Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoń. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2014

Zaklinacz czasu – Mitch Albom


Tytuł: Zaklinacz czasu
Autor:
Mitch Albom
Wydawnictwo: Znak - w sprzedaży od 8 stycznia!
ISBN: 978-83-240-2479-7
Ilość stron: 288
Cena: 32,90 zł

Nikogo nie trzeba już przekonywać, że żyjemy w czasach natychmiastowości i pogoni za bliżej nieokreślonym celem. Pokolenie konsumpcjonizmu z niczego się nie cieszy, zdaje się wyznawać zmienioną zasadę – chodzi o to, by gonić króliczka, ale nie o to, by złapać go.
Ludzie (ja) żyją w nieustającym strachu przed tym, że zabraknie czasu.
A kto z nas potrafi się wyciszyć, wyłączyć, nie odliczać, nie spoglądać na wszechobecne zegary przez chociażby pół dnia, ba! przez kilka godzin (sic!).
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się kto konkretnie jako pierwszy zaczął mierzyć czas i jakie przyniosło to konsekwencje dla ludzkości?




Raz obudzone pragnienie już nie ustanie. Rozrośnie się w sposób, którego nie potrafisz sobie wyobrazić. Niebawem człowiek będzie liczyć wszystkie swoje dni, potem mniejsze cząstki dnia, a potem jeszcze mniejsze – aż wreszcie liczenie pochłonie go całkowicie i utraci ten cud, którym został obdarowany na początku czasów: świat.[1]



Mitch Albom, którego zapamiętałam z fenomenalnej ksiązki Pięć osób, które spotykamy w niebie, oddaje w ręce czytelników tekst, mający być próbą odpowiedzi na pytania o czas, których nigdy sobie nie zadajemy, bo tak bardzo jesteśmy zaślepieni gonitwą, że podobne refleksje nie mają już dla nas znaczenia.
Ciągle zmierzamy do wydłużenia doby, zmaksymalizowania wydajności, wykroczenia poza własne ograniczenia, zaoszczędzenia czasu – w imię czego? Na co tak naprawdę poświęcamy ukradzione chwile? Na kolejne odliczanie, na kolejne bicie rekordów i przekraczanie granic – nie zaś na odpoczynek i wsłuchanie się w siebie. Wciąż przedkładamy ilość nad jakość, pogoń nad spokój  wyciszenie.





Oznaczałeś minuty – odezwał się starzeć – lecz czy używałeś ich mądrze? Po to by być spokojnym? By się zachwycać? Być wdzięcznym? By podnosić i dawać się podźwignąć?[2]

Autor za sprawą swojej książki zdaje się przeraźliwie krzyczeć, bylebyśmy tylko się zbudzili i wyrwali się z sideł marazmu. Prezentuje swoją autorką wizję życia człowieka, który jako pierwszy zesłał na ludzi przekleństwo, starając się zmierzyć czas, by wiedzieć. Jego badania nie dość, że skradły go światu i rodzinie, to jeszcze zapoczątkowały samonapędzający się proces udoskonalania i doprecyzowywania pomiarów. Dor przy użyciu patyków liczył jedynie dni, godziny i minuty, nie spodziewając się jak na pozór błahe pragnienie wiedzy, opęta całą ludzkość, sprawiając, że zamiast prawdziwie żyć, goniła ona za tym, by nie uronić ani sekundy i zmaksymalizować własną wydajność.



