środa, 12 sierpnia 2015

O zrozumieniu osób z upośledzeniem umysłowym (Różowe środy - Sylvia Heinlein)

Przepiękna opowieść o szacunku i zrozumieniu dla osób z upośledzeniem umysłowym.

Bohaterka, Hulda, ma zespół Downa – nie zostało to powiedziane wprost, jednak subtelnie zasugerowane – kobieta znajduje się w ośrodku dla osób z  upośledzeniem umysłowym i według jej siostrzenicy przypomina elfa – nie trzeba więc nic więcej, by dorosły zorientował się z jaką chorobą ma do czynienia. Dziecko nie musi – to bowiem ma wynieść z  książki inną naukę – bez względu na to jak dziwny wydajesz się dla innych i jak odstajesz od tego, co powszechne – jesteś wartościowy.

Hulda to ulubiona ciocia Sary. Dziewczynka spędza z nią każdą środę, obserwując jak ta niezwykle pogodna, radosna i mądra – choć upośledzona umysłowo – kobieta przeżywa każdy kolejny dzień. Dojrzalsza niż niejeden w pełni sprawny człowiek, widząca rzeczy dla innych zakryte, obdarzająca swą mądrością wszystkich wokół.

Sara jako jedyna osoba z rodziny poznała się na cioci – nie widzi w  niej tylko sprawiającej kłopoty i utrudniającej idealne życie osoby, lecz wspaniałego człowieka. Dla dziewczynki nie liczy się choroba Huldy, lecz jej osobowość i promieniująca ponadprzeciętność. Kobieta wyróżnia się z tłumu – i to nie tylko przez swój wygląd, który z pewnością rzuca się w oczy, lecz za sprawą wiecznego uśmiechu i opanowania.
Gdy wolność Huldy ma zostać ograniczona ze względu na decyzję jej siostry, kobieta buntuje się i chce nauczyć innych, że ona także – mimo swojej choroby – ma prawo do samodecydowania o sobie i wybierania tego, co według niej jest dla niej najkorzystniejsze. Sara pomaga jej wpłynąć na swoją mamę. I tak razem uciekają, pokazując jak wiele mogą.

Piękna, pouczająca opowieść bez nachalnego dydaktyzmu. Wartości przekazane zostały tutaj mimochodem, niezwykle sprawnie wplecione w  fabułę, tak, że dziecko doskonale samo odkryje jakie postawy są pożądane, a jakie nie; które postaci symbolizują to, co dobre, a które muszą swoje zachowanie zmienić.


Doskonała i mądra, napisana z ogromną wrażliwością opowieść o (nie)normalności. Wspaniała.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Do jakiego stopnia naiwna potrafi być kochająca kobieta?


Są takie kobiece bohaterki, które miałabym ochotę poddać serii elektrowstrząsów – za ślepą wiarę w małżeństwo ponad wszystko ugruntowaną przez wychowanie; w męża, który, mimo że zdradza ma pierwszeństwo przed nowym, kochającym mężczyzną; za zbyt łatwe poddawanie się woli rodziców i łatwowierność przekraczającą wszystkie normy. Poznajcie Jagodę, jedną z  nich.

Bohaterce wydaje się, że jej życie jest poukładane – kochający mąż z  dobrze płatną pracą, ona pisząca dla redakcji magazynu. Miała przeświadczenie o trwaniu w  związku idyllicznym do czasu, gdy zupełnie przypadkowo dowiaduje się, że jej idealny małżonek zdradza ją co najmniej od trzech lat.

Początkowo kobieta postanawia zostawić wszystko i wyjechać, by w  spokoju zastanowić się nad tym co dalej – Leszek nie ma bowiem zamiaru rozstawać się z  kochanką, twierdząc, że obie kobiety kocha równie mocno. Zdruzgotana Jagoda szuka spokoju ducha u Kozubków – opiekuńczego małżeństwa na końcu świata, u którego wycisza się i próbuje podjąć decyzję o rozstaniu. Pomaga jej w  tym Wiktor – bohater po przejściach, zdradzany i rozwiedziony, dlatego doskonale rozumiejący jej sytuację.

Niestety, wystarczył jeden telefon męża – po miesiącu – i kobieta już postanowiła dać mu kolejną szansę – wbrew namowom przyjaciółki i nowo poznanych ludzi, za to z  całkowitym błogosławieństwem rodziców uznających małżeństwo za świętość, bez względu na wybryki współmałżonka.

Do czego doprowadzi Jagodę ta decyzja?

