sobota, 8 września 2012

Złota Zakładka wędruje do....

Kochani, przed Wami wyniki tegorocznego rozdania Złotej Zakładki! Relację z targów zamieszczę jutro, gdy tylko uporam się ze zdjęciami i pozachwycam się nad moimi książkowymi zdobyczami:) Spodziewajcie się zdjęć i wieeele radości:) A póki co:

1. Najlepsze czytadło:
Miejsce pierwsze: Cukiernia pod Amorem. Hryciowie – Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Miejsce drugie: Jeden dzień – David Nicholls
Miejsce trzecie: Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy – Maciej Grabski

2. Najbardziej poruszająca książka:
Miejsce pierwsze: Jeden dzień – David Nicholls
Miejsce drugie: Dziewczyna, która pływała z delfinami – Sabina Berman
Miejsce trzecie: Motyl – Lisa Genova

3. Najlepsza intryga:
Miejsce pierwsze: Dallas ’63 – Stephen King
Miejsce drugie: Kobieta bez twarzy – Anna Fryczkowska
Miejsce trzecie: Siostra – Rosamund Lupton

4. Najlepsza książka non-fiction:
Miejsce pierwsze: Bóg, kasa i rock’n'roll – Szymon Hołownia i Marcin Prokop
Miejsce drugie: Dzienniki kołymskie – Jacek Hugo-Bader
Miejsce trzecie: Gaumardżos. Opowieści z Gruzji – Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller

5. Najzabawniejsza książka:
Miejsce pierwsze: Bóg, kasa i rock’n'roll – Szymon Hołownia, Marcin Prokop 
Miejsce drugie: Natalii 5 – Olga Rudnicka
Miejsce trzecie: Bezduszna – Gail Carriger

6. Najciekawszy świat powieści:
Miejsce pierwsze: Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie – Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Miejsce drugie: Dallas ’63 – Stephen King
Miejsce trzecie: Hyperversum – Cecillia Randall

7. Najbardziej wciągająca książka:
Miejsce pierwsze: Jeden dzień – David Nicholls
Miejsce drugie: Dallas ’63 – Stephen King
Miejsce trzecie: Kobieta bez twarzy – Anna Fryczkowska

8. Najlepsza książka dla dzieci:
Miejsce pierwsze: Asiunia – Joanna Papuzińska 
Miejsce drugie: Pamiętnik Blumki – Iwona Chmielewska
Miejsce trzecie: Kazio i skrzynia pełna wampirów – Iwona Czerkowska

9. Najlepsza książka dla młodzieży:
Miejsce pierwsze: Światła września – Carlos Ruiz Zafon 
Miejsce drugie: Biala jak mleko, czerwona jak krew – Alessandro D’Avenia
Miejsce trzecie: Z ciemnością jej do twarzy – Kelly Keaton

Z wieloma się zgadzam, kilka rozminęło się z moimi typami, o kilku nawet nie słyszałam [wstyd!]. Mam więc co nadrabiać:) A Wy? Głosowaliście? Mieliście podobne typy?:)

czwartek, 6 września 2012

Mama ma zawsze rację! A korektor nie.


Tytuł: Mama ma zawsze rację
Autor: Sylwia Chutnik
ISBN:  978-83-62829-07-1

Korekta (albo jej brak): Kamila Wrzesińska
 

O Chutnik słyszałam wiele i pewnie jeszcze niejedno usłyszę. Laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008 (dzięki książce Kieszonkowy atlas kobiet), działaczka społeczna, kulturoznawczymi, kierowniczka Fundacji MaMa zajmującej się prawami matek.

Jej najnowsza książka – Mama ma zawsze rację – wpisuje się w nurt tematyczny jaki zapoczątkowała jej działalność.

