodność w świecie zwulgaryzowanym i agresywnym. Czytając ją, miałam wrażenie, jakby ktoś bardzo bliski poklepywał mnie po plecach – to historia, z której promieniują jedynie pozytywne emocje. Gorąco polecam!


piątek, 10 stycznia 2014

Zaskoczony radością – C.S.Lewis

Tytuł: Zaskoczony Radością
Autor: C.S.Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-61989-36-3
Ilość stron: 352
Cena: 34,90 zł


Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że Lewisa zdążyłam już bardzo dobrze poznać, on po raz kolejny udowadnia mi jak bardzo się mylę, sądząc, że wiem cokolwiek.

Urodziłem się zimą 1898 roku w Belfaście jako syn prawnika i córki pastora -  tymi słowami otwiera Lewis swoją autobiografię, którą woli, by traktowano jako opowieść o utracie wiary i powrocie do niej, nazywanym przez niego Radością.

Do tej pory żywiłam przekonanie (nie wiem skąd narosłe i utrwalone w mojej głowie), że ludzie genialni (a do nich niewątpliwie zalicza się Lewis) byli genialni od zawsze, a ich geniuszowi towarzyszyło lekkie przechodzenie przez codzienność – że życie rozpościerało przed nimi czerwony dywan, otwierało lampkę szampana, rzucało płatki róż pod nogi i z otwartymi ramionami pytało: „Co jeszcze mogę dla Ciebie zrobić?”

Okazuje się jednak, że nie: że geniusz często rodzi się w biedzie i bólach codzienności, mękach zmagania się z inteligencją przewyższającą tę u spotykanych ludzi.
Oto Lewis bierze nas za rękę i powolnym krokiem prowadzi przez całe swoje życie, w którym od najmłodszych lat widać było podwaliny późniejszego sukcesu. Fascynował się on od zawsze mitologią nordycką, później także celtycką i w mniejszym stopniu grecką.
Swoje wyobrażenia przelewał wraz bratem, w którym upatrywał początkowo jedynego godnego towarzysza intelektualnego, w wykreowaną przez siebie Krainę Zwierząt. Łączyli oni z Arturem swoje pasje – fascynacje zwierzętami, oddawaniem im głosu oraz Indiami, razem przemierzali światy niedostępne innym, stworzyli królestwo Boxen, którego kroniki Lewis skrupulatnie spisywał przez wiele lat, wspólnie chronili się przed surowością ojca przemienionego śmiercią ukochanej żony a ich matki

Życie Lewisa nie było sielanką, zapowiadającą późniejszy sukces – w szkole z internatem był prześladowany przez kolegów, wyraźnie odstawał od grupy, uciekając w ciszę, samotność, mając za swojego mistrza Wagnera, skrywający się za stronicami książek, zgromadzonych latami przez rodziców, a szczególności matkę, raczej wolący by mu nie przeszkadzano niż usilnie zabiegający o uwagę innych.. Zaskoczony Radością to świadectwo życia człowieka, który za nic miał przelatujące nad jego głową podczas I wojny światowej pociski, bo właśnie śledził zajmujące losy kolejnego fikcyjnego bohatera, oswajając wojnę i uśmierzając jej ból.