Narzędzia tej epoki – telefony, komputery – pozwalały ludziom poruszać się w zawrotnym tempie. Niemniej pomimo wszystkich swoich dokonań ci ludzie zdawali się nigdy nie zaznawać spokoju. Nieustannie spoglądali na swe urządzenia, żeby sprawdzić, która jest godzina.[3]

Dor za swoje działania został ukarany sześciotysięcznoletnim życiem, podczas którego wysłuchiwał modlitw, pragnień, krzyków rozpaczy, licytacji ludzi, którzy raz po raz prosili Boga o jeszcze jeden dzień, miesiąc, rok.
Pewnego dnia jego misja zostaje ukierunkowana na dwójkę ludzi: umierającego na nowotwór miliardera, który śmierć pragnie przechytrzyć zamrażając się i wyprzedzając zgon oraz młodziutkiej Sary, która pragnęła przedwcześnie pozbawić się życia, gdy jej serce zostało po raz kolejny złamane, utwierdzając ją  przekonaniu, że nie jest nic warta.
Każde z nich chciało zapanować nad czasem i życiem – jedno skrócić swoją ziemską wędrówkę, drugie nienaturalnie ją wydłużając.

Po co? Zadaniem Dora będzie odnaleźć odpowiedź na to pytanie od lat zachwaszczające ludzkie umysły.





Wszystko to, co dzisiejszy człowiek robi, aby być wydajnym, t dobrze wykorzystać czas –powiedział Dor, nie przynosi mu to satysfakcji. Wywołuje tylko głód, by robić jeszcze więcej. Człowiek chce być panem własnej egzystencji. Ale nikt nie jest panem czasu. Kiedy odmierza się życie, nie żyje się nim.[4]

Choć książka Alboma nie jest dziełem monumentalnym, cechuje ją charakterystyczna dla autora wielka mądrość i subtelność w jej przekazywaniu czytelnikom zawarta na stronicach, tętniących wiarą w to, co się pisze. Nie ma nachalności, mentorskiego tonu ani też – mimo porównań do Alchemika – kotylionowych sentencji, które cechuje pustka semantyczna. Nie będziemy zżymać się na wieloznaczność kolejnych sformułowań, lecz cieszyć mnogością złotych myśli, ustawiających nas do pionu, choć dotyczących spraw najprostszych, lecz często przez nas zapomnianych. Cenię Alboma za jego prostotę wyrażania myśli, lekkość pióra i zdolność zachwytu nad codziennością. Jego teksty uderzają każdorazowo w najczulsze punkty, miejsca, których nie odwiedzamy, by nie naruszać swojej tak skrzętnie zbudowanej warstwy ochronnej, przez którą nie dopuszczamy do siebie refleksji nad własnym sensem.
Ogromnie polecam – wszystkim – bo nie wierzę, by był na świecie ktoś, kto potrafi o czasie nie myśleć. Świetna historia, w bardzo dobrym wydaniu, inspirująca do dialogu o sprawach fundamentalnych.

Doskonała książka na nowy rok – pozwala ona bowiem na wszystko spojrzeć z dobrej perspektywy, uporządkować chaos panujący w życiu i zajrzeć w przyszłość – już tę bez nas, po naszych egoistycznych decyzjach.


W miarę jak ludzkość ogarniała obsesja godzin, żal nad straconym czasem stał się wieczną raną w sercu człowieka. Ludzie trapili się straconymi szansami, niewykorzystanymi dniami; bezustannie martwili się tym, jak długo będą żyli, liczenie chwil w życiu nieuchronnie prowadziło bowiem do odliczania ich do końca.
Wkrótce czas stał się – dla każdego narodu i w każdym języku – najcenniejszym artykułem. A pragnienie, by mieć go więcej, zaczęło rozbrzmiewać w jaskini Dora niemilknącym chórem.[5]


[1] Zaklinacz czasu, Mitch Albom, Kraków 2013, s. 61.
[2] Tamże, s.104.
[3] Tamże, s.188
[4] Tamże, s. 265.
[5] Tamże, s. 81.

środa, 10 kwietnia 2013

Sprawa trzech desperado – Caroline Lawrence


Tytuł: Zagadki Dzikiego Zachodu. Sprawa trzech desperado.
Autor: Caroline Lawrence
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788323754954
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 304





Dziki Zachód, pościgi, pojedynki na rewolwery, wrzawa w saloonach, podróże dyliżansem, żądza złota – to jedynie część elementów składających się na tę fascynującą książkę dla młodych czytelników zainteresowanych światem westernów.

