Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ironia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ironia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

Jeszcze słychać śmiech – Olga Lipińska


Tytuł: Jeszcze słychać śmiech
Autor: Olga Lipińska
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 9788378396154
Ilość stron: 200
Cena: 38zł

Olga Lipińska niezmiennie kojarzy mi się z kabaretem, który przez lata z wielką namiętnością oglądali moi rodzice, śmiejąc się od ucha do ucha. Ja – wtedy jeszcze zbyt młoda – wielu rzeczy nie rozumiałam i uważałam za wcale nieśmieszne.
Postać autorki tak wryła się jednak w moją świadomość, że po latach, wraz z wydaniem jej felietonów w kilku tomach, zdecydowałam się na zwrócenie swojej uwagi na jej nietuzinkowy humor i bystrość umysłu.
Obdarzona niezwykłą inteligencją Lipińska, zaistniała w telewizji publicznej, później zaś zaczęła pisywać dla „Twojego Stylu”. Tom, który mam w rękach, zbiera w sobie jej teksty publikowane z lat 2009-2013.
Choć rzeczywistość autorki znacznie odbiega od mojej, czytając jej felietony bawiłam się przednie! Charakterystyczne poczucie humoru, nieraz sardoniczny uśmiech wyzierający spod kolejnych warstw słownych i typowy dla niej sposób prześlizgiwania się przez wydarzania, z nadawaniem im wielkiej wyrazistości to cechy, które całkowicie mnie oczarowały.

Pomimo tego, że wiele wątków przez nią poruszanych okraszonych jest niebywałym humorem, stanowią one podłoże do głębszej refleksji. To żart z rodzaju tych, które śmieszą i jednocześnie każą się zatrzymać i zweryfikować pewne rzeczy.
Oczywiście, jak każde felietony, także i te można przeczytać bezrefleksyjnie. Można jednak także zaczerpnąć z wyrazistej formy nadanej im przez Lipińską i wykorzystać je w codziennych przemyśleniach nad ludzką (swoją) kondycją – wnioski niejednokrotnie będą gorzkie i pozostawiające nieprzyjemne wrażenie na języku.

Metody czytania tej publikacji są dwie: jednym tchem (nie znudzi, bowiem kolejne teksty są zróżnicowane tematycznie, brak w nich monotonii; jednak niesie to pewne niebezpieczeństwo – powierzchowne przebrnięcie po kolejnych wątkach) albo powoli, sącząc ją niczym chłodny drink w upalne dni i upajając się jej niepowtarzalnym smakiem.
Lipińska nie boi się krytykować zastanej rzeczywistości i boleśnie ją oceniać. Chwała jej za to, dzięki temu mamy bowiem okazję czytać dziś teksty nietuzinkowe i niezwykle inspirujące.
Zatem – do księgarń moi drodzy.


czwartek, 6 września 2012

Mama ma zawsze rację! A korektor nie.


Tytuł: Mama ma zawsze rację
Autor: Sylwia Chutnik
ISBN:  978-83-62829-07-1

Korekta (albo jej brak): Kamila Wrzesińska
 

O Chutnik słyszałam wiele i pewnie jeszcze niejedno usłyszę. Laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008 (dzięki książce Kieszonkowy atlas kobiet), działaczka społeczna, kulturoznawczymi, kierowniczka Fundacji MaMa zajmującej się prawami matek.

Jej najnowsza książka – Mama ma zawsze rację – wpisuje się w nurt tematyczny jaki zapoczątkowała jej działalność.

Ale, ale. Czym właściwie jest owa książka? To zbiór felietonów, z których część w latach 2009-2011 publikowana była na łamach magazynu „Gaga”. Gdybym powiedziała, że to teksty z rodzaju tych, które każdy mógłby z powodzeniem napisać i które nie prezentują sobą nic świeżego, skłamałabym.
Książka Chutnik skrzy się humorem, czyta się ją rewelacyjnie. Za temat obrała sobie ona przedstawienie cieni i blasków macierzyństwa, ze znaczącą przewagą tych pierwszych. Wszystko jednak potraktowane zostało z przymrużeniem oka, w wielu miejscach z powagi wytworzył się żart, absurdalny humor i perfekcyjna groteska. Ironiczne, przenikliwe, inteligentne i nieprawdopodobnie trafne uwagi Chutnik, to tak naprawdę kawał bardzo dobrej literatury, przy której co rusz będziemy parskać śmiechem i żarliwie przytakiwać. Ukazuje ona polską rzeczywistość, tradycyjnie rozumiane bycie matką i ojcem w krzywym zwierciadle, z często wręcz bolesną i ciętą ironią, a dzięki temu – tak bardzo potrzebną.
Choć z kilkoma poruszanymi kwestiami się nie zgadzam, do czego mam pełne prawo, w  żaden sposób nie umniejsza to wartości książki. Światopoglądowo w niektórych momentach z autorką różnię się diametralnie, nie znaczy to jednak, że nie mogę podziwiać lekkości jej pióra i zachwycać się zręcznością z jaką buduje kolejne zdania – ma się wrażenie, że one płyną same, że to perpetuum mobile, które raz puszczone, nie przestanie samo się napędzać. I ta naturalność, to płynięcie z nurtem i odczuwalne tworzenie pod wpływem chwili, a nie po długim oczekiwaniu na przychylność muz, jest odczuwalne.
Źródło