Ale, ale. Czym właściwie jest owa książka? To zbiór felietonów, z których część w latach 2009-2011 publikowana była na łamach magazynu „Gaga”. Gdybym powiedziała, że to teksty z rodzaju tych, które każdy mógłby z powodzeniem napisać i które nie prezentują sobą nic świeżego, skłamałabym.
Książka Chutnik skrzy się humorem, czyta się ją rewelacyjnie. Za temat obrała sobie ona przedstawienie cieni i blasków macierzyństwa, ze znaczącą przewagą tych pierwszych. Wszystko jednak potraktowane zostało z przymrużeniem oka, w wielu miejscach z powagi wytworzył się żart, absurdalny humor i perfekcyjna groteska. Ironiczne, przenikliwe, inteligentne i nieprawdopodobnie trafne uwagi Chutnik, to tak naprawdę kawał bardzo dobrej literatury, przy której co rusz będziemy parskać śmiechem i żarliwie przytakiwać. Ukazuje ona polską rzeczywistość, tradycyjnie rozumiane bycie matką i ojcem w krzywym zwierciadle, z często wręcz bolesną i ciętą ironią, a dzięki temu – tak bardzo potrzebną.
Choć z kilkoma poruszanymi kwestiami się nie zgadzam, do czego mam pełne prawo, w  żaden sposób nie umniejsza to wartości książki. Światopoglądowo w niektórych momentach z autorką różnię się diametralnie, nie znaczy to jednak, że nie mogę podziwiać lekkości jej pióra i zachwycać się zręcznością z jaką buduje kolejne zdania – ma się wrażenie, że one płyną same, że to perpetuum mobile, które raz puszczone, nie przestanie samo się napędzać. I ta naturalność, to płynięcie z nurtem i odczuwalne tworzenie pod wpływem chwili, a nie po długim oczekiwaniu na przychylność muz, jest odczuwalne.
Źródło

Wciąż mało byłoby gdybym skończyła jedynie na zachwytach nad formą. Co jeszcze jest rewelacyjne? Wydanie! Kolaże autorstwa samej Chutnik, często nie mniej ironiczne niż  treść właściwa, stanowią doskonałe uzupełnienie książki. Próbkę tego co w środku mamy już na okładce, która zaświadcza o tym, że nic co banalne, nie ma w tej publikacji prawa bytu. I o to chodzi! Wciąż za mało takich lektur, wciąż za mało tak odważnych pisarzy, którzy sprawialiby, że lektura nie wyda się już niektórym jedynie nużącą czynnością, lecz doskonałą formą rozrywki, taką, która wprawia w doskonały humor na długo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie wytknęła. A co, Chutnik można, to i mnie też. Permanentnie, co rusz, co dwa słowa, w książce tej pojawia się znienawidzona przeze mnie ZŁA odmiana imienia Bruno, o której wspominałam już także przy okazji innej książki.
Ciarki przechodziły mnie co krok, gdy natykałam się na Bruna, czytałam co z Brunem i walczyłam, by nie krzyczeć widząc kolejną katastrofalną formę, odmienioną na pewno nie według polskich zasad.
Choć jest to ciężkie, jestem nawet w stanie wyobrazić sobie, że matka nadając swojemu dziecku jakieś imię, nie potrafi go poprawnie odmienić. Cóż, zdarza się, słuchamy fałszywych autorytetów, powielamy błędne schematy, powtarzamy to, co gdzieś zasłyszeliśmy i wydaje się nam to na tyle oczywiste, że nie zadajemy sobie trudu, by sprawdzić czy przypadkiem nie jesteśmy w błędzie. Dziwi mnie to jednak o tyle, że Chutnik wiele pisze o świadomości, której momentami sama nie posiada, jednak wiadomo – errare humanum est. ALE! Jak takie formy może przepuścić korektor?! Zdarzają się edytorskie wpadki, jednak zazwyczaj wtedy, gdy wyraz pojawia się jednokrotnie. Jeśli jednak jego częstotliwość jest tak wielka, NIE MOGĘ POJĄĆ, jakim cudem tak kardynalny błąd mógł się uchować. Nie czepiam się, tylko uwrażliwiam. Może komuś czytanie takiej tragedii nie przeszkadza – mnie dotyka jednak do żywego. Po co ktoś płaci za korektę, po co ktoś, kto teoretycznie jest wyposażony w potrzebną wiedzę, trudzi się nad tekstem, skoro później do druku zostaje dopuszczony taki twór?  Żeby był to błąd rzadko popełniany – też nie byłoby okej, bo od tego jest korektor, żeby błędów NIE BYŁO. Mało tego, temat niepoprawnego Bruna co rusz poruszany jest przez autorytety językowe. Słowniki krzyczą, Jan Miodek i Jerzy Bralczyk rwą włosy z głowy, a w Polsce nadal dumnie panoszy się ktoś zwany potocznie Brunem.  NIE, NIE, NIE. Na takie grzechy językowe nie będę patrzeć spokojnie. Zapamiętajcie, NIE: nie ma Bruna, lecz nie ma Brunona. Mówię nie o Brunie, lecz o Brunonie, idę nie z Brunem, lecz z Brunonem.

