poniedziałek, 9 maja 2016

Poza czasem szukaj - Katarzyna Hordyniec




Katarzyna Horodyniec, którą większość z Was z pewnością kojarzy z blogowego świata, zadebiutowała właśnie książką Poza czasem szukaj – romansem z dość wyraźnie zarysowaną linią erotyczną.

Helena, dla bliskich Lena, znudzona dotychczasowym życiem postanawia całkowicie je odmienić. Porzuca dotychczasowego (i jedynego) partnera i przenosi się z rodzinnego Koszalina do Warszawy, by tam odetchnąć powietrzem wielkiego świata, próbując jednocześnie swoich sił w nowej pracy zawodowej. Liczy na to, że wprowadzone zmiany pozwolą jej na nowo cieszyć się samą sobą i światem. Wyjazd do stolicy, choć mający znamiona skoku na głęboką wodę, bardzo szybko staje się oczekiwaną dawką orzeźwienia. Niemalże z miejsca bohaterka otrzymuje korzystną propozycję mieszkaniową, a także zawraca w głowie przystojnemu, sporo starszemu od siebie mężczyźnie, który choć z dość pokaźną przeszłością seksualną, całkowicie wariuje na jej punkcie, oczywiście już od pierwszego wejrzenia.

Poza czasem szukaj to tak naprawdę historia ich romansu rozkwitającego na oczach czytelnika, rozwijającego się w tempie ekspresowym. Ściśle mówiąc, akcja ogranicza się do kilku dni maja, podczas których bohaterka przyjeżdża do Warszawy, znajduje mieszkanie, poznaje mężczyznę, odpycha go, ulega mu, przyłapuje na nie do końca uczciwym zachowaniu, porzuca, wraca, nie potrafi zapomnieć – klasyczny romans rozegrany w kilku aktach, skumulowany w kilku dniach do policzenia na palcach dwu rąk.

Jedynym interesującym dla mnie wątkiem było właściwie wprowadzenie do narracji motywu Targów Książki, spotkań autorskich, wplecenie znanych z literackiego świata nazwisk. Poza tym – bez oczekiwanej dawki emocji.

Wszystko działo się za szybko, miejscami także za wulgarnie – zupełnie niepotrzebnie, bo ustępy z nagromadzonymi frazami wulgarnymi (docelowo miało chyba być młodzieżowo, a wyszło jak wyszło) czytało się nieprzyjemnie, czasami wręcz z niesmakiem, przede wszystkim dlatego, że nie przystawało to do reszty języka. Mimo że bohater widocznie zakochał się w  kobiecie, wciąż traktował ją przedmiotowo, co doskonale widoczne było w warstwie językowej. Być może się czepiam, lecz gdy dojrzały (jakikolwiek!) mężczyzna mówi o kobiecie fajna dupa dla mnie nie stanowi to komplementu, lecz raczej obrazę i kompletny brak szacunku połączony z uprzedmiotowieniem. I tak właśnie odczytałam zachowanie Juliusza.

Poza czasem szukaj rozczarowało mnie skupieniem się jedynie na wątku romansowym – poza nim nie odnajduję w tej pozycji niczego: ani tła społeczno-obyczajowego, ani bogatego zarysowania postaci (chyba że uznać za nie ciągłe wspominanie o czerwienieniu się), ani nawet ciekawych wątków pobocznych. Jakby tego było mało, sam romans nie jest tak ekscytujący jak mógłby być. Nie wiem czy odzywa się we mnie prowincjonalizm, jednak wizja kobiety, która wyjeżdża do obcego miasta, jest niepewna siebie, lecz od razu cały świat jej sprzyja, a mężczyźni kładą się u stóp, by wyznawać jej uczucia, całować na pierwszym spotkaniu i szeptać na ucho, że są dla niej gotowi, jest dla mnie co najmniej mało prawdopodobny – a tym samym cała powieść traci dla mnie na autentyczności i – niestety – boleśnie balansuje na granicy dobrego smaku i nieumyślnie wprowadzonego kiczu.

