poniedziałek, 21 października 2013

ŚBK i ich książkowe bziki


W tym miesiącu Śląscy Blogerzy Książkowi zdecydowali się podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, swoimi książkowymi bzikami - mniej lub bardziej skrywanymi:)
Mam ich tak dużo, że ciężko było mi się zdecydować na prezentację któregokolwiek.
Z całą pewnością jednym z moich najstarszych bzików jest... Agatha Christie. Oprócz serii jej powieści, które widać na poniższym zdjęciu i oczywiście ich serialowych wersji, mam również niewidoczne tutaj audiobooki oraz dwutomową autobiografię. Christie darzę szczególnym sentymentem, bo - co już kilkakrotnie powtarzałam - pozwoliła mi po kilku latach posuchy wrócić do nałogowego czytania i do tej pory stanowi pisarkę, po której książki sięgam z niezmiennym entuzjazmem. Wielu tomów jeszcze mi brakuje, ale skrupulatnie nadrabiam :)




 Poniżej, tzw. półka bzików, na której gromadzę książki autorów mi najbliższych ( tylko to co ułożone pionowo, reszta załapała się na zdjęcie, bo inne półki już nie mają miejsca;D). Są to Cecelia Ahern, Eric Emmanuel Schmitt i Carlos Ruiz Zafon. Codziennie się z nimi witam, bo znajdują się na wysokości wzroku:) Tych bzików nie sposób wyjaśnić - autorów pokochałam od pierwszej powieści i nie ma żadnej, której bym nie wielbiła, chyba wręcz bałwochwalczo. Kilku tomów brakuje, rozeszły się po znajomych.


Kolejny bzik, jeden z pierwszych, to kryminały, thrillery i sensacja. Staram się gromadzić je w jednym miejscu, ale niestety jest to niewykonalne, gdyż ich liczba dawno przerosła rozsądne ilości i jestem niezdolna do ulokowania ich koło siebie. Poniżej przedstawiciele - z Lehanem na czele.Tego autora wielbiłam, wielbię i wielbić będę. Zanim stał się w Polsce popularny, ktoś mnie w nim rozkochał i tak już zostało:) U niego lekki chaos, bo część tomów [ulubionych:)] mam w starszym wydaniu, a część już w nowszym. Tutaj również dążę do harmonii i powoli zaopatruję się we wszystkie tomy wydane jednolicie;)


Ostatni już mój bzik, bardziej okołoksiążkowy niż książkowy - zakładki.
Jeśli powiem, że mam ich ponad 1000, to będę bardzo bliska prawy. Ile jest ich naprawdę - nie wiem, nie zliczę. Wiem, że kocham je gromadzić [generalnie jestem chomikiem, wystarczy otworzyć którekolwiek pudło w moim pokoju, by się przekonać] i nie straszne mi żadne ilości ani żadne kwoty, które na nie wydaję. Z każdego miejsca przywożę dwie obowiązkowe pamiątki - książkę i zakładkę. Od znajomych żądam tego samego, toteż przez lata się nazbierało:) A ja nadal nie mam dość - wręcz przeciwnie, apetyt rośnie w miarę jedzenia;))
Poniżej część reprezentacji :D Mało reprezentatywna, ale nocną porą nie miałam już siły przebijać się do jądra moich zbiorów;D




A Wy? Jakie macie książkowe bziki?:))

Królestwo łabędzi – Zoe Marriott


Tytuł: Królestwo łabędzi
Autor: Zoe Marriott
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788323750352
Udostępnienie: Sztukater
Ilość stron: 264


