czwartek, 13 lipca 2017

Ciao! Ahoj! Hello! - Paweł Pawlak / Tajemnicze miasto - Rita Kaczmarska




Ciao! Ahoj! Hello! Pawła Pawlaka to książka-nieksiążka wpisująca się w serię wydawnictwa Dwie Siostry, za nic mająca tradycyjne wyobrażenia na temat tego, czym książka jest. Oto otrzymujecie Państwo pudełko formatu nieco większego niż kartka z zeszytu, w nim zaś znajdziecie duże puzzle, po których złożeniu zyskacie fascynujący przewodnik wiodący lingwistycznym szlakiem przez różne kraje. Pierwsza strona puzzla to ilustracja dziecka pochodzącego z danego państwa i witającego się z Wami grzecznie w swoim języku – Ahoj! Sveiki! Rimaykullayki!

Na odwrocie każdej części układanki znajdziecie zaś imię dziecka oraz informację o tym, w jakim języku do Was mówi i jak należy poprawnie owo przywitanie wymówić. Wiadomości te wzbogacone są kolejną ilustracją – dwu wyciągniętych dłoni – Waszą, polską, zawsze pustą; oraz dłonią dziecka przekazującą Wam typowy dla swojego miejsca zamieszkania atrybut – listek oliwny, śnieżkę, piłkę i in. Wyciągnięte dłonie znajdują się zawsze na odpowiednim tle, będącym odzwierciedleniem zwyczajów lub też charakterystycznej zabudowy czy też cech środowiska naturalnego kraju, który właśnie wraz z dzieckiem poznajecie – pojawią się typowe chińskie wieże, wiatraki, kolumny, lampiony i inne.





Wszystko to służyć ma pełnemu, a przekazanemu w bardzo prostej, przystępnej i ciekawej formie poznaniu miejsca odległego tak kilometrami, jak zwyczajami i kulturowymi uwarunkowaniami.


Choć początkowo do formy nie byłam przekonana, podczas użytkowania zdanie zmieniłam – przemawia do mnie zarówno forma puzzli, które po złączeniu dają obraz całego świata, tworzącego jedność, pasującego do siebie mimo różnic, jak i ich wielkość – na podłodze z łatwością możecie stworzyć językowy obraz całego świata, który pozwoli Waszemu dziecku nie tylko nauczyć się nowych słówek, ale także uzmysłowić sobie jak wielką różnorodnością cechuje się świat. Publikacja ta uczyć będzie otwartości na inne kultury, oswajać z „innością” wyrażoną językiem, kolorem skóry czy zainteresowaniami, a także rozbudzać będzie ciekawość ukierunkowaną na poznawanie odległych miejsc. 




Zdecydowanie mniej przekonuje mnie forma układanki w  Tajemniczym mieście Rity Kaczmarskiej – to nie jest już dla mnie książka w żadnym punkcie, lecz jedynie puzzle umożliwiające snucie opowieści na temat tego, co złożone, a co narzucone jedyną poprawną formą widoczną na załączonej do opakowania ilustracji nie jest. W zdominowanym przez cienie mieście, dziecko może dowolnie (choć do końca wcale tak nie jest – wiele rzeczy do siebie nie pasuje) zbudować jego podwaliny i ogólny zarys – ograniczać go będzie jedynie wyobraźnia i dostępne miejsce. Dziać będzie się wiele, a głębie zdarzeń jednocześnie zakrywać i wydobywać mają cienie. Zobaczymy gonitwę kotów, spadającego mężczyznę, koncert muzyków, żyrafy czające się w mroku, supermena czuwającego nad bezpieczeństwem i wiele innych. Choć detal, który bardzo cenię, wiedzie tutaj prym, ciężko do miasta mi się przekonać. Wierzę jednak, że dzieciaki zafascynowane tym, co niejasne i niepewne, odnajdą w tym wydaniu wiele radości.



Powyższe dwa tytuły to jedynie ułomek cyklu, w który wpisuje się jeszcze między innymi doskonałe Bardzo proste abecadło.

środa, 12 lipca 2017

Całe życie - Robert Seethaler


Całe życie to książka, której dałam się uwieść dzięki delikatnie unoszącej się nad nią aurą zachwytów, mieniącą ją to arcydziełem, to wyciszającym cudem na literackiej scenie ostatnich lat, to kwintesencją pisarskiego minimalizmu. Łasa jestem na podobne obrazowanie, zaczarować mnie łatwo, omamić można w parę chwil i już czuję, że od nowości wydawniczej uciec nie będę mogła.