Irytujące były również co rusz wplatane fragmenty dotyczące kupowanych cieni do powiek, sprayów, balsamów, tuszy, podkładów, wynikające jak sądzę z fascynacji Autorki tym tematem. Cały kosmetyczny wątek trąci lokowaniem produktu, zupełnie nic nie wnosząc do samej i tak już miernej akcji. Podobnie złe skojarzenia budziły we mnie niektóre dialogi wewnętrzne bohaterów prowadzone wówczas, gdy napięcie seksualne między nimi robiło się niebezpieczne – sformułowania, w które ubierali wówczas swoje myśli tak silnie przypominały mi osławione zwroty E.L. James, że nie sposób było mi traktować bohaterów poważnie. Tym bardziej, że wiele z nich było powtarzanych słowo w  słowo ze względu na próbę prowadzenia narracji dwutorowej (tu jednak zapanował chaos – ta narracja raz była, innym razem jej brakowało; pojawiała się i znikała zupełnie dowolnie). Miałam wrażenie, że Poza czasem szukaj to zebranie dwu tomów pisanych z  dwu różnych perspektyw w  jedno i nie do końca przemyślane ich połączenie. Nic nie mierzi mnie bardziej, niż wielokrotne odczytywanie tych samych dialogów.

Mimo że warsztat autorki jest faktycznie sprawny, po drodze coś poszło nie tak. A to język wymykał się spod kontroli, a to postaci stawały się mało wiarygodne i dziecinne, a to wątki poboczne nie spełniały pokładanych w  nich oczekiwań. Jako że to debiut – nie skreślam Hordyniec, lecz – jeśli tylko coś znowu napisze – dam jej kolejną szansę. Po cichu liczę jednak, że pokieruje się bardziej w stronę powieści obyczajowej niż romansu (erotyku?). A jak będzie - zobaczymy.




czwartek, 5 maja 2016

Dobry kłamca - Nicholas Searle



Żyjemy w kłamstwie, taki jest ten świat. Nieważne, czy sprzedajesz używane samochody, jesteś premierem, czy specjalistą od zmian klimatycznych. Tak już jest. Prawda ma drugorzędne znaczenie[1]


Nicholas Searle zanim został pisarzem, przez ponad dwadzieścia lat pracował w brytyjskiej administracji publicznej, a później także dla rządu Nowej Zelandii. Jego powrót do kraju w  2011 roku zbiegł się z próbą sił w  twórczości literackiej, której owocem jest debiutancki Dobry kłamca.

Głównymi bohaterami swojej powieści uczynił on staruszków: Roya, oszusta (także matrymonialnego) oraz majętną wdowę Betty, kolejną ofiarę mężczyzny. Para poznaje się na portalu randkowym, a ich znajomość bardzo szybko rozkwita – gdy mężczyzna wprowadza się do nowo poznanej kobiety, ma wrażenie, że jego ostatnie oszustwo będzie dziecinnie łatwe, tym bardziej, że na swoim koncie ma on o wiele mroczniejsze dokonania: między innymi zdradę własnych rodziców w czasach hitlerowskich.
(...)

Całkiem smaczny to debiut, który przypadnie do gustu przede wszystkim miłośnikom tekstów nieoczywistych, z dobrze zarysowanymi postaciami. Reszta może się wynudzić.



[1] Nicholas Searle, Dobry Kłamca, Warszawa 2016, s. 368.


Całość recenzji dostępna tutaj:


środa, 4 maja 2016

Korytarzem w mrok - Lois Duncan




Kit wraz z czterema wybranymi podczas rekrutacji dziewczętami rozpoczyna naukę w nietypowej szkole z internatem, mieszczącej się w wysokim, dwupiętrowym budynku, niegdyś zajmowanym przez prywatnego właściciela, lecz po tragicznych wydarzeniach mających w nim miejsce, odrestaurowanym i przemianowanym na placówkę edukacyjną. Doskonałym słowem oddającym charakter miejsca jest „złowieszczy”. Blackwood to przede wszystkim ciemne, kręte korytarze i pokoje umeblowane w starym stylu, zamykane jedynie z zewnątrz.