Królestwo łabędzi to współczesna powieść wydana w serii Poza czasem, z wielką dokładnością odwołująca się w swojej kompozycji do klasycznych elementów składających się na bajkę magiczną.
Choć autorka tworzy teksty dla dzisiejszych nastolatek [żywię przekonanie, że chłopaków taki typ snucia narracji raczej znudzi i rozbawi niż zaintryguje], wydaje się, że doskonale zdaje sobie sprawę z nieprzemijającej tęsknoty dorastającej dziewczyny za postaciami poznanymi w dzieciństwie.
Wraz z dorastaniem, zdejmujemy różowe okulary nałożone nam we wczesnych dzieciństwie, kiedy to karmiono nas opowieściami o księżniczkach zdobywanych przez odważnych królewiczów, zdolnych pokonać wszelkie przeciwności stojące na drodze ich miłości i wiecznemu szczęściu. Pozbywamy się ich niechętnie, mając świadomość, że zaszczepiając w nas pragnienie miłości idealnej, ktoś nas oszukał, wystrychnął na dudka i nie pozwolił zmierzyć się z rzeczywistością taką, jaka jest naprawdę – daleką od baśniowego ideału.
Mimo dojmującej świadomości fikcyjności historii o księżniczkach, każda z nas podświadomie do nich tęskni i chce wracać.
Marriott mając tę świadomość, skonstruowała fabułę według doskonale znanych schematów bajek.
Porwała czytelnika na królewski dwór rządzony sprawiedliwą ręką króla wspieranego przez kochającą żonę, posiadającą zdolności magiczne. Dzięki nim królestwo cieszy się obfitością plonów, hojnością natury i harmonią.
Król mimo świadomości wpływów swojej żony, daleki był od akceptacji jej praktyk. Szybko zapomniał jak wiele jej zawdzięcza i chciał udowodnić, że dobrobyt zależy wyłącznie od człowieka i jego umiejętności rządzenia oraz obchodzenia się z pozyskanymi dobrami.
W tajemnicy przed nim, królowa przekazywała swoją wiedzę i umiejętności córce.
Niestety, nie wszystko zdążyła i chciała jej pokazać. Gdy pewnego dnia zabiera ją do Kręgu Przodków, ginie z rąk okrutnej bestii, a wraz z nią zamiera królestwo. Monarcha oszalały z bólu postanowił odnaleźć bestię i pomścić zmarłą małżonkę, niestety w międzyczasie uległ urokowi napotkanej kobiety, z którą szybko zawarł związek małżeński. Macocha okazała się kimś zupełnie innym, niż wszyscy sądzili, a jej rządy stały się początkiem klęsk i nieurodzajów.
Losy wspaniałego królestwa całkowicie się odmieniły, a jedyna nadzieja na ratunek pozostałą w rękach Aleksandry, królewskiej córki oddanej na wychowanie do siostry swej zmarłej matki, na odległych ziemiach Midland. Tam też bohaterka pozna tajemniczego Gabriela, z którą połączy ją nić porozumienia i rozkwitające uczucie.

Marriott nie uległa pokusie bawienia się konwencjami. Swoją baśń obwarowała wszystkimi jej najważniejszymi elementami. Na kartach ksiązki znajdziemy zarówno bohatera, od którego zależą losy królestwa, jego przeciwnika w postaci złej macochy, donatora [tutaj są to przodkowie królewny (pełniący również funkcję osób wysyłających), jego pomocników [bracia uwięzieni między światami], ważną postać ojca, a także fałszywego bohatera.
Także chronologia wydarzeń została zachowana w zgodzie z od lat panującymi zasadami bajek magicznych: odejście ważnej dla bohatera osoby (matki – co najczęstsze), zakaz używania magii, złamanie owego zakazu, postęp stosowany przez przeciwnika względem bohatera [odesłanie do ciotki, by pozbyć się życiodajnych mocy], nakaz powrotu przekazany przez specjalnie na tę okazję oddelegowanych pośredników, pozorna zgoda, a następnie przeciwdziałanie (ucieczka), spotkanie z donatorem, wejście w posiadanie magicznego przedmiotu (tutaj raczej wiedzy o nim) niewyjaśnione doprowadzenie do śmierci ojca bohaterki, walka z przeciwnikiem, ostateczne zwycięstwo i mariaż ze wcześniej poznanym księciem. Klasyka i brak jakichkolwiek odstępstw od normy.
Dzięki temu Marriorr mogła spać spokojnie, bez obaw o swój tekst, który natychmiast musiał zostać zaakceptowany przez czytelników, budzi bowiem poczucie bezpieczeństwa wyznaczone przez znajomość schematu.