Jak się okazuje jego rodzina uważała, że nie nadaje się on do niczego innego jak tylko do pisania książek i wykładania na uniwersytecie – mówili to z drwiną, jakby taka przyszłość była najgorszą z możliwych.
Na swojej drodze spotkał jednak Lewis wielu dobrych ludzi, wierzących w jego wartość, w tym należących do dwu różnych kategorii: Pierwszego i Drugiego Przyjaciela. Pierwszy to, jak tłumaczy Lewis, nasze alter ego, człowiek podzielający zupełnie niespodziewanie wszystkie nasze najbardziej ukryte upodobania, z którym łączy nas idem sentire, zespolony z nami zupełnie naturalnie, jakby było to odwiecznym pragnieniem wszechświata. Drugi z kolei to anty ego. Czyta to samo co my, ale wyciąga inne wnioski, wszystko widzi pod zupełnie innym kątem, poddaje w wątpliwość wszelkie nasze przemyślenia, neguje racje, a relacja z nim bardziej przypomina uprzejmą wrogość, niż prawdziwą przyjaźń, którą rzeczywiście jest. Zapisków tego typu w książce nie brakuje: jest ona bogata w refleksje uniwersalne, tak charakterystyczne także dla innych jego tekstów.
Autor maluje przed nami obraz osoby wcale nie nieskalanej błędami – słowami konturuje rys człowieka czytającego szmiry, wiedzionego przyjemnością przyziemną, banalną; mężczyznę, mającego pragnienie wsadzenia nosa w samo sedno każdej rzeczy, by cieszyć się, że jest ona tak cudownie sobą. To wszystko jest jednak jedynie tłem do opowiedzenia historii ateisty, którego całe życie, wszystkie napotkane trudności, każdy wielki umysł, z którym się zetknął, prowadziły do odkrycia piękna wiary i ponownego rozpalenia w sobie jej ognia.
W obliczu wojny, trudności, z którymi zmagało się Imperium Brytyjskie, szerzenia się ateizmu w środowiskach akademickich, zakrawa na cud, że Lewisowi udało się doznać Radości, którą teraz pragnie się dzielić, jako świadectwem ponownego odnajdywania drogi wiary.

Ksiązka ta, to niezwykle cenne dopełnienie twórczości Lewisa – dzięki niej będziemy mieli możliwość zajrzenia w jego życie, umysł i duchowość przez dziurkę od klucza, z zapartym tchem śledząc doświadczenia i pasje, które później doprowadziły do stworzenia przez niego największych dzieł, w tym uwielbianą na całym świecie sagę poświęconą Narnii.

Zaskoczony Radością przekonuje, że wielcy ludzie wcale nie zaczynają na wyżynach, że o sile geniuszu świadczy mozolna praca poświęcona na to, by wspiąć się na szczyt, nie zważając na upadki i kolejne napotykane trudności. Lewis w książce tej pozwala się poznać, nie stara się wybielić swojego wizerunku, lecz wręcz przeciwnie – pokazuje swoją niedoskonałość, podkreśla błędy, wcale się ich nie wstydząc, lecz potwierdzając, że to one kształtują człowieka, to one formują naszą duchowość i umysłowość, to one są najlepszą z możliwych szkół charakteru.

Świetna pozycja dla każdego czytelnika zainteresowanego twórczością Lewisa. Oczekiwałam co prawda więcej miejsca poświęconego Bogu, a mniej człowiekowi, a jednak proporcje te zostały zamienione. Cały czas jednak miałam wrażenie, że to właśnie boży Duch działał w Lewisie przez wszystkie opisywane przez niego lata, że choć jest postacią niewidoczną, to namacalnie obecną.
Po raz kolejny ten Wielki Umysł jawi się jako osoba niesłychanie bliska, która uczy, ale na pewno nie mentorsko poucza, która niby opowiada o sobie, a ta naprawdę zachęca do mówienia, włączenia się w dialog.
Zaskakująca książka, konieczny obywatel naszych biblioteczek.


Recenzje innych książek Lewisa:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/12/smutek-clive-staples-lewis.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2011/03/rozwazania-o-psalmach-clive-staples.html
http://shczooreczek.blogspot.com/2011/01/listy-starefo-diaba-do-modego-cs-lewis.html?q=lewishttp://shczooreczek.blogspot.com/2012/03/problem-cierpienia-clive-staples-lewis.html



http://shczooreczek.blogspot.com/2012/02/o-modlitwie-clive-staples-lewis.html?q=lewis





sobota, 19 października 2013

Roma Ligocka – Wolna miłość


Tytuł: Wolna miłość
Autor: Roma Ligocka
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308052365
Ilość stron: 184
Data wydania: 24 października 2013 - recenzja przedpremierowa

