poniedziałek, 6 czerwca 2016

Piwnice. Zagadki spod podłogi



Książka, którą mam przed sobą, to zestaw jedenastu wierszyków poświęconych tajemnicom blokowych piwnic – które to odsłonięte zostają zarówno przez treść, jak i sugestywne ilustracje, obrazujące co kryje dane pomieszczenie.

Statuetka Oskara, maski przywiezione z dalekich podróży, sztalugi, trupy owadów, młotki, gwoździe, narty, butle gazowe, słoiki – podziemia mogą kryć prawdziwe skarby!

Piwnice to kapitalna książeczka dla najmłodszych, mogąca zarówno wyćwiczyć zdolność tworzenia rymów pasujących do reszty opowieści, jak i kształtująca zdolność odgadywania o co w danej historyjce chodzi i jaka postać jest poszukiwana. A to wszystko nie bez udziału pamięci krótkotrwałej.




Przy okazji to doskonała okazja do bogacenia słownictwa dziecka – zarówno czynnego jak i biernego – w  każdym z wierszyków pojawiają się trudne słówka, których znaczenie zostało wyjaśnione z boku, dzięki czemu młody czytelnik bez problemu zrozumie o czym czyta, poznając przy okazji nowe wyrazy, dotąd prawdopodobnie nieznane, bo najczęściej specjalistyczne.

Piwnice  to detektywistyczna zabawa w poszukiwaniu właściciela danego pomieszczenia, wyostrzająca zmysły, zmuszająca do skupienia i utrzymywania uwagi na najwyższym poziomie, a przy tym wszystkim kapitalna rozrywka, którą można wykorzystać zarówno w domu, jak i w środowisku szkolnym czy tez przedszkolnym.

Przetestowana na drugoklasistach w murach podstawówki, którym to sprawiła ogromną frajdę. Czy może być lepsza rekomendacja? Wszak nauka przez zabawę to najłatwiejszy sposób na chłonięcie wiedzy.

Polecam!








niedziela, 5 czerwca 2016

Zakonnice odchodzą po cichu - Marta Abramowicz




Jako że żyję blisko Kościoła, zakonnice od zawsze były obecne w moim życiu. Największy kontakt miałam z nimi podczas jednych z wakacyjnych rekolekcji, kiedy to właściwie dzień w  dzień odwiedzaliśmy jakieś zgromadzenie zakonne, często żeńskie. Przyjmujące nas wówczas siostry każdorazowo wydawały mi się pogodne, serdeczne, spokojne i… szczęśliwe.  Okazuje się jednak, że nie zawsze tak jest, a wiele uśmiechów niewiele ma wspólnego z  rzeczywistością. I nie jest to bynajmniej kwestia błędnego rozeznania powołania, lecz tego, jak ów głos serca i sumienia zostaje miażdżony w  zgromadzeniach.

Po lekturze tej książki – zupełnie inaczej patrzę na zakonnice, szczególnie zaś na matki przełożone, nawet jeśli nie tego chciałam i nawet jeśli nie każda powiela schematy opisane w tejże.

Marta Abramowicz podzieliła swą publikację na dwie części. Pierwsza z nich zawiera świadectwa i zwierzenia byłych sióstr zakonnych, które wciąć z lękiem wypowiadały się na temat życia w zakonie. Druga zaś, to relacje ludzi – między innymi zakonników – o tym co dzieje się w zakonach żeńskich, jak różnią się one od męskich i dlaczego tak trudno coś w tej kwestii zmienić. Nie braknie także podejmowania prób wydobycia szczerego wyznania z  matek przełożonych.

Wszystko to, co znajdziemy na kartach tej książki, to wiadomości pozyskane z wielkim trudem. O pewnych sprawach się nie mówi, nieprzyjemne kwestie się zapomina, zbywa milczeniem, udaje się, że ich nie ma i nigdy nie było.

Gdy zakonnik lub ksiądz odkrywa, że nie było to jego powołanie i odchodzi – trąbi cały świat. Media, parafianie, znajomi, rodzina, pani Kowalska i pan Nowak. Wiedzą wszyscy. A odejście nie zawsze następuje ze względu na jakieś kontrowersje czy też skandal. Najczęściej wynika z pragnienia życia w zgodzie z sobą samym i rzeczywistym głosem serca. Gdy natomiast zakon opuści – dobrowolnie lub pod przymusem – zakonnica, niewielu ludzi ma w ogóle tego świadomość, a jeśli już – patrzą na nią z pogardą lub co najmniej małą życzliwością, bo przecież cóż takiego mogła uczynić, że już jej nie chcą nawet w klasztorze. A sama kobieta nic lub niewiele mówi o minionym czasie.

Możecie zatem wyobrazić sobie jak wielkie przeszkody pokonała Abramowicz, by zebrać jakikolwiek materiał do swojej książki. Niewiele byłych zakonnic chciało się wypowiedzieć, ze strony większości spotkała ją odmowa. Te zaś, które się zgodziły, nie miały do powiedzenia nic pozytywnego.

Sposób traktowania zakonnic w opisywanych klasztorach jeży włos na głowie. Matki przełożone, świętsze od świętych, mają ostatnie zdanie we wszystkim. I choćby ich polecenia były absurdalne – najważniejsze jest posłuszeństwo i każde należy bezwzględnie wykonać, nie zważając na swoją kruchą i wciąż wyniszczaną psychikę.

Podczas lektur w mojej głowie wciąż kołatały się myśli: jak to możliwe, że nie istnieją żaden grupy wsparcia dla byłych sióstr zakonnych? Dlaczego każda próba radzenia sobie z  życiem w zakonie, każda porada psychologa traktowana jest jako zdrada? Jak to możliwe, że tak wiele z nich faktycznie wytrzymuje i gdzie w  tym wszystkim miłosierdzie? Czy Bóg chciałby, żeby posłuszeństwo średniowiecznym regułom przedkładać nad dobro ludzkie?

Polecam lekturze i refleksji.


sobota, 4 czerwca 2016

Biała Rika - Magdalena Parys



Jeśli wydaje Wam się, że znacie Magdalenę Parys – jesteście w błędzie.

Oto autorka, którą dotąd mieliśmy okazję poznać jako twórczynię kryminałów, kieruje swój wzrok ku polsko-niemieckiej rodzinie, by w niebanalny sposób opisać jej losy.

Dagmara to dorastająca dziewczyna, która pragnie poznać przeszłość swojej rodziny – narysować drzewo genealogiczne, usłyszeć o losach kolejnych jej członków, dowiedzieć się tego, co stanowi jej rodowód i co chociażby niebezpośrednio ukształtowało jej młode życie.

Podczas odkrywania kolejnych kart przeszłości, dociera do bolesnych i długo skrywanych wspomnień, szczególnie tych, dotyczących jej przyszywanej babci – Ruth, zwanej Riką. Białą Riką.
Owa kobieta, córka Maximiliana Korna, właściciela cegielni, bliźniacza siostra Gerdy, zakochała się bez pamięci w Karolu – Polaku wywiezionym do Niemiec na przymusowe roboty. Podobnym uczuciem pałała do niego jej siostra. Obie kobiety różnił jeden pieprzyk, ot. Nikt do końca nie wie, kogo naprawdę kochał Karol. Los chciał, że w 1945 roku to Rika uciekła z  rodzinnego Hamburga ze swoim ukochanym. Podczas powrotu starała się nic nie mówić, by nie zdradzić swojego pochodzenia wśród wracających z nimi Polaków. Po wojnie osiedliła się wraz z mężem w poniemieckim Szczecinie, by w nim na nowo zbudować szczęśliwe życie. Jako babcia była niedostępna – Dagmara odbierała ją jako staruszkę, mimo że miała dopiero 57 lat. Postarzały ją białe jak śnieg włosy i minione cierpienie wypisane na twarzy.