Uff. Mniej pastwić się będę nad równie często powtarzaną błędnie formą "w każdym bądź razie”.
Ludzie! W każdym razie ALBO bądź co bądź. Na litość boską, nie łączcie tego, nie róbcie tak ciężkich do strawienia błędów frazeologicznych, tylko dlatego, że ładnie [dla kogo ładnie, dla tego ładnie] brzmią.

Odsyłam po raz kolejny:




A książkę i tak oceniam na 5! Co wrażliwszym proponuję jednak przed lekturą zaparzyć sobie melisę :)

 Do posmakowania: klik

środa, 5 września 2012

Dyrygent fal – Piotr Piątek


Tytuł: Dyrygent fal
Autor: Piotr Piątek
ISBN:  978-83-7805-011-7
Liczba stron: 78



Poezja Piotra Piętka skusiła mnie przede wszystkim naprawdę pięknym wydaniem – takim, jakim ten typ literatury powinien być opatrzony. Już samo spojrzenie na obwolutę sprawiło,  że zaczęłam wchodzić w świat poezji, na długo przed wkroczeniem w niego za sprawą konkretnych słów.
Nastrojowa okładka stwarza atmosferę idealną do czytania tomiku wierszy. A jest co poczytać.

Mottem patronującym całemu tomikowi jest zaczerpnięty z Twaina fragment Tajemniczego przybysza, traktujący o onirycznym charakterze życia, prawdzie, jako tym, co zostało odsłonięte przed konkretną osobą, ale nade wszystko sugerujące, że oprócz człowieka nie istnieje nic.
Nie sztuką jest więc doszukanie się już w samej zapowiedzi klucza, jakim jest antropocentryzm umiejscowiony w  rzeczywistości sennej, innej i wyjątkowej dla każdego.
Piętek bohaterem lirycznym swoich tekstów uczynił człowieka, który co rusz poddawany jest walce o swoje własne człowieczeństwo i zaistnienie w świecie, do którego został wtłoczony. Miniatura literacka Piętka jest jak ludzka egzystencja – zmienna, ukazująca życie w ciągłym ruchu, któremu przyświeca częste przenikanie się dobra i zła, szczęścia i smutku i wielu innych antagonistycznych wartości.
Dyrygent fal, to nie marna próba wierszoklety, lecz tomik poety świadomego i dojrzałego. Wiersze w nim zawarte czyta się z prawdziwą przyjemnością, odnajdując w nich cząstkę samego siebie i własnego życia. Utworom towarzyszą czarno-białe rysunki, dodające publikacji charakteru i podobnie jak okładka, wpływające na jego nastrojowość.
Ważnym środkiem, którym nad wyraz często operuje autor jest metafora. Co ciekawe jednak – choć całość utworu stanowi zgraną całość sprawiającą wrażenie wyszukanej, składają się nań słowa proste, w żaden sposób nie wymyślne czy egzotyczne.
W tomiku tym dominuje prostota, która podkreśla jedynie cechy ludzkiego istnienia i sprawia, że stają się one bardziej wyraziste, a w swojej wyrazistości niezwykle przejmujące.
Polecam.




wtorek, 4 września 2012

Kim był Sherlock Holmes zanim stał się słynnym detektywem?


Tytuł: Młody Sherlock Holmes. Czerwona Pijawka.
Autor: Andrew Lane
ISBN:  978-83-7747-736-6

