czwartek, 6 września 2012

Mama ma zawsze rację! A korektor nie.


Tytuł: Mama ma zawsze rację
Autor: Sylwia Chutnik
ISBN:  978-83-62829-07-1

Korekta (albo jej brak): Kamila Wrzesińska
 

O Chutnik słyszałam wiele i pewnie jeszcze niejedno usłyszę. Laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008 (dzięki książce Kieszonkowy atlas kobiet), działaczka społeczna, kulturoznawczymi, kierowniczka Fundacji MaMa zajmującej się prawami matek.

Jej najnowsza książka – Mama ma zawsze rację – wpisuje się w nurt tematyczny jaki zapoczątkowała jej działalność.

Ale, ale. Czym właściwie jest owa książka? To zbiór felietonów, z których część w latach 2009-2011 publikowana była na łamach magazynu „Gaga”. Gdybym powiedziała, że to teksty z rodzaju tych, które każdy mógłby z powodzeniem napisać i które nie prezentują sobą nic świeżego, skłamałabym.
Książka Chutnik skrzy się humorem, czyta się ją rewelacyjnie. Za temat obrała sobie ona przedstawienie cieni i blasków macierzyństwa, ze znaczącą przewagą tych pierwszych. Wszystko jednak potraktowane zostało z przymrużeniem oka, w wielu miejscach z powagi wytworzył się żart, absurdalny humor i perfekcyjna groteska. Ironiczne, przenikliwe, inteligentne i nieprawdopodobnie trafne uwagi Chutnik, to tak naprawdę kawał bardzo dobrej literatury, przy której co rusz będziemy parskać śmiechem i żarliwie przytakiwać. Ukazuje ona polską rzeczywistość, tradycyjnie rozumiane bycie matką i ojcem w krzywym zwierciadle, z często wręcz bolesną i ciętą ironią, a dzięki temu – tak bardzo potrzebną.
Choć z kilkoma poruszanymi kwestiami się nie zgadzam, do czego mam pełne prawo, w  żaden sposób nie umniejsza to wartości książki. Światopoglądowo w niektórych momentach z autorką różnię się diametralnie, nie znaczy to jednak, że nie mogę podziwiać lekkości jej pióra i zachwycać się zręcznością z jaką buduje kolejne zdania – ma się wrażenie, że one płyną same, że to perpetuum mobile, które raz puszczone, nie przestanie samo się napędzać. I ta naturalność, to płynięcie z nurtem i odczuwalne tworzenie pod wpływem chwili, a nie po długim oczekiwaniu na przychylność muz, jest odczuwalne.
Źródło

Wciąż mało byłoby gdybym skończyła jedynie na zachwytach nad formą. Co jeszcze jest rewelacyjne? Wydanie! Kolaże autorstwa samej Chutnik, często nie mniej ironiczne niż  treść właściwa, stanowią doskonałe uzupełnienie książki. Próbkę tego co w środku mamy już na okładce, która zaświadcza o tym, że nic co banalne, nie ma w tej publikacji prawa bytu. I o to chodzi! Wciąż za mało takich lektur, wciąż za mało tak odważnych pisarzy, którzy sprawialiby, że lektura nie wyda się już niektórym jedynie nużącą czynnością, lecz doskonałą formą rozrywki, taką, która wprawia w doskonały humor na długo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie wytknęła. A co, Chutnik można, to i mnie też. Permanentnie, co rusz, co dwa słowa, w książce tej pojawia się znienawidzona przeze mnie ZŁA odmiana imienia Bruno, o której wspominałam już także przy okazji innej książki.
Ciarki przechodziły mnie co krok, gdy natykałam się na Bruna, czytałam co z Brunem i walczyłam, by nie krzyczeć widząc kolejną katastrofalną formę, odmienioną na pewno nie według polskich zasad.
Choć jest to ciężkie, jestem nawet w stanie wyobrazić sobie, że matka nadając swojemu dziecku jakieś imię, nie potrafi go poprawnie odmienić. Cóż, zdarza się, słuchamy fałszywych autorytetów, powielamy błędne schematy, powtarzamy to, co gdzieś zasłyszeliśmy i wydaje się nam to na tyle oczywiste, że nie zadajemy sobie trudu, by sprawdzić czy przypadkiem nie jesteśmy w błędzie. Dziwi mnie to jednak o tyle, że Chutnik wiele pisze o świadomości, której momentami sama nie posiada, jednak wiadomo – errare humanum est. ALE! Jak takie formy może przepuścić korektor?! Zdarzają się edytorskie wpadki, jednak zazwyczaj wtedy, gdy wyraz pojawia się jednokrotnie. Jeśli jednak jego częstotliwość jest tak wielka, NIE MOGĘ POJĄĆ, jakim cudem tak kardynalny błąd mógł się uchować. Nie czepiam się, tylko uwrażliwiam. Może komuś czytanie takiej tragedii nie przeszkadza – mnie dotyka jednak do żywego. Po co ktoś płaci za korektę, po co ktoś, kto teoretycznie jest wyposażony w potrzebną wiedzę, trudzi się nad tekstem, skoro później do druku zostaje dopuszczony taki twór?  Żeby był to błąd rzadko popełniany – też nie byłoby okej, bo od tego jest korektor, żeby błędów NIE BYŁO. Mało tego, temat niepoprawnego Bruna co rusz poruszany jest przez autorytety językowe. Słowniki krzyczą, Jan Miodek i Jerzy Bralczyk rwą włosy z głowy, a w Polsce nadal dumnie panoszy się ktoś zwany potocznie Brunem.  NIE, NIE, NIE. Na takie grzechy językowe nie będę patrzeć spokojnie. Zapamiętajcie, NIE: nie ma Bruna, lecz nie ma Brunona. Mówię nie o Brunie, lecz o Brunonie, idę nie z Brunem, lecz z Brunonem.

Uff. Mniej pastwić się będę nad równie często powtarzaną błędnie formą "w każdym bądź razie”.
Ludzie! W każdym razie ALBO bądź co bądź. Na litość boską, nie łączcie tego, nie róbcie tak ciężkich do strawienia błędów frazeologicznych, tylko dlatego, że ładnie [dla kogo ładnie, dla tego ładnie] brzmią.

Odsyłam po raz kolejny:




A książkę i tak oceniam na 5! Co wrażliwszym proponuję jednak przed lekturą zaparzyć sobie melisę :)

 Do posmakowania: klik