Książka ta jest o tyle wyjątkowa, że pomimo wielu postaci, wydarzeń i historii fikcyjnych, zawiera w sobie ziarno bolesnej prawdy, związanej z samą autorką. Nie wiemy co i na ile nią jest, a gdzie do całości wkradła się odautorska wyobraźnia i korzystanie z opowieści zasłyszanych. Nie jest to istotne.

Intrygująca to opowieść, pełna niewypowiedzianego żalu, nieuładzona przez redakcję, rozliczająca się z przeszłością, a przy tym z wieloma puszczonymi do czytelnika oczkami, spisana niby na brudno, niby jeszcze nie gotowa, nie do druku, niepewna ostatecznego kształtu. To między innymi nietypowa forma, pełna wtrętów rodziny i redaktorki, czyni z niej powieść wyjątkową, bo wciąż uaktualnianą, wciąż pisaną.

Biała Rika zdaje się krzyczeć o tym, że warto szukać, warto grzebać w rodzinnych historiach, trzeba to robić, by istotne fakty nie zostały zawłaszczone przez bezwzględną niepamięć. 


I choćby to miała być jedyna lekcja, jaką wyciągniemy z  lektury – warto!

piątek, 3 czerwca 2016

Góra Tajget - Anna Dziewit-Meller




Górny Śląsk.

Sebastianowi właśnie urodziło się dziecko, o które wciąż się lęka. Nie ma świadomości, że pracuje w aptece mieszczącej się w budynku, w którym niegdyś oficjalnie leczono ciężko chore dzieci. Prawdą było jednak to, że owe miejsce stanowiło centrum eksperymentalne, będące częścią akcji T4 wymierzonej między innymi właśnie w  najmłodszych.

Gdy mężczyzna pierwszy raz słyszy o ponad dwustu niewinnie zmarłych ofiarach, nie dowierza. To jego niedowierzanie jest źródłem narracji, która przenosi nas do czasów, kiedy to w obronie chorych nie stawał nikt, a Niemcy mogli robić co chcieli.

Jedną z bohaterek jest Zefka, wracająca na Śląsk po dwu latach robót w Niemczech. Wracać wcale nie chciała, bowiem przez miniony czas dostała więcej miłości niż kiedykolwiek dotąd. Jej opowieść jeży włos na głowie.

Inną postacią kobiecą jest prof. Luben, lata temu prowadząca eksperymenty na dzieciach, odpowiedzialna za śmierć wielu z nich. Nie czuje się winna, choć oczywiście nie opuszcza jej strach przed karą.

Wystarczą te dwie historie, by ugrzęznąć w bolesnej przeszłości, być świadkiem dramatycznych wydarzeń opisanych językiem rozedrganym od emocji.

Mimo że rzecz dzieje się na Śląsku, gdzie ludzie są hardzi i twardzi, a ich życiowe doświadczenia nigdy ich nie oszczędzają, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że opisywane wydarzenia mogły złamać najsilniejszych i każdy chce o nich zapomnieć, choć zapomnieć się nie da i nie można, by błędów historii nie powielać.

Góra Tajget poruszyła mnie o wiele bardziej niż często z nią zestawiani Wybrańcy. To co tam było odarte z emocji i przekazane jako suchy fakt, tutaj od emocji wręcz kipi. Choć powieść nie ma dużych gabarytów, jej lekturę musiałam dozować i przerywać. Mnoży się w niej od nad wyraz sugestywnych opisów, z  których najbardziej wrył mi się w pamięć ten po zbiorowym gwałcie na jednej z bohaterek, który pozwolę sobie przytoczyć w całości jako największą zachętę:

Komórka jajowa, już dojrzała i gotowa na przyjęcie słynnego daru życia, jest oszołomiona ilością materiały genetycznego z  odległego wschodu. Na co się tu zdecydować – zabójca kobiet w ciąży, gwałciciel dzieci, masowy morderca, a może po prostu ten zwykły żołnierz z  Ukrainy, gnany zemstą za dziecko zabite przez Einsatzgruppen? Taki wybór, tyle możliwości!
[1]

Przejmująca, mocna lektura, która na długi czas wyryje Wam się w pamięci.

