Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo WAB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo WAB. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 maja 2019

Około północy - Mariusz Czubaj



Około północy to moje pierwsze zetknięcie z prozą Czubaja (choć Dziewczynka z zapalniczką czeka na półce, teraz wreszcie się doczeka!), ale jak już zdążyłam się dowiedzieć, nie mam się co przyzwyczajać, bo spotkanie to można uznać za nietypowe.

Oto przed Wami powieść wymykająca się jakimkolwiek klasyfikacjom - ni to kryminał, ni to obyczajówka, ni to świadectwo minionych czasów. Wszystkiego w prozie tej jest po trochu, co czyni ją tak wyjątkową, zaś bogactwo intertekstualnych nawiązań zachwyca. Około północy to tekst, przy którym czytelnik ma szansę zamienić się w detektywa podwójnie - raz szukając sprawcy morderstwa popełnionego między jednym jazzowym taktem a drugim, po wtóre zaś, próbując wychwycić wszelkie dialogi z kulturą tamtych czasów. Tamtych, czyli lat sześćdziesiątych XX wieku. 

Rzecz zaczyna się nietypowo. Oto pogrzeb jazzmana, Krzysztofa Komedy, 28 kwietnia 1969 roku, na którym pojawia się kontrabasista, w pewnych kręgach nazywany specjalistą od nekrodżobów, bowiem to granie podczas ostatnich pożegnań jest tym, w czym się, można powiedzieć, wyspecjalizował. Pojawiają się na nim różne indywidua, z którymi bohatera łączy lub połączy pewna zażyłość. Mniej więcej w tym samym czasie, podczas rozmowy ze znanym podówczas pisarzem, pada dość nietypowa, niewypowiedziana wprost propozycja i pytanie w jednym: jak to byłoby kogoś zabić?

Nie mija wiele czasu, a ginie Jadwiga Ślusarek, kobieta, z którą bohatera złączyła krótka, acz namiętna relacja. Gdyby nie fakt, że nie jest to pierwsze morderstwo tego typu w okolicy, nasz bohater stałby się głównym podejrzanym. Tymczasem zaś staje się samozwańczym detektywem, który mając znajomości tu i tam, wnika niemalże bezszelestnie w jazzowy warszawski (pół)światek, by tam szukać odpowiedzialnego za mord. 

Intryga kryminalna jest w powieści tej niejako pretekstem do snucia narracji o mieście i muzyce tamtych lat. Ponury, niemalże dekadencki klimat, dźwięki jazzu słyszane z wielu różnych stron, Warszawa spowita mrokiem nagłych śmierci znanych nazwisk kształtujących ówczesną kulturę i budujących jej bohemę, to elementy tworzące klimat prozy Czubaja. Język powieści, czy też - ballady - także staje się niejako bohaterem - charakterystyczne frazy, szarpana budowa zdań, to znaki rozpoznawcze tej lektury, która - jak sam Autor wspomina - jest rodzajem hołdu oraz rękawicy rzuconej Tyrmandowi i jego Złemu, będącemu jedną z wielu inspiracji do jej napisania [klik]. Powieść ma swój rytm, za nic mający linearność, tak zgrabnie łączący się z brzmieniem muzyki i wydarzeń '69 roku.

Jeśli zatem lubicie opowieści o minionych czasach, przesiąknięte ich kapitalnie uchwyconym klimatem, upstrzone znanymi miejscami i nazwiskami, to doskonale trafiliście. Tam, gdzie Żegnaj, laleczko zderza się z kultowym klubem Hybrydy, nie może być miejsca na nudę.


Zachęcam Was do wsłuchania się w utwór pozostający nie bez znaczenia dla fabuły - klik, Kumanie Komedy spod szyldu Kornetu Olemana. Później zaś zostańcie z jazzem na dłużej, bo to on wytycza szlak Około północy.





piątek, 13 lipca 2018

Znowu pragnę ciemnej miłości... - wybór: Joanna Lech


Wiersze poświęcone miłości są chyba tymi najchętniej pisanymi i najchętniej czytanymi. Każdy z nas ma autorów, do których chętnie wraca, których z lubością podczytuje i których niejednokrotnie cytuje.

Podobnego wyboru dokonała Joanna Olech, oddając  w ręce czytelników tom Znowu pragnę ciemnej miłości..., dla którego tytuł został zaczerpnięty z jednego z wierszy Haliny Poświatowskiej.

Książka, którą mam w ręku, zbiera w sobie najważniejsze dla autorki utwory Justyny Bargielskiej, Miłosza Biedrzyckiego, Julii Fiedorczuk, Romana Honeta, Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, Joanny Lech, Jakobe Mansztajna, Joanny Oparek, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Marty Podgórnik, Jacka Podsiadło, Haliny Poświatowskiej, Tadeusza Różewicza, Tomasza Różyckiego, Marcina Świetlickiego, Anny Świrszczyńskiej,  Rafała Wojaczka oraz Agnieszki Wolny-Hamkało.

Każdy głos brzmi z innej strony, cechuje się odmienną narracją i spojrzeniem na miłość, razem zaś dają jej mozaikowy obraz, hybrydowy i rozmaity, utkany z różnych doświadczeń, zranień, radości, tęsknot. Miłość wyłaniająca się z publikacji jest jednocześnie piękna i okrutna, dająca szczęście i zrzucająca w otchłań cierpienia. 