Gdy rok temu w moje ręce trafiła pierwsza część przygód Młodego Sherlocka Holmesa, która wyszła spod pióra Andrew Lane’a oczekiwałam wielkich emocji, ale też – nie chciałam nastawiać się na wielki literacki sukces. Nauczona doświadczeniem wiem, że ci, którzy próbują osiągnąć powodzenie i zdobyć popularność, posiłkując się sławnymi nazwiskami – najczęściej mijają niezauważeni.
Inaczej  rzecz ma się jednak z serią Lane’a, która wydawana jest za oficjalną zgodą i aprobatą spadkobierców Arthura Conana Doyle’a. Już pierwsza część okazała się być emocjonującą przygodą przeżywaną z niedoświadczonym jeszcze młodym detektywem, który dopiero zdobywa pierwsze szlify, szkoli się w trudnej sztuce dedukcji i zdobywa wiedzę, która stanie się dla niego nieodzowna w dorosłym życiu.
Czerwona pijawka, to druga część cyklu, nie mniej porywająca niż pierwsza, z równie misterną intrygą obfitującą w szereg zagadek.
Jedną z najmocniejszych stron tej książki jest wartka akcja nie pozwalająca oderwać się od lektury, lecz także – bardzo przemyślana fabuła, nie pozostawiająca żadnych luk, idealnie wkomponowująca się w cykl dalszych historii o Sherlocku Holmesie, tłumacząca jego umiejętności, zdobytą wiedzę, ale też – podobnie jak tom pierwszy – wskazująca na jego arogancję, którą charakteryzował się już w wieku młodzieńczym, a która pozwalała mu z zadziwiającą precyzją i zgrabnością wydostawać się ze wszelkich sytuacji problemowych i zostawiać daleko w tyle swoich prześladowców.
Sherlock, od najmłodszych lat jawi się jako chłopak rezolutny, błyskotliwy i niesłychanie bystry. Jego zdolność do szybkiego kojarzenia faktów i szukania nowych rozwiązań, w sytuacjach pozornie bez wyjścia jest niezwykła. Mało który bohater znany z kart literatury może poszczycić się tak ogromnym zasobem wiedzy, który nie jest jedynie „produktem” przechowywanym w głowie, z którego się nie korzysta, lecz żywą formą co rusz przydatną w  jego pełnym niesłychanych przygód życiu.
Czerwona pijawka, to książką, którą charakteryzuje jeszcze większa brutalność niż ta, której zakosztowaliśmy w  tomie pierwszym. Ma oczywiście swój szwarccharakter, który podpadł angielskiemu i amerykańskiemu rządowi, a który swoje pierwsze zbrodnicze kroki stawiał jeszcze w czasie wojny secesyjnej, a który teraz po raz kolejny wkracza na międzynarodową scenę, by dokonać zemsty. Sprawa, w którą na własne życzenie zamieszany zostaje Sherlock wydaje się być wyjątkowo dziwna i mętna. Nie przeszkadza to jednak przyszłemu detektywowi w wykorzystaniu swojego niebywałego sprytu. Już jako młodzieniec wyspecjalizował się on w zmyślaniu prawdopodobnych wyjaśnień na poczekaniu, w przebierankach i sztuce kamuflażu z wykorzystaniem otoczenia i dostępnych w nim elementów: oczywiście bez wcześniejszego przygotowania. Jak wiemy, z wiekiem umiejętność tę rozwinął niemalże do perfekcji, sprawiając tym samym uciechę czytelnikom oraz, później, reżyserom, którzy postanowili przenieść jego przygody na ekran.
Przygoda, w którą wciągnął swojego przyjaciela Matty’ego, przyjaciółkę Wirginię, nauczyciela Amyusa oraz brata Mycrofta, to historia niebagatelna. Ilu bowiem czternastolatków może „poszczycić” się tym, że wplątało się w międzynarodową aferę, w której głównym poszukiwanym jest osoba oficjalnie uznana za zmarłą, a która zostaje wykorzystana przez inne indywiduum, z daleka patronującego nad pościgami i pozbywaniem się niewygodnych świadków? Ja znam tylko jednego.
Z wielkim zainteresowaniem śledziłam losy młodych przyjaciół, którzy po raz kolejny musieli zmierzyć się ze złem i czyhającym na nich niebezpieczeństwem. Język jakim napisana została książka jest zwarty, żywy, podkreślający pełne napięcia wydarzenia. Wątek zbrodniarza z czasów wojny secesyjnej został poprowadzony bardzo pomysłowo, dostarczając odbiorcom książki nie tylko emocji, lecz także wiedzy historycznej. To efektowna powieść dla młodych i nieco starszych czytelników, obfitująca w szereg wciągających wydarzeń rozpalających wyobraźnię. Ekscytująca i intrygująca historia, którą trzeba poznać, a którą spaja kolekcja pijawek będąca własnością człowieka w porcelanowej masce.

Zarówno dla fanów klasycznego Sherlocka Holmesa, jak i dla wielbicieli zagadek, sztuki dedukcji oraz tych, którzy zastanawiają się kim był słynny detektyw, zanim na dobre rozgorzała w nim namiętność do rozwiązywania niebagatelnych spraw.
Polecam gorąco!



