Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 października 2016

W cieniu - Diane Chamberlain


W  cieniu to kolejna powieść, w której Chamberlain, autorka m.in. Tajemnic Noelle, Zatoki o północy czy Daru morza, udowadnia jak uzdolnioną jest pisarką. Książka, którą mam w rękach, to – ośmielę się ocenić – jedna z najlepszych dotychczas wydanych w Polsce tekstów twórczyni.

Jako temat będący osią narracyjną, przyjmuje pisarka życie zogniskowane wokół bliskiej osoby dotkniętej nieodwracalną chorobą mózgu, która to paraliżuje go i zawłaszcza, nie dając nadziei na powrót do minionej kondycji.

Joelle przychodzi na świat w komunie, a jej poród jest niestety bardzo skomplikowany. Gdyby nie pomoc przypadkowo przebywającej na miejscu znachorki – Carolynn – nowo narodzona dziewczynka nie miałaby szans na przeżycie.

Po wielu latach, gdy bohaterka jest już dorosła, jej życiem nie przestają wstrząsać tragedie. Pracuje na oddziale położniczym jako pracownica socjalna i mimo niedawnego rozwodu oraz niemożności zajścia w ciążę, każdego dnia spotykać musi się z matkami, które nie zawsze potrafią zbliżyć się do swojego dziecka. Od jakiegoś czasu w ośrodku leczniczym przebywa jej najlepsza przyjaciółka, Mara. Kobieta trafiła tam zaraz po urodzeniu pierwszego synka, Sama. Poród był na tyle obciążający, że doszło do wylewu krwi do mózgu. Dając życie chłopcu, bohaterka poświęciła własne, bowiem mimo długiej rehabilitacji nic nie wskazywało na to, by jej stan miał się poprawić. Dawnej Mary już nie było, pozostał jedynie cień, osoba w wiecznej euforii, nad którą nieustannie czuwała jej matka, mąż oraz Joelle.

Stałe przebywanie kobiety przy Liamie i jego synku, sprawiło, że ich zażyłość wykroczyła poza ramy przyjaźni. Gdy pewnego dnia doszło między nimi do zbliżenia, żadne nie przeczuwało jak poważne będzie to miało konsekwencje.

Joelle zachodzi bowiem w ciążę, mimo że przez lata starań nie potrafiła tego osiągnąć. Świadectwo zdrady jest namacalne, a rosnący brzuch coraz trudniej ukryć, co może rodzić pytania pracowników szpitala, w  którym oboje pracują. Wytęskniona ciąża staje się dla Joelle brzemieniem – Liam dręczony wyrzutami sumienia i rosnącym przywiązaniem robi wszystko, by jej unikać, ona zaś szuka wszelkich sposobów, by wyleczyć Marę i na powrót uszczęśliwić ojca własnego dziecka.

Mimo że główny wątek powieści dotyczy czasów współczesnych, korzeniami sięga ona znacznie głębiej. Autorka po wielokroć wykorzystuje retrospekcje, by przenieść się do dzieciństwa znachorki Carolynn  i jej siostry bliźniaczki, Lisabeth. Okazuje się bowiem, że ich losy są o wiele bardziej splecione z życiem Joelle, niż można by przypuszczać.

W  cieniu to doskonale skrojona powieść, której lekturze towarzyszą ogromne emocje. Mimo iż wielokrotnie zżymałam się na zachowanie głównych bohaterów, ostatecznie ich trudna historia skłoniła mnie do wielu refleksji, które stają się niewątpliwą wartością naddaną książki. Zachowanie postaci można krytykować , to jednak zasadnicza cecha pisarstwa Chamberlain – nic nie jest jednoznacznie białe ani czarne, wszędzie pojawiają się odcienie szarości, wiele zachowań budzi kontrowersje i skłania do zadumy. To jest właśnie cenne – nieważne jak bardzo (nie) pochwalamy zachowania bohaterów, najistotniejsze, byśmy dojrzeli jak nieprzewidywalne i trudne jest życie.


Polecam.

Inne książki z serii Kobiety to czytają na blogu:

wtorek, 4 listopada 2014

Dobry ojciec – Diane Chamberlain


Tytuł: Dobry ojciec
Autor: Diane Chamberlain
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 9788379610174
Ilość stron: 392
Cena: 36zł

Diane Chamberlain zachwyciła mnie kilka lat temu powieścią Tajemnica Noelle – do tej pory pamiętam jak podczas czytania nerwowo zmieniałam pozycje, kartkowałam książkę dłońmi mokrymi od potu wynikającego ze zdenerwowania i napięcia,  nie jadłam, nie piłam i nie odrywałam wzroku od książki nawet na sekundę, zanim nie przewróciłam jej ostatniej strony. Rzadko tak szczegółowo pamięta się proces lekturowy, chyba że czytana powieść robi na nas ogromne wrażenie – i tak było w tym przypadku.
Od tamtego momentu nigdy nie zwlekam z lekturą najnowszych tekstów Chamberlain – mimo że ich skupiają się one wokół bardzo szerokiego pola problemów i nierzadko także kontrowersji, co może powodować trudność w trafieniu w interesującą nas tematykę – potrafią każdorazowo przykuć moją uwagę i zmusić do wyjścia z wygodnej kanapy utrwalonych poglądów i stereotypów, po to, by zrewidować je w kontekście sytuacji nieszablonowych, do których nie sposób przyłożyć kalki oczekiwanych zachowań, rządzących się zupełnie innymi prawami i wymagających indywidualnego podejścia, a nie raz także i przeprogramowania się na myślenie stojące w sprzeczności z dotychczasowym.

Chamberlain to pisarka, przymuszająca do myślenia, każąca wyjść poza utrwalone schematy myślowe, w których coś jest dobre albo złe. Nie ma: każdy problem trzeba rozstrzygnąć indywidualnie, biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności. I to właśnie nie jest łatwe – nierzadko wychodzenie przed własne sumienie boli, stawianie się w roli sędziego nie jest proste, a ocenianie nagannych zachowań jako akceptowalnych może budzić sprzeciw.
Podobne emocje, refleksje i trudności towarzyszyły mi podczas zmagania się (to doskonałe słowo – mimo że przez książkę tę właściwie się płynie, tak sprawnie jest napisana, to jednak wciąż zmagamy się  w niej z bolesną  tematyką, niesprawiedliwością i poczuciem krzywdy) z najnowszą książką, wchodzącą w skład publikacji wydawanych w ramach klubu dyskusyjnego Kobiety to czytają Dobry ojciec.
W niej to poznajemy historię młodego mężczyzny i jego córeczki, widzianą z różnych perspektyw. Zabieg ten stał się dla autorki typowy – dzięki niemu lepiej oddaje emocje i nastroje postaci zaangażowanych w przebieg akcji.
Dziewczynka jest owocem miłości Robin i Travisa – dorastających ludzi, którzy byli tak mocno w sobie zakochani, że w swoich poczynaniach nie zważali ani na stan zdrowia Robin, ani na ewentualne konsekwencje wynikające z nieostrożności. Podczas jednego z ich tajemnych spotkań (para miała zakaz widywana się, nadany przez ojca dziewczyny) bohaterka bardzo źle się poczuła – jej schorowane serce nie wytrzymało ani nadmiaru emocji, ani wysiłku, któremu miało sprostać. Robin trafiła do szpitala, a Travis zwyzywany i oskarżony przez jej ojca o gwałt na niczego nieświadomej nastolatce, dostał ponowny nakaz zniknięcia z jej życia. Sprawy jednak zaszły o wiele dalej niż można by przypuszczać – dziewczyna była  w ciąży i mimo zagrożenia życia, jakie stan błogosławiony na nią zsyłał, planowała urodzić i wychować swoje dziecko. Za wszelką cenę próbowała skontaktować się z Travisem, to jednak nie mogło się udać, bowiem ojciec powziął wszelkie środki, by próbę kontaktu zablokować.
Para została więc rozdzielona, a dziecko po czasie ma zostać oddane do adopcji, do czego ostatecznie nie dochodzi – miast tego prawo do opieki nad córeczką pozyskuje ojciec. Bohaterowie przez lata żyją w kłamstwie jakim karmił ich ojciec Robin – manipulator.
Ich losy mają się spleść ponownie po kilku latach, gdy dorosła już kobieta planuje ślub z przyszłym burmistrzem, a mężczyzna w wyniku pożaru traci matkę i dom nad głową, po czym  musi znaleźć sposób, by zapewnić byt sobie i małej Belli.
Na ich drodze postawiona zostaje Erin – kobieta, która od lat nie może uporać się z żalem po tragicznej śmierci swojej czteroletniej córeczki. Ich spotkanie całkowicie odmieni ich losy – i wbrew pozorom stanie się uzdrawiającym balsamem na rany przeszłości.

