poniedziałek, 17 października 2016

Woda może być pyszna! [Sonia Lucano - Zdrowa woda]

 


Odkąd pamiętam, moim ulubionym napojem była woda. Ileż to razy, gdy siedzieliśmy w restauracji i wszyscy wokół zamawiali coca-colę, a ja niestrudzenie wodę niegazowaną, słyszałam błagalne „To może chociaż soczek?”. Mało komu mieściło się w głowie, że woda może smakować, ba! Może być wybierana w miejsce czegoś gazowanego i słodko niezdrowego.

Ja jednak byłam nieugięta, mimo że wówczas woda, to znaczyło naprawdę tylko wodę. Bez dodatków czy – jak wolą niektórzy – bez smaku.

Dziś, możliwości są tak wielkie, a pomysły często tak, zdawać by się mogło, szalone, że picie wody przestało być passé, a stało się modne. Zaczęła ona bowiem uchodzić za eliksir młodości i piękna.

Sonia Lucano w swojej książce Zdrowa woda podpowiada z czym ów napój połączyć, by jego właściwości pogłębić, a walory smakowe urozmaicić. Sztandarowo ludzie dodają cytrynę, miętę, od wielkiego święta pomarańczę, truskawki czy inne owoce delikatnie wzbogacające smak.

Czy komukolwiek jednak przyszłoby do głowy dodać do wody tymianek z  ogórkiem? Ktoś próbował zmieszać rozmaryn, liczi i papaję? Kto wreszcie skusił się na miksturę wykonaną z  wody, pieprzu, pomidora i selera? Autorka tej książki otwiera nas na nowe doznania smakowe, udowadniając, że nie wymagają one wiele wysiłku, a skutkują nie tylko przyjemnością płynącą z picia, lecz mają także właściwości prozdrowotne.

Gotowi na eksperymentowanie? Chyba już nigdy nikt nie powie, że picie wody czy poradniki są nudne;) A ja nareszcie mam argumenty. 

Polecam!

Jest pysznie, zdrowo, niecodziennie;)


niedziela, 16 października 2016

Dzień dobry. Śniadania z Małgosią Mintą



Śniadaniom, najważniejszym posiłkom dnia, często towarzyszy pośpiech. Jemy w biegu, na ostatni moment, nierzadko byle co, po to tylko, by zyskać kilka cennych minut snu.

A gdyby tak ze śniadania uczynić chwilę dla siebie, podczas której spałaszujemy starannie przygotowane, pięknie prezentujące się, zdrowe, a przy tym pyszne jedzenie? Nieważne na co masz ochotę – kanapkę, jajko, sałatkę, owsiankę. Wraz z Małgosią Mintą przyrządzisz cokolwiek tylko zapragniesz, odkrywając, że śniadanie nie musi być nudne, a jego przygotowanie wcale nie musi zająć więcej niż 5 minut. Tyle snu chyba możesz poświęcić, prawda?

Aby ułatwić Ci zadanie, autorka otwiera poradnik listą produktów, które zawsze ma w lodówce i zamrażarce – takich, z  których w  razie draki stworzysz wiele pomysłowych śniadań.

Książka ta podzielona jest na kilka części. W pierwszej z nich – Bladym świtemznajdziecie przepisy najmniej czasochłonne. Będzie granola, birchemuesli, niesztampowe kanapki, pastę jajeczną i in.

Kolejna, O poranku, to rozdział dla tych, którzy nigdzie nie muszą się spieszyć. Tutaj porządzi owsianka w wielu odsłonach, w tym wytrawna czy marcepanowa,  jajecznica, omlety, koktajle i in.
Następna część zadowoli tych, którzy skoro świt zjeść nie potrafią i preferują wersję Na wynos. Znajdziecie tu bajgle, pity, tapiokę, batoniki.

Rozdział Na leniwie jest odpowiedzią na zapotrzebowanie dla tych, którym pośpiech nie jest w smak. Oni będą mogli rozkoszować się szakszuką, jajkami na szpinaku, placuszkami, goframi czy focaccią. Śniadań w  tym dziale jest najwięcej – a na widok zdjęć ślinka sama napływa do ust.  Wyglądają obłędnie, smakować mogą jedynie lepiej.

Część Na zapas to krótki przewodnik po tym, jak wykonać własną granolę, majonez i wiele innych składników, które mogą przydać się podczas preparowania posiłków.

Ostatni rozdział książki stanowią przepisy polecone przez znajomych autorki – te jednak niech pozostaną terra incognita dopóki nie zajrzycie do książki.