Tak było w przypadku literackiej próby Roberta Seethalera, której nie uratowały w moich oczach ani peany Karpowicza, ani Chutnik, tak zmyślnie wkomponowane w okładkę.

Bohaterem Całego życia jest Andreas Egger – mężczyzna wiodący proste życie w małej, alpejskiej wiosce, gdzie każdego dnia oddaje się pracy fizycznej, po której odpoczywa na łonie natury, chłonąc jej piękno i obcując z nią, bogacąc swe wnętrze. Towarzyszą mu ludzie przepływający przez jego życie – najczęściej turyści, ale także ukochana Marie, którą tu poznaje, i którą tu traci w wyniku tragedii – lawiny, będącej punktem zwrotnym w  jego życiu. Autor snując opowieść o życiu Eggera, donikąd się nie spieszy, pokazując jego blaski, cienie, wzloty i upadki – całe spektrum wydarzeń tworzących sieć jego egzystencji zogniskowanej wokół wioski, z której wyrasta, i do której wraca.


Książką nie jestem ani poruszona, ani zachwycona, na pewno zaś nie mam zamiaru szarżować słowem „arcydzieło” w odniesieniu do tytułu, który mam przed sobą.

Faktycznie, z trudną do osiągnięcia dokładnością i oszczędnością w słowa opisał autor życie głównego bohatera i chwała mu za to, znamion ponadczasowości i wielkości jednak w publikacji tej nie widzę. Jest bardzo dobrym przykładem literatury minimalistycznej, streszczającej bogactwo ludzkiego żywota na niespełna dwustu stronach, jednak – w mojej opinii – niczym nadto. Może wyciszać, może pokazywać inne życie niż to, do którego w większości jesteśmy przyzwyczajeni – bez pośpiechu, bez gonitwy, w ciągłym stresie i z dala od natury, nie sprawia to jednak, że tekst zyskuje znamiona dzieła – do tego potrzeba znacznie więcej.

Zachwycać się owszem, można. Jednak nie tyle nad treścią i formą, ile nad okładką. Ta faktycznie – jest piękna. Reszta jest po prostu sprawna – może się podobać, jednak próżno czekać podczas lektury na olśnienia. Tych bowiem raczej nie będzie. Czyta się przyjemnie, szybko, można przy niej odpocząć, można się delektować, można zadawać pytania o to, czy sami potrafilibyśmy streścić swoje życie na tak niewielu stronach, i które wydarzenia, my, żądni doznać, uznalibyśmy za warte zapisania. I te refleksje towarzyszące lekturze są faktycznie bardzo cenne, bardziej jednak są  one wynikiem naszej czytelniczej dojrzałości, niżeli odautorskiego talentu do stawiania czy prowokowania ważkich pytań.

Lektury ani nie polecam, ani nie odradzam. Pozostawiam decyzję wam.




wtorek, 11 lipca 2017

Opowieść podręcznej - Margaret Atwood


Wszystko, poza skrzydłami przy twarzy, jest czerwone – kolor krwi, po którym się nas poznaje. Spódnice do kostek, pełne, marszczone, u góry prosty stanik zakrywający piersi, długie rękawy. No i białe przepisowe skrzydła: zasłaniają nam widok, ale  nas zasłaniają przed wzrokiem innych. Nigdy nie było mi dobrze w czerwonym, to nie mój kolor. [1] 

Opowieść podręcznej stanowi zapis wspomnień tytułowej kobiety, której przyszło żyć w czasach, będących piekłem dla niej i wielu innych. Freda pełni funkcję podręcznej w Republice Gileadu. Ma rodzić dzieci Komendantowi, który na skutek niepłodności swojej żony, na wzór starotestamentalnych zapisów, ma ją zapładniać na jej łonie, po to, by mieć wrażenie, że dziecko poczęte zostało z tą, która tej możności została pozbawiona. Malejący przyrost naturalny dziesiątkuje Republikę i choć Podręczne traktowane są jak niewolnice bez żadnej wartości – tak naprawdę tylko one są w stanie ją uratować. Muszą jedynie modlić się o prędkie zapłodnienie i pokornie służyć swemu Komendantowi, nie wychylając się i nie przeciwstawiając.