Recenzja poprzedniej części:




poniedziałek, 3 września 2012

Maggie Cassidy – Jak Kerouac

Tytuł: Maggie Cassidy
Autor: Jack Kerouac
ISBN: 978-83-7747-730-4

Maggie Cassidy. Już dawno nie czytałam książki, której tytułowa bohaterka budziłaby we mnie tak sprzeczne emocje.
Dziwne – bo właściwie to nie ona jest postacią pierwszoplanową, nie jej losy śledzimy w książce Jacka Kerouaca, która w końcu trafiła do polskich księgarni i nie ona stanowi o tym, co w tej książce najważniejsze. Jest jedynie symbolem. Czego?

Moje pierwsze spotkanie z  jednym najsłynniejszych pisarzy amerykańskich XX wieku obyło się bez fajerwerków, pozostawiło jednak po sobie apetyt na więcej.
Książce tej trudno było momentami przyznać prawa do mienienia się beletrystyką. Więcej w niej poezji, mniej fabuły. O akcji – zapomnijmy. Nie o to Kerouacowi przecież chodziło. Powieść ta z powodzeniem mogłaby stanowić sentymentalną podróż poetycką przez czas dojrzewania Jacka Duluoza, głównego bohatera książki. Jej lektura była dla mnie powolną wędrówką przez jego dorastanie do uczucia, przez spotkania z kolegami i przygodę ze sportem. Pozycja ta to misterna próba kroczenia ku dorosłości, bez względu na przeciwności losu i permanentne zmierzanie pod prąd.

Tematem, wokół którego skupia się Kerouack jest pierwsza miłość Jacka, która determinuje jego dalsze życie i wpływa na koleje losu. Wybranką jego serca jest tytułowa Maggie Cassidy, dziewczyna piękna, pełna czaru i wdzięku. Bohater poznaje ją podczas jednej z miejscowych potańcówek, które wraz ze spotkaniami z przyjaciółmi, grą w piłkę oraz podobnym im rozrywkach stanowią centrum jego życia.

Mary Carney
Od czasu pamiętnej imprezy, losy Maggie i Jacka splatają się, a my, wnikliwi czytelnicy, mamy okazję obserwować ich docieranie się, dojrzewanie do związku, pierwsze kłótnie, zdrady, znudzenie sobą, rutynę, zazdrość, ale też: wyznania, uniesienia, pieszczoty, wreszcie pierwszy stosunek. Cechą charakterystyczną Kerouacka w tej książce jest spora liczna wyliczeń, sprawiająca, że nasza orientacja w świecie przedstawionym jest wręcz topograficzna. Precyzyjna znajomość każdego miejsca, kształtu, koloru czy wyglądu wydaje się być zbędna, lecz to w dużej mierze ona stanowi o niezwykłości tej publikacji. Mnogość metafor, pytań retorycznych i innych środków ekspresji literackiej zaświadcza o artystycznym wymiarze tego dzieła. To swego rodzaju poezja miłości odziana w szaty powieści, przykryta pozornym płaszczem fabularnym.
Paradoksalnie inną znamienną cechą tej książki są charakterystyczne dialogi Jacka z kolegami – pisane slangiem młodzieżowym, prawdopodobnie w pełni zrozumiałym jedynie dla osób uczestniczących w rozmowie, pełnym niedopowiedzeń, żartów sytuacyjnych i zwrotów jasnych jedynie dla grupki przyjaciół.

Wydawać by się mogło, że to powieść radosna, skąd więc melancholia i smutek towarzyszący mi podczas lektury? Nie da się ukryć, że więcej niż optymizmu jest w niej tęsknoty za tym co bezpowrotnie mija. Sentymentalne wspomnienia, poczucie utraty i silne wrażenie pogoni za tym, co zostało zgubione gdzieś po drodze sprawia, że Maggie Cassidy do niosących ukojenie lektur nie należy. Jest raczej pochwałą młodości i lekcją tego, że należy z niej czerpać tak wiele, jak tylko się da, by po latach nie usiąść w fotelu i z frustracją oraz  żalem spoglądać w przeszłość.