Dzięki książce Dzień dobry. Śniadania z Małgosią Mintą, na nowo pokochałam śniadanie, a z mojej kuchni uciekła rutyna.

Bon apetit!


sobota, 15 października 2016

Biblioteka dusz - Ransom Riggs (Osobliwego domu Pani Peregrine odsłona trzecia)



Biblioteka dusz, trzeci tom z serii Osobliwy dom Pani Peregrine. To, co rozpoczęła pierwsza część, wreszcie ma swój finał. I co nasuwa się samoistnie – nie byle jaki.


Jacob znacznie lepiej panuje nad swoją osobliwością, robiąc z niej coraz większy pożytek. Wraz z grupą przyjaciół nie ustaje w pościgu za upiorami, które porwały nie tylko pozostałe dzieci, ale przede wszystkim ymbrynki, mające pomóc im przejąć władzę nad światem osobliwców.

(...)

Jacob wraz z  grupą przyjaciół wreszcie trafia na trop pętli, w której więziona jest reszta osobliwców i ymbrynki. Dzięki pomocy podejrzanego Sharona, udaje im się przemknąć przez Diabelskie Poletko i dotrzeć do samego serca siedziby upiorów. Czy mężczyzna jest jednak godny zaufania, czy może pracuje na czyjeś zlecenie? Dlaczego wspiera ich „na kredyt”? Jak wiele będą jeszcze musieli znieść mali bohaterowie, by ocalić swoich przyjaciół?

(...)

Samo wydanie w niczym nie ustępuje wcześniejszym – dokładnie ta sama formuła, nadająca niesamowitego klimatu całości, przeplatana starymi fotografiami, będącymi inspiracją dla stworzenia całości. Dla tych, którzy zapomnieli już kim są poszczególne postaci – na początku znajduje się skrótowe przypomnienie definicji ymbrynki, upiora czy głucholca.

(...)

Lektura wszystkich tomów była niezapomnianym przeżyciem, którego życzę każdemu z Was. Jeśli zatem macie ochotę na nietuzinkowe spotkanie na kartach literatury – dajcie się porwać Ransomowi Riggsowi i wybierzcie się w tę podróż pełną kuriozów. Gwarantuję, że zapamiętacie ją na długo.





Recenzja w całości na:



Poprzednie tomy:



wtorek, 11 października 2016

W cieniu - Diane Chamberlain


W  cieniu to kolejna powieść, w której Chamberlain, autorka m.in. Tajemnic Noelle, Zatoki o północy czy Daru morza, udowadnia jak uzdolnioną jest pisarką. Książka, którą mam w rękach, to – ośmielę się ocenić – jedna z najlepszych dotychczas wydanych w Polsce tekstów twórczyni.

Jako temat będący osią narracyjną, przyjmuje pisarka życie zogniskowane wokół bliskiej osoby dotkniętej nieodwracalną chorobą mózgu, która to paraliżuje go i zawłaszcza, nie dając nadziei na powrót do minionej kondycji.

Joelle przychodzi na świat w komunie, a jej poród jest niestety bardzo skomplikowany. Gdyby nie pomoc przypadkowo przebywającej na miejscu znachorki – Carolynn – nowo narodzona dziewczynka nie miałaby szans na przeżycie.

Po wielu latach, gdy bohaterka jest już dorosła, jej życiem nie przestają wstrząsać tragedie. Pracuje na oddziale położniczym jako pracownica socjalna i mimo niedawnego rozwodu oraz niemożności zajścia w ciążę, każdego dnia spotykać musi się z matkami, które nie zawsze potrafią zbliżyć się do swojego dziecka. Od jakiegoś czasu w ośrodku leczniczym przebywa jej najlepsza przyjaciółka, Mara. Kobieta trafiła tam zaraz po urodzeniu pierwszego synka, Sama. Poród był na tyle obciążający, że doszło do wylewu krwi do mózgu. Dając życie chłopcu, bohaterka poświęciła własne, bowiem mimo długiej rehabilitacji nic nie wskazywało na to, by jej stan miał się poprawić. Dawnej Mary już nie było, pozostał jedynie cień, osoba w wiecznej euforii, nad którą nieustannie czuwała jej matka, mąż oraz Joelle.

Stałe przebywanie kobiety przy Liamie i jego synku, sprawiło, że ich zażyłość wykroczyła poza ramy przyjaźni. Gdy pewnego dnia doszło między nimi do zbliżenia, żadne nie przeczuwało jak poważne będzie to miało konsekwencje.