Podręczne wyjść mogą raz dziennie – na targ, gdzie uzupełnić mają zapasy żywności. Tam jednak również spotkają je poniżenia i ograbianie z wartości. Gdyby chciały pozbawić się życia, również byłoby to działanie na granicy niemożliwego – władze zadbały o to, by przedmioty umożliwiające podobną formę buntu zostały z  ich otoczenia usunięte.

Aby przetrwać, Freda kurczowo trzyma się wspomnień o swojej córce i mężu, o minionym życiu w czasach, gdy kobiety traktowane były podmiotowo, nie zaś tak jak obecnie.

Świat zarysowany przez Margaret Atwood to wizja przyszłości (teraźniejszości?), która wcale nie jest tak nierzeczywista, jak mogłoby się wydawać. Kasty istniejące w Republice Gileadu wydają się niezwykle aktualne, choć skryte pod płaszczem obrazowania metaforycznego.

Z przedmiotowym traktowaniem kobiet spotykamy się w wielu miejscach na świecie, pozbawianie praw jest wszechobecne, a wiele prób buntu pacyfikowanych.  Brak samodzielności, działania ukierunkowane na efekt, ciche ograniczanie wolności – z tym stykamy się na co dzień. Przejawem buntu w powieści, a zarazem swoistym memento świadczącym o możliwościach człowieka jest przewijające się hasło  Nolite te bastardes carborundorum – nie dajcie się pognębić sukinsynom. Ono właśnie ma podręczne krzepić, podnosić na duchu i przypominać, że to w nich tkwi siła stawiania oporu – chociażby psychicznego. A póki ten będzie stawiany, póty będą istnieć.

Atwood Opowieścią podręcznej zyskała sobie sławę na całym świecie, która dziś, za sprawą serialu, po raz kolejny wybrzmiewa, oddając hołd nie tylko jej znakomitemu pisarstwu, ale przede wszystkim czujnemu obserwowaniu rzeczywistości i reagowaniu na zastane wydarzenia. Jej literacka droga, to misja wskazywania człowiekowi bolączek świata i tragicznych w skutkach konsekwencji jego wyborów.

Wciąż możemy zawrócić z obranej ścieżki, wciąż mamy możliwość wyboru. Atwood zdaje się krzyczeć do naszych sumień.

Co z  tym zawołaniem zrobimy?

Końca świata nie będzie, czeka nas koniec człowieka [2]

________________________

[1] Opowieść podręcznej, Margaret Atwood, Warszawa 2017, s. 16.
[2] Końca świata nie będzie, czeka nas koniec człowieka, Margaret Atwood, [online:] http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21846737,margaret-atwood-konca-swiata-nie-bedzie-czeka-nas-koniec.html?disableRedirects=true, z dnia 03.07.17 r.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Wielki marynarz - Catherine Poulain




(...) –  Pewnie też dlatego, że chciałam walczyć o coś potężnego i pięknego –  ciągnę, śledząc lot ptaka.  Zaryzykować, że stracę życie, ale najpierw je znaleźć... Poza tym marzyłam o tym, żeby dotrzeć na koniec świata, znaleźć granicę, gdzie wszytko się kończy.

Wielki marynarz reklamowany jest jako męska książka dla kobiet.

Męska, bo o sprawach mężczyzn rozprawiająca (połowy ryb, krabów, walka o przeżycie na statku rybackim, zwulgaryzowany świat, pełen przemocy i braku litości); kobieca, bo jedną z bohaterek wrzuconych w sam środek świata rządzonego testosteronem czyniąca Lili.

Życie autorki, Catherine Poulain, tak jak jej dłonie, znaczone jest bruzdami i śladami ciężkiej, fizycznej pracy. Zarabiała ona nie tylko w wytwórni konserw rybnych czy przy zbiorze i produkcji syropu klonowego, ale także przez 10 lat (zanim zainteresował się nią urząd imigracyjny) stacjonowała na kutrach rybackich.

Doświadczenia tamtych lat stały się dla niej nieocenionym źródłem inspiracji oraz wiedzy niezbędnej do napisania Wielkiego marynarza, quasi-autobiograficznej historii kobiety, która zamiast domowych pieleszy wybrała życie na otwartym morzu, walkę o każdy kolejny dzień, o szacunek, i hart ducha, zdobywany między okrzykami i docinkami samotnych i szorstkich mężczyzn a zimnem przeszywającym do szpiku kości oraz bólem kolejnych ran będących wynikiem ciężkiej pracy. Jej marzeniem jest dotarcie do Point Barrow, odpoczynek na klifie stanowiącym koniec świata, opuszczenie nóg nad tą granicą wyobraźni i odetchnięcie pełną piersią w miejscu, do którego nikt nie chciał jej dopuścić.

