poniedziałek, 20 października 2014

Sońka – Ignacy Karpowicz


Tytuł: Sońka
Autor: Ignacy Karpowicz
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308053539
Ilość stron: 208
Cena: 32,90 zł

Po lekturze tej książki bardzo długo nie wiedziałam co napisać. Próbowałam kilkakrotnie. Zawsze brakowało mi odpowiednich słów, by nazwać emocje towarzyszące lekturze, opisać tło dla wydarzeń i ich sedno.
Miałam wrażenie, ze cokolwiek bym nie napisała, w nawet najmniejszym stopniu nie oddałoby to ułamka tego, co miałam na myśli, byłoby zbanalizowane i niepotrzebne.
Jeśli słowa wciąż mają moc urzekania i czarowania – to właśnie Sońka stanowi przykład kunsztu w posługiwaniu się językiem i dobierania wyrazów w taki sposób, by doskonale układały się na języku, sprzyjając niespiesznej i przepysznej lekturze.
Jeśli okładka wciąż ma moc tworzenia jedności z narracją – to właśnie Sońka posiadłą zewnętrzną warstwę idealnie komponującą się z wnętrzem: delikatną, spokojną, zrównoważoną, nieuchwytną.

Sońka to historia miłości i wojny, które tak silnie wyrywają się na sercu, że na zawsze pozostawiają po sobie niezatarty ślad – bliznę wciąż na nowo przypominającą to, co minione, lecz wciąż żywe i palące.

Tytułowa postać stanie się dla czytelnika podobną blizną – nie do usunięcia i nie do zapomnienia: prostą, a jednak godną podziwu. Wydarzenia, w których wzięła udział tak silnie umocniły jej wewnętrzną siłę, że nie sposób było jej już złamać. Zestawienie miłości i wojny – stare i znane, a jednak wciąż możliwe do opowiedzenia na nowo, do wysłuchania po raz pierwszy. Zlanie okrucieństwa z czystym dobrem, kontrast goniący kontrast – te obrazy pozostają w głowie na zawsze.

Tym co charakterystyczne dla Sońki jest oszczędność a jednocześnie bogactwo słów, ich precyzja, celność, ale także pewna baśniowość w opisywaniu Kresów, ludowość, prostota tak silnie komponująca się z cechami głównej bohaterki i wreszcie niecodzienny sposób ukazania realiów wojennych. Zdawać by się mogło, że wymieszane w niej zostały wszystkie możliwe konwencje, zatarte zostały wszystkie granice, synkretyzm został osiągnięty w najpełniejszej z dostępnych form.

Nie jest to książka porywająca w tradycyjnym rozumieniu tego określenia. A jednak ma w sobie coś – ten magnetyzm – który każe po nią sięgać nawet największym przeciwnikom Karpowicza czy szerzej – prozy polskiej. I chyba między innymi to świadczy o tekstach wybitnych: siła oddziaływania, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć, która trwa i trwać będzie niezmiennie. I choć książka ta w dużej mierze zasmuca, właśnie dlatego chce się i warto po nią sięgać: bo ma moc transformującą.
Urzekająca, choć sprawiająca ból.
Godna uwagi.




Św. Hildegarda z Bingen. Leczenie chorób duszy- dr Wighard Strehlow


Tytuł: św. Hildegarda z Bingen. Leczenie chorób duszy.
Autor: Dr Wighard Strehlow
Wydawnictwo: Esprit
ISBN:978-83-63621-82-7
Ilość stron: 408
Cena: 34.90 zł

