Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Drzewo Babel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Drzewo Babel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 stycznia 2017

Nihil novi [Szpieg - Paulo Coelho]




Powstanie książki Szpieg było dla mnie mocno zastanawiające – po co tworzyć coś, co nie jest ani stricte powieścią, ani biografią, ani omówieniem naukowym? Po co Coelho, który chcąc, nie chcąc, utrwalił się w świadomości czytelników jako autor bardzo schematyczny i typowy, odcina się od swojego literackiego wizerunku i tworzy coś, co nie będzie go w stanie ani odciąć od twórczej przeszłości, ani otworzyć drzwi do nowej przyszłości?

Wydaje mi się, że jedynym powodem może być zaciekawienie – zarówno to płynące z jego strony i ukierunkowane na Matę Hari, jak i to, które ma zostać wzbudzone u czytelników, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś o owej kobiecie, lecz nie mają ani ochoty, ani czasu na czytanie pełnych biografii czy omówień.

Książka ta bowiem jest zbeletryzowanym i skrótowym wejrzeniem w  bujne i barwne życie Margarethy Geertruidy Zelle, szerzej znanej jako Mata Hari, kobieta-szpieg.

Na książkę tę składa się fikcyjna korespondencja prowadzona przez skazaną kobietę i jej adwokata na krótko przed wyrokiem. To z niej dowiadujemy się prawdy widzianej oczami więźniarki i prawdy, którą poznał świat. 

Mata Hari, egzotyczna tancerka, która determinacją, flirtem i podstępem wdarła się na francuskie salony, gościła w łożach najbardziej wpływowych i bogatych mężczyzn, budząc tym samym zazdrość i podejrzenia wielu. Kobieta, która sprzeciwiała się zwyczajom skazującym przedstawicielki jej płci na bycie tłem, uwodziła, za nic miała sztywną i purytańską obyczajowość, niezależna, charakterna, żyjąca pełnią życia, odważna, bezczelna, a przez to wpływowa i wyróżniająca się z tłumu.

Mimo że od jej śmierci minął już niemalże wiek, je blask i legenda nie słabną. Tajemnica i niepewność, które osnuwają jej życiorys, nadają jej wizerunkowi pikanterii i budzą niesłabnące zainteresowanie.

Jeśli dobrze znacie jej losy, nowa książka Coelho niczego przed Wami nie odsłoni. Jeśli jednak nie wiecie niczego – możecie potraktować ją jako inspirację do dalszych poszukiwań.

Co istotne – nie jest to już Coelho z Alchemika. Pisarz odwrócił się chyba już na stałe od swoich aforystycznych ujęć rzeczywistości. Jeśli przed lekturą powstrzymuje Was właśnie pamięć o minionych tekstach, warto o nich zapomnieć. Jeśli jednak stary styl Coelho jest tym, czego szukacie i za czym tęsknicie – w  Szpiegu tego nie znajdziecie.


wtorek, 8 lipca 2014

Zdrada – Paulo Coehlo


Tytuł: Zdrada
Autor: Paulo Coelho
Wydawnictwo: Drzewo Babel
ISBN: 9788364488160
Ilość stron: 240
Cena: 37,90 zł