Kit od początku czuje się w nowym miejscu nieswojo, które to wrażenia zostają spotęgowane, gdy zaczyna mieć ona dziwne sny, a wszystkie pozostałe uczennice nie dość, że odkrywają w sobie dziwne talenty, to jeszcze zachowują się coraz bardziej nienaturalnie. Sytuacji nie poprawia wyjątkowa małomówność nauczycieli, ewidentnie wiedzący znacznie więcej, niż są skłonni wyznać…

Korytarzem w mrok bardziej niż pełnowymiarową powieść stanowi opowiadanie z wątkiem tajemnicy, którego centrum zajmuje próba jej obnażenia.

Szalenie ciekawy koncept i doskonały materiał na wielowątkową powieść młodzieżową, który został niestety zredukowany do minimum, a tym samym w  dużej mierze zaprzepaszczony. Krótka forma nie do końca mnie przekonała – zagadka została rozwiązana zbyt szybko, a atmosfera napięcia nie została należycie wykorzystana. Mimo wartkiej akcji i języka stanowiącego dobre tło dla całości, bo w żaden sposób się niewyróżniającego, całość potoczyła się zbyt prędko. Od rozpoczęcia nauki w szkole i pierwszych podejrzanych wydarzeń, w zawrotnym tempie przeskoczono do rozwiązania zagadki.

Z całą pewnością cenne będzie to dla tych czytelników, którzy do słowa pisanego dopiero się przekonują – tajemnica i nieduża objętość powieści stanowić będą motywację do czytania. Doświadczony czytelnik będzie jednak zawiedziony – ma się wrażenie, że w miejscu zakończenia coś dopiero powinno się rozpocząć, a lektury starcza maksymalnie na dwie godziny.


Lekka, do podczytania pomiędzy kolejnymi angażującymi tekstami, adresowana szczególnie do młodzieży – starsi mogą być nieusatysfakcjonowani. Z całą pewnością nie przesadzałabym jednak z porównaniami do Harry’ego Pottera, które nie są niczym innym, jak zwykłym nadużyciem. Mimo że pojawiają się w powieści elementy magii i zdolności paranormalnych, nie pozostaje to w żadnym związku (chociażby intertekstualnym) z serią o młodym czarodzieju. Jako samodzielna opowieść jest interesująca, choć niedopracowana i zdecydowanie zbyt krótka. Przypomina raczej szkic, niż finalną wersję.

wtorek, 3 maja 2016

Miejsce dla dwojga – Richard Paul Evans



Miejsce dla dwojga to już czwarta część Dzienników pisanych w drodze. Poprzednie, Dotknąć nieba, Na rozstaju dróg i Kręte ścieżki opisywały powolną drogę Alana do odnalezienia samego siebie po dotkliwej stracie. Mężczyzna w nagły i tragiczny sposób został pozbawiony najbliższych, które to wydarzenie sprawiło, że utracił on chęć do życia. Za wszelką cenę próbował zapomnieć o swoich doświadczeniach, jednak ich ciężar był tak wielki, że nie skutkowała żadna metoda. Uzdrowienie miała mu przynieść piesza wędrówka wzdłuż całej Ameryki, poczynając od Seattle.

Oczywiście bohater nie miał żadnego planu na tę podróż – wziął jedynie mały plecak i na przekór głosowi rozsądku oraz gorącym prośbom ojca o zaniechanie wyjścia, wszedł na szlak, dążąc do oczyszczenia umysłu.

Nie do końca zdawał sobie wówczas sprawę, że idąc samotnie, skazuje się na nieustanne rozmowy z sobą samym. Autorefleksom wydaje się nie być końca, bolesne wspomnienia bombardują bohatera otoczonego ze wszystkich stron ciszą co rusz. Poza trudnościami psychicznymi, towarzyszą mu także te fizyczne oraz techniczne – wówczas może jednak liczyć na pomoc incydentalnie spotkanych ludzi.

Miejsce dla dwojga rozpoczyna i kończy się wieściami tragicznymi. Oto bohater niemalże przypadkowo dowiaduje się, że ma nowotwór mózgu – oponiaka – i musi zawiesić swoją wędrówkę. Trafia do szpitala, gdzie czeka go poważna operacja, a następnie wraca do domu ojca, by poddać się rekonwalescencji. Dla jego taty sytuacja wydaje się jasna – syn nareszcie zaprzestanie wędrówki, która od początku wydawała mu się fatalnym pomysłem.
Alan jednak ma zupełnie inne plany…


Richard Paul Evans w swoim cyklu drogi po raz kolejny zwraca uwagę na istotne elementy przeżywania ziemskiej wędrówki. Zdaje się krzyczeć o tym, jak ważna i oczyszczająca jest autorefleksja, jak konieczne są chwile samotności i wyciszenia, podczas których możemy medytować i rozważać swoją rzeczywistość, wsłuchiwać się w siebie i uporządkować swoje wnętrze. Lektura jego książki może przynieść nie tylko oczekiwaną rozrywkę, ale także sprowokować do zastanowienia się nad sobą - jakże dziś koniecznym.

Czyta się jak zawsze lekko, płynnie i – mimo wyjątkowego ciężaru doświadczeń bohatera – lekturę kończy się z nadzieją patrząc w przyszłość.

***

Poprzednie tomy Dzienników pisanych w drodze

 Dotknąć nieba / Na rozstaju dróg / Kręte ścieżki 

Pozostałe książki Evansa na blogu:


poniedziałek, 2 maja 2016

Zapowiedzi maja



W maju najbardziej czekam na...






Co tu kryć, będzie to miesiąc  niebywale bolesny dla mojego portfela. Pojawiają się Kropki, drugi tom Listów niezapomnianych, Cień eunucha, Odnalezieni, nowa Allende, Demelza, Jedyna, Uczeń architekta, Żywe trupy, Biała Rika, Stuart Malutki, Ósme życie i Krivklat. Z największym utęsknieniem czekam jednak najnowszych Ahern i Simons!

Nie chcę nawet wymieniać książek, które bym chciała, a które musiałam siłą usunąć z wishlisty. Nie ma miejsca, nie ma środków. Poczekam na promocje lub sezon ogórkowy w wydawnictwach, wtedy ponadrabiam:)
A Wy na co czekacie w tym miesiącu?


niedziela, 1 maja 2016

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie - Jessica Knoll



Rzecz dotyczy TifAni FaNelli, kobiety, która w wieku czternastu lat doświadczyła traumatycznych wydarzeń, będących konsekwencją nastoletniej hulanki i brawury. Bohaterka za wszelką cenę stara się zmazać piętno młodzieńczych win, rzucając się w świat sukcesu i blichtru. O jej dobre imię ma po latach zawalczyć poświęcony jej film dokumentalny, w którym zarówno ona, jak i ci, którzy przetrwali, opowiadają o tym, czego doświadczyli.

Z  produkcji niezadowolony jest narzeczony Ani, Luke, mający być jej przepustką do bezpiecznego i znaczonego pieniądzem świata. Oprócz niego na jej pewność siebie mają pracować rozmiar XS (wciąż za duży, przecież w jej świecie noszenie takiego świadczy niemal o otyłości!) i praca w kobiecym magazynie, w którym słowa penis i wzwód stanowią podstawę niemalże każdego artykułu.

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie to książka-chaos. Pierwsze kilkanaście, ba! kilkadziesiąt stron (będąc uczciwą, ponad połowa publikacji) stanowi dla czytelnika walkę o ogarnięcie tego, co autorka próbuje przekazać. Narracja staje się w pewnym momencie bełkotem, gadaniną bez ładu i składu, w której bałagan potęgowany jest przez prowadzenie narracji dwutorowej – tej osadzonej w  teraźniejszości i tej retrospektywnej, bez jakiegokolwiek zaznaczenia z jakimi czasami mamy właśnie do czynienia. Samodzielne zorientowanie się w umiejscowieniu czasowym nieco trwa, bowiem bohaterowie są dokładnie Ci sami, historie nakładają się na siebie i próbują wzajemnie oświetlać, choć tak naprawdę jedynie wprowadzają dodatkowy nieporządek.

Przyjmując, że książka ma około 450 stron, ponad 300 z nich nieźle mnie umęczyło. Gorączkowo zastanawiałam się dlaczego została ona uznana za fenomen, co stanowi o jej wartości i z jakiego powodu towarzyszą jej zachwyty. Nie dziwi jedynie chęć ekranizacji – to, co nie udało się w książce, można bowiem doskonale wykorzystać w filmie, portretując postać TifAni z wyraźnym zaznaczeniem tego, który fragment opowieści dotyczy jakiego etapu jej życia – nie jest to trudne. Wystarczą inni aktorzy i voilà!

Mimo że ostatnie strony książkę ratują, bo wiele (w końcu!) wyjaśniają, a narracja staje się uporządkowana, to wrażenie jakie pozostawiła we mnie lektura pozostaje niezmienne: straciłam cenny tydzień na próbę przebrnięcia przez tekst, podczas którego mogłam przeczytać inne pozycje. Mam wrażenie, że gdybym czytała tę powieść na wstecznym, miałaby ona o wiele większą moc rażenia i nie opierała się jedynie na próbach dociekania tego CO tak właściwie się stało, CO tak mocno zmieniło bohaterkę i CZEMU nikt tego wreszcie nie wytłumaczy i DOKĄD to wszystko właściwie zmierza.

Sporą część książki stanowi zapis myśli głównej bohaterki – jej rozważań na temat małżeństwa, którego wcale nie chce, a które jednak ma ugruntować jej status społeczny, o stosunku do swojego nauczyciela angielskiego, o wspomnieniach wyniesionych ze szkoły – wszystkie te myśli plączą się i zagęszczają, nie mając ze sobą jakiegokolwiek związku.

Tym co się autorce udało, to zarysowanie wyrazistych postaci: jakkolwiek byśmy bowiem TifAni nie lubili, nie da się ukryć, że nakreślona została wzorowo, podobnie zresztą jak pozostali, mniej istotni dla całości.

Wydaje się, że Knoll napisała książkę, która w domyśle miała przestrzegać nastolatki (kobiety?) przed pogonią za światem, który ma im dać spełnienie za wszelką cenę, o próbach zdobycia awansu społecznego i zatarcia niechlubnej przeszłości (także tej związanej z pochodzeniem). Zdaje się, że autorka próbuje powiedzieć, by tej wartości szukać w sobie samym, a nie w zasobności portfela swojego czy otaczających nas ludzi. Być może krzyczy także o pustce świata pozornego sukcesu, pokazuje w  jak trudnych sytuacjach stawiani są (na własne życzenie) młodzi ludzie i do jakich tragedii może to doprowadzić; ukazuje niedojrzałość relacji, trudność w ich nawiązywaniu, pokazuje z jaką łatwością żart może obrócić się w tragedię i jak słaba jest ludzka psychika, co rusz atakowana.

Być może. Forma jednak całkowicie zdominowała ten przekaz, czyniąc z książki kolejną jałową opowieść, uchodzącą za bestseller. Towarzyszący lekturze chaos jeszcze długo pozostanie w  mojej pamięci.