Św. Hildegarda z Bingen zasłynęła nie tylko jako doktor Kościoła katolickiego, kompozytorka i psychoterapeutka ale także – a może przede wszystkim – jako sławna uzdrowicielka, propagatorka metody holistycznej, według której ludzkie ciało i duszą są ze sobą połączone i wzajemnie na siebie wpływają – gdy choruje jedno, drugie również niedomaga i odwrotnie – leczenie chorób ciała, należy połączyć z uzdrawianiem duszy, której bolączki stanowią źródło późniejszych dolegliwości.
To dzięki jej radom tysiące ludzi na całym świecie ponownie cieszy się doskonałym zdrowiem – zarówno psychicznym jak i fizycznym – a także wyleczeniem z chorób według medycyny konwencjonalnej nieuleczalnych, jak nowotwory o różnej etiologii.
W poczet świętych wpisana ona została oficjalnie dopiero przez Benedykta XVI, który rozszerzył jej kult przez kanonizację równoważną (proces kanonizacyjny rozpoczął się w 1227 roku, ale nie został zamknięty) na cały Kościoł oraz mianował doktorem Kościoła, jako czwartą kobietę w historii.
Życiorys tej arcyciekawej świętej obfituje w wiele tajemnic i niespodziewanych wydarzeń, jednak to nie one są tematem ksiązki dra Wigharda Strehlowa.
Autor, wybitny badacz nauki św. Hildegardy, podczas swojej praktyki przystosował mądrości średniowiecznej mniszki do współczesnych realiów i ich najczęstszych chorób. Wiedzę Hildegardy ,wynikającą z objawień, wzbogacił o zalecenia medyczne i dietetyczne, tworząc pełnię wskazówek, dla osób zmagających się z takimi chorobami i zaburzeniami jak depresja nerwica, lęk, bezsenność, choroby żołądka, choroby reumatyczne, choroby śledziony, tarczycy i in.
Tym, co w publikacji tej podkreślane wielokrotnie jest zwrócenie uwagi na leczenie kompleksowe – poczynając od źródła, aż do efektu.
Hildegarda opisuje wnętrze naszej duszy pod postacią miasta, w którym trzydzieści bożych sił i pięć sił kierowniczych wykonują swoją pracę. Są to duchowe siły (czy też  mocne strony naszej duszy, cnoty), pozostające w sporze z trzydziestoma pięcioma kontrsiłami, pochodzącymi ze świata materialnego (wadami).
Dzięki książce tej zobaczymy jak nasze konkretne zachowania i skłonności, wpływają na funkcjonowanie naszego organizmu i jak często prowokujemy go do „samobójstwa”, czyli schorzeń autoagresyjnych. Zobaczymy też drugą stronę medalu: jak łatwo zapewnić sobie zdrowie i pogodę ducha.
Św. Hildegarda dzieli życie na pięć stacji: chlew, tłocznię do wina, jamę ze smokami i węzami, wejście na szczyt oraz złoty namiot,  za pomost między duszą i ciałem uznaje wegetatywny układ nerwowy.
Wszystkie mocne i słabe strony wraz ich psychofizycznymi odpowiednikami zebrane zostały w tabeli otwierającej rozważania (np. słaba strona: cynizm, mocna strona: tęsknota za życiem, umiejscowienie: kręg c7, narządy: tarczyca, śledziona, wpływ duchowych czynników ryzyka na organizm: choroby tarczycy, depresje, lęki, przewlekłe przeziębienia itd.)
Pomocny w walce z opisywanymi przez świętą chorobami ma być post, uniwersalny środek leczniczy dla duszy i ciała, do stosowania nawet przez całe życie, oparty na naturalnych metodach i produktach. Hildegarda podaje także przykłady terapii dla konkretnych dolegliwości, odsłaniając ich przyczynę.
Porady średniowiecznej świętej po dziś dzień cieszą się dużym powodzeniem, o czym poświadczyć mogą m.in. umieszczone z tyłu książki świadectwa. Choć w wielu czytelnikach książka ta może spotkać się ze sceptycznym odbiorem (np. jak praca na rzecz chorych może pomóc uporać się z atopowym zapaleniem skóry?) nie sposób przecenić jej wartości jako szerzycielki idei zdrowego stylu życia i dążenia do zharmonizowanej kondycji psychicznej.
Polecam – być może nawet Ci powątpiewający znajdą w niej coś dla siebie. Z całą pewnością jest dobrym rachunkiem sumienia i rozliczeniem się z samym sobą.