Szczęście do poprawki to debiut prozatorski Arlety Tylewicz i przy okazji dobre czytadło na lato. Mimo że zachowanie bohaterki jest irytujące, a ona sama niesłychanie zmienna („nigdy do niego nie wrócę!” po pięciu linijkach tekstu zmienia się w  „dam mu jeszcze szansę, czuję, że się zmienił”), to nie sposób odmówić jej realności: myślę, że każda z  nas zna kobietę zachowującą się podobnie, ślepo kochającą partnera i wybaczającą mu każdą zdradę, wierząc, że ten naprawdę przeszedł metamorfozę i zrozumiał swój błąd.

Opowieść ta jest historią powolnego uwalniania się od męża i próbą odnalezienia siebie samej – niezależnej, spełniającej swe marzenia, przekraczającej granice nałożone sobie samej, pokonującej trudności i wreszcie walczącej o nową miłość. 

Czyta się ją nad wyraz szybko i płynnie –
wystarczy niespełna jedno popołudnie, by poznać historię Jagody. Jeśli lubicie podobne lekkie czytadła o przyjaźni, odnajdywaniu miłości i odważnym poprawianiu swojego życia – z  pewnością będziecie zadowoleni z  lektury.
Wasz apetyt na tę powieść może jeszcze wzrosnąć, bowiem premiera dopiero 25 sierpnia.

Akcja promocyjna książki – rewelacja. Otrzymałam przesyłkę o tajemniczej zwartości z  jasnymi zasadami postępowania. Moja ciekawość wzięła górę, więc lekturę powieści zaczęłam natychmiast, by móc otworzyć zagadkową kopertę z napisem "Otworzyć dopiero po lekturze załączonego tekstu !!!".





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Nesbø podszyty ironią (Krew na śniegu - Jo Nesbø)

I oto Nesbø mniej przytłaczający niż zazwyczaj. Dacie wiarę? W krótkiej formie nie zdążył rozplenić pesymizmu tak jak zazwyczaj i muszę przyznać, że… czytało mi się lepiej niż pełnoformatowe powieści!

Oczywiście, pesymizm wszechobecny w jego prozie także i tutaj ma swoje pięć minut, jednak nie jest on na tyle obezwładniający, by lektura miała „przyduszać”, jak zazwyczaj miało to miejsce. I tak – może rozczarowywać, tym bardziej, że… od lektury minął tydzień, a ja właściwie w większości zapomniałam już jej zarys fabularny.  Pozostało jednak coś znacznie więcej, mniej uchwytnego, ale cenniejszego.

Nesbø popełnił rozbudowane opowiadanie pisane z perspektywy Olava – zabójcy na zlecenie, który przyjmując kolejną robotę od swojego szefa, fatalnie zakochuje się w swojej potencjalnej ofierze – żonie zleceniodawcy. Rzecz jasna w tej sytuacji morderstwo nie wchodzi w rachubę, a sprawa jest na tyle delikatna, że należy ją odpowiednio rozegrać.

Fatalne zauroczenie – tak najlepiej i najprościej określić można związek, w  który uwikłał się główny bohater. Paradoksalnie ten, który miał zniszczyć (‘zlikwidować’ byłoby trafniejszym słowem) kobietę, został przez nią omamiony i całkowicie pokonany.

Co dziwne dla mojego odczytywania Nesbø, w tej jednowątkowej opowieści wyczułam więcej ironii niż we wszystkich jego czytanych dotąd książkach razem. Ciekawe to doświadczenie, odświeżające.

Fani autora są w większości zawiedzeni, ja – jako powolna eksploratorka jego twórczości – bardziej niż ukontentowana. Nie jest to kryminał typowy – nie braknie w  nim refleksji likwidatora o życiu, śmierci, przemijaniu, kobietach, nie zabraknie jego wspomnień – to one rzucają na opowiadanie cień melancholii przeplatanej ze wspomnianą już ironią i humorem.

Polecam na wolne popołudnie. Najlepiej tak gorące jak obecne - tytułowy śnieg was ochłodzi.




niedziela, 9 sierpnia 2015

W głowie się nie mieści. Przewodnik


Animacja W  głowie się nie mieści fantastycznie radzi sobie na ekranach kin, a dla jej młodszych i nieco starszych fanów Wydawnictwo Egmont ma kolejną gratkę – po serii książeczek poświęconych wszystkim emocjom występującym w filmie, w ręce czytelników trafia przewodnik po filmie – świetne uzupełnienie seansu, bądź też wprowadzenie do tegoż.