Lech udało się dokonać takiego wyboru, w którym odpowiedź na pytanie o to, czym jest miłość, wcale nie jest jednoznaczna, lecz rozbrzmiewa wielogłosem nie do pogodzenia. Jedna odpowiedź wyklucza drugą, razem zaś dają pełny obraz tego, o czym niezmiennie marzy każdy człowiek.

Ta lektura to cudowna podróż szlakiem najbardziej pożądanego uczucia świata - kipiąca od emocji, doznań i blizn.

Polecam - nie tylko miłośnikom poezji, ale także jej czytelnikom okazjonalnym.




piątek, 2 lutego 2018

Kobieta w oknie - A.J. Finn


Kobieta w oknie zaczyna się obiecująco – oto Anna Fox, była psycholożka dziecięca, po tragicznym wypadku będącym udziałem jej rodziny, w którym straciła ona córeczkę i męża, cierpi na głęboką postać agorafobii. Nie wychodzi z domu, a jej jedyny kontakt z ludźmi to wizyty jej psychiatry, nauczyciela francuskiego, odwiedziny lokatora, a także rozmowy z osobami poznanymi na forach internetowych.

Kobieta przyjmuje ogromne porcje silnych leków, które mimo zaleceń lekarza zakrapia sporą ilością alkoholu. Niestety – nie zażywa ich regularnie. Często zdarza jej się zapomnieć o dawce lub też ją podwoić.

Jej jedyną rozrywką zdaje się podglądanie innych – dzięki dobremu aparatowi ma szansę zaglądać do mieszkań lokatorów sąsiadujących z nią. Wie o nich niemalże wszystko – kto ma kochanka, gdzie i kiedy wychodzi, o której wraca, co jada, jak spędza wolny czas. Szansą na powiew świeżości w jej życiu jest pojawienie się nowej rodziny. Voyeryzm, któremu się oddaje, to punkt dnia, z którego nie jest w  stanie zrezygnować, stanowi on niemalże uzależnienie.

Niestety, pewnego dnia Anna staje się świadkiem morderstwa dokonującego się na jej oczach. Powiadamia policję, jednak jej zeznania nie są spójne, a poziom alkoholu we krwi, przyjmowane silne leki oraz ogólna kondycja psychofizyczna bohaterki, a także obciążające ją zeznania nowych sąsiadów sprawiają, że staje się ona mało wiarygodnym świadkiem, a także – podejrzaną.
Kobieta nie chce dać za wygraną, próbując udowodnić, że wcale nie jest chorą wariatką, lecz osobą, która będzie w stanie udowodnić to, co widziała, a nie – jak sądzą detektywi i znajomi – to, co sobie wyobraziła.

A.J. Finn stworzył książkę, w której do końca nic nie jest jasne, w której sprawa komplikuje się z każdą kolejną przewracaną stroną, a czytelnik – nawet ten najbardziej obeznany w gatunku – ma trudność z rozwikłaniem zagadki. Autor zmyślnie odwraca uwagę odbiorcy i przenosi podejrzenia w zupełnie inne rewiry, sprawiając, że sam czytający odnosi wrażenie, że nie wie już co się stało i co „widział” – zupełnie jak główna bohaterka. Dokonuje zatem pisarz kapitalnego utożsamienia.

Stworzony przez niego thriller zgrabnie nawiązuje do klasycznego czarno-białego kina. Pochodzące z niego dialogi pozostają nie bez znaczenia dla całości, dodając książce smaczku i walorów płynących z owej intertekstualności. Nie sposób nie znaleźć nawiązań także do Okna na podwórze, który to film stanowił niewątpliwą inspirację.


Jeśli tak wygląda debiut, wróżę Finnowi wiele sukcesów. A Wam – polecam. Niewiele wpadek i niejasności, świetne działania odwracające uwagę czytelnika i wartka akcja (mimo akcji toczącej się niemalże przez całą książkę w jednym pokoju).

środa, 23 sierpnia 2017

Ali & Nino - Kurban Said





Przed Wami opowieść o styku dwu kultur – europejskiej i azjatyckiej, które spotykają się w Baku i żadna nie chce zostać wyparta przez tę drugą, dzieląc mieszkańców na zwolenników dwu przeciwległych ‘obozów’ kulturowych. W tych okolicznościach azerski chan Ali zakochuje się w gruzińskiej księżniczce Nino, za nic mając dzielące ich różnice kulturowe, poglądowe oraz religijne. Uczucie zdaje się silniejsze niż obyczaje, jednak jego eksplozja nieszczęśliwie połączyła się z innym wybuchem, daleko na zachodzie – oto miłość rozkwita w cieniu I wojny światowej, która dramatycznie wpłynie także na losy lokalnych mieszkańców.

Niestety, książka, której bohaterowie stali się w Azerbejdżanie i Gruzji niemalże postaciami historycznymi, o których losach wie każdy, przyniosła mi małe rozczarowanie, bowiem – jak się zdaje – oczekiwania przerosły realizację. Być może moja fascynacja miejscem, w którym toczy się opowieść była zbyt mała, by zapewnić mi zachwyt nad tąż.  