wtorek, 7 października 2014

Mała księżniczka- Frances Hodgson Burnett


Tytuł: Mała księżniczka
Autor: Frances Hodgson Burnett
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788323770633
Ilość stron: 291

Mała księżniczka, to moja ulubiona książka czasów dzieciństwa i wczesnego dorastania. Ja i Sara –  główna bohaterka –  spędziłyśmy ze sobą długie godziny, puszczając wodze fantazji i wzajemnie podnosząc się na duchu. Od tamtej pory żadna inna powieść nie miała tak silnego wpływu na moje postrzeganie rzeczywistości i przeżywanie codzienności. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że to Francis Hodgson Burnett ukształtowała moją wyobraźnię i nadała jej ostateczny kształt, pokazując jak ogromną moc mają marzenia i czarowanie nieraz trudnej rzeczywistości, czyniąc ją lżejszą i piękniejszą.
Moje stare wydanie tej ksiązki jest zaczytane i pewnie gdyby nie twarda oprawa, dawno temu nie byłoby czego po niej zbierać – tak często ją wertowałam, tak wiele razy zaglądałam jej pod okładkę, by albo czytać od nowa, albo wyłuskiwać najważniejsze dla mnie momenty.
Wydawnictwo Egmont, wypuszczając na rynek wznowienie tej powieści, uczyniło mnie podwójnie szczęśliwą – spełniło moje marzenie, umożliwiając kolejny raz powrót do moich najbarwniejszych czasów czytelniczych, a także dając mi szansę na nowe odczytanie tej powieści – tym razem z perspektywy lat i doświadczeń.
Fakt, że wracając do niej znów świat wokół zawirował, a ja znalazłam się w samym centrum wydarzeń, podkreśla jedynie jej uniwersalność i ponadczasowy charakter. To jedna z tych książek, które nie tracą na aktualności i w ogóle się nie starzeją.
Mała księżniczka traktuje o Sarze Brewe – niepoprawnie zamożnej dziewczynce, która z dnia na dzień staje się bezdomną sierotą. Gdy bohaterka trafia do londyńskiego pensjonatu dla dziewczyn, ma wszystko: kochającego ojca, pokaźny majątek, sympatię otocznia, a przy tym wszystkim zachowała skromność i pokorę. Jej największą siłą była życzliwość wobec innych, których zawsze traktowała równo. Swoją postawą szybko zjednała sobie większość koleżanek, jedynie u niektórych stając się obiektem kpin. Sympatią nie darzyła jej także właścicielka pensjonatu, która jedynie z wyrachowania i świadomości wpływów ojca Sary, godziła się na jej w miarę przyzwoite traktowanie.
Wszystko zmieniła jednak nagła śmierć mężczyzny, pozwalająca zarówno pannie Minchin, jak i kilku nieprzyjaznym Sarze dziewczynkom na pokazanie prawdziwego oblicza.
Nic jednak nie było w stanie złamać tej dziewczynki o ogromnym harcie ducha, zdolnej każdą niedogodność życia zastąpić lub obłaskawić tym, co wyobrażone. Mimo dramatycznej zmiany sytuacji życiowej, Sara wciąż pozostawała tą samą pogodną i serdeczną osobą, budzącą we mnie podziw i nieopisany szacunek.
Cudowny język, typowy jedynie dla klasycznych opowieści, pełen wdzięku, niezwykle plastyczny i współgrający z ogólnym przekazem książki, czyni tę publikację na tyle wyjątkową, by wracać do niej nie raz, lecz wielokrotnie. To opowieść chwytająca za serce, która nikogo nie pozostawi obojętnym. Baśń dla dorosłych, w której zwycięża dobro i miłość, stanowiące podstawę piramidy wartości.
Burnett nadała jej wymiar dydaktyczny: mimochodem uczy ona bowiem szacunku do każdego człowieka, bez względu na jego status społeczny czy materialny, pokazuje, że każdy ma równe prawa.
Mała księżniczka to przede wszystkim afirmacja marzeń, podkreślenie ich wartości nie tylko dla uatrakcyjniania sobie codzienności, ale też dla radzenia sobie z przeciwnościami losu.

Wspaniała, niezwykła, zachwycająca. Synonimy mogłabym jedynie mnożyć: tę książkę musicie przeczytać! I basta.

niedziela, 5 października 2014

Dziewczę z sadu – Lucy Maud Montgomery


Tytuł: Dziewczę z sadu
Autor: Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 978-83-237-7047-3
Ilość stron: 192


Wspaniale jest wrócić do lat swojego dzieciństwa i wczesnego dorastania, do tych książek, z którymi spędzało się długie popołudnia, jeszcze raz spotkać bohaterki, których dylematy kiedyś – choć były często odległe – powodowały szybsze uderzenia serca i pobudzały wyobraźnię. Taką retrospektywną podróż umożliwia seria Romantyczna Wydawnictwa Egmont, w skład której wchodzą wznowienia klasycznych powieści, w których z wypiekami na twarzy zaczytywały się dawne nastolatki, a także i dziś robią to ich kolejne pokolenia.
To za jej sprawą nowe życie otrzymują postaci Lucy Maud Montgomery, Eleonor H. Porter czy Frances Hodgson Burnett, w które tchnięta została świeżość.
Polyanna, Sara czy Kilmeny to bohaterki wspaniałych historii, od dawna zasługujące na piękną oprawę, którą teraz otrzymały: cudowne, romantyczne, poręczne wydania klasycznych opowieści kuszą ze sklepowych półek, dla jednych dopiero otwierając drzwi do swoich cudownych światów, innych zapraszając ponownie, gwarantując powrót do czasów niewinnych i sielskich, niczym nieskażonych.
Gdy po latach wracam do książek Montgomery, zaskakują mnie one słodką naiwnością, którą cechuje się większość bohaterek tej poczytnej pisarki. I wcale nie jest to wada – czytając o tak rozkosznie prostodusznych dziewczynach, serce się raduje, ma się wrażenie przebywania w innej, lepszej rzeczywistości, do której nie ma dostępu zepsucie i gburowatość.

Kto z Was nigdy nie poznał sekretnej, niemej Kilmeny – teraz ma doskonały pretekst by to nadrobić. Dziewczyna ta od zawsze osnuta była mgiełką tajemniczości. Widziało ją niewielu, rozmawiali o niej wszyscy. Jej historia tak silnie zawładnęła wyobraźnią mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda, że nigdy nie zdołała jej opuścić, urastając wręcz do rangi legendy. Przestano jednak mówić o niej oficjalnie, do czasu, gdy w lokalnej społeczności nie pojawił się nowy nauczyciel – świeżo upieczony absolwent college’u z ambicjami, który w ramach zastępstwa miał prowadzić szkółkę w Charlottetown. Zrządzeniem losu przypadkiem natyka się on na niemą piękność, zdolną porozumiewać się najpełniej za pomocą muzyki, którą sama komponuje. Skrzypaczka i nauczyciel szybko stają się bratnimi duszami, mając jednak świadomość, że na drodze do ich szczęścia stoi nie tylko uchodząca za zdziwaczałą i nad wyraz surową rodzina dziewczyny, ale też choroba, która każe się bohaterce uważać za niepełnowartościową kandydatkę na żonę.
Eric, na przekór nieprzychylnym spojrzeniom mieszkańców i uporowi samej Kilmeny, będzie robił wszystko, by zdobyć jej rękę.

Choć Dziewczę z sadu to nad wyraz tkliwa i romantyczna historia, opowiedziana jest ona z perspektywy młodego mężczyzny, który zakochany widzi świat zupełnie inaczej niż dotychczas.
Jeśli ktoś z Was myśli, że mężczyznom daleko do romantycznych uniesień i czułych słów (nawet tych niewypowiedzianych), znak, że nie czytaliście Montgomery.
Serdecznie polecam tę wdzięczną opowieść, która choć naiwna i mocno okrojona w końcówce, wciąż niezmiennie zachwyca swoją delikatnością.

czwartek, 2 października 2014

Labirynt Śniących Książek – Walter Moers


Tytuł: Labirynt Śniących Książek
Autor: Walter Moers
Wydawnictwo: Publicat
ISBN: 9788324591244
Ilość stron: 384
Gdy kilka lat temu zajrzałam do jednego z najcudowniejszych i najbardziej wartych odwiedzenia fantastycznych światów – Camonii – przepadłam i pokochałam go miłością taką, na jaką stać jedynie mola książkowego, zdolnego pojąć czym Miasto Śniących Książek może być i czym jest – spełnieniem wszystkich marzeń o świecie idealnym.
Rzeczywistość utkana przez Waltera Moersa, obdarzonego nieopisanie plastyczną wyobraźnią, której projekcje przelane na papier, są w stanie oczarować, uwieść i całkowicie opętać czytelnika to uniwersum, o istnieniu którego każdy lubujący się w spijaniu liter z powieści, prędzej czy później zamarzy. Przestrzeń, w której chciałoby się być, namalowana słowami tak misternie, że momentami ma się wrażenie całkowitego zespolenia z bohaterami i stania się jednym z nich – tych zakochanych w księgach bibliofilach, specjalizujących się w czytaniu, pisaniu i sprzedawaniu tego co napisane.
Gdy tylko (z nieukrywanym smutkiem i żałością) opuściłam Miasto Śniących Książek, które spłonęło niemalże na mych oczach, niosąc smród spalenizny i rozrzucając tlące się jeszcze skrawki papieru po całym moim świecie na długo po wydarzeniach opisach w powieści, gdzieś w sercu wciąż tliła się nadzieja, że może jednak coś ocalało, że Moers nie pozwoli swoim bohaterom na tak marny koniec, jasno i precyzyjnie sugerujący zagładę kultury czytania i książek. Nie chciałam i nie mogłam się z tym pogodzić. Podejrzewam, że w swoich pragnieniach nie byłam odosobniona – miliony czytelników na całym świecie chciało znów znaleźć się w Camonii, kolejny raz kroczyć labiryntem jedynym w swoim rodzaju i rozkoszować się trwaniem w objęciach Orma.
Wydawało się jednak, że jest to sprawa przegrana i podczas gdy wszyscy pogrążeni byli w żałobie po tym niezwykłym mieście, niezauważony przez nikogo, Książę Cieni powrócił.
Zapytacie: jak to możliwe? Przecież spłonął! Nikt nie jest w stanie powrócić z zaświatów, nawet on! Dla Moersa jednak nie ma nic niemożliwego.
Tworząc Labirynt Śniących Książek, odpowiedział on na głosy fanów i dokonał niewykonalnego – powrócił do życia utraconych, zdawałoby się, bohaterów i po raz kolejny zaprosił do miasta, w którym najważniejsza jest literatura.
Wraz z Hildegunstem zwabionym do Księgogrodu tajemniczym listem, będziemy kroczyć po dwustu latach od ostatnich wydarzeń odbudowanym i na tyle na ile było to możliwe, odrodzonym miastem, który po doświadczonej tragedii stał się siedliskiem jeszcze większych dziwów i kuriozów, np. książek do kupowania w plasterkach niczym kiełbasę. Chociaż dawna świetność już minęła, jego mieszkańcy nadali mu zupełnie nowego znaczenia, wykorzystując to, co pozostało. Jedną z moich ulubionych postaci jest ”gazeta na nóżkach” – cśś. Więcej nie zdradzę.
Książka ta uświetniona jest arcypięknymi szkicami, pobudzającymi wyobraźnię i prowokującymi wzdychania z tęsknoty za światem marzeń, a przewodnik w postaci nieco styranego już i osławionego Rzeźbiarza Mitów, kręcącego się po znanym, a jednak nieco obcym świecie, potęguje wrażenie zagubienia i ponownego uczenia się tego, co zostało utracone, a tym samym pozwala nam na odnowienie przyjemności z kroczenia niezbadanymi wciąż terenami Księgogrodu.
Tym razem częściej niż do antykwariatów, zaglądać będziemy wraz z narratorem do teatrów, wykorzystujących dość niecodzienne formy przekazu i stymulowania wyobraźni. To one staną się nauczycielami historii i strażnikami przeszłości.
By jeszcze bardziej niż po ostatnim zakończeniu podenerwować czytelnika, Moers uciekł się do klasycznego cliffhangera – zawiesił akcję tam, gdzie powinna się dopiero rozpoczynać, każąc w mękach czekać na kontynuację.  Pozostaję pod wielkim czarem jego talentu, bałwochwalczo wręcz chwalę go za wyrażenie wszystkiego tego, co siedzi w głowach czytelniczych moli, pragnących wziąć Hildegunsta pod ramię i wraz z nim udać się do Księgogrodu. Autor nie zrezygnował z literackich zagadek, znajdujących się w nazwiskach bohaterów, będących anagramami, tworząc tym samym coś na wzór własnego camońskiego języka. Strona lingwistyczna zdecydowanie wskoczyła na wyższy poziom niż ostatnio – wpadek składniowych rzucających się cieniem na poprzednią część tutaj nie uraczycie.
Autor bawi się konwencjami, co rusz puszcza do czytelnika oko, licząc na jego oczytanie.
Czym większą wiedze na temat literatury macie – tym przyjemność płynąca z lektury będzie większa. Jestem ciekawa, czy jest na świecie choć jeden człowiek, który zdołał wychwycić wszystkie intertekstualności i zagadki. Ta książka, to prawdziwy labirynt dopracowany w każdym calu, przemierzanie którego jest gwarancją przedniej zabawy.
Piękne wydanie to jedynie skrawek cudowności, jakie kryje w sobie ta publikacja – KONIECZNIE sięgajcie!  Ja, jak wszystkim co stworzył Moers, jestem urzeczona. Wyborny tekst, łączący gatunki, mieszający style, stymulujący wyobraźnię!


Brawa – dla narratora, dla tłumacza i dla tłumaczki tłumaczącej tłumacza – wspaniała robota!

Inne książki Moersa:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/03/bibliofilska-arkadia-miasto-sniacych.html?q=moershttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/09/walter-moers-kot-alchemika.html?q=moers


środa, 1 października 2014

Złoto głupców – Philippa Gregory


Tytuł: Złoto głupców
Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788323770305
Ilość stron: 344

Złoto głupców, stanowi trzeci tom cyklu stworzonego przez Philippę Gregory, którego akcja sięga czasów średniowiecza i dotyczy losów młodych podróżników, wrzuconych tym razem w rzeczywistość Wenecji tętniącej rytmami karnawałowej zabawy.
Ten szczególny czas w roku to dla mieszkańców miasta na wodzie okres trudny, w którym drastycznie wzrasta przestępczość – mniejszego i większego kalibru. Ludzie skryci za typowymi dla karnawału maskami pozwalają sobie na więcej, licząc na to, że nie zostaną rozpoznani i obarczeni sankcjami. Z większą niż w pozostałe miesiące roku swobodą kradną, mordują, donoszą i spekulują.
Luca, Frezie, Izolda, Iszrak i brat Piotr w Wenecji jako Zakon Ciemności mają zbadać sprawę fałszerstwa złotych monet – wartość nobli wzrasta bowiem z dnia na dzień, a ich pochodzenie jest co najmniej niepewne.
Podczas swojego dochodzenia, bohaterowie natrafiają na grupę alchemików, którzy twierdzą, że ledwie parę chwil dzieli ich od odkrycia tajemnicy kamienia filozoficznego, a co za tym idzie pozyskania zdolności tworzenia złota z każdego materiału, jak i sekretu nieśmiertelności. Tłoczone przez nich monety zalewają miasto, pozornie wpływając na jego bogactwo.
Świat pokus, przepychu i grzechu to właśnie rzeczywistość kreślona przez Gregory, która choć piękna, to jednak zwodnicza – wszelkie pragnienia zdają się być w niej jedynie sennymi marami, a bohaterowie miasta z łatwością dają się omamić i zwieść pozorom. Każdy mieszkaniec miasta zakłada maski – często jedynie symbolicznie – korzystając z karnawału w dwójnasób: bawiąc się i wzbogacając na nieuwadze innych.
Czytelnik dołącza w ten korowód tajemnic i zagadek, balansując pomiędzy fikcją literacką a faktami historycznymi, które przefiltrowane przez wyobraźnię pisarki, stały się podwaliną do stworzenia tej opowieści – z tomu na tom coraz bardziej wciągającej. Gregory jak chyba żaden inny autor powieści popularnych, nie potrafi tak zainspirować do zainteresowania się historią – jej książki stają się jedynie impulsem do dalszych indywidualnych poszukiwań odpowiedzi na to, co zdołało nas zaintrygować.
Niejako między wierszami wspomina o stosunkach między katolikami a potęgą osmańską, sugeruje jakie zależności finansowe rządziły tą relacją, jak była budowana; pokazuje świat kobiet od podszewki: co mogły, czego wciąż im zabraniano, jak zmieniało się to podczas karnawału, w jaki sposób szanowane panie dbały wzajemnie o swoją reputację, jak zapewniały sobie alibi; kreśli sytuację podróżników i ich przywileje; gdzieniegdzie wspomina o tym, co się jadło, czym się płaciło, jak się ubierano. Gregory tak zmyślnie wplata fakty do swojej opowieści, że czytelnik niejednokrotnie nawet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie bezboleśnie został uraczony ciekawostką historyczną, której być może na próżno szukałby w podręcznikach.
Jako że Złoto głupców podobnie jak cała seria, jest kierowane szczególnie do młodzieży, nie zabraknie w  niej także wątków matrymonialnych – kto z kim, dlaczego – tego Wam nie zdradzę, ale możecie być pewni, że powściągliwość w okazywaniu uczuć znana z poprzednich części, ustąpi tutaj miejsca zazdrości i pożądaniu. Uczucia, choć wciąż pokazywane w cieniu, coraz bardziej zaznaczają  swoją obecność, a rozwijająca się relacja między głównymi bohaterami staje się coraz ciekawsza, dostarczając tym samym czytelnikom kolejnych wrażeń.

Czytając tę książkę, ma się wrażenie jakoby dotyczyła dzisiejszych czasów – mimo że akcja toczy się w 1454 roku, pewne sprawy pozostały niezmienne lub też wracają niczym bumerang – inflacja, oszustwa, spekulacje, nieuczciwe wzbogacanie się, ale też kwitnąca miłość wbrew zasadom – to elementy spajające przeszłość ze współczesnością i nadające książce tej wymiar uniwersalny.
Serdecznie polecam, nawet tym, którzy dotąd z historią byli na bakier. Jestem przekonana, że zarysowany tutaj świat alchemii rozbudzi w Was chęć do poznawania tajemnic minionych lat.


Poprzednie tomy:
http://shczooreczek.blogspot.com/2014/03/krucjata-philippa-gregory.html?q=gregoryhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/03/odmieniec-philippa-gregory.html?q=gregory