Nazwisko Romy Ligockiej stało się szczególnie rozpoznawalne po wydaniu przez nią książki Dziewczynka w czerwonym płaszczyku. Historia ta urzekła czytelników, czyniąc z autorki jedną z najbardziej rozpoznawalnych pisarek ostatnich lat.
Jej najnowsza powieść, Wolna miłość, trafi do księgarń już 24 października i wiem, że zyska sobie tak samo wielkie uwielbienie jak poprzednie publikacje.
Książkę tę otwiera cytat z Jana Twardowskiego – „…miłości się nie szuka jest albo jej nie ma/nikt nie jest samotny tylko przez przypadek”. Jest on doskonałym wstępem do tego, co czeka nas po zajrzeniu pod okładkę.
Na palcach mogę zliczyć książki, których pierwsze zdanie oczarowałoby mnie na tyle, by w mojej głowie oświeciła się lampka rzucająca świetlisty napis o treści „aha, to będzie bardzo dobra lektura!”. Po takim wrażeniu wygodnie umościłam się na kanapie i popłynęłam z prądem. Nie zauważyłam upływającego czasu, bo choć publikacja ta jest niewielkiej objętości, wibruje od ważnej treści.

Dobrze, że miałam w rękach przedpremierową szczotkę, bo dzięki temu mogłam zaznaczać do woli, co spowodowało, że podkreśliłam na różowo co drugie słowo, sprawiając, że moja wersja skrzy się od barw i notatek na marginesie, uwypuklających czytelnicze przeżycia towarzyszące lekturze.
A tych było co niemiara!
Bardzo bliskie są mi rozważania Ligockiej o miłości – tej szczenięcej, macierzyńskiej, dojrzałej, egoistycznej. Autorka tworzy przekrój niemalże wszystkich znanych kobiecie doświadczeń miłości – zarówno erotycznej, jak i wynikającej z przyjaźni. Podobały mi się jej porównania i frapujące spostrzeżenia, wypływające z wieloletniego doświadczenia na opisywanym polu. Jej refleksje nad kwestią wolności w miłości wprawiły mnie w niemałą zadumę, zmuszając do zweryfikowania i reorganizacji własnych poglądów
Wolna miłość to zbiór przemyśleń nad istotą miłości i straiści, ubrana w słowa tak piękne, że momentami miałam wrażenie czytania tekstu lirycznego. Ale czy o tym uczuciu powinno się w ogóle mówić inaczej? Ligocka zdaje się przeczyć wszystkim wyobrażeniom miłości brutalnej i niespełnionej. Jej rozmyślania charakteryzuje duża mądrość życiowa i doświadczenie. Brak w niej rozgoryczenia czy zgorzknienia – z kart tej książki, mimo wielu przemyconych między wersami smutków, bije radość z istnienia i możliwości kochania.

I trochę tak jest z naszym życiem. Im szybciej mija, tym bardziej odczuwamy jego wartość.[i]

Dzieli się autorka także swoim doświadczeniem podróży, swoim niezrozumieniem dla ekshibicjonistycznego dzielenia się własnym życiem, wspomina nauczycieli, bada relacje przyjaźni, pokazuje swoje doświadczenia przeżywania choroby. Jej teksty wypływają z życia i na nim się skupiają.
Słowom w tej książce towarzyszy obraz – najczęściej splecione dłonie: męskie, damskie, dziecięce, człowieka dorosłego. Dotykają się – nieraz nieśmiało, innym razem pewnie, zawsze delikatnie. Wskazują one na mnogość i różnorodność relacji i silnie oddają to, o czym Ligocka wspomina. Stanowią doskonałe uzupełnienie treści, niejako wypełniając luki, obrazując to o czym mowa. Oprócz fotografii dłoni są też szkice – tak samo wielorakie, do osobistego odczytania.
W Wolnej miłości spotykają się dwie pasje Ligockiej – pisanie i malowanie, które wspólną mocą próbują podpatrzeć i wizualizować to, co w życiu najlepsze.
Wiele jest w książce tej życzliwości i ciepła, tak dzisiaj rzadkiego w mówieniu o przeżywaniu codzienności, dojrzewania i starzenia się.
Ligocka staje się ambasadorką życia przeciwko metryce, a w zgodzie z własnym sercem. Bo starość to nie wiek, a wtłoczone w nas przekonania i stereotypy, którym ze zbyt dużą łatwością ulegamy.