Tropów baśniowych w książce tej jest bardzo wiele i nie sposób wymienić wszystkich. Na pewno jest to ujęcie uwspółcześnione, a jednocześnie bardzo wierne tradycjom gatunkowym. Szczególną rolę odkrywa w Królestwie łabędzi magia zdolna przekuć największe zło w największe dobro. Oczywiście, zderzą się zarówno moce jasne, wypływające z natury, z mocami ciemności, sankcjonując zwycięstwo tych pierwszych i przywracając tym samym świat do porządku sprzed opowiedzianej historii. Niebezpieczeństwo zostaje zażegnane, zło pokonane, można się radować i wracać do rzeczywistości, gdzie nie zawsze owe zasady są tak samo wiążące i dostrzegalne. 

Królestwu łabędzi niczego nie brakuje. Książkę tę czyta się  podobnym zaangażowaniem jak klasyczne baśni, jej warstwa językowa pozostaje prosta, choć niepozbawiona typowych dla swego gatunku metafor.
Polecam serdecznie sympatykom bajek magicznych, którzy być może wciąż tęsknią do krainy dzieciństwa, w której zło zawsze zostaje pokonane, lecz zanim to się stanie, świadkujemy zaciętej walce złych i dobrych mocy, przestrzeni pełnej bajkowych bohaterów, zaklętych dusz, intensywnej magii i niebezpiecznym przygodom.

niedziela, 20 października 2013

Szczęście w Twoich oczach – Caroline Leavitt


Tytuł: Szczęście w twoich oczach
Autor: Caroline Leavitt
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379432349
Ilość stron: 368
Caroline Leavitt bohaterami swojej książki uczyniła Isabelle i Charliego oraz jego syna Sama.
Ich losy splecione zostały w dniu wielkiej tragedii: gdy zdruzgotana kobieta w bardzo zamglony dzień jechała przed siebie z nadzieją na rozpoczęcie nowego życia, przed maską jej samochodu nagle pojawiła się inna osoba – stojąca pod prąd na środku drogi. Isabelle nie zdążyła wyhamować, na skutek czego potrąciła April. Kobieta zginęła na miejscu. Świadkiem całego wydarzenia był jej chory synek Sam. Gdy Isabelle podbiegła do jego matki, wydawało mu się, że ujrzał anioła.
Od tamtej pory mimo zakazom ojca, chłopiec wielokrotnie prowokował spotkania z bohaterką, mając nadzieję, że umożliwi mu ona kontakt z mamą.
Jego relacja z Isabelle staje się także początkiem uczucia rodzącego się między nią a jego ojcem. Oboje poranienie i cierpiący, boją się otworzyć serca na nowe uczucia, mając w pamięci wydarzenie, które splotło ich losy.
Autorka skupia się na konstruowaniu postaci silnie doświadczonych przez los, toteż nie uniknęła budowania ich portretów psychologicznych. Najciekawszą i, co oczywiste, najbardziej podatną na wszystkie wydarzenia osobą jest Sam. Jego dziecięca psychika nie jest jeszcze w pełni ukształtowana, a pamięć o wypadku, śmierci mamy i nowej relacji jego taty powoduje, że bohater jest bardzo rozchwiany emocjonalnie. Choroba wcale nie ułatwia mu radzenia sobie z problemami. Wciąż miałam jednak wrażenie, że chłopiec jest o wiele bardziej dojrzały niż jego zalękniony tata, który choć kierował się jego dobrem i bardzo się o niego troszczył, zapomniał w tym wszystkim o sobie i o innych. Chcąc chronić własne dziecko, ranił innych i rezygnował ze szczęścia. Tragedia jakiej doświadczył tak silnie nim wstrząsnęła, że nie potrafił zamknąć pewnych etapów swojego życia.
Najsilniejszą postacią okazała się Isabelle, która choć równie silnie poturbowana przez los, potrafiła zmierzyć się z teraźniejszością. To kobieta staje się tu bohaterką potrafiącą wziąć odpowiedzialność za swój los w swoje ręce. Jedynie ona próbowała walczyć o szczęście i przyszłość, a nie jedynie tkwić w martwym punkcie przeszłości. Autorce udało się skonstruować bohaterkę o bardzo silnej osobowości, która jednak nie zdołała podźwignąć ciężaru odpowiedzialności za wszystkich.

