czwartek, 8 grudnia 2011

Paweł Olearczyk – Nie pytaj mnie o Rose




Mam przed sobą książkę, która budzi we mnie ambiwalentne uczucia. Rzadko zdarza się, by jakiś tekst wywołał tak skrajne emocje. Przez pierwsze 80 stron chciało się krzyczeć, że Nie pytaj mnie o Rose jest publikacją obłędnie doskonałą, po to, by po doczytaniu kilku kolejnych kartek dojść do wniosków zgoła innych.
W czym rzecz?
Podstawą takiej nierówności jest podzielenie ksiązki na dwie części. Nie są one specjalnie wyznaczone, jednak czytelnik doskonale poradzi sobie z wyodrębnieniem każdej  nich.
Pierwsza skupia się na problemie uzależnienia od Internetu; druga z kolei opisuje życie mężczyzny, który niczym syn marnotrawny po latach postanawia wrócić na łono świata rzeczywistego. Problemem nie jest takowe rozgraniczenie, lecz naiwność i infantylność głównego bohatera, a także zbytnia idylliczność wydarzeń, których staje się uczestnikiem.

Krzysztof Zawadzki, bo to on jest postacią pierwszoplanową, to 28-letni duży chłopiec, żyjący na garnuszku ukochanej mamy, pasożyt próbujący wytłumaczyć sobie i innym swoje bezproduktywne istnienie. Całe dnie spędza on w Internecie, co sprawia, że nie ma pojęcia o tym co dzieje się w prawdziwym świecie. Jego życiem staje się rzeczywistość wirtualna, a o tym co przeżywa decyduje Sieć. Krzysztof całą swoją dotychczasową egzystencję przeniósł do Internetu: to w nim korzysta z sakramentu pokuty [sic!], robi przelewy dla Kościoła [o wartości nie większej niż 50gr]. Snuje także refleksje o innych patologiach, których chciałby doświadczyć: pianiu maili z prośbami do Boga, przyjmowaniu Komunii Świętej prosto z odtwarzacza CD-ROM. Jego wyobrażenia zakrawają na paranoję i sprawiają, że staje się on osobą coraz bardziej odrealnioną, zapominającą o tym, co dzieje się tuż obok. Dowodem na taki stan rzeczy jest fakt, iż główny bohater przez kilka dobrych godzin nie spostrzegł, że w pokoju obok właśnie zmarła jego matka. Internet całkowicie zabił jego relacje z najbliższymi. Skąd my to znamy, prawda? Zjawisko to jest niestety coraz powszechniejsze, niestety mało kto reaguje na nie inaczej niż poprzez wpis… na internetowym forum. Ktoś powiedziałby, że nasze czasy doprowadziły nas do trwania w błędnym kole. Olearczyk pokazuje nam, że niekoniecznie.
Pewnego dnia jego bohater dostaje zaskakującego maila – Internet, który właśnie odebrał mu wszystko, zesłał mu mały podarunek – wiadomość od nieznajomej Rose. Może to Pan Bóg osobiście, w sobie tylko znany sposób, odpowiedział na wołania Krzysztofa?
Jakakolwiek byłaby przyczyna, mężczyzna dostaje list niezwykły, w którym kobieta prosi go o uratowanie jej życia i podesłanie pewnej kwoty, w zamian za jej oddanie. Bohater początkowo sądzi, że został zaspamowany przez internetowego oszusta, szybko jednak zaczyna ufać nowo poznanej dziewczynie. Z infantylnego materialisty staje się zakochanym człowiekiem, zdolnym do największych poświęceń.
I tutaj dotykamy delikatnej materii... Krzysztof wpada w sam środek komedii pomyłek, a wydarzenia, w których bierze udział przechodzą wszelkie oczekiwania. Bohater, który do tej pory nie miał właściwie żadnego życia, znajduje się w centrum przygód, o jakich nie śnił pewnie nikt z nas. Tym samym popada ze skrajności w skrajność. Owszem, jest bohaterem dynamicznym, jednak jego przemiana jest nieco wątpliwa. Skąd ten wniosek? Krzysztof czuje większą pustkę po utracie komputera niż własnej matki. O jego nieprzystosowaniu do życia świadczy brak podstawowych umiejętności, takich jak samodzielne wykonanie podstawowych czynności – ugotowanie obiadu czy wysprzątanie mieszkania.
Czytając tę książkę raz za razem pukałam się głowę. Oczom nie wierzyłam, chciałam krzyczeć, jednak już nie z zachwytu, lecz z irytacji nad bohaterem-idiotą.
Początkowo spodziewałam się, że wątek uzależnienia zostanie bardziej rozwinięty, jednak tak naprawdę z opowieści tej zrobiła się historia o człowieku posiadającym więcej szczęścia niż rozumu, który po zadziwiającej przemianie układa sobie idealne życie, pełne przygód i niebezpieczeństw. Tak naprawdę książka ta nie ma więc funkcji dydaktycznej: pokazuje raczej, że nagrodą za zmarnowanie sobie młodości jest wskoczenie w wir życia doskonałego, a skutkiem spędzania wielu bezproduktywnych godzin w sieci – odnalezienie miłości swojego życia. Co należy dodać – miłości od pierwszego wejrzenia, zakochaniu po obejrzeniu zdjęcia i wymianie kilku maili, narzeczeństwie po jednej rozmowie. Czysta promocja naiwności. Jedna funkcja jaką tu odnajduję, to funkcja ludyczna.