Czyta się tę książkę rewelacyjnie, każde słowo ogrzewa naszą wyziębioną duszę, daje poczucie bezpieczeństwa i pewności, że każdy ruch zależy od nas. Miałam wrażenie spotkania z kimś, kto dzieli się ze mną swoją dojrzałością i mądrością, z przyjaciółką, która właśnie, dlatego że jest dużo starsza może wiele mnie nauczyć, a ja od niej ogromnie wiele zaczerpnąć.

Polecam tę lekturę każdemu – dobra, naprawdę dobra lektura. Wyciszająca, choć miejscami niepokojąca. Szczera. Wypływająca z doświadczenia.



[i] Wolna miłość, Roma Ligocka, Kraków 2013, s. 141.

środa, 16 października 2013

Blaski życia - Katarzyna Miller


Tytuł: Blaski życia
Autor: Katarzyna Miller
Wydawnictwo: Zwierciadło
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788363014650
Ilość stron: 170
Cena: 24,90 zł


Katarzyna Miller to uznana psycholożka, psychoterapeutka, filozofka, poetka i felietonistka, chciałoby się dodać: kobieta-orkiestra.  Posiada ponad trzydziestoletnią praktykę terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej.
Gdy nie pomaga innym ludziom, wykłada na podyplomowych Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim, a także na warsztatach rozwojowych dla kobiet. W swoim dorobku ma już kilka samodzielnych publikacji, między innymi Nie bój się życia, Królowe życia, Słone ciasteczka, Fontanna miłości. Jest ponad to współautorką następujących książek: Jak pies z kotem czyli mężczyzna i kobieta na co dzień, Porozmawiajmy o seksie, Bajki rozebrane, Chcę być kochana tak jak chcę, Być kobietą i nie zwariować.
Jej teksty cieszą się niesłabnącą popularnością, co stało się dla mnie przyczynkiem do zainteresowania się wydawanymi przez nią publikacjami.
Blaski życia przyciągnęły mnie [co teraz wstyd przyznać] swoją szatą graficzną i ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu to ona stała się największym i niestety chyba jedynym wartościowym elementem książki. Być może przyczyną mojego zawodu stały się wygórowane oczekiwania: liczyłam bowiem na książkę stanowiącą odpowiedź na pytanie wykrzyczane na okładce: Jak odzyskać prawdziwą radość życia? A otrzymałam zbiór felietonów, lepszych lub gorszych [dla mnie najczęściej gorszych], które nie dość, że nie przekazały żadnej odkrywczej prawdy, żadnego novum, to jeszcze przy mówieniu o sprawach oczywistych były po prostu nudne.
Miller proponuje czytelnikowi teksty, które tytułuje następująco: Pochwała szefa, Małe jest ważne, Mam elfa!, O ważności chorowania, Menu dla kobiety, O rozkoszności flirtowania, Zaplanować los?, Cud czytania, Pożegnanie z Olgą, O panach i paniach, Tutaj i tam, Żadnych obowiązków, Trochę o miłości, Potrzebna, Własny pokój, Prawdziwe kłopoty, Nasi dziadkowie, Odwaga uczciwości własnej, Lek na głupotę, Święto rozwodu, Cierpliwość, Kongres kobiet i mężczyzn, Sknerstwo emocjonalne, Pomocne sny.
Jedne brzmią bardziej interesująco, inne mniej. Kilka zapowiadało się na teksty atrakcyjne, ale przy większości odpadłam z nudów. Przerzucałam kartki z nadzieją na choć jeden intrygujący tekst, ale w tym kartkowaniu stałam się tak dobra, że ani obejrzałam, a znalazłam się przy końcu.
Miller proponuje nam flirtowanie z każdym, nawet z dziećmi, co by nie zmarnować potencjału dobrych emocji; odradza planowanie; każe żyć teraźniejszością; proponuje kobietom odnalezienie własnego kąta i tak dalej, i tym podobne.

