piątek, 15 maja 2015

W pogodni za spełnieniem marzenia...:)

Źródło


Już za parę chwil ruszam na spełnienie swoich marzeń! Ależ jestem podekscytowana! Jeszcze kilka lat temu, ba! jeszcze miesiąc temu nie śmiałabym przypuszczać, że kiedykolwiek będzie mi dane spotkać Cecelię Ahern, pójść na jakieś jej spotkanie autorskie, a teraz nagle... niewypowiedziane marzenie spełnia się z nawiązką! Już jutro nie tylko zobaczę Ahern, nie tylko z Nią porozmawiam, ale także zjem z Nią śniadanie!
To jedna z lepszych nagród za pisanie, naprawdę, nigdy bym się nie spodziewała. Jestem wnie-bo-wzię-ta! Dziękuję, dziękuję, dziękuję za to ogromne wyróżnienie Pani Darii Bednarek, która naprawdę uchyla mi nieba! 
Tyle wspomnień, tyle łez wylanych na Jej książki (szczególnie wtedy gdy nie miałam na nie pieniędzy), tyle radości, dobrych godzin czytania i tyle szalonych pomysłów (z gotowością wydania 300 zł za Na końcu tęczy). Nie mogę się doczekać! Mam nadzieję, że Ahern będzie tak pogodna, jak wynika to z jej sposobu pisania i tak uśmiechnięta jak na zdjęciu powyżej:)

Jeśli ktoś z Was ma do niej jakieś pytania - piszcie śmiało! Z chęcią zadam je w Waszym imieniu już jutro:)

A tymczasem - z wielką tremą i wielkimi nadziejami - ruszam!:)


Życie na pełnej petardzie – ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka



Ks. Jan Kaczkowski to postać nietuzinkowa – zapewne nie raz mieliście okazję go oglądać czy to w  telewizji, czy to w  Internecie (szczególnie strona Rak’N’Rolla). Ja sama kilkakrotnie mu się przyglądałam, po to, by teraz zainteresować się kolejną z  jego książek, wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez Piotra Żyłkę, pod rzucającym się w  oczy tytułem – Życie na pełnej petardzie.

Kaczkowski mówi o sobie, że jest onkocelebrytą – a więc postacią znaną z tego, że ma raka (u niego ‘celebryta’ kojarzy się także z  celebracją Mszy Św., nie jest to zatem określenie jednoznaczne). I owszem – ma. Najpierw zmagał się z  nowotworem nerki, później zaś zdiagnozowano u niego IV stopień glejaka wielopostaciowego.

 Mimo tak trudnych doświadczeń w tak młodym wieku i właściwie na przekór wyrokowi śmierci (choć prognozowany przez lekarzy czas przeżycia dawno już przekroczył) ks. Jan ma w sobie ogromne pokłady optymizmu. Nie poddał się zwątpieniu, nie pozwolił lękowi przejąć kontroli nad swoim życiem. Wciąż prężnie działa jako duszpasterz puckiego hospicjum, które sam powołał do istnienia i wspiera przebywające w  nim osoby.

Z  Żyłką rozmawiał o wszystkim: od dzieciństwa naznaczonego chorobą oczu, przez dojrzewanie, bunt, późniejsze odnalezienie powołania i odrzucenie przez jezuitów, a wreszcie seminarium, święcenia i drogę kapłańską. O Kościele mówi z  dystansem i odwagą, mając pełną świadomość jego wad, ale też w  duchu posłuszeństwa i pokory. Z  jego wypowiedzi płynie wielka mądrość – nieważne czy mówi o papieżu, czy swojej chorobie, widać, że posiadł wielkie doświadczenie i obdarzony został darem wymowy. To piękne świadectwo bogatego życia, które poznało co to wytykanie palcami z powodu różnienia się od innych, to opowieść o konieczności zanurzenia w kulturze, uczenia się dyskutowania o niej, wyrażania swojej opinii, poszerzania słownictwa, by nie cofnąć się do epoki kamienia łupanego, to kurs głoszenia dobrych i złych kazań, to lekcja pokory, modlitwy o cud, to wreszcie debata o bioetyce: eutanazji, aborcji i wielu innych zagadnieniach, które wciąż bolą i prowokują społeczeństwo do agresywnej wymiany zdań (czy raczej: narzucania własnego stanowiska). To także historia miłości do Eucharystii, o tym, że cierpienie fizyczne ma zerową wartość etyczną. Wiele w niej humoru, nieraz gorzkiego (np. gdy mówi o katolicyzmie kucanym, niezwykle przykrym widoku).


Inspirująca, mądra, ważna rozmowa, do której chętnie będę wracała, gdy nadmiernie skupię się na swoich porażkach i urojonym lęku. Gorąco polecam! Trzeba nam tak budujących rozmów, bez względu na poglądy czy wyznanie – to świadectwo życia człowieka, którego naśladować warto.

czwartek, 14 maja 2015

After. Już nie wiem kim bez Ciebie jestem – Anna Todd



Już nie wiem kim bez Ciebie jestem to druga część serii After. Po dramatycznym rozstaniu Tess wraca do mamy, by poradzić sobie z bólem towarzyszącym wiedzy o tym, jak podle wykorzystał ją Hardin. W  tym samym czasie chłopak próbuje zrobić wszystko, by udowodnić ukochanej, że zakład, który wygrał przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, bo naprawdę się w niej zakochał. Oczywiście – dziewczyna ulega i para znów próbuje zacząć od nowa. Niestety, bardzo szybko na jaw wychodzą kolejne przewinienia Hardina, jedno gorsze od drugiego. By mu wybaczyć, Tess musi bardzo dużo zaryzykować. I właściwe w  tych paru zdaniach streszcza się główna linia fabularna. Co więcej?
O ile pierwsza część serii After w  jakiś sposób sugerowała nawiązania do Pięćdziesięciu twarzy Greya, mogła się z  nimi kojarzyć dzięki podobnej kreacji bohaterów, których miłości daleko do dojrzałości, o tyle część druga to już pewniak intertekstualny. Czytając w  jaki sposób żyją ze sobą Tess i Hardin, widziałam przed oczami Anastasię i Christiana. To samo szarpanie się, to samo ograniczanie wolności, te same bzdurne kłótnie, chore zachowania, zgody i rozstania dosłownie co dwie strony (a książka ma ich grubo ponad 700!), ta sama wulgarność, załatwianie problemów seksem, pięścią i wrzaskiem, ewentualnie fochem. Kończąc każdą kolejną stronę zastanawiałam się, co jest z nimi nie tak, dlaczego,  mimo że pozornie właśnie prowadzili dojrzałą rozmowę, wyznali sobie prawdę o swojej przeszłości, wybaczyli sobie, dlaczego już dwie minuty później znowu wszystko sobie wypominają, dlaczego zawsze jedna osoba (kobieta) musi dostosowywać się do zachcianek drugiej, skąd ta chora potrzeba kontrolowania każdej minuty z życia ukochanej i skąd w  Tess tak niezdrowa potrzeba rzucania się w ramiona kogo popadnie, gdy tylko coś między nią a Hardinem nie zagra. To nie tak, że tylko postać męska jest w  tej serii zdrowo pomylona – problemy psychiczne mają tutaj niemalże wszyscy. Pewnie, wynikają one z  głębokich zranień w  przeszłości, lęku, braku poczucia własnej wartości, autoagresji, nieprzepracowanych traum i wielu innych, ale – no, kurczę – aż tak?! Dlaczego nikt nie próbuje tutaj swojego wnętrza uporządkować, gdzie jakakolwiek autorefleksja?
I najgorsze jest w  tym wszystkim to, że mimo naprawdę żenującego poziomu fabularnego (jakieś 600 stron to opis kłótni, szarpania się, przepychania i godzenia bohaterów – znamy to, prawda? Pozostałe 150 to inne wydarzenia) ta powieść naprawdę wciąga. 758 stron przeczytanych w  jeden dzień.

Być może wynika to z tęsknoty za czasami gdy miało się te 19-21 lat (hej, to nie było tak dawno!) i podobne rozterki, wywoływało się podobne awantury o byle co, uczyło się związków, docierało się, próbowało dojrzałości, a jednocześnie tak łatwo było nas zranić i tak przesadnie reagowaliśmy na każdą reakcję odbieraną jako atak. Być może, nie wiem. Nie wiem w  czym tkwi niewątpliwy fenomen Anny Todd i jej serii. I – tak – naprawdę przeczytam tom trzeci i czwarty, a nawet zrobię to z  jakąś masochistyczną przyjemnością. Jestem ciekawa jak wszystko się rozwinie, choć sądząc po ilości stron kolejnych części, ilość szalenie interesujących kłótni znów zdominuje przekaz. Mimo zauważalnej toksyczności tego związku – bardzo mu kibicuję i wierzę, że uda się go ocalić i wprowadzić na właściwie tory. Jeśli macie ochotę spędzić czas z książką, która z równą intensywnością irytuje, co wciąga – oto pomysł.



niedziela, 3 maja 2015

Kubki wędrują do...


 Wszystkim biorącym udział w rozdaniu bardzo dziękuję - niestety nagrody mam tylko trzy. Nie martwcie się jednak - jeszcze w tym miesiącu kolejna niespodzianka, tym razem urodzinowa, na którą już teraz serdecznie zapraszam;)


Drukarka zaprotestowała, ale mam nadzieję, że choć częściowo dane są widoczne.
Kubki wędrują do
Sardegny,
Adrianny X
oraz Basi Frąckowiak
Gratuluję!! Zwycięzców bardzo proszę o kontakt mailowy shczooreczek@interia.pl




sobota, 2 maja 2015

Kiedy Cię poznałam Cecelia Ahern



Kiedy Cię poznałam to opowieść wzruszająca i niezwykle budująca, a nawet – umoralniającą.

Ujęła mnie prostotą wydarzeń, zaczerpnięciem ich z  życia i pokazaniem w  jaki sposób pozorne zło przekuć można w  dobro, jak odzyskać siebie i uratować człowieczeństwo w sytuacjach, które rzucają człowieka na kolana i wielu nie pozwalają się już podnieść.

Książkę otwiera refleksja głównej, młodziutkiej wówczas bohaterki o przemijalności, z  której zdała sobie sprawę. Dziewczyna uświadamia sobie, że musimy dbać o swoje wnętrze, pielęgnować wewnętrzną magię, bo nie wiadomo ile zostało nam czasu. Lata mijają, a ona zapomina o własnych słowach.

Jasmine to kobieta niezwykła – uwielbia swój prace, ale jeszcze mocniej kocha starszą siostrę dotkniętą zespołem Downa. Bohaterka ma poczucie obowiązku opiekowania się nią, szczególnie po śmierci ich mamy. Relacje z  innymi ludźmi nie są dla niej proste – każdy, kto w  jakikolwiek sposób skrzywdzi lub chociaż niestosownie (według oceny Jasmine) potraktuje Heather jest dla niej skreślony. Kobieta nie miała łatwego życia: ojciec zawsze był nieobecny, szukał pociechy w ramionach młodych kobiet, teraz zaś ma nową córkę i nowe życie, mama zmarła przedwcześnie w wieku 44 lat po długim mocowaniu się z  niełatwym życiem i zdradami mężą, a siostra zawsze wydawała jej się krucha i wymagająca płaszcza opieki. To obraz typowej rodzinny: z  jej ułomnościami, trudnościami, bałaganem. Już od pierwszych stron Ahern maluje obraz, pod którym wielu mogłoby się podpisać.

Jej bohaterka ma to nieszczęście, że mieszka naprzeciwko Matta Marshalla – radiowego didżeja, który przed szesnastu laty podczas jednej audycji nie zareagował na złośliwe komentarze dotyczące osób z zespołem Downa. Od tamte j pory – mimo że o tym nie wie – jest jej wrogiem publicznym nr 1. Gdy Jasmine ląduje na przymusowym urlopie ogrodniczym, ma wiele czasu na obserwację sąsiada – widzi jak każdej nocy wraca do domu pijany, awanturuje się i żąda uwagi żony, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców. Źródłem jego zachowania jest zawieszenie za niestosowne zachowanie na antenie – Matt nie mogąc sobie poradzić z  porażką, zaczyna pić i wylewać swoją furię na otoczenie. 

Zbiegiem okoliczności losy obu bohaterów splatają się – ci tak bardzo różni mieszkańcy osiedla, odtąd spędzają ze sobą coraz więcej czasu, poznając się i upewniając, że to co widoczne gołym okiem, rzadko jest takie jak o tym myślimy, a złość, którą z  siebie wyrzucamy powodowana jest bólem. Zranieni ludzie bowiem ranią innych. Jasmine i Matt przekonują się, że każdy z nich ma problemy, które każą im przybierać skorupę będącą warownią nie do pokonania przez otoczenie – wzajemnie stają się dla siebie wsparciem, a dawna niechęć ustępuje rodzącej się przyjaźni.
Jaka to piękna historia ludzi, którzy obustronnie się uratowali i, choć o tym nie wiedzą, sprawili, że są teraz tym, kim są, w  miejscu, w  którym się znajdują! Ulegli transformacji i przepoczwarzyli się w  motyle, niosąc czytelnikom śledzącym ich losy otuchę.