Historia spisana przez Leavitt buzuje od emocji. Rozgoryczenie i frustracja mieszają się w niej z dojmującym smutkiem, ale też euforyczną radością. Bohaterowie stają przed trudnymi wyborami, które nie zawszę będą w stanie podjąć odpowiedzialnie. Ich życie zdaje się niekończącym pasmem wydarzeń wynikających z nieodpowiednio dobranych słów i niedogadania, a kolejne dylematy jedynie utwierdzają ich w przekonaniu, że postępują źle.
Między dwójką dorosłych tłoczy się mały chłopiec, który nie do końca rozumie co się dzieje, ale znacząco odbiera panujące między dwójką dorosłych relacje. Mają one widoczny wpływ na jego samopoczucie i zdrowie.
Gdy wydaje się, że wszystko w ich życiu zacznie się układać, padają kolejne słowa, które nie musiały paść…

Od pewnego czasu nie lubię takich zakończeń. Problem nie tkwi w tym, że potrafię zaakceptować jedynie pudrowe finały [wszak Zanim się pojawiłeś powaliło mnie na kolana, pisałam też swego czasu o wyższości gorzkich zakończeń nad happy endami i zdanie to podtrzymuję], lecz w tym, że nie zgadzam się na takie rozwiązanie akcji w książkach, które aż się proszą o zamknięcie szczęśliwie i myślę, że na nich zyskałyby o wiele więcej niż na dramatycznych niespełnieniach bohaterów.
Epilog wcale mnie zelektryzował, lecz mocno zasmucił. To jakby policzek w twarz i powiedzenie, że o miłość i szczęście rzeczywiście nie ma co walczyć, bo ta prawdziwa i tak zawsze pozostanie niespełniona, że ludziom dane są tylko chwile radości, relacje na moment, nic na stałe. Mam wrażenie jakby Leavitt za pośrednictwem swojej opowieści krzyczała: nie dajcie się nabrać, nie warto się starać, miłość nie ma w naszym świecie szans, warto się wiązać tylko z tym, z kim wam wygodnie i przytulnie, a nie z tym kogo darzycie uczuciem! Nawet jeśli kogoś prawdziwie kochacie, to szyki popsują wam wasze głupie decyzje i spóźnienie w podejmowaniu tych właściwych.
Finał jest tak smutny, tak pozbawiony jakiejkolwiek nadziei, że z rozgoryczeniem odłożyłam tę książkę, mimo że podczas całej lektury cieszyłam się doświadczeniami głównych bohaterów, kibicowałam im i byłam głęboko przekonana, że im przeznaczone jest szczęśliwe zakończenie.
Czy polecam? Tak, bo mimo wszystko warto spojrzeć na życie ludzi dotkniętych tak ogromnych cierpieniem, którzy na przekór niemu wcale się nie poddali, lecz z optymizmem patrzyli w przyszłość. Warto badać ich zranienia, brak odwagi, poczucie braku stabilności i pewności.
To ludzka historia, o przeżywanych każdego dnia dramatach, które być może rozgrywają się także i na naszych oczach.