Być może to wszystko byłoby ciekawe, gdyby nie fakt, że… już było.
Wtórność, nuda, nic się nie dzieje, żadnej inspiracji, żadnej nowości, ani krzty oryginalności, ani pół nieznanej dotąd rady do wdrożenia, czytałam i widziałam same blablabla. Mogłabym powiedzieć, że ostatecznie kwestia wspólnego świętowania rozwodu jest jakąś nowinką, jakimś pomysłem, ale za to w moim przekonaniu zupełnie niemożliwym, jakąś absolutną mrzonką, historią nie do zrealizowania, nie w naszej mentalności, a tej nie da się zmienić, tak jak chyba chciałaby Miller, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Cóż mogę dodać? Nie będę publikacji tej odradzała, bo być może dla kogoś kto nieczęsto ma okazję sięgać po takie teksty, będzie dobrą propozycją, która rzeczywiście sprowokuje wprowadzenie w życie konkretnych zmian. Być może ktoś ceni sobie Miller i jej rady i ta pozycja stanie się dla niego swoistym kompendium dobrych rad.
Może ktoś się uśmiechnie, ktoś się nad czymś zastanowi, inny przyjrzy się dokładniej własnemu życiu.
Jeśli tylko macie ochotę – kosztujcie, próbujcie.


niedziela, 6 października 2013

Pollyanna - Eleanor H. Porter

Tytuł: Pollyanna
Autor: Eleanor Hodgeman Porter
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 978-83-237-7658-1
Ilość stron: 272
Cena: 25 zł


Gdy pewna rezolutna dziewczynka po śmierci swojego ojca trafia na wychowanie do jedynej ciotki – Polly, życie miasteczka z nią związanego ulega diametralnej przemianie.
Kobieta, dotąd despotyczna, surowa i zgorzkniała, na oczach swych współpracowników staje się osobą nie tylko sumiennie wykonującą swój obowiązek, ale też kochającą, opiekuńczą i zatroskaną o losy dziecka, któremu do tej pory poświęcała niewiele uwagi.
Skąd taka przemiana? Wszystko staje się zasługą Pollyanny – dziewczynki, która została nauczona przez tatę wspaniałej gry – gry w radość. Jej zasady są nieskomplikowane, a jednak wielu sprawia ona wiele trudności. Głównym założeniem zabawy jest dostrzeganie we wszystkim dobrych stron – nieważne czy jesteś jedenastolatką, która właśnie straciła rodzinę, nie ma znaczenia czy niepełnosprawność na całe życie przykuła cię do łóżka, nic nie szkodzi, że nie masz dachu nad głową ani grosza przy duszy – zawsze mogło być gorzej i z całą pewnością istnieje coś, za co możesz dziękować i co możesz wykorzystać.

W każdym położeniu dziękujcie.
1 Tes, 5, 18


To, co początkowo uznawano za impertynencję ze strony dziewczynki, stanowiło o jej wyjątkowości - Pollyanna swoją pogodą ducha zjednała sobie nawet najbardziej rozkapryszonych, zatwardziałych i mrukliwych mieszkańców miasteczka, czyniąc ich życie radośniejszym i niosąc otuchę tam, gdzie była potrzebna. W krótkim czasie jedenastolatka stała najbardziej znaną i rozpoznawalną mieszkanką miasta, a  nawet nie wiedziała, jak wielu przyjaciół zyskała dzięki dobroci serca i gotowości do niesienia pomocy.

