niedziela, 22 marca 2015

Mister X – John Lutz




John Lutz zawojował mnie rok temu, gdy w ramach poszerzania znajomości popularnych autorów serii kryminalnych, zdecydowałam się na lekturę tekstu Mrok. Było tak emocjonująco, że bałam się wchodzić do pustego mieszkania, z  całego serca pragnęłam omijać kuchnię, choć aby dostać się do pokoju było to niemożliwe. Lutz zasiał we mnie strach, podobnie jak mordercy z  jego książek robią to ze swoimi ofiarami.
Po takich wrażeniach moglibyście powiedzieć, że sięganie przeze mnie po kolejną jego powieść jest już wyrazem masochizmu – i pewnie mielibyście rację. Ale czyż człowiek nie jest właśnie taką istotą, która uwielbia się fikcyjnie bać? Strach prawdziwy, zagrożenie nierealne, możliwość odcięcia się od źródła lęku w  każdej chwili – kochamy to! (patrz oglądanie horrorów i in.) I ja kocham również!
Tym razem jednak – stety, niestety – już się tak nie bałam. Lutz kolejny raz porwał mnie do świata detektywa Quinna i jego partnerów, których odwiedziła niedawno osoba podająca się najpierw za zamordowaną przed laty przez dotąd nieuchwyconego seryjnego zabójcę Tiffany Keller, później zaś – już po zwróceniu na siebie uwagi – za jej siostrę bliźniaczkę. Christie od początku była klientką nietypową – nie dość, że co rusz zmieniała tożsamość, to jeszcze raz za razem znikała bez śladu, pozostawiając po sobie jedynie czeki mające umożliwić dalsze prowadzenie śledztwa. W  toku dochodzenia na jaw wychodzą nie tylko prawdziwe informacje o rzekomej zleceniodawczyni, ale też jej przedziwna motywacja. Jakby tego było mało, niejako rozochocony wznowieniem śledztwa morderca – Grawer – znów zaczyna zabijać, obcinając ofiarom sutki i pozostawiając na ich klatkach piersiowych wyżłobiony znak X. w  guście ofiary jest partnerka Quinna – Pearl – która od jakiegoś czasu spotyka się z przez nikogo nielubianym Yancym, mogącym budzić dziwne skojarzenia…
Wznowienie śledztwa dla wielu było nie na rękę – Lutz szczegółowo opisuje próby wpływania na detektywa, a także jego – nie do końca moralne – sposoby na radzenie sobie z  policją. Najwięcej zdziałać potrafią tutaj rzecz jasna kontakty z prasą i w odpowiednich organach.
Najdziwniejsze w  książce zdają się szeroko zakreślone motywacje bohaterów: kłamstwo Christie pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń, które nie tylko na nowo uaktywniły Grawera (czy aby na pewno?), ale też wciągnęły w  intrygę osoby, które dawno temu zniknęły, chcąc odgrodzić się od bolesnej przeszłości. Słusznie można sądzić, że wznowienie sprawy miało sprowokować ich ujawnienie się.
Jak wszędzie, także i tu nie bez znaczenia okaże się zemsta. Wydaje się, że zaangażowanie w  tę historię Quinna miało być jedynie przynętą. On sam jednak, dając potwierdzenie swojej renomie, sięga znacznie głębiej niż zleceniodawczyni by chciała, poznając sekrety jej odległej przeszłości, mogącej znaczącą wpływać na to, co dzieje się teraz.

Wiele tu sięgania do wydarzeń minionych, wiele  retrospektywnych wizji, tłumaczących to, co wydarzyło się później, wiele także postaci-cieni o niejasnej roli i przeznaczeniu w  całej tej skomplikowanej grze zemsty. Lutz bardzo sprawnie nakreślił bohaterów i ich motywacje, z  wielką precyzją ubrał całość w  taki sposób, że w  wielu fragmentach czytelnik zastanawia się o kim właśnie czyta – niejako słychać pracujące trybiki, wydaje się, że już, już wpadliśmy na rozwiązanie, bo wszystko tak ściśle do siebie pasuje, gdy nagle… okazuje się, że nasz główny podejrzany ginie, a gra toczy się dalej.
Lutz kołuje czytelnika i bawi się nim – podobnie jak zabawia się swoimi bohaterami, strasząc ich i urabiając. Tę powieść czyta się bardzo dobrze, głównie dlatego, że wiele w  niej niejednoznaczności, bardzo dużo otwartych możliwości, z  których każdą trzeba szczegółowo sprawdzić, dołączając do grupy dochodzeniowców i mając świadomość, że każda zwłoka może sprowokować kolejne brutalne morderstwo.
Polecam tę walkę z czasem.