Przez świty – Renata Winczewska


Tytuł: Przez świty
Autor: Renata Winczewska
Wydawnictwo: WFW
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-7805-613-3
Ilość stron: 90
Cena: 22 zł

W poezji Renaty Winczewskiej przeglądałam się jak w lustrze.
Przez świty to jej tomik debiutancki, jak się domyślam, gromadzący w sobie jej najbardziej reprezentatywne teksty, a jednak – widać w nich ogromny potencjał i wiele mądrości – życiowej, tej bardziej ode mnie oczekiwanej w liryce, niż często przesadnie eksponowana wiedza o gatunkach, metaforach i innych środkach niezbędnych do pisania w obrębie owego rodzaju literackiego. Woluminowi temu patronuje jednorodność tematyczna, którą bardzo prosto jest wychwycić i odczytać, a także – uznać jako własną.
Sądzę, że poetka ta, mimo młodego wieku, posiadła zdolność [albo jej zaczątek] pisania o pewnych doświadczeniach, które jednocześnie składają się na empirię wspólnotową, zwłaszcza wśród kobiet.
Większość tekstów zawartych w omawianym tomie poświęcona jest rozdzierającemu smutkowi, pustce i osamotnieniu – jak się domyślam pomiłosnej agonii, powolnemu staczaniu się w odmęty rozpaczy, depresji przedstawianej jako zamarznięte jezioro. Winczewska mocno się odsłania we własnych utworach, dokonuje swoistej wiwisekcji, introwertycznej kontroli tego, co dzieje się w jej duszy. Z niezwykłą precyzją i dokładnością nazywa stany znane ludziom borykającym się z otępiającą depresją – już nie chcę być/chcę nie być.[1] Sięga głęboko, świdrując własne wnętrze, ocierając się nawet o granice ekshibicjonizmu. Jej teksty są pełne niewyrażalnego bólu, kipią od emocji, palących ran, nieprzepracowanego cierpienia.
Znajdują się jednak elementy optymistyczne, niosące nadzieję na ponowne odnalezienie sensu i nadziei. Nie jest to bowiem wolumin jedynie depresyjny – to raczej swoiste wołanie o pomoc, o ukojenie lęków i obecność.


Kilka z nich szczególnie zapadło mi w pamięć. Więcej – poczułam, że znam te słowa, że gdzieś już je widziałam, że ktoś dawno temu wyrył je w mojej głowie, a teraz mam jedynie okazję je rekonstruować i rewidować. Déjà vu.

Tomik ten to speculum (nie)mojego życia, odbijające je dokładnie takim jakim było i jest – bez zniekształceń, zakłóceń, nierówności. Bolesna lektura, jednak bardzo katartyczna. Bez zbędnych słów, nachalnego patosu i buńczuczności. Choć teksty zebrane w tomiku spisane są ręką młodej kobiety, jej doświadczenia będą bliskie nie tylko wchodzącym w dojrzałość nastolatkom – Winczewskiej udało się uchwycić uczucia wielu, znajdujących się niekoniecznie w podobnej sytuacji, a analogicznie ją odbierającej.



[1] Wysoko 2 [w:] Przez świty, Renata Winczewska, Warszawa 2013, s.62.

sobota, 19 października 2013

Roma Ligocka – Wolna miłość


Tytuł: Wolna miłość
Autor: Roma Ligocka
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 9788308052365
Ilość stron: 184
Data wydania: 24 października 2013 - recenzja przedpremierowa