Bohaterem opowieści snutej przez Caroline Lawrence jest P.K. Pinky Pinkerton. Gdy pewnego dnia wraca do domu ze szkoły, zastaje w nim zamordowanego przybranego ojca i umierającą przybraną mamę. Ostatnim tchnieniem przekazuje mu ona instrukcje, których wykonanie ma zapewnić mu dostatnie życie. Pinky ma wyciągnąć ze schowka sakiewkę zawierającą bardzo ważny dokument. To w imię jego poszukiwań, trzech desperado przebranych za Indian zamordowało opiekunów P.K.
Życie bohatera stanęło na głowie – musiał uciekać przed żądnymi bogactwa szwarccharakterami. Dotarł aż do Virginia City, co niestety okazało się dla niego zgubnym wyborem. Na miejscu spotkał ludzi, którymi kierowało jedynie pragnienie wzbogacenia się i poprawienia swojej sytuacji, przez co w żadnej mierze nie można było im ufać.
Niestety, Pinky nie potrafił odczytywać ludzkich emocji: nie wiedział kiedy się cieszą, kiedy smucą, kiedy mówią prawdę ani kiedy kłamią. Ta niezdolność do odczytywania ludzkich intencji stała się bezpośrednią przyczyną większości tarapatów w jakie popadał.

P.K. zmuszony został do próby przechytrzenia trzech desperado za wszelką cenę. Musiał ich zgubić i jak najszybciej zanieść pozostawiony przez matkę dokument do Rejestratora i Notariusza. Okazuje się jednak, że raz czające się niebezpieczeństwo, nie chce zwolnić swojego uścisku… Rozpoczyna się emocjonujący wyścig, w którym liczą się spryt i pomysłowość.

Pinky, to postać nietuzinkowa. Jego wielkie marzenie o byciu detektywem ma spore szanse na spełnienie, gdy tylko okazuje się, że Virginia City obfituje w sprawy do rozwiązania. P.K., który wykazuje część cech osób chorych na zespół Aspergera, takich jak niezdolność do okazywania i odczytywania cudzych emocji, rewelacyjna zdolność zapamiętywania szczegółów, niechęć do zmian, przywiązanie do rutyny, słaba zdolność odczytywania metafor – wydaje się być idealnym kandydatem na lokalnego kontynuatora tradycji rodów Pinkertonów.
Szybko okaże się, że prawdy przekazywane chłopakowi przez rodziców, pozwolą mu mądrze zarządzać zdobytymi informacjami i dobrami.

Książkę tę czyta się niezwykle szybko – akcja od pierwszy stronic nabiera tempa, które ani na moment nie zwalnia, nie dając tym samym czytelnikowi chwili na wytchnie. I dobrze – w walce dobra ze złem nie ma czasu na złapanie oddechu.

Smaczku powieści nadaje informacja od autorki, jakoby została ona napisana na podstawie oryginalnych zapisów z XIX wieku. W świetle tej wiadomości Sprawa trzech desperado okazuje się być połączeniem fikcji i prawdy, które dzieli niebezpiecznie cienka granica. Jak wyznaje Lawrence, niespecjalnie ingerowała ona w oryginalny tekst.
Język powieści jest bardzo prosty; dominują w nim nagminne bezpośrednie zwroty do adresata, co bardzo szybko zaczyna irytować. Budowanie relacji z czytelnikiem się chwali, jednak w wypadku tej powieści, mnogość takich zwrotów rozprasza i denerwuje.

Dla dorosłego czytelnika książka ta to kolejna historia o barwnym życiu młodego człowieka, gwarantuję jednak, że dla młodzieży okaże się ona fascynująca przygodą i wielką lekcją zaradności.

Polecam!