Joelle zachodzi bowiem w ciążę, mimo że przez lata starań nie potrafiła tego osiągnąć. Świadectwo zdrady jest namacalne, a rosnący brzuch coraz trudniej ukryć, co może rodzić pytania pracowników szpitala, w  którym oboje pracują. Wytęskniona ciąża staje się dla Joelle brzemieniem – Liam dręczony wyrzutami sumienia i rosnącym przywiązaniem robi wszystko, by jej unikać, ona zaś szuka wszelkich sposobów, by wyleczyć Marę i na powrót uszczęśliwić ojca własnego dziecka.

Mimo że główny wątek powieści dotyczy czasów współczesnych, korzeniami sięga ona znacznie głębiej. Autorka po wielokroć wykorzystuje retrospekcje, by przenieść się do dzieciństwa znachorki Carolynn  i jej siostry bliźniaczki, Lisabeth. Okazuje się bowiem, że ich losy są o wiele bardziej splecione z życiem Joelle, niż można by przypuszczać.

W  cieniu to doskonale skrojona powieść, której lekturze towarzyszą ogromne emocje. Mimo iż wielokrotnie zżymałam się na zachowanie głównych bohaterów, ostatecznie ich trudna historia skłoniła mnie do wielu refleksji, które stają się niewątpliwą wartością naddaną książki. Zachowanie postaci można krytykować , to jednak zasadnicza cecha pisarstwa Chamberlain – nic nie jest jednoznacznie białe ani czarne, wszędzie pojawiają się odcienie szarości, wiele zachowań budzi kontrowersje i skłania do zadumy. To jest właśnie cenne – nieważne jak bardzo (nie) pochwalamy zachowania bohaterów, najistotniejsze, byśmy dojrzeli jak nieprzewidywalne i trudne jest życie.


Polecam.

Inne książki z serii Kobiety to czytają na blogu:

czwartek, 6 października 2016

Wielkie odkrycie Bubal - Anna Cerasoli



Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, kto wymyślił liczenie? Kto, jak i po co jako pierwszy wykorzystał znaki, dzisiejsze liczby, mające pomagać w codziennym życiu?

Czy przyszło Wam do głowy pomyśleć o tym, jak radzili sobie ludzie pierwotni, nie wiedząc, ile czego posiadają? Jak panowali nad swoją własnością, jak pilnowali zwierzyny, kontrolowali zapasy?

(...)

Dawno, dawno temu, gdy ludzie nie mieli jeszcze komputerów ani systemów umożliwiających kontrolę nad majątkiem czy posiadaną zwierzyną, żyła Bubal - dziewczynka jak każda inna.

Nie miała laptopa, ba! Nie wiedziała, czym jest czas, nie umiała pisać, czytać, a już na pewno nie spodziewała się, że jej odkrycie znacząco wpłynie na losy przyszłych pokoleń. 

Pewnego dnia na jej barkach spoczęło niezwykle odpowiedzialne zadanie – miała pilnować owiec pod nieobecność ojca i brata. Zadanie okazało się trudniejsze, niż młoda pastereczka mogłaby przypuszczać. Skąd bowiem dziewczynka miała wiedzieć czy wszystkie wypuszczone owce wróciły do zagrody? Skąd mogła wiedzieć, że żadna nie zaginęła ani się nie zgubiła? 

(...)

Dzięki Annie Cerasoli czytelnicy mają szansę na zgłębienie tej tajemnicy, a przy tym - na świetną zabawę. 

(...)

Uwierzcie, matematyka jeszcze nigdy nie była tak przyjemna!


Całość recenzji na portalu:



niedziela, 2 października 2016

Rój - Laline Paull



Problematyka pszczół staje się coraz głośniejsza – czy to w książkach dla dzieci (Pszczoły, wyd. Dwie Siostry), czy w głośnej niedawno Historii pszczół, coraz częściej i śmielej zwraca się uwagę na kwestię możliwej zagłady tego gatunku, a co za tym idzie – ludzkiej niedoli.
Laline Paull zarysowuje uniwersum, którym rządzą twarde zasady: Podporządkowanie. Posłuszeństwo. Służba.

Rój to przestrzeń, w której życie zależy od surowej hierarchii i wydawać by się mogło, że nic nie będzie w  stanie tego zmienić. Każdy zalążek indywidualizmu jest wyłapywany przez straż i natychmiastowo usuwany. Każda próba bycia kimś ponad to, co zakłada przynależność rodowa jest z miejsca tępiona. Każda ułomność jest wychwytywana i unicestwiana. Rządzi królowa, a obezwładniająca (ogłupiająca? Narkotyzująca?) siła jej miłości sprawia, że w ulu wszystko działa jak w zegarku. Każdy trybik jest na właściwym miejscu i pełni swoją rolę, czego pilnują także wierne kapłanki.