Nazwisko Romy Ligockiej stało się szczególnie rozpoznawalne po wydaniu przez nią książki Dziewczynka w czerwonym płaszczyku. Historia ta urzekła czytelników, czyniąc z autorki jedną z najbardziej rozpoznawalnych pisarek ostatnich lat.
Jej najnowsza powieść, Wolna miłość, trafi do księgarń już 24 października i wiem, że zyska sobie tak samo wielkie uwielbienie jak poprzednie publikacje.
Książkę tę otwiera cytat z Jana Twardowskiego – „…miłości się nie szuka jest albo jej nie ma/nikt nie jest samotny tylko przez przypadek”. Jest on doskonałym wstępem do tego, co czeka nas po zajrzeniu pod okładkę.
Na palcach mogę zliczyć książki, których pierwsze zdanie oczarowałoby mnie na tyle, by w mojej głowie oświeciła się lampka rzucająca świetlisty napis o treści „aha, to będzie bardzo dobra lektura!”. Po takim wrażeniu wygodnie umościłam się na kanapie i popłynęłam z prądem. Nie zauważyłam upływającego czasu, bo choć publikacja ta jest niewielkiej objętości, wibruje od ważnej treści.

Dobrze, że miałam w rękach przedpremierową szczotkę, bo dzięki temu mogłam zaznaczać do woli, co spowodowało, że podkreśliłam na różowo co drugie słowo, sprawiając, że moja wersja skrzy się od barw i notatek na marginesie, uwypuklających czytelnicze przeżycia towarzyszące lekturze.
A tych było co niemiara!
Bardzo bliskie są mi rozważania Ligockiej o miłości – tej szczenięcej, macierzyńskiej, dojrzałej, egoistycznej. Autorka tworzy przekrój niemalże wszystkich znanych kobiecie doświadczeń miłości – zarówno erotycznej, jak i wynikającej z przyjaźni. Podobały mi się jej porównania i frapujące spostrzeżenia, wypływające z wieloletniego doświadczenia na opisywanym polu. Jej refleksje nad kwestią wolności w miłości wprawiły mnie w niemałą zadumę, zmuszając do zweryfikowania i reorganizacji własnych poglądów
Wolna miłość to zbiór przemyśleń nad istotą miłości i straiści, ubrana w słowa tak piękne, że momentami miałam wrażenie czytania tekstu lirycznego. Ale czy o tym uczuciu powinno się w ogóle mówić inaczej? Ligocka zdaje się przeczyć wszystkim wyobrażeniom miłości brutalnej i niespełnionej. Jej rozmyślania charakteryzuje duża mądrość życiowa i doświadczenie. Brak w niej rozgoryczenia czy zgorzknienia – z kart tej książki, mimo wielu przemyconych między wersami smutków, bije radość z istnienia i możliwości kochania.

I trochę tak jest z naszym życiem. Im szybciej mija, tym bardziej odczuwamy jego wartość.[i]

Dzieli się autorka także swoim doświadczeniem podróży, swoim niezrozumieniem dla ekshibicjonistycznego dzielenia się własnym życiem, wspomina nauczycieli, bada relacje przyjaźni, pokazuje swoje doświadczenia przeżywania choroby. Jej teksty wypływają z życia i na nim się skupiają.
Słowom w tej książce towarzyszy obraz – najczęściej splecione dłonie: męskie, damskie, dziecięce, człowieka dorosłego. Dotykają się – nieraz nieśmiało, innym razem pewnie, zawsze delikatnie. Wskazują one na mnogość i różnorodność relacji i silnie oddają to, o czym Ligocka wspomina. Stanowią doskonałe uzupełnienie treści, niejako wypełniając luki, obrazując to o czym mowa. Oprócz fotografii dłoni są też szkice – tak samo wielorakie, do osobistego odczytania.
W Wolnej miłości spotykają się dwie pasje Ligockiej – pisanie i malowanie, które wspólną mocą próbują podpatrzeć i wizualizować to, co w życiu najlepsze.
Wiele jest w książce tej życzliwości i ciepła, tak dzisiaj rzadkiego w mówieniu o przeżywaniu codzienności, dojrzewania i starzenia się.
Ligocka staje się ambasadorką życia przeciwko metryce, a w zgodzie z własnym sercem. Bo starość to nie wiek, a wtłoczone w nas przekonania i stereotypy, którym ze zbyt dużą łatwością ulegamy.