Na drodze do spełnienia jej marzeń staje jednak ktoś niespodziewany, mężczyzna, wielki marynarz, szlak za którym wiedzie nie do Point Barrow, lecz na Hawaje.

Odnoszę wrażenie, że książka ta jest mocno podzielona – przez pierwszą część brnie się z mozołem, ślamazarnie, niespiesznie, ma się wrażenie, że powieść zmierza donikąd, trudno wyczuć ostateczny zamysł autorski. Za połową jednak dochodzi do przełomu, całość nabiera delikatnego rozpędu, dojrzewa, tak jak bohaterka, wszelkie refleksje towarzyszące wcześniejszej lekturze znajdują punkt odniesienia, nabierają mocy i ostatecznie zostawiają czytelnika z wrażeniami dobrej lektury, choć nie tak porywającej, jak sugerowałby opis.

Dostajemy opowieść o kobiecej sile, zawziętości, determinacji, odwadze i niestrudzonej walce. Zostajemy wpuszczeni w świat dyskryminacji płciowej (objawiającej się tak w zachowaniu, jak w stawkach za podjętą pracę), gdzie charakterna i zadziorna kobieta potrafi się odnaleźć, jeśli tylko odnajdzie w sobie niezłomność, którą wciąż trzeba trenować i poddawać próbom.

Książka aż prosi się o to, by czytać ją nad morzem, by zabrać ją na urlop i tam przy szumie morza i unoszącym się w powietrzu zapachu świeżo złowionych ryb oddawać się lekturze. Wówczas z całą pewnością doznania lekturowe będą zwielokrotnione, a sama historia zapamiętana na dłużej, dzięki synestezyjnym doznaniom.



sobota, 8 lipca 2017

Masa o życiu świadka koronnego - Jarosław Sokołowski, Artur Górski


Masa o życiu świadka koronnego kolejna książka byłego pruszkowskiego gangstera, dotąd opowiadającego o bossach, kilerach, kobietach, pieniądzach, porachunkach i żołnierzach polskiej mafii.

Tym razem dowiemy się więcej o jego życiu codziennym: na walizkach, z ciągłą wizją przeprowadzek, braku stałego miejsca pobytu, ochroną zapewnianą przez ZOŚKę. Masa opisuje jak wyglądają kontakty z nim, tym samym ujawniając jak wyglądało pierwsze spotkanie z Arturem Górskim, odsłania mechanizmy działania środowisk przestępczych w Polsce, werbowania nowych członków, zdobywania zleceń, opływania w dostatki i prędkim przyzwyczajaniu się do życia w luksusie, ale też z nożem na gardle – swoim oraz swoich bliskich.

Jest to książka, nad której językiem pochylać się nie warto, bo też niczego wysokiego spodziewać się po takim wywiadzie nie można, a i zaskoczeń w tej kwestii brakuje. Jest prosto (by nie rzec – prostacko), grubiańsko i miejscami wulgarnie, a niektóre kwestie powtarzane są po wielokroć, jak gdyby zarówno autor, jak i redaktor zagubili się w gąszczu wydawanych o Masie książek i zapomnieli czy rzecz poruszana była w tej, czy też w którejś z  poprzednich publikacji i przestali już zwracać uwagę na notoryczne zapętlanie się w identycznych wypowiedziach i wątkach.

To pierwsza (i ostania) część cyklu, po którą sięgnęłam wiedziona czystą ciekawością, ale na całość rzuca ona dość jednoznaczne światło, sugerując jak wyglądać może (i zapewne jak wygląda) reszta.
Kilka ciekawych wątków, nowych dla mnie (a biorąc pod uwagę częstotliwość powtórzeń, nie wiem jak dla wiernych czytelników serii) wiadomości rzecz jasna się pojawia, ale jest to tak niskie i nijakie, że lektura nie sprawia absolutnie żadnej przyjemności.