Kiedy gąsienica myślała już, że świat się skończył, stała się motylem[1].

Zewnętrznym świadectwem przemiany Jasmine staje się ogród, który ta zdecydowała się założyć i prowadzić – z  surowego kawałka ziemi, staje się ośrodkiem kwitnięcia kwiatów otoczonych soczystą zielenią. Ta wspaniała metafora metamorfozy pokazuje jak wysiłek kształtuje nasze życie – jak to, co w  nie wkładamy później procentuje, cieszą nie tylko nas, ale także całe otoczenie mogące podziwiać efekty naszej pracy. Autorka zdaje się przypominać, że każdy z  nas posiada taki ogród we własnej duszy i jest zobowiązany do jego pielęgnacji. Pracując nad ogrodem, pracujemy nad sobą wtłaczając w  nasze wysuszone i skamieniałe żyły trochę pulsującego życia. Świetne wykorzystanie metafory ogrodu jako duszy, jestem oczarowana.

Narracja prowadzona jest w bardzo specyficzny sposób – stanowi zapis monologu Jasmine kierowanego do Matta – bohaterka od samego początku, mimo że go nie znosi, podskórnie go żałuje i szuka dla niego rozwiązań. Czuje, że tak naprawdę wcale się od siebie nie różnią.

Kiedy Cię poznałam, jak zresztą większość książek Ahern ma charakter dotulający – to określenie jest kwintesencją tego, co może czuć czytelnik  podczas obcowania z  jej tekstami. Z  każdym kolejnym słowem wypełnia Cię ciepło promieniujące z  serca na całe ciało, ogarnia Cię rozlewający się aż po koniuszki palców spokój, uśmiech samorzutnie wypływa na usta kierowany niewidzialną siłą – oto co będzie się z  Tobą działo podczas czytania, zostaniesz dotulony, przytulony i otulony – niezwykłe uczucie, które jeśli tylko mu na to pozwolisz, zostanie z  Tobą na długi czas po lekturze. To właśnie do tych emocji tęsknię i ich wyczekuję z  każdą kolejną książkę.

Powieść tę czytałam nieśpiesznie, mimo że zwykle teksty Ahern traktuję zachłannie – tym razem odnalazłam w książce spokój i wyciszenie. Dała mi ona szansę do namysłu, sprowokowała do zastanowienia się nad tym w jakim punkcie życia właśnie się znajduję i dokąd będę zmierzać dalej – choć sama nie znajduję się na urlopie ogrodniczym, mój punkt życia w swoisty sposób zbiega się z punktem życia bohaterki – ona musi podjąć decyzję o tym co dalej zrobi ze sobą, dokąd pokieruje swoje kroki, musi poukładać wiele spraw, zastanowić się nad relacjami – ja również, bo dopiero wkraczam na ścieżkę zawodową. Książki Ahern w przedziwny, magiczny sposób splatają się z  losami czytelników, co sprawia, że zawsze odnajduję w nich rys siebie, okruszek swojej duszy. Niezwykłe, prawda? Żaden inny autor tak na mnie nie działa, żaden inny nie daje odbiorcy tak wielu szans na odnalezienie siebie. I choć twórczość tej irlandzkiej pisarski można dziś podzielić na dwa okresy – ten magiczny, w którym niewidzialne dla zwykłego człowieka siły oficjalnie determinowały wydarzenia książkowe i oplatały je oraz ten bardziej przyziemny, mocno osadzony w rzeczywistości, która –  jeśli się dobrze przyjrzeć – również budowana jest dzięki temu, co niedostrzegalne: stawianiu tych a nie innych ludzi na naszej drodze w odpowiednim czasie, dziwne zbiegi okoliczności, to, co zwykliśmy mienić przypadkiem – Ahern udowadnia, że magia, opatrzność jest wszędzie wokół nas – nawet jeśli nie powołuje się na nią dosłownie, czaruje rzeczywistość. I przekazuje niezwykłą życiową mądrość możliwą do odnalezienia na kolejnych stronicach połączoną z ustawicznym przypominaniem tego, że najwięcej uczymy się z relacji – za to cenię ją najbardziej. Nie ma takiej jej książki, która by mnie jako człowieka nie ubogaciła, nie ma takiej, do której nie chciałabym wracać i którą nie obdarowywałabym bliższych i dalszych znajomych – nawet wbrew ich woli, za co zwykle dziękują:) 