Moje zainteresowanie lekturą było dość płytkie i niezobowiązujące, płynęłam przez nią, bowiem ciekawiły mnie przesądzone skądinąd losy głównej pary, bardziej jednak frapowały mnie kulturowe obwarowania. Ona – chrześcijanka, on – muzułmanin. Wydaje się, że jedynym miejscem, w którym będą oni mogli żyć, aby znajdować się w przestrzeni tak wielokulturowej, by zdolna była pomieścić ich oczekiwania i pragnienie spełnienia będzie Baku. To jednak, na skutek toczącej się wojny nie było już przestrzenią gwarantującą bezpieczeństwo.

Nie sposób ukryć, że Ali&Nino to faktycznie piękna opowieść miłosna, za nic mająca sobie przeciwności losu, pokazująca jednak jak silne jest poczucie obowiązku, honoru i czynienia tego, czego się od bohaterów oczekuje. Gdyby nie te cechy, które uderzały w Alim, losy tej kaukaskiej pary mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej – kto jednak wie czy szczęśliwie.

Kurban Said w bardzo syntetycznym ujęciu prezentuje antagonistyczne poglądy na rolę kobiety w świecie, na rolę wojny, prawa, ale również – co szalenie istotne – zemsty i godności. Maluje on Zakaukazie jako przestrzeń niejednorodną, wymieszaną, po trosze europejską i po trosze azjatycką, zdolną jednak do porozumienia, wolną od nienawiści, lecz surowo przestrzegającą prawa i moralności wywiedzionej z kultury i religijności. Baku przestawione zostało jako kocioł naleciałości dwu dominujących kultur, które zmieszane tworzą jego prawdziwy orientalny, a jednocześnie niezwykle bliski obraz.  Miłość tytułowych bohaterów zdaje się jedynie sposobnością do opowiedzenia historii miejsca styku tego co znane, z  tym co obce i inne.

I dla niej samej warto powieść tę przeczytać, nie nastawiając się jednak zbytnio na potoczystą formę całości czy literackie uniesienia.

 Jest poprawnie, ale nie tak wciągająco, jak oczekiwałam.




wtorek, 22 sierpnia 2017

Ludzie na drzewach - Hanya Yanagihara [recenzja przedpremierowa]


Hanya Yanagihara zasłynęła dzięki kapitalnemu Małemu życiuktóre dla mnie okazało się książką totalną, sprawującą władzę nad myślami jeszcze na długo po lekturze.

Ludzie na drzewach to debiutancka powieść autorki, podejmująca zgoła inną tematykę, lecz wciąż przemycająca jeden wątek, który stanie się chyba dla niej stałym i znaczącym (choć raz mimochodem wyznaczającym całą oś narracyjną, innym razem będący jedynie tłem dla opowieści) – molestowanie seksualne. Pisarka podjęła się dość karkołomnej próby literackiej, z której wyszła jednak obronną ręką.

Zaczynamy od końca, zaburzając linearność – oto Norton Perina, wybitny naukowiec, zdobywca Nagrody Nobla, zostaje postawiony w stan oskarżenia za molestowanie seksualne swoich podopiecznych. Skargę składa jedno z jego adoptowanych dzieci – Victor, od samego początku sprawiający największe trudności wychowawcze.

Owo zaskarżenie i wyrok są jednak jedynie pretekstem do poznania historii życia Periny, rozpoczynającej się w murach uniwersytetu. Jako  niezwykle zdolny, choć egotyczny i przemierzający uczelnię własnym szlakiem student medycyny, mężczyzna oddelegowany zostaje do podróży na jedną z mikronezyjskich wysp z wybitnym antropologiem, Paulem Tallentem. Podróż ta jawi się jednocześnie jako kara i szansa. Na miejscu bowiem okazuje się, że niektórych tubylców, żyjących według zrytualizowanego rytmu,  cechuje niesłychana długość życia – potrafią oni przeżyć setki lat bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym, zaś ze sporymi deficytami psychicznymi i społecznymi. Perina, próbując odkryć sekret nieśmiertelności, pozwala sobie na odwieczne niszczycielskie działanie w imię wyższych celów – skazuje nieskażoną dotąd wyspę na dewastację i europeizację zamieszkujących ją plemion, po to tylko, by ze swoich badań uczynić prawdziwie znaczące odkrycie. Yanagihara za sprawą historii Periny stawia pytania o to, jak daleko może posunąć się człowiek w imię nauki; czy dewastacja środowiska naturalnego i niszczenie plemiennych obyczajów jest zasadne; czy dla badań można poświęcać miejscowych: ich poglądy, tradycje, święte obrzędy? Czy ważniejsze nad dobro plemienia, jest dobro całej ludzkości? Jak daleko leży altruizm od egoizmu pod maską dobroczynności?

Wybitny naukowiec, którego losy poznajemy za sprawą snutej przez niego samego narracji (do ręki dostajemy bowiem swoiste wspomnienia tegoż), zmienia się na naszych oczach. Ten, którego początkowo uznajemy za odkrywcę działającego w imię wyższych celów, za mężczyznę o dobrym sercu, bowiem adoptującego dziesiątki plemiennych dzieci bez przyszłości; bohatera, któremu trzeba współczuć; powoli jawi się przed nami jako okrutnik i człowiek działający z perfidią i premedytacją. Wcześniejsze próby utożsamienia się z nim, tworzonych w umyśle mów obronnych, wewnętrznego buntu wywołanego jawną niesprawiedliwością, powoli tracą na znaczeniu i obracają się wniwecz. 