Ewidentnie rzuca się w oczy gorączkowa próba odcinania kuponów od gasnącej już popularności Masy i usilna chęć wydania jak największej, choć niegrzeszącej jakością liczby książek w serii. Dla kasy, rzecz jasna. Na czym, jak na czym, ale na tym autor zna się doskonale, nie kryjąc się z tym w żaden sposób.


Jeśli interesuje Was życie polskiego świadka koronnego – macie szansę je sobie przybliżyć i skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Nie liczcie jednak na literackie i językowe olśnienia.

piątek, 7 lipca 2017

Dobroć nieznajomych - Katrina Kittle





Dobroć nieznajomych Katriny Kittle, jako kolejna książka z cyklu Kobiety to czytają wzbudza wiele emocji i zmusza do refleksji, ewokując szereg pytań krążących wokół rodziny, relacji, sąsiedztwa, przemocy, przyjaźni, molestowania, niezawinionej winy i traumy.

Sarah Laden to młoda wdowa, samotnie wychowująca dorastających synów. Stratę ojca, a tym samym męskiego autorytetu każdy z nich przeżywa inaczej. Buntują się, zamykają w sobie, nie chcą rozmawiać z matką. Kobieta poza borykaniem się z własnym cierpieniem po utracie męża oraz próbą wsparcia swoich dzieci, musi jeszcze zarabiać na dom, co powoduje, że narastają w niej zmęczenie oraz frustracja. Wsparcie ma w swojej sąsiadce, a jednocześnie najlepszej przyjaciółce.

Gdy więc pewnego dnia, przypadkowo spotyka na ulicy Jordana Kendricka, syna tejże, który niemalże na jej oczach próbuje popełnić samobójstwo – nie ma wątpliwości. Zawozi go do szpitala, ratując mu życie i myśląc, że w ten sposób pomoże przyjaciółce, tak jak ona zawsze pomagała jej. Niestety, w szpitalu okazuje się, że Jordan był ofiarą molestowania seksualnego, a dowody znalezione w mieszkaniu chłopca, jednoznacznie wskazują na jego rodziców. Gdy mama chłopca trafia do szpitala, Sarah za namową swojego starszego syna postanawia zająć się Jordanem, tworząc dla niego tymczasową rodzinę zastępczą. Ta decyzja jest dopiero początkiem dramatu, z jakim będą musiały mierzyć się obie rodziny. Czy Sarah będzie w stanie zająć się jeszcze jednym dorastającym chłopcem? Jak ma pomóc mu poradzić sobie z traumą? Jak wpłynie to na jej rodzinę? Dlaczego nigdy nie zorientowała się jaki dramat rozgrywa się na jej oczach, niemalże ściana w ścianę? Czy jej przyjaciółka wykorzystywała także inne dzieci, może jej własne?

Setki pytań kotłujących się w głowie bohaterki towarzyszyć będzie także i nam podczas lektury. Kittle stworzyła buzującą od trudnych emocji książkę, w której splecione ze sobą kazirodztwo i pedofilia przygniatają swoim ciężarem. Okrucieństwo, które wyziera z  tej książki, a które nie jest opisane wprost, które tak naprawdę rozgrywa się w naszej wyobraźni na podstawie zasygnalizowanych opisów, jest ogromne. Raz po raz każe ono zastanawiać się nad tym komu ufamy, jak mało wiemy, jak wiele nam umyka przez nasze zapracowanie, cierpienie, frustrację. Czy wiesz co dzieje się tuż po Twoim nosem? Czy nie przyzwalasz cicho na jakąś tragedię?

Jordan był przez swoich rówieśników traktowany jak odludek i dziwoląg – był małomówny, nigdy się nie bronił, w oczach nauczycieli uchodził za nieśmiałego. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że jest molestowany przez na pozór idealnych, serdecznych rodziców, od których jest uzależniony.

Książka ta przemawia do wyobraźni tym bardziej, że spisana została z  kilku różnych punktów widzenia – samego Jordana, synów głównej bohaterki oraz jej samej. Każdy z nich przeżywa wstrząsającą sytuację na swój sposób, dla nikogo nie jest ona łatwa, ale też każdy ma do siebie pretensje z zupełnie innych powodów. Nikt nie czuje się niewinny.

Bardzo mocny, druzgocący, uwrażliwiający tekst, z którym warto się zaznajomić, i który sprawi, że zaczniemy się baczniej przyglądać naszemu otoczeniu.



Inne książki z serii Kobiety to czytają na blogu: