środa, 23 maja 2018

Kocie oko - Margaret Atwood



Margaret Atwood stała się pisarką, po której książki sięgam teraz ze ślepym zaufaniem, choć nasze początki nie były łatwe.

Nie inaczej było ze wznowieniem Kociego oka. Powieść ta, choć nieco inna od znanych mi już tekstów pisarki, po raz kolejny skoncentrowała się wokół świata kobiecego.

Oto Elaine Risley, malarka, wraca do rodzinnego Toronto, w którym to planowana jest wystawa jej obrazów, a które z kolei nawiązują do lat dzieciństwa i wiążących się z nimi emocji – niekoniecznie i nie zawsze pozytywnych. Te zaś ewokowane są na powrót podczas przygotowań – nie dość, że same dzieła obudziły skrywane i wyparte dawno traumy i smutki, to jeszcze towarzystwo znajomych miejsc dodatkowo potęgowało przeżycia. Przygotowania do wernisażu dla Elaine stanowiły swoistą podróż w czasie, odbywaną przez nią jedynie w przestrzeni myśli, a jednak dla czytelnika namacalną i żywą, tym bardziej, że jej doświadczenia do łatwych nie należały. 

Wielokrotnie podczas lektury stawiałam sobie pytania o to czy sztuka wyzwala, czy zniewala; czy artysta cierpienie wpisane ma w naturę i czy owo rozdrapywanie ran jest „wypadkiem przy pracy”, czy też wyższą koniecznością, bez której twórca nie może pójść dalej.

Bo czy mając wewnętrzny opór przed wspomnieniami boleśnie znaczącymi konkretne miejsce, wracamy do niego, by po raz kolejny przeżywać trudne relacje, które co prawda nas uformowały, ale jednak sprawiły, że przez lata nie mogliśmy się otrząsnąć, czy raczej unikamy podobnych konfrontacji?

Bohaterka Atwood wraca wspomnieniami do czasów dziecięcej przyjaźni, która zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan; jednak na nich nie kończy swej opowieści. Zabiera czytelnika także szlakiem relacji damsko-męskich, niestety niełatwych i nieszczęśliwych, a także śladem macierzyństwa głównej bohaterki, wiążącego się dla niej z ciągłymi trudnymi wyborami na linii  kariera-rodzina.

Niełatwe przeżycia malarski odbiły się na jej sztuce, która to przyjmowała wszystkie jej bolączki bez szemrania i oporów, kształtując ją nie tylko jako artystkę, ale także jako kobietę.

Kocie oko stanowi retrospektywny zapis życia głównej bohaterki, która zgrabnie żongluje pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, uwypuklając wzajemne wpływy i ukazując brzemienne skutki niektórych decyzji. Robi to niezwykle sprawnie – nie zawsze bowiem serwuje wspomnienie w postaci instant. Nierzadko „podrzuca” poszczególne składniki, które niczym puzzle trzeba włożyć w odpowiednie miejsce i połączyć z innym elementem. Nie jest to jednak wcale łatwe, bowiem z całości wyziera bezgraniczny smutek, a jako że całość stanowi próbę przepracowania tego, co minione w formie imitującej pewną senność, ból wylewający się ze stronic, będzie niemalże namacalny, choć wciąż nieuchwytny – tak „bawić” będzie się z czytelnikiem autorka. Dla niektórych może książka ta okazać się sennym koszmarem, właśnie prze wzgląd na stałe reminiscencje i oniryczność, którą konsekwentnie buduje Atwood, a które budują gorzki wydźwięk całości.

Po raz kolejny udało się autorce wedrzeć do kobiecej psychiki i obnażyć jej kruchość, ukazać jak przez lata jakiś element przeszłości może całkowicie zaburzać postrzeganie siebie oraz innych. Tym trudniejsza (pod względem emocjonalnym) jest to powieść, że częstokroć miałam wrażenie, iż mimo że kipi ona od wewnętrznych przeżyć, to jednocześnie jest niemalże z uczuć odarta. Mocna.