Wciąż mało byłoby gdybym skończyła jedynie na zachwytach nad formą. Co jeszcze jest rewelacyjne? Wydanie! Kolaże autorstwa samej Chutnik, często nie mniej ironiczne niż  treść właściwa, stanowią doskonałe uzupełnienie książki. Próbkę tego co w środku mamy już na okładce, która zaświadcza o tym, że nic co banalne, nie ma w tej publikacji prawa bytu. I o to chodzi! Wciąż za mało takich lektur, wciąż za mało tak odważnych pisarzy, którzy sprawialiby, że lektura nie wyda się już niektórym jedynie nużącą czynnością, lecz doskonałą formą rozrywki, taką, która wprawia w doskonały humor na długo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie wytknęła. A co, Chutnik można, to i mnie też. Permanentnie, co rusz, co dwa słowa, w książce tej pojawia się znienawidzona przeze mnie ZŁA odmiana imienia Bruno, o której wspominałam już także przy okazji innej książki.
Ciarki przechodziły mnie co krok, gdy natykałam się na Bruna, czytałam co z Brunem i walczyłam, by nie krzyczeć widząc kolejną katastrofalną formę, odmienioną na pewno nie według polskich zasad.
Choć jest to ciężkie, jestem nawet w stanie wyobrazić sobie, że matka nadając swojemu dziecku jakieś imię, nie potrafi go poprawnie odmienić. Cóż, zdarza się, słuchamy fałszywych autorytetów, powielamy błędne schematy, powtarzamy to, co gdzieś zasłyszeliśmy i wydaje się nam to na tyle oczywiste, że nie zadajemy sobie trudu, by sprawdzić czy przypadkiem nie jesteśmy w błędzie. Dziwi mnie to jednak o tyle, że Chutnik wiele pisze o świadomości, której momentami sama nie posiada, jednak wiadomo – errare humanum est. ALE! Jak takie formy może przepuścić korektor?! Zdarzają się edytorskie wpadki, jednak zazwyczaj wtedy, gdy wyraz pojawia się jednokrotnie. Jeśli jednak jego częstotliwość jest tak wielka, NIE MOGĘ POJĄĆ, jakim cudem tak kardynalny błąd mógł się uchować. Nie czepiam się, tylko uwrażliwiam. Może komuś czytanie takiej tragedii nie przeszkadza – mnie dotyka jednak do żywego. Po co ktoś płaci za korektę, po co ktoś, kto teoretycznie jest wyposażony w potrzebną wiedzę, trudzi się nad tekstem, skoro później do druku zostaje dopuszczony taki twór?  Żeby był to błąd rzadko popełniany – też nie byłoby okej, bo od tego jest korektor, żeby błędów NIE BYŁO. Mało tego, temat niepoprawnego Bruna co rusz poruszany jest przez autorytety językowe. Słowniki krzyczą, Jan Miodek i Jerzy Bralczyk rwą włosy z głowy, a w Polsce nadal dumnie panoszy się ktoś zwany potocznie Brunem.  NIE, NIE, NIE. Na takie grzechy językowe nie będę patrzeć spokojnie. Zapamiętajcie, NIE: nie ma Bruna, lecz nie ma Brunona. Mówię nie o Brunie, lecz o Brunonie, idę nie z Brunem, lecz z Brunonem.

Uff. Mniej pastwić się będę nad równie często powtarzaną błędnie formą "w każdym bądź razie”.
Ludzie! W każdym razie ALBO bądź co bądź. Na litość boską, nie łączcie tego, nie róbcie tak ciężkich do strawienia błędów frazeologicznych, tylko dlatego, że ładnie [dla kogo ładnie, dla tego ładnie] brzmią.

Odsyłam po raz kolejny:




A książkę i tak oceniam na 5! Co wrażliwszym proponuję jednak przed lekturą zaparzyć sobie melisę :)

 Do posmakowania: klik

czwartek, 8 września 2011

Morderstwo niedoskonałe - Agnieszka Krawczyk




Agnieszka Krawczyk związana jest z Krakowem, w którym mieszka oraz pracuje. Znana jest ze swoich dwóch poprzednich powieści, jakimi są Napisz na priv oraz Magiczne miejsce.  Jak sama deklaruje, jej książki mają bawić i przynoście czytelnikowi upragnioną rozrywkę połączoną z chwilą relaksu.
Jej najnowsza powieść idealnie spełnia oczekiwania autorki: jest niezwykle zabawna, pełna gier z językiem, a także sporej dawki humoru i ciętej ironii. Słowne perełki jednej z bohaterek – Adeli – podczas całej lektury były dla mnie gwarancją uśmiechu nie schodzącego z twarzy.

Akcja powieści toczy się w jednym z krakowskich wydawnictw, które postanawia wypuścić na rynek utwór niejakiego Kusibaba. Problemów jest jednak kilka: nie dość, że oryginalny tekst jest literackim niewypałem, to jeszcze część rękopisu zaginęła. Niestety, szef żąda wydania powieści, na której promocję przeznaczono specjalną dotację. By uniknąć kłopotów, czwórka pracowników wydawnictwa postanawia wziąć sprawę w swoje ręce i poprawić oryginał w taki sposób, by miał szansę na stanie się bestsellerem oraz uzupełnić brakującą część. Swoją akcję prowadzą pod wymownym kryptonimem „Zemsta shitu”. Jak na ironię autor pierwotnej wersji Klanów księżyca Marsa podobnie jak jego utwór również zniknął z powierzchni ziemi. Redakcja podejrzewa, że został zamordowany. Postanawia na własną rękę rozpocząć śledztwo, które prowadzi ich do przezabawnych sytuacji i rozwiązań. W sprawę szybko angażuje się miejscowa policja, która w zaginionym upatruje poszukiwanego oszusta i wyzyskiwacza.
Jak potoczą się losy tego barwnego śledztwa?
Parodystyczne przedstawienie drogi książki od autora do wydawnictwa i od wydawnictwa do księgarń  jest wielkim atutem tego tekstu i stanowi podstawę do rozpoczęcia dalszej historii.


Każdy kto ma ochotę od podszewki poznać realia przezabawnego wydawnictwa i spędzić kilka godzin na wspaniałej zabawie, bez wahania powinien sięgnąć po tę książkę. To wspaniałe źródło wytchnienia. Agnieszka Krawczyk zafundowała mi dzień wypełniony łzami śmiechu. Coraz dziwniejsze sploty wydarzeń prowadzące ostatecznie do równie rozbrajającego finału były dla mnie niecodzienną przygodą. I właśnie ta niecodzienność jest w tej książce najpiękniejsza – nie ma w niej miejsca na nudę i niepotrzebne smutki. To idealna pozycja dla osób mających ochotę na chwilę wytchnienia pomiędzy lekturami o ciężkiej tematyce.
Humorystycznej całości dopełniają osobliwe wycinki z gazet kolekcjonowane przez Adelę i roboczo nazywane przez nią Encyklopedią absurdów.
Lekkie i przekomiczne – dobrze, że powstają takie powieści. 


Za egzemplarz książki bardzo dziękuję Pani Lidii z Wydawnictwa SOL. :)

niedziela, 20 lutego 2011

"Inne rozkosze" Jerzy Pilch

Jerzy Pilch. Mój bezkonkurencyjny numer 1, jeśli chodzi o literaturę polską.
Powiem szczerze, że przed polskimi pisarzami nieco się wzbraniam. Sięgam raczej po autorów sprawdzonych: Kuczok, Myśliwski, Pilch. Obawiam się nowych nazwisk, choć pewnie niesłusznie.

Felietony Pilcha najbardziej lubię zebrane w tomiki.  Najbardziej sobie cenię "Tezy o głupocie, piciu i umieraniu", choć laury zabrał on za powieść "Pod mocnym aniołem" traktującą o alkoholizmie. Za książkę tę w roku 2001 zdobył nagrodę Nike.

Pilch, jako absolwent filologii polskiej jest mi podwójnie bliski.  Każda jego książka jest dla mnie pociechą i nie potrafię obok niej przejść obojętnie. Dziś skupię się na utworze "Inne rozkosze".
Bohater książki, choć żonaty i dzieciaty, nadal najwięcej przyjemności odnajduje w poszukiwaniu erotycznych przygód. Każdej napotkanej kobiecie obiecuje wspólną przyszłość i choć jest to nie do spełnienia- w momencie wypowiadana tych obietnic bohater wierzy w każde swoje słowo. Sam o sobie mówi jako opętanym przez demony dotyku. Nie przypuszcza, że jego rodzinny spokój, jakiego zaznaje w przerwach między miłosnymi uciechami zostanie zakłócony przez jego "aktualną kobietę".
Utwór rozpoczyna się sceną, w której bohater zauważa przez okiennicę swoją aktualną kobietę taszczącą ze sobą walizkę pełną książek i postanawiającą wejść do domu bohatera i zostać w nim na zawsze. Nie przejmuje się konwenansami, reakcją rodziny, żony, tradycjami panującymi w domu rodzinnym jej aktualnego mężczyzny.
A trzeba przyznać, że tradycje są rożne. Do najzabawniejszych należy tradycja umierania na jesień. Każdy szanujący się mieszkaniec umierał jesienią, by nie robić pozostałym ludziom kłopotów.
Właściwie nie mogę powiedzieć nic więcej, by nie zdradzić fabuły:) Książa lekka, w sam raz na jedno mile spędzone popołudnie;) Do  śmiechu i dla relaksu;) Humor przelewa się przez stronice, a czytelnik nawet nie zauważa, że już doczytał do końca.

4/6