Chamberlain po raz kolejny porywa w wir fabularny, każe zastanawiać się nad kwestiami rodzicielstwa, zmusza do stawiania pytań o to, co jest najlepsze dla dziecka, czy zło zawsze należy karać, czy to samo przestępstwo ma taką samą rangę w obliczu innych czynników wpływających na decyzję o jego popełnieniu, czy dziecko może być wychowywane przez jednego z rodziców, jak daleko można się posunąć w kłamstwie, by chronić własne pociechy, ile bylibyśmy w stanie zrobić, by chronić nasze dzieci, jak silna może być miłość młodych ludzi, rozdzielonych przez niesprawiedliwość. Te pytania to jedynie kropla w morzu trudności, przed jakimi stawia nas autorka.
Doskonała powieść obyczajowa – wciągająca, życiowa, bliska doświadczeniom niejednego czytelnika, będąca dobrą szkołę empatii.
Polecam!

 Recenzje innych książek Chamberlain:

http://shczooreczek.blogspot.com/2012/09/tajemnica-noelle.html?q=chamberlainhttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/08/zatoka-o-ponocy-diane-chamberlain.html?q=chamberlainhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/04/w-susznej-sprawie-diane-chamberlain.html?q=chamberlain




wtorek, 21 października 2014

Miłość i szacunek w rodzinie – dr Emmerson Eggerichs


Tytuł: Miłość i szacunek w rodzinie
Autor: Dr Emmerson Eggerichs
Wydawnictwo: Esprit
ISBN: 978-83-63621-81-0
Ilość stron: 320
Cena: 34,90 zł

Konflikt na linii rodzice-dzieci, dzieci-rodzice trwa niezmiennie od lat.
Każde kolejne pokolenie obiecuje sobie, że nie powieli schematów postępowania praktykowanych przez swoich przodków, jednak niewielu udaje się wyrwać z błędnego koła nieodpowiednich reakcji.
Dr Emmerson Eggerichs w swojej książce dzieli się swoim życiowym doświadczeniem, starając się odpowiedzieć na pytania o to, co robić, by rodzina funkcjonowała jak najlepiej.
Zwraca przy tym szczególną uwagę na to, że każda ze stron: rodzice i dzieci, oczekują od siebie czegoś innego. Rodzice żądają od swoich potomków, natomiast dzieci pragną czuć się kochane. Gdy którakolwiek z tych potrzeb nie zostanie zaspokojona, a druga strona zrezygnuje z mądrego postępowania i da się ponieść emocjom, bardzo łatwo możemy wpaść w to, co Eggerichs nazywa rodzinnym błędnym kołem: dziecko, które nie czuje się kochane nie będzie zwracało się do rodzica z szacunkiem, natomiast rodzic, który nie odczuwa szacunku, nie będzie okazywał miłości: tak długo jak jedna ze stron nie ustąpi, machina będzie się nakręcać, niebezpiecznie przyspieszając i nierzadko powodując dramaty.

Eggerichs to nie tylko psycholog i doradca, ale przede wszystkim doświadczony, choć jak sam mówi – wcale nie idealny – ojciec, szukający wskazówek dotyczących wychowania dzieci w Piśmie Świętym.
Ksiązka ta jest zatem nie tylko poradnikiem postępowania z dziećmi i rodzicami, ale także przewodnikiem po tych fragmentach Biblii, które mogą nas konkretnie ukierunkować i stać się punktem wyjścia do stosowanych przez nas rozwiązań wychowawczych.

Autor przekazuje swoim czytelnikom wiedzę o sposobach na zatrzymanie rodzinnego błędnego koła; rezygnację z krzyku za krzyk, metody, będącej główną z przyczyn  nieporozumień i zranień; uczy jak mądrze i spokojnie odpowiadać na złość, płacz i inne formy wymuszenia stosowane przez nasze pociechy (w różnym wieku); daje świadectwo tego jak okazywać dzieciom miłość, by te naprawdę je poczuły, odpłacając się nam szacunkiem; jak unikać sytuacji, w których możemy dziecko sprowokować do niechcianych reakcji (wybuchy złości, histerii, oskarżenia, raniące słowa itd.)

Książka ta to w dużej mierze lekcja rozumienia drugiego człowieka i spora lekcja dojrzałości oraz pokory, a także sztuki kompromisu i empatii, o której często w stosunku do najbliższych zapominamy.

Dobra, wartościowa lektura dla obecnych i przyszłych rodziców, którzy chcą świadomie wychowywać swoje pociechy i uczyć je właściwych postaw i racjonalnego reagowania. To także szkoła okazywania uczuć, z czym wielu z nas, uwięzionych w cyberprzestrzeni ma dziś rzeczywisty problem.

czwartek, 5 września 2013

W imię miłości – Katarzyna Michalak


Tytuł: W imię miłości
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308052082
Ilość stron: 280
Cena: 32,90 zł


Katarzyna Michalak zasłynęła jako autorka wzruszających powieści dedykowanych przede wszystkim kobietom. Poruszana w nich tematyka znacznie bliższa jest, mam wrażenie, wrażliwości płci pięknej. Jej teksty przez wielu traktowane są jako niebywale rozrzewniające i dotykające ważkich kwestii.