Cieszę się, że powstała książka o internetowym uzależnieniu, o tym jak sieć oszukuje, mami fałszywymi uczuciami. Szkoda jednak, że wątek ten został przyćmiony historią o poszukiwaniu nieznanej kobiety.
Historia ta jest inspirowana wydarzeniami prawdziwymi, stanowi jednak wariację na ich temat.

Książkę Nie pytaj mnie o Rose polecam wszystkim: trochę w niej materiałów do refleksji, trochę do śmiechu. Każdy znajdzie coś dla siebie. Czas poświęcony lekturze, na pewno nie będzie czasem straconym. Jedni będą zachwyceni, inni troszkę mniej, lecz z całą pewnością nie znajdzie się osoba, która poczuje, że pozycja ta ją zawiodła.
To książka rozrywkowa i na taką się nastawiajcie.



wtorek, 6 grudnia 2011

Przestań całować żaby – Madeleine Lowe



Drogie Panie, czy pamiętacie te długie bezsenne noce z dzieciństwa, kiedy to marzyłyście o swoim Księciu z Bajki? Czy nadal zastanawiacie się kiedy go spotkacie? A czy którakolwiek z Was pokusiła się o refleksję na temat ilości żab, które w oczekiwaniu na tego Jedynego wycałowała? Nie? Teraz macie ku temu świetną okazję! Wydawnictwo Esprit przygotowało dla Was książkę, która pomoże Wam przejść przez tę trudną drogę uświadamiania sobie własnych błędów. Wszystko po to, by osiągnąć spełnienie w szczęśliwym i zdrowym związku.
Madeleine Lowe, autorka publikacji Przestań całować żaby. Czas rozejrzeć się za Księciem z Bajki. wykonała kawał dobrej roboty, klasyfikując różne typy męskich zachowań, które odstraszają i na wielorakie sposoby zniewalają kobiety. Choć książka ta nazwana jest „poradnikiem randkowania”, daleka byłabym od takich określeń. To raczej przewodnik po rodzajach Żab i sposobach na ich uniknięcie. Jednak nie martwcie się, Drodzy Panowie, nie jest to szowinistyczny atak na Waszą płeć – jest to bowiem także próba wyszczególnienia najczęściej popełnianych przez kobiety będące w związku błędów.
Nie znajdziemy tutaj rad odnośnie tego, jak krok po kroku zachowywać się na randkach, ani co zrobić, by uwieść mężczyznę naszych marzeń.
Staniemy raczej przed brutalną prawdą i choć momentami będziemy mogli się pośmiać, to tak naprawdę bliżej będzie nam do łez frustracji niż rozbawienia. Uświadomimy sobie bowiem bolesną prawdę o własnych wyborach i trwaniu w fatalnych związkach, niosących ze sobą jedynie poczucie niespełnienia. Nie jest jednak celem tej publikacji wywołanie u czytelnika smutku. Skusiłabym się bardziej o stwierdzenie, że Madeleine Lowe pod przykrywką humoru ukryła książkę o funkcji ściśle katartycznej. Nie ulega wątpliwości, że otwiera ona oczy na wiele spraw i mobilizuje do działania o wiele bardziej niż wszelkiego rodzaju poradniki, których autorzy głaszczą po główkach i wmawiają nam, że wszystko jest możliwe, nawet jeśli tylko siedzimy z założonymi rękami i bardzo intensywnie wyobrażamy sobie swoje lepsze życie.
U Lowe mamy konkret – akcja i reakcja: autorka pokazuje nam najczęstsze błędy i natychmiast wskazuje na odpowiednie wyjście z sytuacji. Nie ma tutaj sztucznego analizowania sytuacji i rozdrapywania ran. Są tylko fakty poparte tak dobrze znanymi nam przykładami z życia.