Ogromnie polecam tę jak i każdą inną książkę Ahern – czerpcie z  nich pokłady ciepła, optymizmu, mądrości, dajcie się otulić mgiełce niezwykłości w zwykłym, szarym świecie – Ahern wprowadzi do niego sporo magii i koloru:)



[1] Cecelia Ahern, Kiedy cię poznałam, Warszawa 2015, s. 412.

piątek, 1 maja 2015

Książki, książki, książki...



Mój kwiecień był całkowicie osadzony w książkach. Jego druga połowa minęła jednak w towarzystwie nie do końca tych, których bym chciała, a które widać poniżej;)




Praca dyplomowa w toku, wielkimi krokami zbliżam się do końca, zatem mam nadzieję, że wszystko co pojawiło się u mnie teraz (a z rożnych przyczyn jest tego naprawdę bardzo, bardzo dużo:P) zostanie przeczytane już po oddaniu ostatniego rozdziału. Nie mogę się doczekać, bo kwiecień obfitował w naprawdę starannie dobrane lektury!

Zresztą sami zobaczcie:

Na 7 rocznicę dostałam wymarzone nowe wydanie Muminków, do którego już tęsknie wyglądam, co rusz je kartkując - wraz z zakładką prezentuje się przecudnie.

Na zabrzańskiej wymianie pokusiłam się tym razem o bardzo wiele (ustawiczne oddawanie książek i wymienianie ich na inne staje się powoli moim nałogiem, nieubłaganie nadchodzi moment, w którym z żalem stwierdzę, że nie ma już co wynieść z domu). Wróciłam z wyproszoną Anią ze Wzgórza Świętego Edwarda, wyzwaniową Wodą dla słoni, Dantem na tropie, Trochę większym poniedziałkiem, drugą częścią Kobiet dyktatorów. Jest także Organista. Szeskpir, przeklęta wyspa i legendarne rękopisy oraz dwa tomy Rozlewiska, na które skusiło mnie spotkanie autorskie.
A tydzień wcześniej w Katowicach zawłaszczyłam Wiśniowy klub książki.

Oczywiście Biedronka w tym miesiącu również nie współpracowała. Zmusiła mnie do powrotu do domu z czwartym tomem sagi Virginii C. Andrews oraz klasyką. Jest więc Północ i południe, Panie z  Cranford, Opactwo Northanger, Rozważna i romantyczna  i Duma i uprzedzenie.

Także i Znak miał (jak ciągle) korzystne promocje, więc oczywiście skusiłam się i na grę (o niej przy innej okazji:P) i na dwie brakujące do pełnej kolekcji książki Schmitta: Napój miłosny i Papugi z  placu D'arezzo.

Jakby tego było mało  wydawnictwa również kusiły nad wyraz intensywnie! Oparłam się wielu, wielu, wielu tytułom, które naprawdę chciałabym mieć i czytać na korzyść tych które widzicie: Błąd w zeznaniach Sophie Hannach (po naprawdę sprawnie napisanych Inicjałach zbrodni nie mogłam przejść obojętnie), Tam, gdzie nie sięga już cień  Kowalewskiej, wyśniona, wymarzona Kiedy Cię poznałam Ahern, druga część serii After - Już nie wiem, kim bez ciebie jestem (to chyba z przekory:P), interesujące felietony Masłowskiej, które podczytuję między analizowaniem kolejnych e-nimów - Więcej niż możesz zjeść, dobrze rokujący Czas Beboka, dwie lżejsze, ale niezmiernie ciekawe: Szczęście na dzień dobry (recenzja) oraz Polak, Rusek i Niemiec... czyli jak popsuliśmy plany naszym sąsiadom (recenzja). Ostatnie jest Życie na pełnej petardzie o księdzu, który od dawna mnie inspiruje.


Są wreszcie niewidoczne na zdjęciach e-booki: Ostatnie pięć dni oraz Papierowy chłopiec.

Ufff. Kolejna monumentalna zbieranina, której gabaryty poznałam dopiero podczas prób ułożenia wszystkiego w całość i ustawienia do zdjęcia. Nieźle, prawda?:)