Paulo Coelho za sprawą swojej najnowszej książki nieco mnie zaskoczył – to już nie te pisarstwo, którego cechą charakterystyczną były kotylionowe sentencje, girlandy aforystycznych sformułowań, wylewających się strumieniami z każdej stronicy i powracających w przeróżnych peryfrastycznych ujęciach niemalże w każdej kolejnej publikacji. To już nie „potajemnie sprzyjający naszemu pragnieniu wszechświat”, lecz wciąż Coelho wierny ukochanej przez siebie tematyce – miłości i poszukiwaniu szczęścia, z typowym lekko moralizatorskim tonem, filozoficznymi rozważaniami i głębokim przeświadczeniem o tym, że nasze samopoczucie zależy wyłącznie od nas samych. Zdrada bardziej niż poprzednie książki autora, zbliża się do powieści obyczajowej skupionej bardziej na psychice, niż dominującej dotąd magii, alegorii i religii. Owszem, te elementy nadal występują, ale w zdecydowanie mniejszym natężeniu.
Linda to trzydziestojednoletnia kobieta, w oczach bliskich mająca wszystko – kochającego i wyrozumiałego męża, ułożone dzieci, świetną pracę dziennikarki, mieszkanie w Szwajcarii, najbezpieczniejszym i najbardziej przewidywalnym państwie świata. A jednak pewnego dnia to przestaje jej wystarczać: bohaterka spotyka na swej drodze miłość z czasów liceum i czy to z chęci buntu przeciwko zrytualizowanej i mało zaskakującej codzienności, czy to przez zwykłe ludzkie pragnienie przeżycia ekscytującej przygody, postanawia ponownie się do niego zbliżyć. Nie jest to wcale trudne: Jakub jest znanym politykiem, którego na dniach czekają wybory, pojawia się zatem doskonała okazja, by uzasadnić częstsze niż wymagałaby tego kurtuazja spotkania. Każda kolejna rozmowa z byłą miłością, uświadamia Lindzie jak głęboko jest nieszczęśliwa w swoim aktualnym życiu. Obserwuje u siebie pierwsze objawy depresji: apatię, poczucie dojmującej pustki, mechaniczne wykonywanie codziennych czynności, brak radości, otępienie, nieprzemijający smutek i stres. Można powiedzieć, że na pierwszy rzut oka jej zachowanie to trochę irracjonalna próba szukania problemów tam gdzie ich nie ma, a jednak –  ilu znacie ludzi, których dopada podobny stan, mimo że osobom patrzącym z boku, wydaje się, że nie mają oni absolutnie żadnych powodów do narzekań? Problemem staje się nie to, co rzeczywiste, lecz to, co roi się w głowie. Coelho opowiada historię wielu współczesnych ludzi, których psychika została okaleczona i wystawiona na niszczycielskie działanie stresu i wyobrażeń oraz ambicji, którzy prędzej czy później (najczęściej wielokrotnie, to jak nigdy nie kończąca się opowieść) wpadają w sidła depresji i skutecznie ukrywają ją przed otoczeniem.
Spotkania z Jakubem działają na zatopioną w beznadziei Lindę oczyszczająco i uszczęsliwiająco. Kobieta ma wrażenie, że przeżywa swoiste katharsis, że budzące się w niej pożądanie i pragnienie rozbudzenia go w Jakubie, to wcale nie występek przeciwko jej zharmonizowanemu życiu, lecz koło ratunkowe, które pozwala jej ponownie czerpać radość z tego, co ma. Zdrada zostaje w książce tej usprawiedliwiona, przedstawiona jako coś, czego każdy z nas powinien doświadczyć, by docenić życie. Coś, co należy wybaczać i zrozumieć, by pokazać swą miłość. Tłumaczenie nieco mętne, adrenaliny, która ma być naszą terapią zastępczą, szukać bowiem możemy gdzie indziej, a czułość zazwyczaj odnajdziemy w domu, jeśli tylko odważymy się na szczerą rozmowę i jasne sprecyzowanie problemów. Rozumiem rozchwianą psychikę bohaterki, rozumiem jej cierpienie, jej depresję, wiem o czym mówi. Nie potrafię jednak przyjąć jej usprawiedliwień i absolutnej wyrozumiałości męża, który nie zniżył się nawet do chwili zazdrości, jedynie pod wpływem alkoholu przeżył chwilową słabość i wylewność, nie dość jednak dramatyczną, by mogła wydawać się realna. Mnie raczej by zaniepokoiła niż uspokoiła i utwierdziła w przekonaniu co do mojej słuszności trwania w związku.
I choć wydawać by się mogło, że książka ta to opowieść o zdradzie i towarzyszącym jej lękom oraz emocjom, w mojej opinii jest to historia o poszukiwaniu utraconego szczęścia, narracja o miłości zakurzonej, tak częstym problemie dzisiejszych par. W czasach, gdy niemalże każdy pośrednio czy bezpośrednio zmaga się z depresją, opowieść ta zyskuje na autentyczności. Gdyby nie wyszła ona spod pióra Coelho, zarzuciłabym jej brak silniejszych emocji, większego dramatyzmu, który zastąpiony został dociekaniami filozoficznymi i psychologicznymi. Jako jednak, że pisarz przyzwyczaił mnie do rytmu swojej narracji i wytykanie mu tego byłoby zupełnie zbędne, pozwolę sobie jedynie podkreślić jej walor, jako impulsu do rozważań nad własną kondycją psychiczną i własnym poczuciem bezsensu. Iluż młodych ludzi traci sens życia nie stojąc nawet  u jego progu – być może ta książka dla niektórych z nich stanie się okazją do odszukania tego, co utracili i szansą na ponowne zakochanie się w świecie. Oczywiście, Coelho proponuje czytelnikowi uproszczoną i mocno powierzchowną wersję świata, w której zarysowane problemy są jedynie cieniem tego, co dzieje się z ludźmi w stanie, który opisuje autor, myślę jednak, że biorąc na to poprawkę, wielu odbiorców słusznie ją doceni.
Nie jest to może najlepszy tekst w dorobku pisarza, a jednak ujmuje i zachęca do lektury niespiesznej, przede wszystkim dzięki rezygnacji ze sztafażu powtarzających się cytatów.

czwartek, 30 maja 2013

Lista moich zachcianek – Gregoire Delacourt


Tytuł: Lista moich zachcianek
Autor: Gregoire Delacourt
ISBN: 9788389933744
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Ilość stron: 160
Rok wydania: 2013



Lista moich zachcianek mogłaby być długa. Z pewnością by była – już samych książek, które niekoniecznie muszę, ale które chcę mieć jest bez liku. Co tu mówić o innych sprawach!

Lista bohaterki najnowszej książki Gregoire’a Delacourta swoją długością nie poraża, bo i Jocelyne Guerbette nie ma specjalnych pragnień. Jest przekonana, że bogactwo zmienia człowieka, zaprzepaszcza jego szanse na godne życie, czyniąc go chciwym i pożądliwym. Dlatego też nie marzy o wielu sprawach, ogranicza się do kwestii fundamentalnych.

Kobieta wiedze skromne życie, prowadzi pasmanterię, która zdobywa popularność dzięki blogowi, który ta postanawia prowadzić. Jej aspiracje nie są wielkie – oczekuje jedynie spokoju. Gdy więc okazuje się, że w losowaniu totolotka wygrała ponad 18 milionów euro, wcale nie biegnie do kolektury, by odebrać wygraną. Wręcz przeciwnie – zwleka niemalże do ostatniej chwili, a gdy już udaje się po odbiór należnej sumy – nie chce przelewów, prosi o wystawienie czeku, który następnie składa i chowa w bucie. Tak, by nikt go nie odnalazł i nie patrzył na nią przez pryzmat zdobytej gotówki.
Niestety, szybko okazuje się, że jej mąż odkrył tajemnicę. Mało tego – postanowił ukraść czek i uciec, zanim ona zdecyduje się go zniszczyć czy zaprzepaścić w inny sposób. Sprawa była tym prostsza, że paradoksalnie na imię ma on… Jocelyn. Problemów z wygumowaniem jednej literki na czeku nie było żadnych, spieniężenie go stało się więc jedynie kwestią czasu.
Szybko okazało się, że przekonania Jocelyne dotyczące osób posiadających dużą sumę pieniędzy, idealnie pokrywają się z rzeczywistością, prowadząc jej męża po równi pochyłej.

Delacourt maluje obraz kobiety, którą charakteryzuje niczym nieskrępowana wolność. Ma świadomość własnego bogactwa, a mimo to wie, że niekoniecznie musi z niego skorzystać. Woli raczej pleść swój los w zgodzie z własnymi przekonaniami i marzeniami, nie dopuszczając, by mamona całkowicie ją zaślepiła i pozbawiła życia, jakie kocha. Gdy Jocelyne wygrała, zaczęła tworzyć listy – potrzeb, zachcianek, szaleństw. Każda z nich miała moc sprawczą – zrealizowanie kolejnych punktów diametralnie zmieniłoby życie bohaterki, nie pozwalając na powrót do tego, co minione.
Delacourt kreśli obraz kobiety, posiadającej ogromną wiedzę życiową i intuicję, z której potrafi należycie korzystać, by uczynić swe życie takim, jakim chce.