Gdyby wszystkie kobiety przeczytały tę książkę i wcieliły w życie przemyślenia z niej płynące, na świecie byłoby o wiele mniej nieszczęśliwych związków, a o wiele więcej par spełnionych, których życie pełne jest autentycznej miłości i zrozumienia.
Ta pozycja w sposób dowcipny porusza tematy, które staramy się zagłuszyć i przykryć stertą ważniejszych spraw. Lowe pokazuje nam, że tak robić nie można i że najwyższy czas wziąć odpowiedzialność za własne życie i szczęście w swoje ręce.
Pozycja obowiązkowa nie tylko dla singielek – to lektura obowiązkowa dla wszystkich kobiet. Pozwólcie sobie być szczęśliwymi. Przenieście świat baśni na rzeczywistość.



Front burzowy - Jim Butcher



Akta Dresdena Jima Butchera to wyjątkowy cykl, który otwiera Front burzowy.

Głównym bohaterem, któremu towarzyszyć będziemy przez wszystkie części jest Harry Dresden, który często dodaje sobie przydomek Copperfield. I nie bez powodu. Jest on bowiem magiem stacjonującym w okolicach Chicago. Swoje zdolności wykorzystuje jednak nietuzinkowo – prowadzi śledztwa, nie tylko paranormalne, aktualnie zaś pomaga detektyw z wydziału dochodzeń specjalnych – Karrin Murphy. Razem próbują rozwiązać sprawę podwójnego morderstwa, wskazującego na silnego maga, który z wielką prawdopodobnością złamał Pierwsze Prawo z  Siedmiu Praw Magii. Policja nie potrafi dac sobie rady ze schwytaniem maga, prosi więc o pomoc tego, który nie powinien mieć z  tym zadaniem żadnych trudności.

Śledztwo nie jest jednak dla Dresdena łatwe, bowiem ci, którzy znali ofiarę, głównego podejrzanego upatrują właśnie w nim Mało tego, pewien mafioso proponuje mu olbrzymie pieniądze w zamian za porzucenie sprawy, a bohaterowi od jakiegoś czasu doskwiera brak gotówki. Wydaje się, że ktoś bardzo nie chce, by prawda ujrzała światło dzienne i wykorzystuje do tego wszystkie jego znane słabości…

Morderstwu towarzyszy pojawienie się w mieście narkotyku zwanego TrójOkiem, po zażyciu którego możliwe jest poznanie obrazów Trzeciego Wymiaru. Czy sprawy te są ze sobą połączone? Kto kryje się za panoszącym się w  ostatnich czasach złem? I wreszcie – czy w Dresdenie zwycięży chęć schwytania złoczyńców czy żądzą pieniądza?