Szczerze polecam.



Książkę w dobrej cenie kupisz na:





[1] Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Warszawa 2016, s. 160.

czwartek, 2 czerwca 2016

Miłość i kłamstwa - Cecelia Ahern




O tym, że Cecelia Ahern jest moją ukochaną pisarką wie już cały świat i nikogo przekonywać nie muszę. Moja wielka sympatia to autorki zrodziła się za sprawą jej powieści z pierwszego etapu twórczości – kiedy wydarzeniom codziennym towarzyszyła ukryta magia, historie zawsze miały słodko-gorzki finał i niemalże z całą pewnością można było powiedzieć, że zestawem obowiązkowym do czytania (oprócz książki i dobrej herbaty / kawy) będzie solidna paczka chusteczek.

Od tamtego czasu Ahern przeszła długą drogę pisarską, a jej twórczość ewoluowała. Dziś mogę jedynie z rozrzewnieniem wspominać tamte powieści, bowiem cała magia w  nich zaklęta bezpowrotnie zniknęła – w  jej miejsce pojawiło się twarde stąpanie po ziemi i ugruntowanie akcji w świecie rzeczywistym. Wątki obyczajowe i same pomysły na snute historie wciąż są jednak doskonałe, zatem po każdą kolejną powieść pisarki sięgam ochoczo i bezzwłocznie.

Pomysł na Miłość i kłamstwa poznałam rok temu z ust samej autorki, jednak jego realizację stworzyłam sobie w  głowie całkowicie inną od tego, co dostałam.

Oto Sabrina Boggs podczas porządkowania rzeczy swojego ojca, natrafia na tajemniczą i niezwykle cenną kolekcję, o której istnieniu nie miała pojęcia. Okazuje się, że jej tata był kolekcjonerem i jednym z najlepszych graczy w kulki o jakim słyszała okolica.

Jak więc doszło do tego, że najbliżsi nie mieli pojęcia o jego pasji? Kobieta postanawia dociec prawdy i poznać prawdziwą twarz ojca, którego, jak się okazuje, zupełnie nie znała. Bohaterka działa z tym większą determinacją, gdy dowiaduje się, że najcenniejsze okazy z kolekcji bezpowrotnie zniknęły. Próbuje dowiedzieć się kto stoi za kradzieżą i co tak naprawdę łączyło go z  jej ojcem.
Podczas swoich poszukiwań poznaje dzieciństwo Fergusa, docieka źródła jego zainteresowania i dowiaduje się co przyczyniło się do tego, że marmurki stały się miłością jego życia. Miłością i największym kłamstwem. Pają i obsesją.

Ahern stworzyła powieść, w której oddaje hołd nie tylko pasjom i pragnieniom (oczywiście, gdy nie przesłaniają one reszty życia), ale także sile rodzinnej miłości. Pokazuje jak wielką moc mogą mieć zainteresowania, na które przekierujemy całą życiową energię i którym podporządkujemy wszystko. Autorka pokazuje zarówno moc twórczą, jak i destruktywną zamiłowań. Tak naprawdę książka ta to oddanie głosu samemu Fergusowi – to on wysuwa się na pierwszy plan, on staje się głównym bohaterem, on opowiada o swoim życiu, on staje się przykładem tego, co pasja może zrobić z człowiekiem i jak mocno można się w niej zatracić.

Powieść ta nie zdeklasyfikowała ona innych publikacji autorki stojących na moim osobistym podium, jest jednak dobrym uzupełnieniem kolekcji (sic!)
Akcja płynie w niej dość sennie, monotonnie, nie ma co liczyć na nagłe zwroty akcji czy kaskadę emocji.

Polecam ją wiernym fanom pisarki, reszcie – szczególnie tym, którzy jej twórczości jeszcze nie znają – radzę zacząć od innej jej powieści. Ta może Was znużyć, a byłaby to niepowetowana strata.


***


A wiecie, że rok temu spędziło się moje największe marzenie i miałam możliwość zjeść z  Cecelią Ahern śniadanie? To dopiero była magia! Jeśli jesteście ciekawi jak było, zapraszam na relację – klik. 



Recenzje innych książek Ahern na blogu:






środa, 1 czerwca 2016

Przeznaczeni - Katarzyna Grochola



Przeznaczeni to książka, jakiej się po Grocholi nie spodziewałam.

Wielowątkowa, zaskakująca, dopracowana w najmniejszym stopniu. Każdy detal zdaje się pasować idealnie, niczym puzzel w układance składającej się z dziesięciu tysięcy elementów.

Choć do tej pory nie byłam ani wielką fanką Grocholi, ani jej wierną czytelniczką (Bogiem a prawdą nie spostrzegłam nawet, że milczała od 4 lat), lektura Przeznaczonych ostatecznie przekonała mnie, że mam do czynienia z autorką dojrzewającą i kapitalnie rozwijającą swój warsztat pisarski, a nie tylko twórczynią lekkich babskich czytadeł, o których istnieniu wiem głownie za sprawą ekranizacji.

Początkowo powieść wydaje się chaotyczna, bowiem wprowadzona zostaje do niej piątka równie ważnych bohaterów – zdawałoby się kompletnie ze sobą niepowiązanych – których nitki losu prędzej czy później się ze sobą splączą. Mnogość wątków, a także wielka różnorodność bohaterów, pozwoliła pisarce nie tylko wykazać się twórczo, ale także wpłynęła na sposób odbioru całości przez czytelnika: niemalże pewne wydaje się, że każdy znajdzie w powieści ulubioną postać, tę, dla której będzie chciał czytać więcej i więcej. Wybierać może zarówno spośród mężczyzn, jak i kobiet. W Przeznaczonych poznajemy bowiem Gabrysię, Olin, Mateusza, Kubę oraz Jerry’ego.

Olin, to pisarka, od 20 lat trwająca w związku z żonatym mężczyzną. Jerry to skłonny do uzależnień (dziś hazardzista, kiedyś alkoholik), który próbuje wciągnąć w swoje szemrane interesy Kubę poznanego na spotkaniu grupy AA. Jego upadkowi moralnemu przygląda się Gabrysia – młoda krupierka, próbująca mimo ciężkiej pracy stworzyć związek z  Mateuszem, niemająca jednak pewności czy ma on jakąkolwiek przyszłość.

Poza wątkami obyczajowymi ogromną wartość książki stanowi wprowadzenie do niej tematyki uzależnień – szczególnie od wspomnianego hazardu, który to mechanizm został zaprezentowany niejako od kuchni: oczami młodej krupierki, która widząc jak nisko można upaść, zupełnie inaczej spogląda na bogaczy mijanych za dnia na ulicy. Istotny jest również temat znienawidzonej pracy, której trzymamy się jedynie po to, by mieć za co żyć.

Bardzo zaskoczył mnie finał powieści – nie spodziewałam się, że autorka tak zawróci akcję, nie miałam nawet świadomości, że część bohaterów nie jest prawdziwa. Tak bardzo chłonęłam akcję, że przeoczyłam sygnały (jeśli takowe były) wysyłane przez twórczynię między wersami. Cieszę się z tego bardzo, bo z  całą pewnością sprawi to, że lekturę zapamiętam na dłużej.

Zaskoczyło mnie również samo wydanie książki – okładka nie wrzeszczy wyeksponowanym nazwiskiem autorki, jest wręcz wyciszona – nie wyróżnia się spośród innych publikacji, których kolory najczęściej są bardzo intensywne. Tutaj jest delikatnie do tego stopnia, że powieść gubi się pośród innych, a mimo to sprzedaje się doskonale. 

To jest właśnie siła nazwiska i przykłada na to, że wydanie może być skromne, a powieść i tak trafi na listy bestsellerów.


Polecam: szczerze i każdemu. 

***

Recenzja innej książki Grocholi: