sobota, 24 sierpnia 2013

Lori Nelson Spielman – Lista marzeń



Są takie publikacje, do których ciągnie nas niczym magnes – widzimy okładkę, tytuł i nawet nie musimy czytać opisu, by wiedzieć, że TO JEST TO. Podobno to książka życia wybiera nas, a nie my ją. Wielokrotnie przekonałam się o prawdziwości tego twierdzenia, gdy w moje ręce, zupełnie niespodziewanie, trafiały najpiękniejsze opowieści jakie dane mi było czytać. Należy do nich również historia spisana przez Lori Nelson Spielman, której poświęciłam kolejne dwa dni, otrzymując w zamian wiele wzruszenia, łez, uśmiechu, ale nade wszystko wyzierających z książki ogromnej miłości, czułości i zrozumienia, które podczas lektury pozwalały mi poczuć się jak w domu, o którym zawsze marzyłam.

To pełna ciepła, nadziei i optymizmu słodko-gorzka opowieść o kobiecie, która po śmierci matki, według jej życzenia, kieruje się w życiu listą marzeń, którą spisała będąc dzieckiem. Na zrealizowanie planów na niej zawartych ma rok – jeśli jej się nie uda, jako jedyna z dziedziców nie otrzyma ogromnego spadku. Choć początkowo Brett ma wrażenie, że jej matka u kresu życia postradała zmysły, okazuje się, że lista zakręci życiem bohaterki tak mocno, że w końcu zacznie cieszyć się jego pełnią, robiąc to, co naprawdę kocha, a na co nigdy nie miała odwagi.
Mój odbiór tej powieści jest tym bardziej intensywny, że silnie zidentyfikowałam się z główną bohaterką, która w bardzo krótkim czasie po zdiagnozowaniu u jej mamy nowotworu, straciła ją bezpowrotnie.
Mówiono mi, że długa walka z rakiem jest gorsza niż krótka, ale nie mam pewności, czy to się sprawdza w przypadku tych, którzy zostają – czytam i widzę swoje wątpliwości. Idę dalej: Śmierć Mamy nastąpiła tak szybko po diagnozie, że wydaje mi się to zupełnie nierealne, jak sen, z którego zaraz z westchnieniem ulgi się obudzę. Zamiast tego często zaraz po przebudzeniu nie pamiętam o tej tragedii i potem muszę przechodzić przez uświadamianie sobie i przeżywanie wszystkiego od nowa, znów i znów, jak Bill Murray w „Dniu Świstaka”[1].
Ciężko czyta się o czymś, czego właśnie się doświadcza, ma to jednak wiele zalet: podczas, gdy dla innych powieść ta będzie kolejną opowieścią o pogoni za marzeniami, dla innych (mnie) stanie się oczyszczającą lekturą, niosącą pociechę i – choć miejscami bolesną – gojącą jątrzące się rany. Myślę, że to znaczyłoby dla autorki bardzo wiele: książka stanowiąca realną pomoc, widoczną terapię - magiczna moc słów.
Wspaniała książka, dostarczająca morza wzruszeń. To powieść podobna do gorącej herbaty pitej w coraz chłodniejsze letnie wieczory: należy się nią delektować i sączyć powoli, kosztując każde kolejne zdanie niczym największy rarytas.
Wiele w niej inspiracji PS Kocham Cię Cecilii Ahern - za każde spełnione marzenie z listy, bohaterka otrzymuje pośmiertny list od mamy, stanowiący część duchowego spadku, którego wykonawcą staję się młody adwokat. To nawiązanie wiele dla mnie znaczy - powieści tej irlandzkiej pisarski darzę bowiem ogromnym sentymentem.
Temat nie jest nowatorski, jednak w czasach, gdy wszystko zostało już napisane, to nie on staje się najważniejszy: liczy się ludzka historia, która choć bliźniaczo podobna wielu innym, ma elementy jednostkowe, dla których warto pogrążyć się w lekturze.
Autorka wykazała się niezwykłą wrażliwością na melodię języka, jej opowieść właściwie czyta się sama, jest płynna, wybornie delikatna, subtelna, a przy tym tak zakręcona, że zauroczy każdego. Dla mnie to prawdziwie piękna opowieść, kierowana do wszystkich, którym nie obce jest konfrontowanie się z trudną rzeczywistością, by za wszelką cenę zrealizować marzenia, będące naszymi naturalnymi powinnościami; marzenia, czyniące nas lepszymi.

Czyta się wyśmienicie!


[1] Lista marzeń, Lori Nelson Spielman, Poznań 2013, s. 16.

9 komentarzy:

  1. Taie historie najbardziej lubie. Poruszające ważne i czasami trudne tematy. Z pewnoscia dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie też zauroczyła okładka, do tego stopnia, że sama chciałabym ją przeczytać, a przeświadczenie, że to będzie dobra lektura nie odstępuje mnie na krok. Po Twojej recenzji widzę, że moje przeczucie może być jak najbardziej słuszne :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też czasem mam wrażenie, że to książka w jakiś sposób wybiera nas. I co więcej staje się lustrem nas samych: widzimy w niej to, z czym akurat łączy się nasze życie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś widziałam okładkę, ale jakoś "przelotem". Możliwe że na wystawie księgarni :) Teraz postaram się za nią rozejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Koniecznie muszę przeczytać : )
    Miłego weekendu : *

    OdpowiedzUsuń
  6. Boli mnie serce, gdy czytam ten fragment... Z bólu. I ta nieodparta chęć, by poczuć choć trochę nadziei... Tak. Ta pozycja jest dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę jedynie napisać, że bardzo Ci współczuję i - tak - rozumiem. Ściskam mocno!

      Usuń
  7. Wyszłam z nią w piątek z księgarni, kompletnie nic o niej nie wiedząc, przyciągnęla mnie okładką, nawet opisu nie doczytałam do końca i poleciał za nią zapłacić, cieszę się więc bardzo że i mnie wybrała ta książka, pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby ten wybór był równie trafny co mój! Owocnej lektury!

      Usuń