wtorek, 18 czerwca 2013

Zwyczaje dzieci francuskich – Marcin Gołąbek


Tytuł: Zwyczaje dzieci francuskich
Autor: Marcin Gołąbek
ISBN: 978-83-7722-781-7
Ilość stron: 64
Wydawnictwo: Novae Res




Zwyczaje dzieci francuskich, to książka, która z założenia miała przybliżyć młodszym czytelnikom życie ich rówieśników mieszkających nad Loarą, tak naprawdę jednak, stała się lichą próbką opowieści, która po drodze całkowicie utraciła z oczu ów cel.

Pomysłem na książkę jest prezentacja tytułowych zwyczajów z perspektywy róż, z którymi w dialog wdaje się narrator, uosabiający w sobie autora książki. Niestety, zamiast snuć opowieść o, prawdopodobnie niezwykle ciekawym – skoro zdecydowano się o tym napisać – życiu owych dzieci, autor pisze o wszystkim i w rezultacie – o niczym.
Jego wypowiedzi są szatkowane, urywane, skacze po tematach, porzuca rozpoczęte wątki, w sposób nieuzasadniony wprowadza chaos, na skutek czego książka zamiast interesować – denerwuje, zamiast zachęcać do poznawania zwyczajów innych narodowości – irytuje lichością i kiepskością narracji, która tak naprawdę w żaden sposób nie skupia się na podjętym temacie. Mało tego, sam autor zdaje się podważać jej sensowność, wtrącając sformułowania na kształt „nie trzeba się przejmować tym co mówią kwiaty” – podczas gdy sam uczynił z nich głównych przewodników po temacie.
To jednak jeszcze nie wszystko. Choć książeczka ma 60 stron, z powodzeniem połowa z nich mogłaby zostać usunięta. Pomijam kwestię ilustracji, które przeplatają opowieść. Niemalże każdy rozdział zawiera niepotrzebne zawiązanie nowej historii i szybkie jej urwanie słowami „ale o tym dowiecie się później” – po czym w wielu wypadkach do rozpoczętego wątku autor już nie powraca, frustrując czytelnika i czyniąc swoją narrację mało wiarygodną. Niemalże każdy kolejny rozdział zawiera kilkuzdaniowe rozważanie na temat tego czy odbiorca jest już zmęczony, śpiący, czy może autor powinien skoczyć już do następnej historii, której znów nie ukończy.
Z tego wszystkiego z wielkim trudem wyłuskać można dosłownie kilka zwyczajów dzieci francuskich, które tak naprawdę okazują się nie być niczym charakterystycznym jedynie dla nich, lecz dla dzieci całego świata – i gdzie tu sens?
Mogłoby się wydawać, że to opowieść uniwersalna, o tym, jak wszyscy jesteśmy do siebie podobni, jednak podana została w tak ciężkostrawny sposób, że wszystkie ewentualne przesłania zwyczajnie się w niej gubią. Nie zmienia tego nawet fakt, że książka ta przygotowana została przez Warsztat Bajkopisarski NIC, mający na uwadze tworzenie bajek tłumaczących złożoność świata [akuratnie ta książka nic nie tłumaczy, a raczej dodaje kamyczek do owej złożoności], pomagających uporać się z koszmarami [chyba jedynie poprzez konfrontację z koszmarem jakim sama publikacja jest], brakiem zrozumienia [z niczym się nie uporałam, ale za to chyba nie zrozumiałam] i tak dalej, i tym podobne.

Książeczka jest naiwna, nie wierzy w inteligencję dzieci, lecz raczej jej brak, niczego nie uczy, nic nie tłumaczy, jest jedną wielką zapchajdziurą, którą możemy wypełnić nierówności na regale z innymi publikacjami. Tekst, który niby jest o Francji, niby chce jakąś funkcję edukacyjną spełnić, a tak naprawdę gubi się zarówno ów kraj, jak i nauka.
Dodam, że teks powstał przy współpracy z biblioterapeutą oraz psychologiem dziecięcym i pewnie właśnie tu tkwi haczyk – o wartości literackiej książek ściśle terapeutycznych ciężko mówić, bowiem nie o to przecież w nich chodzi.
Ja jednak nie oceniam z perspektywy terapeuty, a czytelnika.