Oto bowiem ten, któremu dzięki sprawnej narracji Yanagihary można by współczuć, okazuje się postacią godną pogardy i zasłużonej kary. Zżymać można się jednak na jej dość delikatny wymiar, szczególnie w obliczu popełnionych zbrodni przeciwko moralności. Autorka zdecydowanym głosem pokazuje, że poza prawem nie może funkcjonować nikt – nawet ten, który zrobił wiele dla nauki, teoretycznie w imię wyższych wartości, które miałyby go usprawiedliwiać. Brakiem moralności przekreślił on bowiem swoje odkrycia, a jego wyniszczający wpływ na świat zdaje się niewart ofiary.

Ludzie na drzewach, to lektura tyleż fascynująca, ileż bulwersująca. Stawia szereg niewygodnych, choć aktualnych i uniwersalnych pytań, nakreślona została zaś bardzo sprawnie. Jest zapisem zmian środowiska pod wpływem cywilizacji oraz prób dopasowania się plemion do nowej rzeczywistości i konsekwencji tegoż. Mroczna, egzotyczna, tajemnicza i pasjonująca – taka właśnie jest debiutancka powieść Yanagihary.

Polecam!


Autorka w swoim projekcie literackim inspirowała się bulwersującymi losami noblisty Daniela Gajduska, tekst tworząc niemalże osiemnaście lat. 


Premiera książki 13 września.


Recenzja Małego życia:


piątek, 23 listopada 2012

Adrian Mole lat 39 i pół. Czas prostracji – Sue Townsend


Tytuł: Adrian Mole lat 39 i pół. Czas prostracji
Autor: Sue Townsend
ISBN: 978-83-7747-731-1
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: W.A.B. - dziękuję!

Kluczem do popularności Sue Townsend, pisarki, która mając 15 lat rzuciła szkołę, a  mając lat 18 założyła rodzinę; stała się wydana w 1982 roku pierwsza część z cyklu o Adrianie Mole’u. Był to Adrian Mole lat  14 i ¾. Sekretny dziennik.
Od tamtego czasu minęło 30 lat, a jej sława nie ustaje. Książki, których jest autorką tłumaczone są na trzydzieści języków świata, dzięki czemu mogą bawić ludzi na całej Ziemi.
Po owych trzech dekadach sukcesów, Adrian Mole wchodzi właśnie w kryzys wieku średniego, mając przed oczami widmo zbliżających się 40 urodzin i… nie tylko. Nad jego życiem zaczęły gromadzić się czarne chmury: księgarnia, w której od lat pracuje, i która zawsze była dla niego schronieniem i oazą spokoju, musi zostać zamknięta, a teren, na której się znajduje sprzedany sieci sklepów Tesco; jego mama postanawia zgłosić się do kontrowersyjnego i budzącego niemałe oburzenie widzów show, po to, by raz na zawsze wyjaśnić kwestię ojcostwa jednego ze swoich dzieci, a tym samym ujawnić przed całym światem wstydliwy sekret; jego żona wdaje się w romans z bogatym arystokratą, a jakby tego nie miało być dość, lekarze właśnie odkrywają u niego raka prostaty. Rangę rodzinnych dramatów podnoszą nieszczęścia mniejszej wagi, takie jak upór córki objawiający się stałym noszeniem do szkoły kostiumów rodem z bajek Disneya, zamiast obowiązkowego mundurka, który to zmusza Adriana do coraz częstszych wizyt w szkole.

Ulgą w przeżywaniu kłopotów i walce z chorobą, staje się dla bohatera pisanie dziennika, miernej w oczach ludzi, wielkiej w jego własnych – sztuki, a także rozkwitająca relacja z Pandorą. I psychoterapia, rzecz jasna.

Choć Adrian Mole od zawsze kojarzył się z humorem i komicznością, w tej publikacji przedstawia swoje nieco inne oblicze: wzrusza jego prosta walka z chorobą i reakcja na bolączki codzienności; w dojmująco szczery i rozbrajający sposób dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat niekwestionowanego cierpienia. Nie ma tutaj patetyczności, wzniosłego tonu i cierpiętnictwa: Adrian walczy z rakiem, jakby stał się to jedynie kolejny element jego życia, nieunikniony i zaakceptowany, kolejne wyzwanie, któremu należy sprostać. Mało takich opisów walki z chorobą w literaturze. To opowieść ciepła, niosąca nadzieję, pozbawiona wszelkich znamion martyrologii – taka jak życie osoby pogodzonej z losem i zachowującego humor bez względu na okoliczności. I choć humor ten czasem jest gorzki, właśnie przez to jawi się jako autentyczny. 
Niezwykle sprawnie czyta się tę lekturę, nie traktując jako kolejnej smutnej opowieści – to kontynuacja życia kogoś, kogo dobrze znamy, bez przystrajania w zdobne piórka, bez udawania, że pewne rzeczy go nie dotyczą. Z tym, że – to nie wątek choroby jest tutaj najważniejszy. Wszystko utrzymane jest w równych proporcjach – przez co tak naprawdę zatraca się główny motyw, a po przeczytaniu tej powieści nie zostaje się z żadnymi refleksjami. Adrian, niezmienny od lat, duże dziecko, z tymi samymi fobiami, nałogami, dziwactwami – taki jakiego znamy, tylko trochę bardziej pobrużdżony przez życie.


piątek, 26 października 2012

Irena- Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska


Tytuł: Irena

Autor: Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska
ISBN:  978-83-7747-734-2
Wydawnictwo: W.A.B. - dziękuję!
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 416











Irena – Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska

Powieści pisane w duecie zawsze budzą moje ambiwalentne uczucia – zarówno przemożną ciekawość, ale też lęk o to, jak pisarski tandem zdołał połączyć siły i co w rezultacie wyszło z ich próby stworzenia czegoś wspólnie.
Irena, to literacki eksperyment Małgorzaty Kalicińskiej i jej córki – Basi Grabowskiej. To swoista próba przeniesienia na karty książki złożonej relacji matka-córka, która swej autentyczności nabiera właśnie poprzez postaci autorek: tej z bogatym doświadczeniem twórczym, jak i tej początkującej – z wielkim potencjałem i głową pełną pomysłów, nieskażoną jeszcze trudnym światkiem literackim.
Co wyszło z tego doświadczenia? Powieść niezwykle prawdziwa, ukazująca złożone relacje międzypokoleniowe z dwu perspektyw: matki oraz jej jedynej córki. Co więcej: matki żyjącej z traumą po śmierci łóżeczkowej swojego pierwszego dziecka; śmierci, o której postanowiła córce nie wspominać, skazując ją na poczucie wyobcowania i niespełnienia wygórowanych oczekiwań rodzicielki, która nie umiała pogodzić się z myślą, że „nie ma dziecka jakiego pragnęła, ale takie jakie się urodziło”, która podświadomie przelewała na pociechę swoje niespełnione ambicje i frustracje, powodując ich napięte relacje.
Narracja prowadzona dwutorowo, ukazuje różnice w postrzeganiu rzeczywistości przez dwie kobiety, które szukają wspólnej więzi, jednak nie potrafią jej odbudować. Jedyną osobą, która potrafi złagodzić ich konflikty jest tytułowa Irena – przyszywana ciotka, która niedawno straciła męża. Dorota, przez wiele lat żyjąca z nieprzepracowaną żałobą po zmarłym dziecku, śmierć Felka – męża Ireny, niezwykle bliskiego ich rodzinie – przeżywa na swój własny sposób, próbując oswoić ją w sposób od wieków znany ludzkości: poprzez śmiech. Niestety, niektóre dialogi i refleksje bohaterów, zasygnalizowane przez autorki, budują wrażenie niestosowności stylów: chwilę po nostalgicznym wspominaniu, smutnej atmosferze, poważnym przemyśleniom, pojawiają się w tekście słowa takiej jak „bzykanko”. Odreagowanie przy pomocy śmiechu to jedno, ale mieszanie stylów powodujące tak nieprzystający do całości kontrast, to drugie. Wpadek takich jednak w książce tej niewiele, dlatego z powodzeniem polecić można ją każdemu pokoleniu kobiet.
Wydawać by się mogło, że to powieść lekka, jednak pod pierzynką potocznego języka, stylizowanego na bardzo naturalny, przypominający dialogi, jakie możemy usłyszeć na co dzień, będący zapisem rozmów i kłótni, które każda z nas przeżyła nie raz – znajduje się problematyka o wiele poważniejsza. Odwieczny, nierozwiązywalny problem relacji matki z córką, poczucie niespełniania oczekiwań i ciągłego bycia wykluczonym przez swoją nieprzystawalność do ogólnie przyjętych norm, zderzenie codzienności z tym, czego za życia komuś nie udało się zrobić, zestawienie perspektywy ziemskiego przebywania i śmierci, motyw osoby starszej, ciepłej, z bogatym doświadczeniem życiowym, które umożliwia jej łagodzenie obyczajów, szuanie złotego środka w stosunkach między sfrustrowaną mamą, a córką, która za wszelką cenę stara się udowodnić swoją wartość i zasłużyć na szacunek rodziców.
To sprawnie napisana powieść, w której każda kobieta może czytać siebie. Dzięki takiemu zabiegowi książka ta posiada bardzo szeroki zakres odbiorców. Wzorzec singielki, próbującej na własny rachunek przeżyć swoje życie; takiej, która nie chce przyznać się, że z jakichś przyczyn nie potrafi się zaangażować emocjonalnie i w związku z tym manifestuje swoją niezależność, stawia na karierę, rozwój zawodowy, przedkłada „mieć” nad „być”, zostawiając daleko w tyle marzenia matki o wnukach, o szczęśliwej rodzinie dla swojej córki, to model doskonale znany każdemu z nas. XXI wiek powoduje masową „produkcję” ludzi ukrywających się za wygodnymi wymówkami takimi jak „praca”, „kariera”, „samowystarczalność”, „zapewnienie sobie dobrego startu”, ale także takimi, którzy własne niespełnione ambicje przelewają na kolejne pokolenia. Coraz rzadziej młodzi ludzie podejmują ryzyko przejścia przez życie z partnerem, z rodziną w której mogliby w chwilach trudnych odnaleźć wsparcie i poczucie bezpieczeństwa; coraz rzadziej też ludzie ze sobą rozmawiają. Irena, to książka, która wychodzi tym problemom naprzeciw, próbując je usystematyzować i wskazać rozwiązanie albo chociaż: otworzyć oczy. Warta naszego czasu, pisana dla kobiet, o kobietach, z myślą o kobietach.