Flora 71 rodzi się jako robotnica ulokowana na samym dole: należy do rodziny sprzątających, mających za zadanie utrzymanie porządku w ulu. Nie jest jednak tak pokorna, jak nakazują tego odwieczne reguły i regulacje. Staje się bohaterką dynamiczną, która niby superpszczoła jest zdolna zmienić losy swojego ula, unikając wewnętrznych narzędzi terroru niosących ład, niczym wyszkolona superjednostka. W oczach pszczół jest jednak jedynie buntowniczką, której należy się pozbyć. 

Początkowo nic tego jednak nie zapowiada. Jej życie zmienia się dopiero wówczas, gdy okazuje się, że potrafi ona karmić nowo narodzone pszczoły. To zaś staje się impulsem do całej serii zmian i zaburzeń w hierarchii. Flora 71 bowiem pnie się po szczeblach – od sprzątaczki, przez mamkę, do zbieraczki nektaru i dalej, dalej, dalej. Mimo że dotąd życie każdej pszczoły zaplanowane (zaprogramowane raczej) było od chwili narodzin, bohaterka wyłamuje się ze schematu, krocząc własną drogą. Jest ona klasycznym przykładem "od zera do bohatera".

Wszystko byłoby w porządku, bowiem narracja prowadzona jest sprawnie i w sposób, który przyciąga uwagę czytelnika, gdyby nie kilka wpadek, zupełnie niepotrzebnych. Chcąc pokazać jak silnie zniewolone są jednostki, autorka posłużyła się między innymi przykładem reakcji robotnic na obecność trutni – ulegały one męskim wdziękom, padały wręcz przed nimi na kolana, a ich podniecenie sięgało granic wytrzymałości. Paull obrazuje to, siląc się na dalekie od reszty warstwy językowej określenia – parafrazując, wspomina ona o „trutnim konarze”, jaki pszczoły chciałyby poczuć między nogami; powołuje się na „świętą piczę Świętej Matki”, a ilustrując oddanie samej królowej, zmienia tekst modlitwy Ojcze nasz, dostosowując ją do cech i zadań wykonywanych przez tę właśnie. W  innych miejscach wykorzystuje teksty biblijne, dosadniej ukazując królową jako Boga, a robotnice, jako wiernych (Pozwólcie córce przyjść do mnie czytelnie nawiązuje do ewangelicznego Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie).

Odnosiłam również wrażenie, że pisarka chce powiedzieć zbyt dużo, na zbyt małej powierzchni. Wydawało się, jakoby próbowała chwycić wszystkie sroki za ogon. Jej książka mówi bowiem nie tylko o totalitaryzmie, podporządkowaniu, eliminacji jednostkowości, buncie, ale także o macierzyństwie, miłości, bohaterstwie, próbie naprawy świata i wielu innych. Za dużo, za szybko, za płytko.

Rój pozostaje książką, wobec której mam ambiwalentne uczucia. Z  jednej strony zarysowanie życia pszczół było niezwykle fascynujące, z drugiej zaś fragmenty nawiązujące do zmienionej wersji modłów i elementy „pszczelego porno” mocno mnie zniesmaczyły. Ich niedopasowanie do całości tak boleśnie rzuca się w oczy, że nie sposób przejść wobec tego obojętnie. Poza tym odnoszę wrażenie niedopracowania całości i zbyt wielkiej chęci przyświecającej autorce, do powiedzenia o wszystkim, o czym tylko się da przy użyciu paraboli ula. To raczej materiał na sagę, nie zaś na jedną krótką powieść.

Chylę zatem czoła za trud włożony w opisanie pracy pszczelego roju, odcinam się jednak od ustępów dalekich od mojego poczucia dobrego smaku, pozostając w zachwycie nad bezbłędną okładką.

Bardziej także, niż nad odczytywaniem jej jako kolejnej powieści o totalitaryzmie – które to odczytanie nasuwa się samo, autorka doskonale zadbała bowiem o wykreowanie świata, w  którym rządzi władza absolutna – skłaniam się ku takim analizom, które na pierwszym miejscu stawiają nie kolejne debaty o reżimie, lecz poruszanie problemu pszczół w ogóle – zagrożeń jakie są ich udziałem i wyczuleniem ludzi na możliwą im pomoc.


***

Korzystając z okazji, jaką jest recenzja książki poświęconej pszczołom, chciałam Was gorąco zachęcić do udziału w akcji adopcji tychże.

Niewielkim kosztem możecie wesprzeć szczytny cel! A przy okazji zdobyć Historię pszczół Mai Lunde.


Szczegóły tutaj.