Przedmiotem najnowszej książki Michalak jest historia życia dziesięcioletniej Ani i jej mamy, Małgorzaty.
Bohaterka, to kobieta odrzucona zarówno przez ojca swojego dziecka, jak i własnego tatę. Skazana na pozbawione rodziny życie, stara się obdarzyć swoją córeczkę wszystkim co najlepsze. Niestety, dobiegając trzydziestki dowiaduje się, że choruje na nieoperacyjnego raka mózgu. Pozbawiona nadziei, popada w depresję, skazując Anię na opiekę nad chorą mamą i życie z podwójną dawką optymizmu – za siebie i za nią.
Dziewczyna, patrząc boku, doskonale radzi sobie w roli tymczasowej głowy rodziny. Otwiera internetowy sklepik [o słodka naiwności!], z którego czerpie jedyne dochody, dba o chorą mamę, kąpie ją [inapplicable!], zapewnia jej lekarstwa, a po czasie bada również możliwości leczenia, odbywając internetowe konsultacje u lekarzy na całym świecie.
Gdy Małgorzata czuje, że jej życie dobiega końca, kontaktuje się z ojcem Ani, prosząc go o opiekę nad nią, gdy ta odbędzie ryzykowną podróż do dziadka – z nadzieją, że tym razem nie wyrzuci jej za próg. Jej decyzja jest tym bardziej dramatyczna, że niepowodzenie planów wiązało się będzie z przekazaniem Ani do domu dziecka.  Ułaskawienie dziadka, to jedyna nadzieja dziewczynki na życie w gronie rodzinnym.
W imię miłości opisuje losy małej bohaterki, która w Koniecdrodze, znalazła drugie życie, zmieniając losy i serca zarówno swojego dziadka, jak i ojca Neda. Spędzając z nimi długie dni, pokazuje jak silną i rozsądną jest dziewczynką, a także jak wiele potrafi poświęcić dla najbliższych. To obraz dziecka rezolutnego, odważnego i bardzo doświadczonego przez los, które mimo wielu nieszczęść jakie na nie spłynęło, nie stało się gburowate i mściwe. Ani przeciwstawiona została inna młoda bohaterka: złośliwa, cyniczna, wykorzystująca innych do własnych celów. Michalak konstruuje bohaterów kontrastujących ze sobą i w towarzystwie wyostrzających swoje najważniejsze cechy. Nie pomija szwarccharakterów, by oddać hołd dobru i przebaczeniu.

Michalak rysuje historię, która mocno wzrusza i którą czyta się bardzo dobrze, ale która momentami razi swoim odrealnieniem i naiwnością. Wydarzenia są hojnie podkoloryzowane, a niektóre z nich choć mogły mieć miejsce – wydają się nierzeczywiste, nawet w dobie postępującej cyfryzacji. Słodycz i miłość wylewające się z książki są wszechobecne.

Zaczynam rozumieć fenomen autorki, której teksty rzeczywiście mogą się podobać. Choć W imię miłości jest opowieścią przewidywalną, to jednak może działać na emocje, może ewokować wzruszenie, może nawet sprawić, że ktoś ukradkiem otrze łzę.
Ktoś, nie ja. Dla mnie, mimo że czytałam ją z przyjemnością, to jednak słodkości było ciut za dużo. Do wielkich fanek po lekturze tej książki należeć nie będę, ale z chęcią poznam resztę twórczości Michalak.
Tym, co zdecydowanie może od woluminu odrzucać jest okładka, której nie mogę zbyć milczeniem. Tandetna, słodka do mdłości, przywodząca na myśl starej daty harlequiny – a wszystko przez wykorzystaną ilustrację, która z całą pewnością jest niekorzystna.


sobota, 24 sierpnia 2013

Lori Nelson Spielman – Lista marzeń



Są takie publikacje, do których ciągnie nas niczym magnes – widzimy okładkę, tytuł i nawet nie musimy czytać opisu, by wiedzieć, że TO JEST TO. Podobno to książka życia wybiera nas, a nie my ją. Wielokrotnie przekonałam się o prawdziwości tego twierdzenia, gdy w moje ręce, zupełnie niespodziewanie, trafiały najpiękniejsze opowieści jakie dane mi było czytać. Należy do nich również historia spisana przez Lori Nelson Spielman, której poświęciłam kolejne dwa dni, otrzymując w zamian wiele wzruszenia, łez, uśmiechu, ale nade wszystko wyzierających z książki ogromnej miłości, czułości i zrozumienia, które podczas lektury pozwalały mi poczuć się jak w domu, o którym zawsze marzyłam.

To pełna ciepła, nadziei i optymizmu słodko-gorzka opowieść o kobiecie, która po śmierci matki, według jej życzenia, kieruje się w życiu listą marzeń, którą spisała będąc dzieckiem. Na zrealizowanie planów na niej zawartych ma rok – jeśli jej się nie uda, jako jedyna z dziedziców nie otrzyma ogromnego spadku. Choć początkowo Brett ma wrażenie, że jej matka u kresu życia postradała zmysły, okazuje się, że lista zakręci życiem bohaterki tak mocno, że w końcu zacznie cieszyć się jego pełnią, robiąc to, co naprawdę kocha, a na co nigdy nie miała odwagi.
Mój odbiór tej powieści jest tym bardziej intensywny, że silnie zidentyfikowałam się z główną bohaterką, która w bardzo krótkim czasie po zdiagnozowaniu u jej mamy nowotworu, straciła ją bezpowrotnie.
Mówiono mi, że długa walka z rakiem jest gorsza niż krótka, ale nie mam pewności, czy to się sprawdza w przypadku tych, którzy zostają – czytam i widzę swoje wątpliwości. Idę dalej: Śmierć Mamy nastąpiła tak szybko po diagnozie, że wydaje mi się to zupełnie nierealne, jak sen, z którego zaraz z westchnieniem ulgi się obudzę. Zamiast tego często zaraz po przebudzeniu nie pamiętam o tej tragedii i potem muszę przechodzić przez uświadamianie sobie i przeżywanie wszystkiego od nowa, znów i znów, jak Bill Murray w „Dniu Świstaka”[1].
Ciężko czyta się o czymś, czego właśnie się doświadcza, ma to jednak wiele zalet: podczas, gdy dla innych powieść ta będzie kolejną opowieścią o pogoni za marzeniami, dla innych (mnie) stanie się oczyszczającą lekturą, niosącą pociechę i – choć miejscami bolesną – gojącą jątrzące się rany. Myślę, że to znaczyłoby dla autorki bardzo wiele: książka stanowiąca realną pomoc, widoczną terapię - magiczna moc słów.
Wspaniała książka, dostarczająca morza wzruszeń. To powieść podobna do gorącej herbaty pitej w coraz chłodniejsze letnie wieczory: należy się nią delektować i sączyć powoli, kosztując każde kolejne zdanie niczym największy rarytas.
Wiele w niej inspiracji PS Kocham Cię Cecilii Ahern - za każde spełnione marzenie z listy, bohaterka otrzymuje pośmiertny list od mamy, stanowiący część duchowego spadku, którego wykonawcą staję się młody adwokat. To nawiązanie wiele dla mnie znaczy - powieści tej irlandzkiej pisarski darzę bowiem ogromnym sentymentem.
Temat nie jest nowatorski, jednak w czasach, gdy wszystko zostało już napisane, to nie on staje się najważniejszy: liczy się ludzka historia, która choć bliźniaczo podobna wielu innym, ma elementy jednostkowe, dla których warto pogrążyć się w lekturze.
Autorka wykazała się niezwykłą wrażliwością na melodię języka, jej opowieść właściwie czyta się sama, jest płynna, wybornie delikatna, subtelna, a przy tym tak zakręcona, że zauroczy każdego. Dla mnie to prawdziwie piękna opowieść, kierowana do wszystkich, którym nie obce jest konfrontowanie się z trudną rzeczywistością, by za wszelką cenę zrealizować marzenia, będące naszymi naturalnymi powinnościami; marzenia, czyniące nas lepszymi.