I podkreślająca, że wspólny wysiłek matki i córki może przynieść niesłychane niespodzianki – taką niespodzianką, jest właśnie ta książka, świadectwo poukładanych relacji i zgodności.


poniedziałek, 3 września 2012

Maggie Cassidy – Jak Kerouac

Tytuł: Maggie Cassidy
Autor: Jack Kerouac
ISBN: 978-83-7747-730-4

Maggie Cassidy. Już dawno nie czytałam książki, której tytułowa bohaterka budziłaby we mnie tak sprzeczne emocje.
Dziwne – bo właściwie to nie ona jest postacią pierwszoplanową, nie jej losy śledzimy w książce Jacka Kerouaca, która w końcu trafiła do polskich księgarni i nie ona stanowi o tym, co w tej książce najważniejsze. Jest jedynie symbolem. Czego?

Moje pierwsze spotkanie z  jednym najsłynniejszych pisarzy amerykańskich XX wieku obyło się bez fajerwerków, pozostawiło jednak po sobie apetyt na więcej.
Książce tej trudno było momentami przyznać prawa do mienienia się beletrystyką. Więcej w niej poezji, mniej fabuły. O akcji – zapomnijmy. Nie o to Kerouacowi przecież chodziło. Powieść ta z powodzeniem mogłaby stanowić sentymentalną podróż poetycką przez czas dojrzewania Jacka Duluoza, głównego bohatera książki. Jej lektura była dla mnie powolną wędrówką przez jego dorastanie do uczucia, przez spotkania z kolegami i przygodę ze sportem. Pozycja ta to misterna próba kroczenia ku dorosłości, bez względu na przeciwności losu i permanentne zmierzanie pod prąd.

Tematem, wokół którego skupia się Kerouack jest pierwsza miłość Jacka, która determinuje jego dalsze życie i wpływa na koleje losu. Wybranką jego serca jest tytułowa Maggie Cassidy, dziewczyna piękna, pełna czaru i wdzięku. Bohater poznaje ją podczas jednej z miejscowych potańcówek, które wraz ze spotkaniami z przyjaciółmi, grą w piłkę oraz podobnym im rozrywkach stanowią centrum jego życia.

Mary Carney
Od czasu pamiętnej imprezy, losy Maggie i Jacka splatają się, a my, wnikliwi czytelnicy, mamy okazję obserwować ich docieranie się, dojrzewanie do związku, pierwsze kłótnie, zdrady, znudzenie sobą, rutynę, zazdrość, ale też: wyznania, uniesienia, pieszczoty, wreszcie pierwszy stosunek. Cechą charakterystyczną Kerouacka w tej książce jest spora liczna wyliczeń, sprawiająca, że nasza orientacja w świecie przedstawionym jest wręcz topograficzna. Precyzyjna znajomość każdego miejsca, kształtu, koloru czy wyglądu wydaje się być zbędna, lecz to w dużej mierze ona stanowi o niezwykłości tej publikacji. Mnogość metafor, pytań retorycznych i innych środków ekspresji literackiej zaświadcza o artystycznym wymiarze tego dzieła. To swego rodzaju poezja miłości odziana w szaty powieści, przykryta pozornym płaszczem fabularnym.
Paradoksalnie inną znamienną cechą tej książki są charakterystyczne dialogi Jacka z kolegami – pisane slangiem młodzieżowym, prawdopodobnie w pełni zrozumiałym jedynie dla osób uczestniczących w rozmowie, pełnym niedopowiedzeń, żartów sytuacyjnych i zwrotów jasnych jedynie dla grupki przyjaciół.

Wydawać by się mogło, że to powieść radosna, skąd więc melancholia i smutek towarzyszący mi podczas lektury? Nie da się ukryć, że więcej niż optymizmu jest w niej tęsknoty za tym co bezpowrotnie mija. Sentymentalne wspomnienia, poczucie utraty i silne wrażenie pogoni za tym, co zostało zgubione gdzieś po drodze sprawia, że Maggie Cassidy do niosących ukojenie lektur nie należy. Jest raczej pochwałą młodości i lekcją tego, że należy z niej czerpać tak wiele, jak tylko się da, by po latach nie usiąść w fotelu i z frustracją oraz  żalem spoglądać w przeszłość.