Eleonor H. Porter stworzyła bohaterkę, która swoją prostotą i darem ogromnej wiary w przyszłość mimo nieprzychylności losu z miejsca zdobyła moją sympatię. Jej perypetie śledziłam z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. Ta książka tryska energią, zaraża entuzjazmem, który leczy gniew i zatwardziałość lepiej niż cokolwiek innego. Bohaterka, a przez nią – książka – rozdaje uśmiech niczym krzepiące antidotum na wszystkie bolączki tego świata. Ta opowieść jest jak filiżanka dobrej, gorącej herbaty w chłodny wieczór – rozchodzi się po duszy i rozgrzewa ją, pozostawiając na języku przyjemny posmak radości życia.
Napisana żywym, skocznym językiem historia o potrzebie niesienia radości i miłości, o konieczności życia w zgodzie ze sobą i swoim losem, bezsensie buntowania się przeciwko czemuś, na co nie mamy wpływu, wreszcie: nauka prostoty i absolutnej cierpliwości.
Książka Porter to zachęta do czerpania z życia garściami; reklama życia radosnego, motywacja do widzenia dobra we wszystkim, nawet w najtrudniejszej i najboleśniejszej sytuacji. Trudna lekcja pokory i wdzięczności, która gdyby była sumiennie wypełniana – zmieniłaby świat nie do poznania.
Bądźmy jak Pollyanna, a wszystkim będzie żyło się lepiej!

poniedziałek, 22 lipca 2013

Joyland - Stephen King


Tytuł: Joyland
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 9788378395355
Ilość stron: 336
Cena: 35,90 zł


Współczesny świat pełen jest smutku, wszechobecnego zła, tragedii i nerwowości. Po powrocie do domu wielu z nas marzy jedynie o świętym spokoju, ciszy i rozrywce. Najczęściej jednak czekają na nas kłótnie, nieporozumienia i kolejne kamyczki zła.
Naprzeciw potrzebom klienteli wychodzi właściciel Joylandu – osoba, która pragnie zaoferować nam prawdziwą radość i niczym niezmąconą zabawę. W jego imieniu, pracownicy parku sprzedawać będą ją z prawdziwą wprawą – jedni zabiorą nas do Strasznego Dworu, inni zaproponują przejażdżkę górskimi kolejkami, jeszcze inni zaoferują popcorn, a pozostali zaopiekują się naszymi dziećmi, byśmy bez przeszkód mogli oddawać się przyjemnościom.
Jednym z pracowników, który początkowo zatrudnia się na jeden sezon jest Devin Jones, szalenie, a przy tym nieszczęśliwie zakochany pierwszą miłością chłopak, który pragnie zaoszczędzić trochę pieniędzy na czas studiów. Przychodząc do pracy nie podejrzewa jeszcze jak wielkie czekają go zmiany. Praca w Joylandzie okaże się jego wędrówką ku dojrzałości. Pozna nietypowych ludzi, odkryje sekrety, które go zaintrygują do poszukiwań, znajdzie w sobie bohatera i już na zawsze się przemieni.


King trochę mnie rozczarował – mało w książce tej jego samego. Mało Kinga w Kingu. Nie bałam się, nie w każdym momencie trzymał mnie w napięciu. Horrorem powieści tej nazwać nie mogę, prędzej może jakąś obyczajówką z nutką grozy w tle. Nic nas tutaj nie przerazi, spokojnie można czytać nocąJ Co prawda autor zastosował wiele zabiegów mających wprowadzić pożądane napięcie – niemalże rozpoczął swoją opowieść tajemniczą przepowiednią, „wrzucił” swojego bohatera w przestrzeń niezwykle charakterystyczną, ze swoimi sekretami i niewyjaśnionymi sprawami z przeszłości, obdarował go szczególnym towarzystwem, a jednak – tym razem byłam szczególnie oporna na działanie magii jego słów. Lata siedemdziesiąte nie do końca mnie przekonały, a ów Joyland stworzony w mojej wyobraźni na jakiś czas przed lekturą, niewiele miał wspólnego z tym, co zastałam na kartach książki. Owszem, charakterystyczny żargon kuglarzy, relacje między pracownikami, charakterystyczny system – to wszystko sprawiało wrażenie niebywale autentycznych, a jednak – nie tego oczekiwałam, miałam nadzieję na większą tajemniczość i grozę, którą po złączeniu słów King+ stare wesołe miasteczko z gabinetem strachu powinnam otrzymać w pakiecie. I to właśnie rozminięcie z oczekiwaniami sprawiło, że tym razem King mnie nie porwał na tyle, na ile by mógł.  Jeśli nie oczekujecie horroru na miarę poprzednich tekstów pisarza – nie zawiedziecie się. Jeśli jednak, wydaje Wam się, że po przeczytaniu tej publikacji będziecie bali się wyjść po ciemku z pokoju – srodze się zawiedziecie.