Ciepła, senna, powoli snuta opowieść, która działa niczym balsam.

Polecam!

niedziela, 11 listopada 2012

Pisarz rodzinny – Gregoire Delacourt


Tytuł: Pisarz rodzinny
Autor: Grégoire Delacourt
Wydawnictwo: Drzewo Babel - dziękuję!
ISBN: 9788389933249
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 196


Jak wielu z nas chwalono w dzieciństwie za każdy przejaw talentu, chociażby wątpliwego? W jak wielu z nas starano się doszukać potencjału, zachęcić do rozwoju, ukierunkować, pochwalić? Czy jednak ktokolwiek z nas w wieku 7 lat, został obarczony brzemieniem w postaci jasno określonego kursu dalszego życia? Édouard został mianowany pisarzem rodzinnym. Tylko tyle i aż tyle. Przydomek ten jednak zdeterminował całe jego życie, dał mu złudne pragnienie i myśl o talencie, którego nigdy nie posiadł. Tylko dlatego, że będąc dzieckiem, miał dryg do tworzenia częstochowskich rymów, nagminnego używania figury retorycznej znanej jako homoietoleuton, które to umiejętności przyczyniły się do powstania rymowanki zmieniającej całe jego życie:
Mamo
Nie jesteś piżamą
Tatku
Płyniesz na dużym statku
Babciu
Mysz się schowała w kapciu
Dziadziusiu
Wszyscy robią siusiu.

Dla dziecka wierszyk pozostaje wierszykiem, radość płynąca z jego pozytywnego odbioru zachętą do dalszych działań, dla Édouarda jednak stał się on przekleństwem: rodzice zachwyceni prosili go o deklamację przy każdej nadarzającej się okazji, nawet gdy chłopak dawno wyrósł już z dziecięcych ubranek. Na pozór niewinna rymowanka stała się dla niego przeznaczeniem, przed którym nie sposób uciec. Fatum, będące zalążkiem stałego poczucia odpowiedzialności za dobrobyt i szczęście całej rodziny, której on – pisarz – miał być trwałym spoiwem. Nagminne stosowanie homoietoleutonu w oczach rodziny predestynowało go do bycia kimś wybitnym, kimś, kto talent do rymowania przekuje w prawdziwy talent twórczy, stworzy dzieło, o którym będą pamiętać kolejne pokolenia.
Niestety, Édouard czy to z powodu braku wrodzonego daru, czy tez nieumiejętności pracowania nad warsztatem pisarskim, czy też z powodu presji – nigdy mistrzem pióra nie został, a przydomek nadany mu w dzieciństwie zaciążył nad wszystkimi jego relacjami i marnymi próbami ułożenia sobie życia.
Wątpliwy talent bohatera, próbował, niczym tonący, dać o sobie znać jeszcze kilka razy: w internatowych toaletach, gdzie chłopak dał upust swoim frustracjom i nagryzmolił obraźliwe teksty, oczywiście rymowane; a także w agencji reklamowej, gdzie bardziej przypadkowo, niż z powodu talentu, udaje mu się pracować słowem.
Powieść Delacourta, to wędrówka przez całe życie Édouarda naznaczone piętnem pisarskim. Bohater obwinia siebie i swoje niespełnienie w dziedzinie wyznaczonej przez rodziców, za przyczynę wszystkich rodzinnych tragedii: depresję ojca, romanse matki. Przez całe jego życie w oczy rzuca się jedna rzecz: nadszarpnięta nić relacji, której nic nie potrafi odbudować: ani milczenie, ani rozmowa, której notabene także brakuje.
Odnoszę wrażenie, że Delacourt napisał książkę uniwersalną, o problemie starym, znanym, przepracowanym, wyświechtanym: zbytnich ambicjach rodziców co do poczynań ich dzieci, a w konsekwencji tragedii niespełnienia, poczucia zawodu, klęski i wyrastania kolejnego pokolenia ludzi nieszczęśliwych. To opowieść o przelewaniu swoich frustracji na młodych, o próbie ujrzenia w nich innych siebie i przesunięcia granicy odpowiedzialności za własne szczęście na drugiego człowieka. Smutna to opowieść, ale jakże aktualna i prawdziwa.

środa, 29 sierpnia 2012

O literaturze i nie tylko

Tytuł: Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów - O literaturze i nie tylko
Autor: Simon Leys
ISBN: 978-83-89933-41-6
Data wydania: 2011
Liczba stron: 152
Cena: 30 zł


Gdy widzę książkę autotematyczną, z założenia traktującą o innych książkach, dzieje się ze mną coś dziwnego. Wpadam w zakupowe szaleństwo – już, teraz, natychmiast – muszę ją mieć. Mało tego – już, teraz, natychmiast, poza jakąkolwiek kolejką – muszę ją przeczytać.
Tak też stało się za sprawą publikacji Szczęście małych rybek, która w jakiś sposób całkowicie zdezorganizowała moje czytelnicze plany, ale która na tyle zawładnęła moimi myślami, że nie sposób mi się od niej uwolnić jeszcze długo po lekturze. Na półkę odłożyłam ją ponad tydzień temu i od tamtej pory nie sposób ubrać mi w słowa myśli towarzyszących czytaniu. Długopis rozgrzałam do czerwoności, a  to za sprawą niezliczonej liczby cytatów, które uznawałam za niezwykle trafne, w sposób istotny dotykające mojego czytelnictwa i z jakichś przyczyn warte zapamiętania. Po krótkim czasie dałam sobie spokój – równie dobrze mogłabym zakreślić całą tę niepozorną książeczkę i cytować przy różnorakich okazjach.  Przypuszczam, że tak rzecz będzie się miała z każdym książkowym molem, w którego ręce trafi ta pozycja.
Nie zdradzę wiele jeśli powiem, że na wolumin ten składają się felietony Simona Leysa (właściwie Pierra Ryckmansa), które ten publikował przez dwa lata na łamach „Magazine littéraire” oraz kilku innych, które ukazały się między innymi w „Écrivain”, „Nouvelle Reuve Française”, „Lire”. Nie zdradzę też wiele, jeśli powiem, że autor nie lubi się powtarzać i stara się o coś czym mi zaimponował – by w swoich tekstach dwa razy nie wracać do jednego tematu, by wciąż wwiercać się w nowe literackie przestrzenie i by szukać, szukać, szukać inspirujących materiałów do przemyśleń, doskonałych zarówna dla czytelnika pojedynczego felietonu, jak i całego zbioru.
Żeby jednak nam, molom książkowym, nie było za dobrze w czasie lektury, żebyśmy całkowicie nie popadły w zachwyt i odcięły się od świata na stałe – teksty są różnorodne i nie skupiają się jedynie na literaturze.  Autor zna się na kulturze, cytuje, nie pozwala na rozleniwienie, utrzymuje odbiorcę w stanie permanentnej aktywności umysłowej. Bogactwo myśli, tytułów, do których warto zajrzeć, nazwisk, wobec których nie można przejść obojętnie. Lekka i błyskotliwa – taka jest.

Co tu dużo kryć – autor mnie w sobie rozkochał, już przeszukałam cały Internet by odnaleźć jakąkolwiek wzmiankę na jego temat, przeczytać jeszcze choć jedno słowo, które wyszło spod jego pióra. Lubię czytać teksty inteligentne, wymagające obycia, wiedzy teoretycznoliterackiej, ale też wszelkiej innej około literackiej, wymagające na czytelniku znajomość najważniejszych pisarzy oraz ich życiorysów. A takie jest właśnie Szczęście małych rybek. Moja mała literacka niespodzianka, która zasiada właśnie w gronie książek ulubionych, tych, do których się wraca, by zakosztować choć jednego wersu, by spokojnie zasnąć mając w głowie zdanie wartościowe i płynące prosto od osoby obdarzonej niewymiernym talentem.



 

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Żona tygrysa -Téa Obrecht

Żona tygrysa, to książka, która wyszła spod pióra młodziutkiej pisarki – Téi Obrecht.
Autorka dzieciństwo spędziła w Egipcie i na Cyprze, a od roku 1997 w Stanach Zjednoczonych. Jej debiutem literackim był fragment wyżej wymienionej powieści, opublikowany na łamach „New Yorkera”. Zdobył on pierwsze miejsce na liście Najlepszych Amerykańskich Lektur Nadobowiązkowych, otwierając tym samym Obrecht drogę do pisarskiej kariery.
Dzięki Żonie tygrysa, młoda autorka stała się laureatką nagrody Orange Prize for Fiction.

Opis wydawcy przywołał mi na myśl skojarzenia z epoką romantyzmu przedlistopadowego– folklor, aura tajemniczości, wewnętrzna przemiana bohatera.
Niech nie boją się jednak ci, którzy nie pałają do okresu tego szczególnej sympatii – tak naprawdę to przepiękna powieść, która nie pozwala przejść obok siebie obojętnym i która na długo zapada w pamięć. To historia o śmierci i o życiu, o lękach i radościach, o stagnacji i przemianie, to wreszcie doskonałe studium rodziny.

Wstęp do opowiedzianej historii stanowi wspomnienie dziadka bohaterki – postaci niezwykłej i barwnej, tak samo, jak barwna jest ta narracja.

Taki początek wydaje się nie być przypadkowy – stanowi bowiem doskonałe preludium do
dalszych wydarzeń, jest idealnym wprowadzeniem i szansą na zakosztowanie słowa Obrecht już w kilku pierwszych zdaniach. Porównania do Marqueza staje się w tym kontekście wcale nie nadużyciem – jak na swój wiek bowiem, osiągnęła już to, czego wielu nie udaje się zdobyć nawet po wielu latach pisarskiej praktyki, a jej proza mogłaby stać się doskonałą kontynuacją realizmu magicznego uprawianego przez tego wielkiego autora.
Obrecht w swojej historii łączy bowiem baśniową fantastykę, z realizmem i posępnością wojny domowej. Kontaminuje w sobie wiele przeciwieństw, mających w dalszym etapie posłużyć za przemyślane wyjaskrawienie pewnych postaw i wydarzeń.

Żona tygrysa to opowieść o człowieku, który pod wpływem upływającego czasu i dokonujących się przemian, staje się osobą zupełnie inną – zachodzą w nim zmiany, których naocznym świadkiem staje się czytelnik. Odbiorca zostaje sprowadzony do roli obserwatora, wyczulonego na wszelkie innowacje, na odejście od dotychczasowych prawideł i zdolnego do spostrzegania nawet najdrobniejszych różnic w zachowaniu bohatera. To z kolei zjawisko typowe dla prozy współczesnej, angażującej czytelnika.

Obrecht dzięki swej książce daje odbiorcy wielką lekcję pokory i poszanowania dla przeszłości swojej rodziny. Cokolwiek wpłynęło na jej obecny kształt – nieważne czy były to wydarzenia pozytywne, czy negatywne – to właśnie one sprawiły, że znajdujesz się tu i teraz, w takiej a nie innej rzeczywistości, z takim zapleczem i takim duchowym spadkiem.

Książkę polecam wszystkim, bez względu na wiek czy przekonania. Na przeszkodzie przyjemnej lekturze może stanąć jedynie momentami toporny język, do którego jednak czytelnik szybko się przyzwyczaja i który zaświadcza o wartości tego utworu, stanowiąc jedną z jego najmocniejszych stron.
W tym wypadku, nagrody jakimi została uhonorowana autorka mówią same za siebie – właśnie tego potrzebuje współczesna proza.
Mam szczerą nadzieję, że na Żonie tygrysa w Polsce się nie skończy – żywię głębokie przekonanie o talencie tej młodej pisarki, któremu nie można pozwolić się zmarnować.
Téa Obrecht – zapamiętajcie to nazwisko – jeszcze nie raz o nim usłyszycie!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Drzewo Babel.