Czyta się tę książkę rewelacyjnie, każde słowo ogrzewa naszą wyziębioną duszę, daje poczucie bezpieczeństwa i pewności, że każdy ruch zależy od nas. Miałam wrażenie spotkania z kimś, kto dzieli się ze mną swoją dojrzałością i mądrością, z przyjaciółką, która właśnie, dlatego że jest dużo starsza może wiele mnie nauczyć, a ja od niej ogromnie wiele zaczerpnąć.

Polecam tę lekturę każdemu – dobra, naprawdę dobra lektura. Wyciszająca, choć miejscami niepokojąca. Szczera. Wypływająca z doświadczenia.



[i] Wolna miłość, Roma Ligocka, Kraków 2013, s. 141.

Antoś i jeszcze ktoś – Tomasz Jastrun


Tytuł: Antoś i jeszcze ktoś
Autor: Tomasz Jastrun
Wydawnictwo: Czarna Owieczka
ISBN: 978-83-63010-33-1
Cena: 29,90 zł
Przed Państwem Antoś.
Któż to taki? Dziesięciolatek z głową pełną szalonych pomysłów!
W jego realizacji dzielnie wspierają go szkolni koledzy, jak i rodzice – choć ci raczej nieświadomie. Ich wypowiedzi niejeden raz stanowić będą dla dorastającego rozrabiaki inspirację nie do przecenienia.
Antoś na nudne życie narzekać nie może – sami się zresztą przekonacie. A że ma świadomość pustki życia dorosłych, postanawia urozmaicić nam kilka chwil i podzielić się swoimi niezwykłymi perypetiami. Czyni to za pośrednictwem pamiętnika, w którym skrupulatnie zapisuje co ciekawsze przygody i przemyślenia. Czyni to nie tylko z wielką prostotą języka charakterystyczną dla swojego wieku, ale przede wszystkim z wielką dbałością o przekomiczne detale, mogące rozbawić nawet najpoważniejszych dorosłych.
Antoś przedstawia wydarzenia ze swojego życia z uroczą, dziecięcą naiwnością, często przekręcając wiele znaczeń i nadinterpretując [lub odczytując arcydokładnie] co drugie wydarzenie.
W pierwszym tomie [bo jak rozumiem będzie ich więcej] swoich przygód bohater całkowicie oddaje się opisowi rzeczywistości szkolnej, która dominuje także jego życie poza nią.
Komentuje zachowania kolegów i koleżanek z klasy, z którymi udaje mu się przeżyć nawet najbardziej niewiarygodne przygody.
Tak dla przykładu: ze Stefkiem próbowali zostać zawodowymi tenisistkami, do czego przystosować mieli ich ojcowie, od dawna urządzający sobie amatorskie turnieje. Skończyło się bójką, niezrozumieniem, poniszczonymi rakietami i wnioskiem o wyższości gimnastyki artystycznej nad innymi dyscyplinami sportowymi.
Innym razem Antoś ze znajomymi chciał pojeździć windą, a w konsekwencji zgubił babcię. Jeszcze kiedy indziej o mały włos zmumifikował mysz, a niewiele wcześniej pozbawiony został wyrostka robaczkowego. Nie wspomnę już o strajku przeciwko zwolnieniu Pana Stopka! To dopiero była przygoda na szeroką skalę!

Jak widzicie, dzieciństwo to niezwykle zabiegany czas. Człowiek nie ma kiedy odpocząć, bo za rogiem wciąż czają się nowe historie warte przeżycia i opisania.
A my? Nam już jedynie pozostaje czytać o tych niebywałych perypetiach i zazdrościć czasu młodości.
Dziesięć lat! Co to był za wiek!


Zapraszam do Antosiowego świata;)