Butcher wyróżnia się spośród innych pisarzy wykorzystaniem w kryminale wątków paranormalnych. Jego powieści nie są ciężkie i przytłaczające, lecz okraszone sporą dawką (czarnego) humoru. Nie ma także szans na nudę, gdyś poza ludźmi na scenę wkraczają przedstawiciele świata fantasy – elfy, wampiry, demony, a także duchy. W zestawieniu ze schematyczną sprawą kryminalną, wytwarza się niepowtarzalny klimat, a całość wciąga dalece bardziej niż niejeden rasowy kryminał. 





poniedziałek, 5 grudnia 2011

Sherlockista - Graham Moore



Któż z nas nie zna Sherlocka Holmesa, słynnego londyńskiego detektywa urzędującego przy Baker Street? A któż nigdy nie słyszał o grupach sherlockistów, specjalizujących się w badaniu powieści Artura Conana Doyle’a pod kątem literackim oraz poszukiwaniom zaginionego rękopisu twórcy? Prawdopodobnie wśród miłośników jednego z najpopularniejszych detektywów świata takich osób będzie niewiele.
Graham Moore, choć ma dopiero 28 lat i jest niemalże „świeżym” absolwentem Uniwersytetu Columbia, gdzie ukończył historię religii, już zdążył popełnić rewelacyjny debiut, na miarę samego Doyle’a.
Powieść młodego pisarza inspirowana jest wydarzeniami autentycznymi, stanowi jednak całkowity wytwór wyobraźni autora i jest stuprocentową fikcją historyczną. Znajdziemy w niej postaci istniejące naprawdę, takie jak Artur Conan Doyle, Bram Stoker czy Oscar Wilde. Obok nich jednak spotkamy bohaterów wymyślonych na potrzeby opowieści.
Jeśli macie jeszcze w pamięci sposób pisania kreatora Sherlocka, Graham Moore Was zaskoczy – i to pozytywnie. Napisał on bowiem doskonały pastisz i gdyby nie okładka sugerująca nazwisko rzeczywistego twórcy oraz lata, w jakich toczy się część akcji; z dużą dozą prawdopodobieństwa wiele osób mogłoby pomylić się w kwestii prawdziwego autorstwa.

Książka składa się z dwu części wzajemnie się uzupełniających – pierwsza, to opowieść rozgrywająca się w latach życia Doyle’a i stanowiąca wyżej wspomniany pastisz; druga to historia osadzona w czasach nam współczesnych, której motywem przewodnim jest próba odnalezienia zaginionego rękopisu twórcy Sherlocka oraz rozwiązania sprawy morderstwa. Ciekawym wątkiem poruszonym przez Moore’a problematyka ruchu sufrażystek, który ściśle wiąże się ze śledztwem i stanowi atrakcyjny  i niezwykle frapujący element historii.

Autor postanowił zabrać nas do samego serca dwóch historii, które dzieli niemalże wiek. Dzięki temu jego powieść czyta się jednym tchem. Choć oba opisywane śledztwa nie są pełne zaskakujących zwrotów akcji, stanowią jednak doskonałą historię i zabawę dla fanów Holmesa. Dlaczego? Poznajemy bowiem prawdziwy stosunek autora do stworzonej przez siebie postaci, stajemy się świadkami tego jak wielki wpływ na twórcę ma wykreowany przez niego bohater oraz jak trudno uwolnić się od schematu, w który raz się wpadło. Autor jawi się czytelnikowi, tak samo jak filmowy amant, który raz decydując się na zagranie w komedii romantycznej, zostaje ofiarą przylepionej do siebie łatki. Podobnie rzecz ma się z pisarzem, który po uśmierceniu stworzonej przez siebie postaci, staje się znienawidzonym przez rzesze czytelników zabójcą.

Graham Moore napisał książkę pełną intryg i tajemnic, w której teoretyczni znawcy kryminałów będą musieli zmierzyć się z praktycznym zastosowaniem znanych sobie zasad. Staną się uczestnikami tego, o czym wielu z nas marzy – amatorskiego śledztwa na własną rękę, z wykorzystaniem metod zapożyczonych od swojego ulubionego książkowego detektywa.
Polecam wszystkim fanom gatunku, a także poszukiwaczom przygód i entuzjastom odkrywania tajemnic z przeszłości.


niedziela, 4 grudnia 2011

Matka wszystkich lalek – Monika Szwaja




Najnowsza książka Moniki Szwai, to pozycja, o której od miesiąca zrobiło się bardzo głośna, a która niemalże jednogłośnie została okrzyknięta przez recenzentów najlepszą w całym dorobku pisarki. Już sama nobilitacja ze strony czytelników, powinna zachęcić niezdecydowanych do lektury. Tym jednak, którym nie wystarczą frazesy, przybliżę pokrótce fabułę tejże książki.