czwartek, 17 listopada 2011

Uśmiech Pana Boga - Benjamin Boisson


Coraz częściej w mediach oraz wszelkiego rodzaju publikacjach czy wystąpieniach możemy usłyszeć opinię, że chrześcijanie to ludzie smutni. Tego typu głosy pochodzą od ludzi, którzy na co dzień z Kościołem mają niewiele wspólnego, jednak obserwują środowisko i różne grupy na nie się składające.
Stąd też wniosek, że osoby wierzące, uśmiechają się niewiele. Rodzi się pytanie dlaczego dominuje takie zachowanie, skoro sam Jezus swoim życiem pokazywał, że radość i umiejętność pogodzenia zabawy z obowiązkami to zdolność niezwykle cenna. 
Benjamin Besson chcąc wyjść naprzeciw zawołaniu o świetle rozprzestrzeniającym się poprzez uśmiech, postanowił napisać książkę, w której to właśnie radość stanie się naczelnym zagadnieniem. Poprzez swój tekst okazuje on czytelnikowi różne oblicza uśmiechu, występującego zarówno  w Piśmie Świętym, jak i życiorysach świętych.
Publikacja ta to swoisty esej, na który w dużej mierze składa się wiodący prym żart oraz ton radosny. Co charakterystyczne dla tego rodzaju wypowiedzi, to osobiste opinie autora, w tym doskonale współgrające z formą gry językowe prowokujące do zastanowienia i głębszej refleksji oraz odrzucenie tonu naukowego i akademickiego na rzecz  wyjścia naprzeciw odbiorcy.
Mówiąc bowiem o uśmiechu, nie można zanudzać; gawędząc o radości, nie wolno jej zabierać innym: dlatego też Benjamin Besson oprócz tego, że o uśmiechu mówi, tym uśmiechem także zaraża.
Jego tekst konotuje obraz Stwórcy radosnego i roześmianego; promiennego i szczęśliwego. Przypomina także, że człowiek został stworzony na Jego podobieństwo, tak więc siłą rzeczy „skazany” jest na szczęśliwe i przepełnione uśmiechem życie. Autor sypie anegdotami jak z rękawa, wszystkie są jednak przedstawione ze smakiem i taktem, tak, że nie obrażają i nie podważają autorytetów Kościoła.

Książka ta jest doskonale przemyślana: podczas lektury ma się wrażenie, że autorski zamysł został całkowicie zrealizowany. Co więcej: czytaniu towarzyszy przeświadczenie o wyraźnej frajdzie jaką miał Besson tworząc tę książeczkę. Rodzi się więc pytanie dla kogo tak naprawdę ją napisał: dla siebie, by dostarczyć sobie nowych pokładów optymizmu czy dla nas, by tym pozytywnym spojrzeniem na siebie i na wiarę zarażać.

Doskonałym jest w niej także to, że oprócz tego, że ukazuje dzieje śmiechu w chrześcijaństwie, jest także pretekstem do rozważań i zatrzymania się nad swoim życiem. Choć humor to dominanta kompozycyjna książki, powagi także w niej nie braknie.
Autor nie przedobrzył ani nie popadł w skrajność drugiego typu.
To wyważona, przemyślana pozycja, która powinna zachęcać już samym tytułem, bo rzadko zdarza się, by publikacja była dokładnie tym, co zapowiada nazwa, w tym wypadku – Uśmiechem Pana Boga.
Polecam, lekcja humoru przyda się każdemu z nas;))

Na uwagę zasługuje także bardzo estetyczne wydanie: czarno-biała, elegancka okładka przyciąga wzrok, a wnętrze nie pozostaje dłużne: wypełnione jest tabelkami, wyliczeniami, cytatami. Wszystko podane w stanie idealnym, aż chce się czytać.