Czyta się wyśmienicie!


[1] Lista marzeń, Lori Nelson Spielman, Poznań 2013, s. 16.

czwartek, 17 stycznia 2013

Rodzina na pokaz - Kevin Wilson


Tytuł: Rodzina na pokaz
Autor: Kevin Wilson
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN:978-83-7839-400-6



Kevin Wilson, mimo, że dotąd mi nieznany, wciągnął mnie w wykreowany przez siebie świat ze starannością mistrza.
Stworzenie realiów, tak dobrze nam znanych, a jednak tak odległych, w których ludzie zmuszeni są do dokonywania wyborów, przed którymi nigdy nie chcieliby stanąć, gdzie miłość do rodziny okazuje się być przeszkodą na drodze miłości do sztuki i pasji – to wszystko sprawia, że Rodzina na pokaz jawi się jako książka niebywale bliska i autentyczna. Każdy z nas stanął kiedyś przed podobnym dylematem, choć przystrojonym w inne piórka, dalece różniącym się od tego przedstawionego na kartach książki, lecz wciąż jawiącego się jako znany z empirii.
Nie dziwi, że książka ta została doceniona przez krytyków i wpisana na listy dziesięciu najlepszych książek roku wielu magazynów, w tym „The Time”, „People”, „Publisher Weekly” i „Esquire”. Nie rankingi stanowią jednak o jej sile, lecz niezwykłe dobrze wykorzystany potencjał i siła oddziaływana na czytelnika: ta opowieść bawi i wzrusza jednocześnie. Jest smakowitym kąskiem, którego chciałoby się połknąć w całości za jednym zamachem i który wciąż chciałoby się mieć.
Jej bohaterami są Camille i Caleb, uważający siebie za artystów. Są to ludzie na tyle osobliwi, że nie zawsze potrafią odróżnić prawdziwe życie od życia scenicznego: wszystko jest dla nich niekończącym się spektaklem. Ich pomysły budzą mieszane uczucia, w dużej mierze stanowią bowiem cienką linię między kontrolowanym chaosem a szaleństwem. Niestety, ich nieobliczalna „sztuka” powoduje, że naruszone zostaje życie ich dzieci, które zostają w działalność rodziców wciągnięci. Pozbawia ich to prawdziwego dzieciństwa, poczucia bezpieczeństwa i jakkolwiek uporządkowanego świata. Wszystko wydaje się być spontaniczne i pozornie kontrolowane. Decydują się oni bowiem na odgrywanie różnych scen w zaplanowanych wcześniej miejscach, a ich widzami stają się przypadkowi ludzie, nieświadomi całego zamieszania. Najczęściej wierzą oni w to, co widzą, przyjmując działania teatralne za prawdziwe. Powodują tym samym satysfakcję Fangów, którzy żyją w przeświadczeniu, że to ich talent spowodował, że grana scena jawiła się jako autentyczna.
Cała rodzina jest niczym objazdowy teatr. Niestety, dla dzieci nie są do warunki dobre do prawidłowego rozwoju. Życie w ciągłym niepokoju i niepewności następujących po sobie wydarzeń sprawia, że daleko im do chcianej normalności i rutyny. Ciągłe życie na walizkach, udawanie, odgrywanie scen zafałszowanych, sprawia, że nie potrafią odnaleźć się w swoich późniejszych życiach.
Swoista trauma z dzieciństwa zupełnie namieszała im w głowach, sprawiając, że jako dorośli zupełnie nie radzą sobie z rozwiązywaniem konfliktów ani problemów każdej natury: osobistej i zawodowej. Próbują rozpocząć nowe życia, Anna jako średniej klasy aktorka, Buster jako nieznany pisarz. Oboje okrywają się niesławą, popadają w nałogi, zostają zapamiętani, jako postaci jednoznacznie negatywne i nieradzące sobie z niczym. Po latach staje się jasne, że nie są oni zdolni do życia w społeczeństwie, przez co zmuszeni są do powrotu do rodziców, którzy poprzez takie, a nie inne wychowanie uzależnili ich od siebie na dłuższą metę.
Okazuje się, że ci szykują już prawdziwy performance, który postawi pod znakiem zapytania ich relacje oraz priorytety. Widowisku, do którego tak skrzętnie się przygotowują, ma być najbardziej spektakularną rzeczą w ich życiu.

Wilson w swojej książce kładzie duży nacisk na problematykę spełniania się kosztem innych, poświęcania dzieciństwa swoich pociech dla własnych, wygórowanych ambicji i często chorych pomysłów. Nietypowe wychowanie jest ostatnio w modzie, nie możemy jednak popadać w skrajności, by nie skazać dzieci na bycie niezdolnymi do życia w prawdziwym świecie.
Sztuka Wilsona, jest sztuką destrukcyjną, która zamiast tworzyć człowieka, niszczy go w samym zalążku. Zamiast rozwijać – przekreśla wszystko, dezorientuje i nie nadaje życiu sensu. Odziera z dzieciństwa, przyczynia się do podejmowania kroków  śmiałych, ale zupełnie nieprzemyślanych.
Autor próbuje podjąć z czytelnikiem dyskusję skupiającą się na istocie sztuki: czym tak naprawdę jest, jak wiele można dla niej poświęcić? Między wierszami stawia pytania uniwersalne: o sens tworzenia.

Wilson przy tak kontrowersyjnej tematyce nie stara się szokować językiem. Zdecydował się na proste opisy, prostą wymianę zdań. W jego powieści nie znajdziemy kunsztownych sformułowań i słownej wirtuozerii. Na plan pierwszy wysuwa się problematyka, nie zaś język, dzięki czemu o wiele skuteczniej dociera do szerokiego grona odbiorców.

Polecam. I lekturę, i głos w dyskusji.

wtorek, 25 września 2012

Mężczyźni, których kochałam - Adele Parks



Tytuł: Mężczyźni, których kochałam
Autor: Adele Parks
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 414
ISBN: 978-83-7508-485-6