Akcja powieści toczy się w kilku miejscach jednocześnie, a wszystko to za sprawą bohaterek, których różnią historie życia, a które mimo to w pewnym momencie splotą swoje losy.

Pierwsza z nich, Klara, to w połowie Polka, w połowie Francuzka. Choć większość życia spędziła w urokliwej Bretanii, na maleńkiej wyspie zewsząd otoczonej wzburzonym Atlantykiem; to tak naprawdę jej miejsce na ziemi znajduje się w nieznanej dotąd Polsce. Bohaterka mieszka wraz z rodzicami, siostrą i babcią, a jej głównym zajęciem stają się robótki ręczne: dzierganie przepięknie zdobionej odzieży oraz wyrób niepowtarzalnej biżuterii. Pewnego dnia spokój jej rodziny zaburzają dwaj Polacy, którzy wraz ze swoim przyjazdem wywracają dotychczasowe życie Klary do góry nogami. Przekazują jej oni informację, która może zaważyć na losach nie tylko samej bohaterki, ale także wszystkich jej najbliższych. Okazuje się bowiem, że pochodzenie dziewczyny jest zupełnie inne niż przypuszczała…


Równolegle poznajemy historię życia Elżuni – kobiety, która we wczesnym dzieciństwie została odebrana biologicznym rodzicom przez organizację Lebensborn i „wrzucona” w całkowicie nowe realia: poznała swoich nowych, niemieckich opiekunów, została nauczona ksenofobicznego spojrzenia na Polskę, znacjonalizowana i wyzuta z miłości do ojczystego kraju. Jej życie zostało przewartościowane bez jej wiedzy, została poddana praniu mózgu i całkowicie zniemczona.

Choć historie obu kobiet pozornie się różnią, obie dotykają jednak tego samego problemu: zatracenia własnej tożsamości. Bohaterki będą musiały stanąć przed trudnymi wyborami, ponownie poznać swoją przeszłość i nauczyć się siebie na nowo. Obie odkryją Polskę, jako swoje prawdziwe miejsce na ziemi, obie docenią to, co zabrano im w dzieciństwie.

Monika Szwaja ma niezwykły dar do opisywania historii ludzkich dramatów tak lekkim piórem, że nie stają się one przytłaczającymi opowieściami, lecz narracjami pełnymi optymizmu i wiary w człowieka. To nie jest kolejna smutna książka – to nauka życia w zgodzie ze sobą i swoim sercem. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, odkrywaniu własnych uczuć i życiu z nimi w zgodzie.

Kochani, nie czytajcie opisu na okładce zanim nie sięgniecie do książki! Tak naprawdę nie odsłania ona zbyt wiele z fabuły, może być zatem myląca.
Zachęcam, polecam. Ta pozycja może nieść ze sobą (i niesie!) tylko jedną reakcję czytelników – oczarowanie. Dajcie się porwać.


sobota, 3 grudnia 2011

Ty – Zoran Drvenkar



Zoran Drvenkar staje się coraz popularniejszym pisarzem na rynku polskim. Choć z pochodzenia jest z Chorwatem, na stałe mieszka nieopodal Berlina. To właśnie między innymi w stolicy Niemiec osadził akcję swojej najnowszej książki – Ty.
Po bestsellerowej powieści Sorry, okrzykniętej przez portal Crimi-Coach „jednym z najlepszych niemieckojęzycznych thrillerów w międzynarodowym formacie”, polski czytelnik oczekiwał kolejnej porcji niesłabnących emocji we wspaniałym wydaniu. Czy autor podołał wyzwaniu?