____
Pierwowzorem Maggie była Mary Carney - wielka miłość Jacka Kerouaca.




sobota, 1 września 2012

Jeszcze jeden dzień – Fabio Volo

Tytuł: Jeszcze jeden dzień
Autor: Fabio Volo
ISBN: 978-83-7758-206-0
Ilość stron: 256
Cena: 29,99 zł


Lato nierozerwalnie kojarzy się z literaturą obfitującą w wakacyjne romanse, znajomości zawierane tylko na jakiś czas, chwile zapomnienia oraz przygodny seks.
Dla Włochów, którzy w świecie uchodzą za maminsynków, nie potrafiących uwolnić się spod matczynej opieki i samodzielnie stanowić o swoim życiu, powieść Fabio Volo stała się bestsellerem. Dlaczego?
Autor decyduje się na buntowniczą negację schematów, zaprasza do świata bohatera, który zrezygnował z tradycyjnego przywiązania do matki, popadając jednak w drugi stan: niezdolność do kochania, wplątywanie się w krótkotrwałe romanse i wydawać by się mogło – wieczny stan kawalerski.

Giacomo niczym się nie wyróżnia – jego dzień przypomina te znane z hollywoodzkich produkcji: rano kawa, szybki dojazd do pracy środkami lokomocji, kilka godzin spędzonych za biurkiem, wreszcie albo powrót do domu, albo też siłownia i randka trzyetapowa – pizza-kino-seks. Oczywiście żaden związek nie może trwać dłużej niż kilka tygodni, nie wolno składać żadnych deklaracji, żądać żadnych obietnic – to kilka z elementów, które sprawiają, ze Giacomo potrafi się bardzo szybko rozpłynąć w powietrzu. Jakakolwiek myśl o stabilizacji czy odpowiedzialności napełnia go nieuświadomionym lękiem.

Wszystko zmienia się, gdy pewnego ranka, podczas tradycyjnej podróży do pracy tramwajem, wsiada do niego intrygująca dziewczyna. I zaczynając od tego dnia, codziennie siedzi na tym samym miejscu i skrzętnie notuje w pomarańczowym notesie, nie zwracając uwagi na otaczających ją ludzi. Giacomo obserwuje ją każdego dnia, a obserwacja ta staje się jego wielką obsesją. Gdy pewnego ranka dziewczyny nie ma w tramwaju, mężczyzna nie wie co zrobić, szaleje z tęsknoty. Podróże tramwajem stały się już dla niego nie tylko przykrym obowiązkiem, lecz swoistym rytuałem, najważniejszym i najcenniejszym punktem dnia.
Fabio Volo
Niepozorna dziewczyna zaczyna rozbudzać w nim uczucia o jakie się nie podejrzewał, a to dopiero początek jego przygody…

Dawno już nie siedziałam z kartką i zmęczonym pisaniem długopisem nad powieścią, z której chciałabym wydobyć tyle cytatów – nie wszystkie są odkrywcze, część jedynie powiela znane z kart literatury myśli, jednak ubiera je w inne słowa, co dla mnie czyni je świeżymi i wartymi zanotowania.
Książka napisana jest żywym językiem, a historia Giacoma i Micheli aż prosi się o kontynuację! Śledziłam ją z wypiekami na twarzy i choć miała kilka niedociągnięć, ubytków w fabule, szkód na sztuce prowadzenia narracji, to jednak zakończenie sprawiło, że puściłam w niepamięć wszelkie niedoskonałości. Tak właśnie funkcjonuję – jeśli zakończenie rozłoży mnie na łopatki, jeśli mnie poruszy na tyle, że książka nie potrafi opuścić mojej głowy jeszcze długo po lekturze – wtedy przymykam oko na to, co było niedopracowane. W moim odczuciu bowiem, to właśnie spektakularne zakończenia mają moc i są siłą literatury.
A tak odebrałam zwieńczenie historii bohaterów Jeszcze jednego dnia. Dobra - przypuszczałam, że taki będzie finał, ale w tym wypadku mogę powiedzieć - i co z tego? Autor mnie nie zawiódł.
Polecam wszystkim tę opowieść o dojrzewaniu do uczucia, do bezinteresownej miłości, do odpowiedzialności za drugiego człowieka i rezygnacji z egoizmu dla dobra wspólnego.
Ciepła, wzruszająca, chwytająca za serce lektura.

 _____
Brawa również za okładkę. Spójrzcie jak kiepsko na jej tle wypada oryginał:

A teraz zerknijcie proszę TUTAJ
W roli Giacoma sam Fabio Volo!