____
Pierwowzorem Maggie była Mary Carney - wielka miłość Jacka Kerouaca.




poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Ostatni sprawiedliwy – Irena Matuszkiewicz

Tytuł: Ostatni sprawiedliwy
Autor: Irena Matuszkiewicz
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-7414-809-2
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 288
Z kryminałami tak to bywa, że po pewnym czasie i stosownej ilości przeczytanych książek, wpisujących się w ten gatunek, wnikliwy czytelnik ma wrażenie, że wie już wszystko. Posiadł wiedzę wystarczającą do tego, by rozgryźć nawet najbardziej skomplikowaną zagadkę, a żaden autor nie jest już  w stanie go zaskoczyć. Ciężko bowiem w tym rodzaju literatury o wyjście z pewnych konwencji i narzuconych schematów, których świadomie bądź nie, oczekuje każdy odbiorca. Mamy więc zabójstwo; szereg osób z mniej lub bardziej czytelnymi motywami, najczęściej finansowymi; mamy elokwentnego śledczego i długotrwały ciąg przesłuchań, które dzięki sprytowi detektywa/dochodzeniowca, sprawiają, że na światło dzienne wychodzą skrzętnie ukryte grzeszki. Sprawa się komplikuje, lecz nagle – jedno źle dobrane słowo, jeden grymas twarzy, jeden kupiony blef – i sprawa się, kolokwialnie mówiąc, sypie, a śledczy może odhaczyć kolejną rozwiązaną sprawę w swojej bujnej karierze. Podobnie rzecz ma się z powieścią Ireny Matuszkiewicz, Ostatnim sprawiedliwym.
Jako przedmiot opowieści wzięła sobie autorka historię pewnej rodziny.
Kurczyłłowie, to prawdziwa mieszanka osobowościowa. Seniorka rodu, to jak w wypadku większości starszych pań goszczących na kartach szanującego się kryminału, osoba uparta, z przeczuciami i snami, których odbicie koniecznie chce widzieć w rzeczywistości i z tego powodu stawia życie wszystkich na głowie. Ona to, po śmierci jej niedawno zmarłego brata, stwierdza z wielkim przekonaniem, że bez wątpienia jej, sędziwy już brat, został otruty. Na tym jednak nie koniec! W rzeczywistości onirycznej, którą traktuje z wielką powagą, ujrzała śmierć kolejnej osoby – bliskiego sąsiada.  Żeby było ciekawiej, na dniach mężczyzna ów znika bez śladu, a jego żona zostaje znaleziona ciężko ranna we własnym mieszkaniu. Czyżby sny Kurczyłłowej, miały mieć solidne podwaliny w rzeczywistości?
Tą niewątpliwie ciekawą sprawą zajmuje się komisarz Jarosław Rębowicz – młody tata i małżonek. W śledztwie pomoże mu samozwańcza komisja sąsiedzka, pragnąca jak najszybciej wyjaśnić tajemnicze zniknięcie bliskiego znajomego.
Jak to zazwyczaj bywa w tego typu sprawach – światło dzienne ujrzą rodzinne sekrety, których wyjawienia nikt się nie spodziewał, a które ukażą relacje między sąsiadami w całkowicie innej perspektywie.

Ostatni sprawiedliwy, to sprawnie napisane czytadło, jednak… wciąż tylko czytadło. Brakuje suspensu, nie ma tutaj niezbędnego współczesnym kryminałom napięcia, nie ma godnych uwagi zwrotów akcji, a cała historia po odłożeniu książki na półkę, radośnie ulatuje z pamięci.
Jeśli więc szukacie lektury lekkiej, która niekoniecznie musi wryć Wam się w pamięć – to książka dla Was. Jeśli jednak pragniecie emocji i napięcia – lepiej rozejrzyjcie się za czymś innym.



piątek, 3 sierpnia 2012

Drugi oddech – Philippe Pozzo di Borgo



Tytuł: Drugi oddech
Wydawnictwo: W.A.B.
Autor: Philippe Pozzo di Borgo
Rok wydania:
2012
Tytuł oryginału: Le second souffle suivi du Diable gardien
Gatunek: powieść biograficzna
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-7747-748-9




Historię Philippe Pozzo di Borgo poznał cały świat. Za sprawą filmu Nietykalni, który powstał na kanwie książki Drugi oddech,  niemalże każdy miłośnik kina miał okazję obserwować narodziny przyjaźni Abdela i Philippe – ludzi pochodzących z dwu zupełnie różnych światów, których łączyło jedno – nietykalność, a właściwie niedotykalność, wyprowadzana od słowa intouchabless, stanowiącego anglojęzyczny tytuł filmu opiewającego życie tego fascynującego tetraplegika.
Jednak także na tym polu zauważalne są różnice – Abdel był niedotykalny ze względu na swoje pochodzenie, stanowił niejako element środowiska pariasów; z kolei Philippe cierpiał na chorobę, przy której prawie każdy dotyk sprawiał mu ogromny ból, a która  jednocześnie powodowała, że gros ludzi starało się go unikać, stanowił on dla nich specyficzne tabu.
Scenariusz Nietykalnych inspirowany jest przede wszystkim dopiskiem do pierwszego wydania książki Drugi oddech, jakim był Diabeł stróż. Określeniem tym mienił Philippe Abdela. Na potrzeby filmu wiele wątków zostało zmienionych, przeobrażonych, pominiętych lub dopisanych, lecz ogólny zarys historii  przyjaźni człowieka wywodzącego się z arystokratycznej rodziny francuskiej i czarnoskórego rzezimieszka pozostał niezmienny.
Philippe po wypadku na paralotni w wieku 42 lat, w konsekwencji którego stał się on paralitykiem, osobą, nad którą trzeba było trzymać 24 godzinną pieczę oraz po śmierci chorej na raka szpiku kostnego żony, całkowicie utracił radość i sens życia. Od tego momentu wymagał opieki specjalnie zatrudnionej do tego osoby, a jego wybór padł właśnie na Abdela, mężczyznę, który szanował tylko tych, którzy szanowali jego, rozwiązującego wszelkie problemy prawem pięści, dumnego i niezdolnego by przyznać się do popełnionych błędów. Między dwójką tak skrajnych charakterów wytworzyła się więź silniejsza niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Philippe lubił otaczać się pięknem, był miłośnikiem muzyki klasycznej, wyznawał bezwzględny szacunek w stosunku do kobiet, dbał o staranne wychowanie dzieci.  Swoje wartości starał się przekazać także nieco nieokrzesanemu Abdelowi. Świadectwo tego zostało zapisane w tej książce.
Nie jest to jednak zwykła summa przyjaźni dwójki osób. Jest to przede wszystkim historia życia Philippe – znajdziemy w tej książce opis jego dzieciństwa oraz wydarzeń sprzed wypadku, utkanych w retrospekcje zgrabnie wplecione w narrację dotyczącą teraźniejszości; znajdziemy także opis samego wypadku oraz tego jak wiele zmienił on w postrzeganiu życia przez głównego bohatera, a jednocześnie autora tych wspomnień. Jak pisze sam di Borgo – nie chciał tworzyć książki mającej stanowić jedynie rozrywkę dla czytającego, nie chciał także popaść w skrajność drugiego typu, będącą konsekwencją opisu swojej choroby – pobłażliwości.[1] Postanowił on jedynie podzielić się swoim doświadczeniem życia, uwrażliwić na piękno, na właściwe przeżywanie choroby i cierpienia, podzielić się obecnością wspaniałych osób w swoim ziemskim przebywaniu oraz przekazać jak niewiele czasami zależy od nas samych, pragnął przestrzec przed tchórzostwem i zachęcić do odwagi. Ta historia to opowieść o dorastaniu Philippe, o historii jego arystokratycznej rodziny, opis prawdziwego uczucia, wreszcie opowieść o bólu codzienności.
To niezwykłe świadectwo życia, bez przesady, udziwnień czy pompatyczności. To zapis wspomnień osoby cierpiącej, a jednak potrafiącej żyć i starającej się nie stać się zgnuśniałym człowiekiem wyżywającym się na innych. Philippe zachował swoją pogodę ducha, mimo kalectwa wciąż czerpie z życia pełnymi garściami.
Ta książka wzrusza swoją szczerością, a tym samym uwrażliwia czytelnika, uczy czerpania radości z tego co mamy, bez względu na to w jakim stanie i okresie życia się znajdujemy. To nie historia choroby, lecz historia życia, wypełniona spostrzeżeniami, które z powodzeniem mogłyby stanowić wartościowe sentencje.
Polecam tę publikację wszystkim, i osobom znającym film, i tym, którzy z historią di Borgo zetknęli się właśnie po raz pierwszy – zarówno dla jednych jak i dla drugich, będzie to lektura odkrywcza i pouczająca. Doskonała w chwilach zwątpienia w celowość własnego istnienia, wyśmienita w czasie radości. Dobra na każdą okazję!
Gorąco polecam!





[1] Philippe Pozzo di Borgo, Drugi oddech, W.A.B., Warszawa 2012, s.10.

niedziela, 19 grudnia 2010

Spiski. Przygody tatrzańskie. Wojciech Kuczok.

Od lat nie mogłam się przemóc do przeczytania jakiejkolwiek książki pana Kuczoka. Film "Pręgi" owszem, widziałam, ale do książek, o dziwo- nie ciągnęło mnie. Dopiero zmuszona faktem, że musiałam pojawić się na spotkaniu autorskim, postanowiłam zabrać się za "Spiski".
Byłam nastawiona dość sceptycznie, jednak już po zakończeniu pierwszego rozdziału odetchnęłam z ulgą.
Choć spodziewałam się czegoś zupełnie innego, [właściwie nie wiem na podstawie czego, to chyba swego rodzaju uprzedzenie po "Pręgach"] autor zaskoczył mnie niesamowicie. Oczywiście z pozytywnym sensie. Już po kilku rozdziałach przyszło mi do głowy porównanie do mojego ukochanego polskiego pisarza-Jerzego Pilcha. Dlaczego? Swoiste podobieństwo w przekazywaniu czytelnikowi anegdot zaczerpniętych z własnego życia, duża lekkość pisania, skrzący się humor. Urzekło mnie również quasi-profetyczne wspomnienie waśni spowodowanych sprawą krzyża. Oczywiście, o inny niż przychodzący Polakowi dziś na myśl krzyż chodziło, jednak wizja konfliktu na tym tle skłania do zastanowienia.
Ponadto wspaniale ukazana rzeczywistość góralska z perspektywy Ślązaka. Czytelnik z łatwością zaważy różnice między mentalnością ludzi z obu tych regionów. Duża odwaga Kuczoka, wódka lejąca się strumieniami, humor wręcz paraliżujący, gwarantowane wybuchy śmiechu.
Dzieło jednocześnie mądre i lekkie. Warte uwagi.

Ocena 5/6


Moją recenzję znajdziesz również na:
http://www.matras.pl/spiski-przygody-tatrzanskie.html#customer-reviews
http://www.webook.pl/recenzja-438,Spiski_Przygody_tatrzanskie.html