Ty, to historia opowiedziana w sposób nietuzinkowy. Autor balansuje pomiędzy dwoma sposobami narracji – raz jego sprawozdawca zwraca się niejako do bohatera, o którym akuratnie mówi, po to, by za chwilę zgrabnie przejść do narracji trzecioosobowej i konkretnego opisywania wydarzeń. Zabieg ten jest jedną z najmocniejszych stron książki. By czytelnik nie zagubił się w gąszczu wydarzeń i postaci, każdy kolejny rozdział tytułowany jest imieniem bohatera, którego ma bezpośrednio dotyczyć.
Przejdźmy jednak od meritum – fabuły. Akcja rozpoczyna się, gdy mroźnej, zimowej nocy roku 1995, indywiduum zwane Podróżnikiem, znajduje się na zakorkowanej autostradzie, po to, by wędrować od samochodu do samochodu i kolejno pozbawiać życia wszystkie napotkane istnienia. O co chodzi? Dowiemy się później. Teraz zostajemy przeniesieni do Berlina, by poznać historię sześciu nastoletnich przyjaciółek. Ich losy przypieczętowują kolejne złe decyzje, zapoczątkowane „wyskokiem” jednej z nich – Tai. Każdy kolejny pomysł, na który wpadają, zamiast wyzwolić ich z kłopotów, w które niepostrzeżenie wpadły, pogrąża je coraz bardziej. Dziewczyny posuwają się do kradzieży narkotyków, samochodów, wielu kłamstw wplątujących w intrygę niewinnych ludzi, którzy za ich nieodpowiedzialne decyzje niejednokrotnie będą musieli zapłacić życiem. Młode bohaterki uciekają do Norwegii, niestety w ślad za nimi podążą już wuj Tai – osoba, z którą lepiej nie zadzierać, a która właśnie została okradziona z własnego towaru.
Każdy z bohaterów próbuje odzyskać to, co należy do niego – narkotyki, syna, spokój, godność, duszę. Niestety, nie wszyscy będą mogli zdobyć, to czego pragną. Zanim sytuacja się wyklaruje wiele osób zginie, wiele istnień zostanie poświęconych, wiele historii życia zachwianych.
W tym czasie Podróżnik wciąż poszukuje zagubionej cząstki siebie, nie pozostawiając przy życiu nikogo, kto stanął mu na drodze…

Zorna Drvenkar wykreował rzeczywistość brutalną, w której jedno wydarzenie zapoczątkowało nieprzewidzianą reakcję łańcuchową, splatającą losy wielu postaci. To historia o ciemności duszy, o mrokach serca, o pierwotnych instynktach, ojcostwie i zagubieniu. Przyjaźń, autorytety, godność, stają się tu jedynie figurami retorycznymi, które całkowicie zatracają swoją semantyczną wartość. Nie ma tu stałości, każdy zmienia się w zależności od sytuacji, w zależności od przewidywanych korzyści. U Drvenkara do celu dochodzi się po trupach. Paradoksalnie nie ma tutaj odwiecznego poszukiwania szczęścia i jasności, lecz okrucieństwa i mroku.

Po książce spodziewałam się wielu emocji, a tak naprawdę pozostałam z niejasnym uczuciem rozczarowania. Postaci wydały mi się niedopracowane, żadna nie przykuła mojej uwagi na dłużej. Jedynym co ratowało książkę od sztampowości stała się unikatowa narracja, dodająca atmosfery grozy. Niestety, poza nią nie znalazłam u Drvenkara niczego, czego nie spotkałabym wcześniej. Choć narracja poprowadzona jest płynnie, mam niejasne wrażenie, że fabuła nie została przez autora do końca przemyślana. Przewracając ostatnią stronę książki nie towarzyszyły mi żadne emocje. Równie dobrze powieść ta mogła się skończyć dwieście stron wcześniej, jak i dwieście stron później. Nie miałoby to dla mnie znaczenia.
Polecam miłośnikom gatunku, którzy nie boją się brutalności i lubią urozmaiconą formę narracji. Nie spodziewajcie się jednak niczego wielkiego – tylko wtedy nie unikniecie rozczarowania.