Poznajemy w nim nie tylko Radość, Strach, Smutek, Odrazę i Gniew, ale także pozostałych bohaterów – Riley oraz mamę i tatę. Poza tym publikacja ta skupia się przede wszystkim na próbie odtworzenia najważniejszych rejonów mózgu - prowadzi nas na Wyspę osobowości, do Centrali, Kolei myśli, Wytwórni Filmowej „Śpioch”, Podświadomości, a także śladami pracy pamięci.
Kolorowa, w formie przypominająca rozszerzoną mapę myśli, niezła atrakcja dla tych, których urzekła animacja i którzy nie chcą się z  nią jeszcze rozstawać.

A nawet jeśli ta bajka jeszcze przed Wami – świetnie jest się w  przystępny i obrazowo opisany sposób dowiedzieć, co mieści się w naszych głowach, co sprawia, że wszystko funkcjonuje tak jak należy i jak emocje determinują nasze postrzeganie świata.

Książeczka ma nie tylko walory estetyczne, rozrywkowe, ale i edukacyjne. Jeśli czegoś takiego szukacie – oto jest.



sobota, 8 sierpnia 2015

Nie samymi książkami człowiek żyje...(Tarta z malinami, białą czekoladą i mascarpone)

...a nie ma w lecie nic lepszego niż maliny.
Jeśli dodacie do tego białą czekoladę i serek mascarpone, to... niebo w gębie!








Przepis nie jest skomplikowany, a tarta jest tak pyszna, że znika znacznie szybciej niż zalecane tempo spożycia. Polecam od razu upiec dwie!;)




SKŁADNIKI
SPÓD
150 g margaryny
1 łyżka cukru pudru
2 łyżki ciemnego kakao 
1 łyżka śmietany 18%
1 jajko
260 g mąki pszennej
 
MASA
150 g białej czekolady
50 ml śmietanki 30%
250 g serka mascarpone
 
świeże maliny

SPÓD:
Margarynę siekamy, dodajemy resztę składników i zagniatamy ciasto, z którego następnie formujemy kulę. Zawijamy ją w folię spożywczą i chłodzimy około pół godziny w lodówce.
Po wyjęciu, wylepiamy formę do tarty schłodzonym ciastem, nakłuwamy spód widelcem, by ciasto nadmiernie nie wyrosło i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.
Pieczemy około 20 minut, po czym studzimy.

MASA:
Śmietankę 30% i czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Po rozpuszczeniu dodajemy serek mascarpone i dokładnie mieszamy, tak by nie zostały żadne grudki. Gotową masę wylewamy na upieczony spód ciasta. Na wierzch układamy maliny. Następnie chłodzimy tartę kilka godzin w lodówce (najlepiej zostawić ją na całą noc).
Przed podaniem dekorujemy listkami świeżej mięty lub melisy i voilà !:)
Smacznego!




Przepis po wielu poszukiwaniach najodpowiedniejszego wzięłam stąd.

piątek, 7 sierpnia 2015

Miała baba koguta...


Miała baba koguta, koguta, koguta; wsadziła go do buta, do buta, hej!

Kto z nas nie śpiewał tej i podobnych piosenek pod nosem? Chyba się taki nie znajdzie, choć u młodszego pokolenia mogłoby to nie być już takie oczywiste. Na szczęście tradycję można kultywować i ocalić dla niej pewne utwory słyszane dziś coraz rzadziej mimo możliwości jakie niesie technika.

W  książeczce, którą mam przed sobą znajdziemy, oprócz przytoczonej już piosenki, między innymi takie szlagiery jak Wlazł kotek na płotek, Panie Janie, Mało nas, Krakowiaczek jeden, Na Wojtusia z popielnika, Jedzie pociąg z daleka, Stoi różyczka w czerwonym wieńcu, Był sobie król, był sobie paź, Budujemy mosty…, Jadą, jadą misie, Stary niedźwiedź mocno śpi, My jesteśmy krasnoludki, Zima zła, Ojciec Wirgiliusz, Szła dzieweczka do laseczka, Jadą, jadą dzieci drogą czy Uciekła mi przepióreczka.


Pamiętacie te czasy, kiedy je śpiewaliście? Teraz macie prawdziwą okazję, by po raz kolejny powspominać sielskie i beztroskie dzieciństwo – wystarczy zerknąć tej uroczej książce pod okładkę, a gwarantuję, że na długi czas zapomnicie o całym świecie. Poprawa humoru w pakiecie!

Prześliczne wydanie, z którego z  prawdziwą przyjemnością się korzysta, nucąc pod nosem kolejne piosenki pamiętane z dzieciństwa.


Następne klasyki, które dzięki Wydawnictwu EGMONT otrzymują nowe życie i świeże wydanie.
Takie pozycje po prostu wypada mieć na półce.