Gdy człowiekowi uda się trafić na osobę, która wydaje się być jego drugą połówką pod każdym względem, trzyma się jej kurczowo. Życie przestaje być rutyną, a staje się przyjemną, pełną ciepła i wzajemnego zrozumienia wędrówką przez meandry codzienności.
Tak było w wypadku Nat i Neila. W oczach znajomych uchodzili za parę idealną, nie mającą przed sobą żadnych, nawet najmniejszych sekretów, szanującą swoje prace, choć tak bardzo różne, podziwiającą swoje zainteresowania, choć balansowały na dwu odległych biegunach.
Związek, któremu nawet po latach patronowała bezwarunkowa miłość, oddanie, wierność i zgodność w kwestii braku chęci do posiadania potomstwa, zadeklarowana na długo przed zawarciem związku małżeńskiego. Wszystko jednak dramatycznie zmienia się, gdy pewnego dnia Neil wspomina o tym, że jego pragnienie rodzicielstwa nagle się nasiliło. Nat, pozostawała nieugięta, jej mąż próbował wszelkich sposobów, by przekonać ją do macierzyństwa lub też chociaż rozpocząć jakiekolwiek negocjacje czy rozmowę. Każda jego próba kończyła się karczemną awanturą i jedynym z możliwych tłumaczeń: „Nie chcę, bo nie. Ustaliliśmy to.” Nat, tak bardzo zatraciła się w swojej niechęci, że nie zauważyła nawet jak jej mąż zaczyna się od niej oddalać. Oboje stąpali po niepewnym gruncie – ona, czując, że gdzieś popełniła błąd, że Neil to prawdopodobnie wcale nie Ten Jedyny, rozpoczyna ciąg randek z byłymi chłopakami, mających na celu ujawnienie się tego, którego przeoczyła i nie doceniła. Neil z kolei, szuka pocieszenia w ramionach striptizerki Cindy – płaci nie za widok jej nagości, lecz za ciepłą rozmowę o jej córce, za wymianę poglądów i towarzystwo.
Oboje, Nat i Neil, swoje popołudniowe spotkania utrzymują w wielkim sekrecie przed sobą. Kończą się czasy szczerości, ich małżeństwo powoli się rozpada, oboje są nieszczęśliwi, a wszystko potęguje niczym nie skrępowane gadulstwo ich znajomych, które pewnego dnia przypadkowo staje się roznosicielem prawdy.

Nat, której przez całe życie towarzyszył paraliżujący strach, boi się teraz, że utraci męża. Neil, nie wiedząc dlaczego jego żona nie chce mieć dzieci, szuka sposobu i słucha rad striptizerki na uśpienie czujności ukochanej. Kończy się jednak awanturą i hucznym rozstaniem. Jak na tę wiadomość zareagują ich najbliżsi znajomi? Jak potoczy się życie tej dwójki?


Okładkowe fragmenty opinii uważam za krzywdzące. Nazwanie tej książki komedią, to katastrofalna pomyłka. Być może kogoś śmieszą ludzkie tragedie, fakt, że najczęściej wynikają one z drobnych nieporozumień, niedomówień, które niczym jątrząca się rana przeradzają się nagle w bombę z samozapłonem. Być może ktoś uzna splot wypadków zaprezentowanych na kartach tej książki za komedię pomyłek – jednak, należałoby się zastanowić czy gdyby coś podobnego wydarzyło się w naszym życiu, gdyby tak wielka tragedia dosięgła kogoś z nas, gdyby kurczowo zaciskające się na szyi widmo paraliżującego strachu determinowało każdy nasz ruch i decyzję – czy wtedy nadal twierdzilibyśmy, że to komedia? Czy pęknięte serce przyjęłoby takie usprawiedliwienie? Wątpię.
To powieść obyczajowa, z widmem wielkiego cierpienia w tle, czytadło posiadające głębię emocjonalną. W żadnym wypadku nie komedia.
Polecam, na pewno nie dla odstresowania, bo emocji będzie wiele, ale w ramach świeżego spojrzenia na swój związek, przyjaźnie, zastanowienia się czy aby na pewno w relacjach tych jesteśmy bezwarunkowo szczerzy, czy nie ukrywamy czegoś, co może całkowicie zmienić perspektywę i czy nie tłumimy dawno ukrytych żalów. 


sobota, 15 września 2012

Wyznania upiornej mamuśki – Jill Smokler


Tytuł: Wyznania upiornej mamuśki
Autor: Jill Smokler
ISBN:  978-83-7839-263-7
Liczba stron: 192
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012







Wbrew powszechnie panującym stereotypom nie każda kobieta stworzona jest do macierzyństwa. Nie każda odczuwa ten naturalny zew krwi, który powoduje, że na widok małych zaróżowionych nosków, rączek i stópek otwiera jej się serce i natychmiast wylewa się z niego cała gama matczynych uczuć, z gorącą miłością i wyrozumiałością na czele.
Nie każda kobieta marzy dniami i nocami o tym, by zajść w ciążę, nie każda w tym czasie rozkwita, a już prawie żadna nie chce przyznać się do tego, że w jej wypadku natura chyba się pomyliła – że ona naprawdę nie najmniejszej chęci i nie umie być wzorową matką, że to nie tylko fanaberia, poprzez którą kobieta nie chce przyjąć do wiadomości, że jej życie pełne wolności właśnie zostało skreślone, a zaczął się znój i praca na pełnym etacie, bez możliwości zwolnień, urlopów czy jakichkolwiek spóźnień. To po prostu naga prawda.
Oto prawda – nie każda kobieta chce i potrafi być matką. I nie zmieni tego nic – widok niemowlaka, jego uśmiechu, pierwszych kroków – nic. Choć będzie je kochała, to nie będzie TO, o czym tak doniośle rozprawiają mamy, które dziecka pragnęły i liczyły się z wszystkimi konsekwencjami jego przyjścia na świat.

Nie trudno się domyślić, że Jill Smokler o żadnym dziecku nie śniła. Owszem, miała męża, owszem byli rodziną, ale dziecko? Nie wchodziło w grę. Pociecha autorki jednak jeszcze zanim przyszła na świat potrafiła twardo postawić na swoim i przebić się przez wszelkie przeszkody, ze środkami antykoncepcyjnymi na czele.
I tak oto życie pewnej kobiety, zamieszkującej planetę zwaną Ziemią, zmieniło się nie do poznania i już nigdy nie miało wrócić na właściwie tory. Znalazło się w przestrzeni międzyplanetarnej i już na zawsze miało w niej pozostać. Jedyną pociechą dla przyszłej matki stało się pisanie blogu, na którym postawiła na szczerość i bez zbędnych pięknych słów opisywała jakie emocje towarzyszyły jej od chwili poczęcia, aż do wychowywania kolejnego, i jeszcze kolejnego dziecka.
W jej opisach roi się od cierpkich słów, gorzkich refleksji, złośliwych uwag, ciętych opisów codziennego życia, a wszystko to podane jest w taki sposób, że osoba, która nie musi jeszcze przeżywać tego samego[tak, ja!] zanosi się głośnym śmiechem. Przypuszczam, że mamy czytające te książki również mogą wybuchać śmiechem, lecz w ich wypadku będzie to raczej śmiech solidarności. Smokler odziera z lukru całą istotę macierzyństwa. Nie pozostawia suchej nitki na niczym ani nikim, obnaża się całkowicie i nie stroni od błyskotliwych uwag, otwierających oczy wszystkim, którym przesłoniły je różowe śpioszki dziecka.

Książka ta, oprócz opisów codziennych zmagań matki z jej rosnącymi i rozwrzeszczanymi pociechami, z całą rodziną, która nagle zmienia się w Centrum Dobrą Radę, zawiera także część komentarzy z blogu autorki, które rozpoczynają każdy kolejny rozdział i również cechują się szczerością wręcz bolesną. Matki, dzielą się uwagami i spostrzeżeniami o jakich nie powie żaden poradnik dla przyszłej mamy, zapisują swoje bolesne doświadczenia, ale też świadczą o radości jaką dało im macierzyństwo. Ile mam, tyle opinii, ale łączy je jedno – stała gotowość na bycie przy swoim dziecku – nieważne czy odczuwana jako coś naturalnego, czy powodowana musem.

Komu polecam tę rewelacyjną książkę? Mamom, przyszłym mamom, tym, które nie chcą być mamami, ale też: dzieciom i nade wszystko: ojcom! Tak, tak panowie – nawet nie wiecie jak wiele błędów popełniacie myśląc, że każda kobieta doskonale się „bawi” wychowując dziecko i jakiego karygodnego zaniedbania dopuszczacie się, gdy po narodzinach Waszej pociechy udajecie, że dla Was nic się nie zmieniło i nadal możecie żyć tak jak dotychczas.
Strzeżcie się, mamy całego świata jednoczą przeciwko Wam siły!

czwartek, 6 września 2012

Mama ma zawsze rację! A korektor nie.


Tytuł: Mama ma zawsze rację
Autor: Sylwia Chutnik
ISBN:  978-83-62829-07-1

Korekta (albo jej brak): Kamila Wrzesińska
 

O Chutnik słyszałam wiele i pewnie jeszcze niejedno usłyszę. Laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008 (dzięki książce Kieszonkowy atlas kobiet), działaczka społeczna, kulturoznawczymi, kierowniczka Fundacji MaMa zajmującej się prawami matek.

Jej najnowsza książka – Mama ma zawsze rację – wpisuje się w nurt tematyczny jaki zapoczątkowała jej działalność.

Ale, ale. Czym właściwie jest owa książka? To zbiór felietonów, z których część w latach 2009-2011 publikowana była na łamach magazynu „Gaga”. Gdybym powiedziała, że to teksty z rodzaju tych, które każdy mógłby z powodzeniem napisać i które nie prezentują sobą nic świeżego, skłamałabym.
Książka Chutnik skrzy się humorem, czyta się ją rewelacyjnie. Za temat obrała sobie ona przedstawienie cieni i blasków macierzyństwa, ze znaczącą przewagą tych pierwszych. Wszystko jednak potraktowane zostało z przymrużeniem oka, w wielu miejscach z powagi wytworzył się żart, absurdalny humor i perfekcyjna groteska. Ironiczne, przenikliwe, inteligentne i nieprawdopodobnie trafne uwagi Chutnik, to tak naprawdę kawał bardzo dobrej literatury, przy której co rusz będziemy parskać śmiechem i żarliwie przytakiwać. Ukazuje ona polską rzeczywistość, tradycyjnie rozumiane bycie matką i ojcem w krzywym zwierciadle, z często wręcz bolesną i ciętą ironią, a dzięki temu – tak bardzo potrzebną.
Choć z kilkoma poruszanymi kwestiami się nie zgadzam, do czego mam pełne prawo, w  żaden sposób nie umniejsza to wartości książki. Światopoglądowo w niektórych momentach z autorką różnię się diametralnie, nie znaczy to jednak, że nie mogę podziwiać lekkości jej pióra i zachwycać się zręcznością z jaką buduje kolejne zdania – ma się wrażenie, że one płyną same, że to perpetuum mobile, które raz puszczone, nie przestanie samo się napędzać. I ta naturalność, to płynięcie z nurtem i odczuwalne tworzenie pod wpływem chwili, a nie po długim oczekiwaniu na przychylność muz, jest odczuwalne.
Źródło

Wciąż mało byłoby gdybym skończyła jedynie na zachwytach nad formą. Co jeszcze jest rewelacyjne? Wydanie! Kolaże autorstwa samej Chutnik, często nie mniej ironiczne niż  treść właściwa, stanowią doskonałe uzupełnienie książki. Próbkę tego co w środku mamy już na okładce, która zaświadcza o tym, że nic co banalne, nie ma w tej publikacji prawa bytu. I o to chodzi! Wciąż za mało takich lektur, wciąż za mało tak odważnych pisarzy, którzy sprawialiby, że lektura nie wyda się już niektórym jedynie nużącą czynnością, lecz doskonałą formą rozrywki, taką, która wprawia w doskonały humor na długo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie wytknęła. A co, Chutnik można, to i mnie też. Permanentnie, co rusz, co dwa słowa, w książce tej pojawia się znienawidzona przeze mnie ZŁA odmiana imienia Bruno, o której wspominałam już także przy okazji innej książki.
Ciarki przechodziły mnie co krok, gdy natykałam się na Bruna, czytałam co z Brunem i walczyłam, by nie krzyczeć widząc kolejną katastrofalną formę, odmienioną na pewno nie według polskich zasad.
Choć jest to ciężkie, jestem nawet w stanie wyobrazić sobie, że matka nadając swojemu dziecku jakieś imię, nie potrafi go poprawnie odmienić. Cóż, zdarza się, słuchamy fałszywych autorytetów, powielamy błędne schematy, powtarzamy to, co gdzieś zasłyszeliśmy i wydaje się nam to na tyle oczywiste, że nie zadajemy sobie trudu, by sprawdzić czy przypadkiem nie jesteśmy w błędzie. Dziwi mnie to jednak o tyle, że Chutnik wiele pisze o świadomości, której momentami sama nie posiada, jednak wiadomo – errare humanum est. ALE! Jak takie formy może przepuścić korektor?! Zdarzają się edytorskie wpadki, jednak zazwyczaj wtedy, gdy wyraz pojawia się jednokrotnie. Jeśli jednak jego częstotliwość jest tak wielka, NIE MOGĘ POJĄĆ, jakim cudem tak kardynalny błąd mógł się uchować. Nie czepiam się, tylko uwrażliwiam. Może komuś czytanie takiej tragedii nie przeszkadza – mnie dotyka jednak do żywego. Po co ktoś płaci za korektę, po co ktoś, kto teoretycznie jest wyposażony w potrzebną wiedzę, trudzi się nad tekstem, skoro później do druku zostaje dopuszczony taki twór?  Żeby był to błąd rzadko popełniany – też nie byłoby okej, bo od tego jest korektor, żeby błędów NIE BYŁO. Mało tego, temat niepoprawnego Bruna co rusz poruszany jest przez autorytety językowe. Słowniki krzyczą, Jan Miodek i Jerzy Bralczyk rwą włosy z głowy, a w Polsce nadal dumnie panoszy się ktoś zwany potocznie Brunem.  NIE, NIE, NIE. Na takie grzechy językowe nie będę patrzeć spokojnie. Zapamiętajcie, NIE: nie ma Bruna, lecz nie ma Brunona. Mówię nie o Brunie, lecz o Brunonie, idę nie z Brunem, lecz z Brunonem.

Uff. Mniej pastwić się będę nad równie często powtarzaną błędnie formą "w każdym bądź razie”.
Ludzie! W każdym razie ALBO bądź co bądź. Na litość boską, nie łączcie tego, nie róbcie tak ciężkich do strawienia błędów frazeologicznych, tylko dlatego, że ładnie [dla kogo ładnie, dla tego ładnie] brzmią.

Odsyłam po raz kolejny:




A książkę i tak oceniam na 5! Co wrażliwszym proponuję jednak przed lekturą zaparzyć sobie melisę :)

 Do posmakowania: klik

piątek, 3 sierpnia 2012

Tata XXI wieku - jaki jest?



Tytuł: Tata
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Autor: zbiorowy
Rok wydania:
2012
Kategoria: Biografie, wspomnienia
ISBN: 978-83-7839-173-9
Liczba stron: 200
Cena detaliczna: 34,00 zł



W świecie, w którym powoli zanika patriarchat, a tata ma takie samo prawo pojawić się na placu zabaw z dzieckiem, jak i mama, coraz szybciej zmienia się sposób patrzenia na ojcostwo.
Dziś nikogo nie dziwi, że ojciec nie stanowi jedynie surowej i karzącej głowy rodziny, lecz jest także czułym opiekunem dla swojego potomstwa, który nie boi się, że przez okazywaną miłość rodzicielską zostanie uznany za niespecjalnie męskiego. Wręcz przeciwnie! Postawa kochającego, opiekuńczego ojca stanowi źródło wzruszeń oraz niesłychanie imponuje. Imponuje  to, że prawie żaden mężczyzna nie ma dziś obawy przed okazywaniem uczuć, co do niedawna wcale nie było sprawą tak oczywistą.
Obserwując silne zmiany cywilizacyjne, dziennikarka oraz autorka bajek dla dzieci, Sonia Ross, postanowiła wziąć pod lupę kilku ojców – ojców wyjątkowych, bo zmagających się z piętnem sławy i rozpoznawalności, a co za tym idzie – większymi pokusami oraz niejednokrotnie rzadką obecnością w domu rodzinnym.
Ross przeprowadziła wywiady z czternastoma tatusiami, znanym z szeroko rozumianych mediów – część z nich to aktorzy, sportowcy, muzycy, a część to dziennikarze. Każdy z nich boryka się z trudem odgrodzenia swoich najbliższych od szumu medialnego jaki się wokół nich roztoczył oraz zapewnienia swoim pociechom szczęśliwego i spokojnego dzieciństwa.
W publikacji tej znajdziemy kolejno wypowiedzi Stefana Friedmanna, Andrzeja Grabowskiego, Krzysztofa Hołowczyca, Tomasza Karolaka, Andrzeja Krzywego, Łukasza Nowickiego, Bartosza Obuchowicza, Przemysława Salety, Tomasza Sekielskiego, Marka Siudyma, Krzysztofa Skiby, Michała Wiśniewskiego, Tadeusza Woźniaka oraz Xawerego Żuławskiego.
Każdy z nich odpowiedział na szereg pytań dotyczących trudów ojcostwa w dzisiejszym świecie, podzielił się swoimi radościami i smutkami wynikającymi z posiadania i wychowywania swoich dzieci oraz wrócił wspomnieniami do czasów swojego dzieciństwa. Część wypowiedzi stanowi rozczulający dowód na ojcowską miłość, jest wzruszającym świadectwem istnienia silnej więzi między tatą a dzieckiem; gros jest także próbą zmierzenia się z własną niedoskonałością i tym co w swoim przekonaniu na drodze wychowania niektórzy z artystów zawalili. Niewątpliwie całość stanowi doskonałą lekturę zarówno dla Pań, dla Panów jak i dla osób planujących założenie rodziny – z pewnością będzie to wielka lekcja odpowiedzialności. Bo choć zarówno artyści, jak i ich podejście do pewnych spraw jest całkowicie różne, łączy ich jedno – pragnienie wychowania swoich pociech na osoby zdolne do posiadania i bronienia swojego zdania, a nie ślepo idące za gromadą. Ponadto sławni tatusiowie pragną, by ich dzieci same zaplanowały swoją przyszłość – nie chcą ich ograniczać ani w żaden sposób narzucać swojego zdania. Godne podziwu.
Jacy tak naprawdę są znani z szerokiego ekranu tatusiowie? Czy pozornie rozrywkowi i nieodpowiedzialni mężczyźni, są w stanie zapewnić swojej rodzinie radość życia i poczucie stabilizacji? Na te i inne pytania odpowiedzi znajdziecie w książce Tata, w której każdy rozdział poprzedzony jest i zakończony zdjęciami sławnych ojców i ich pociech. Gorąco polecam!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera:
http://www.lekturyreportera.pl/ksiazki/jak-byc-dobrym-ojcem-w-xxi-wieku/

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Kwiaty na poddaszu – Virginia C. Andrews


Sięgając po Kwiaty na poddaszu nie do końca wiedziałam, czego mam się po lekturze tej książki spodziewać.
Choć przeczytałam sporo recenzji, miałam świadomość, że na kanwie powieści powstał film, wielokrotnie słyszałam, że literackie dziecko Virginii C. Andrews na trwałe zostaje w pamięci, to jednak w dalszym ciągu nie byłam gotowa na tę historię.
Nie sposób jednoznacznie orzec co zmusiło mnie do sięgnięcia po tę lekturę, jednak muszę przyznać, że była to decyzja doskonała.
Książka ta, po wielu lekturach ostatnich dni stanowiła dla mnie kwintesencję tego, czego oczekuję od literatury: wrycia się w umysł, bycia w nim na jawie i we śnie; poruszania najdelikatniejszych strun mojej duszy; dotykania tematów trudnych takimi środkami, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie sposób powiedzieć, że książka Andrews jest dziełem nowatorskim: stale bowiem przywodziła mi na myśl swoistą krzyżówkę motywów Stu lat samotności Marqueza z Pokojem Emmy Donoghue. Co prawda, druga z wymienionych pozycji powstała później niż książka Andrews, nie zmienia to jednak faktu, że pewne wątki są w literaturze stale obecne, choć nie jesteśmy nimi bombardowani na masową skalę.
Historia rodziny Dollangangerów stała się moją nową ulubioną serią, do której pewnie niejednokrotnie będę wracać i do jej lektury zapraszać znajomych. Ma w sobie bowiem niezwykłą siłę przyciągania. Choć nie stanowi przyjemnej lektury na kilka dni, jest raczej trudną i bolesną podróżą po świecie ludzi zdominowanych przez środowisko i uzależnionych od jednostek silniejszych od siebie samych, to jest jednak książką wobec której nie sposób przejść obojętnie.
Problem kazirodztwa, sumienia nawiedzającego w przestrzeni onirycznej, powielania błędów swoich rodziców, fanatyzmu religijnego prowadzącego do moralnych nadużyć czy swoistego fatum nie pozwalającego o sobie zapomnieć, to wątki znane i masowo rozpowszechnione na kartach literatury. Andrews połączyła je jednak w taki sposób, przedstawiła historię tak tragiczną, że każda kolejna próba będzie wydawała się już tylko tandetną podróbką.

Bohaterami Kwiatów na poddaszu jest rodzina Dollangangerów. Poznajemy ich, gdy stanowią jeszcze wzorową i szczęśliwą wspólnotę kochających się ludzi. Jedno wydarzenie, sprawia, że na jaw wychodzi tragiczna przeszłość rodziny, a jej członkowie zaczynają podejmować coraz bardziej zgubne decyzje. Gdy ojciec czwórki idealnych dzieci, w dniu swoich urodzin ginie w wypadku samochodowym, wraz z nim ginie szczęście wszystkich członków rodziny.
Zostają oni bez środków do życia, a jedyną możliwością przetrwania jest odzyskanie względów rodziców żony zmarłego. Są oni niezwykle bogaci, jednak wyrzekli się swej córki, gdy przed laty poślubiła swojego wujka. Fanatyzm religijny, którym uczynili motor napędowy wszelkich swoich działań, kazał im uznać zrodzone z tego związku dzieci za pomioty diabła. W tajemnicy przed dziadkiem, dzieci zostają więc zamknięte na poddaszu do czasu jego śmierci, kiedy to ich mama mająca nadzieję na odzyskanie niewyobrażalnego majątku, zostanie ponownie zostanie wpisana do testamentu.
Niestety, śmierć schorowanego człowieka zamiast się przybliżać, coraz bardziej się oddala, a wystraszone dzieci spędzają w zamknięciu całe lata. Brak słońca, witamin, normalnych rozrywek sprawiła, że najmłodsze z nich przestały się prawidłowo rozwijać. Po trzech latach niewoli najstarszy chłopak dokonuje strasznego odkrycia, które na zawsze zmienia życie wszystkich…

Andrews nakreśliła opowieść mrożącą krew w żyłach. Choć nie jest horrorem – mogłaby nim być. Tragedia głównych bohaterów nie pozwala przejść od lektury do normalnego życia. W naszej codzienności towarzyszy nam już bez przerwy czwórka rodzeństwa, nie mogąca normalnie żyć, uczyć się, zawierać przyjaźni.

Podczas całek lektury towarzyszyła mi myśl o tym, jak bardzo zepsutym trzeba być, by w tak okrutny sposób potraktować swoje dzieci. Jak bardzo egoistycznym trzeba być, aby pieniądze przesłoniły nam szczęście własnych potomków, które jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej były dla nas wszystkim. Jaka okrutność musiała kierować ludźmi, którzy byli w stanie przez wiele dni truć schorowane, nie mogące się w żaden sposób obronić dorastające pociechy.
Wiele trudnych pytań zrodziła we mnie ta książka. Mam świadomość, że w tym jednym wypadku, to wytwór literackiej fantazji autorki, wiem jednak, że takie rzeczy zdarzają się naprawdę. Wystarczy włączyć dowolną stację telewizyjną, by być świadkami ogromnego okrucieństwa, by zobaczyć rzeczy, które już nie wzruszają tak jak powinny, bo stały się powszechne, a które mimo wszystko są tragediami wielu istnień.

Gorąco polecam Kwiaty na poddaszu wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji sięgnąć po tę książkę. Przyciąga i hipnotyzuje. Skłania do refleksji i wywołuje trwałe poczucie niepokoju. Przeraża swoją autentycznością i budzi kontrowersje.
Musicie ją znać.
***


Autor: Andrews Virginia C.
Wydawca: Świat Książki
Okładka miękka
Data premiery: 2012-02-15






























































środa, 13 kwietnia 2011

"Klub filmowy" David Gilmour

David Gilmour to kanadyjski pisarz i dziennikarz telewizyjny, zdobywca wielu literackich nagród.  Swoim Klubem filmowym budził we mnie skrajne emocje.

Są książki, które choć robią na nas wrażenie, choć czytaliśmy je z wielkim zainteresowaniem, właściwie nie przerywając lektury niczym innym, są nie do opisania.

Tak jest tym razem. Mam wielki problem z doborem odpowiednich słów do jej zrecenzowania. Nie chcę jej ani skrzywdzić, ani nadmiernie wychwalić.  Nie chcę popełnić błędu, nie chcę by została źle odebrana i być może przez to niezrozumiana,

David Gilmour opowiada historię, o której chciałoby się rzec „to się nie mogło zdarzyć naprawdę!”.
Ksiązka dotyka problematyki wieku dojrzewania, wieku buntu, w którym najczęściej większość rodziców traci dobry kontakt ze swoim dzieckiem, w którym cała miłość okazywana mu przez całe życie zostaje niewdzięcznie odrzucona.
Niewielu rodziców jednak zastanawia się nad tym, jak ciężki to okres w życiu ich dziecka. Nie pamięta, jak trudno poradzić sobie z burzą emocji, poznawaniem świata, pierwszymi związkami, pasjami, niechęcią do szkoły.

David, ojciec nastoletniego syna, dzięki swojej mądrości i być może, przypadkowości, chęci bycia dobrym tatą, należy do grona nielicznych rodziców, którym dane było przeżycie okresu dojrzewania swojego dziecka, jako momentu największego z nim zbliżenia i wytworzenia niesamowitej więzi.
Jego syn, Jesse, kiepsko radzi sobie z nauką, nie odrabia zadań, ukrywa je przed rodzicami. Dla Davida jest to przypomnienie koszmaru, który sam przeżył chodząc do szkoły.
Być może właśnie dlatego, mając na względzie dobro swojego dziecka, gdy te oświadcza, że nie chce już do niej chodzić- zgadza się. Stawia jednak warunek- Jesse nie musi pracować ani płacić czynszu, ma jedynie oglądać z nim 3 filmy tygodniowo, jednak w momencie nakrycia go na braniu narkotyków cała umowa zostaje zerwana.
David, podejmując taką decyzję wykazuje ogromne zaufanie do swojego dziecka, jednocześnie nie będąc pewnym czy właśnie nie przyczynił się do zmarnowania przez niego życia. Jest pełen obaw i wątpliwości. Jednak od raz podjętej decyzji już nie odchodzi.
Wspólne oglądanie filmów staje się pretekstem do rozmów o życiu, dorastaniu, dziewczynach, rozterkach. Rozmów być może momentami zbyt intymnych. Ich klub filmowy pomaga im w budowaniu zdrowej relacji, jakiej często brakuje między ojcem a synem.
Autor w swojej książce dotyka problemu rodzicielstwa, wychowania, stawia pytania o to jaki tak naprawdę mamy wpływ na to co robią i czym zajmują się nasze dzieci, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić by uchronić je przed złem.

Jako, że wielką fanką kina nie jestem, Gilmour wywarł na mnie podwójne wrażenie. Jego książka oprócz tego, że jest książką o dorastaniu do podejmowania pewnych decyzji i konsekwencji z nimi związanych, jest także doskonałym przewodnikiem po świecie filmów. Znajdziemy w niej opisy kinowych klasyków wraz z załączonym z tyłu indeksem wszystkich wykorzystanych w powieści filmów.
Poczułam się zobligowana do obejrzenia chociaż części z nich, do sprawdzenia skąd można zeprać większą wiedzę- ze szkoły czy z telewizji.

Książkę polecam wszystkim fanom kina, wszystkim rodzicom, którzy przeżyli trudności związane z wychowaniem dzieci oraz wszystkim osobom, przed którymi rodzicielstwo stoi jeszcze otworem. Ponadto jest to powieść dla osób dorastających- o tym, jak wspólna pasja może połączyć pokolenia.


4/6

Przekład: Emilia Skowrońska
Seria: Bliżej siebie
Wydawca: Dobra Literatura
ISBN: 978-83-930559-9-9
Miejsce i rok wydania: 29 marca 2011
Format : 145x205 mm
Okładka : miękka ze skrzydełkiem