wtorek, 16 czerwca 2015

Nie taka obrona straszna...



... jak ją pamiętam z licencjatu.
Dla tych wszystkich prezentów i miłych słów opłacało się studiować:)
I w końcu - po przykrych doświadczeniach licencjatu - także i moim udziałem stała się obrona marzeń z cudownie uśmiechniętą i wspierającą komisją:)
Teraz można z czystym sumieniem powiedzieć, że blogi pomogły mi stać się magistrem:) Jak to się wszystko w życiu zmyślnie układa...:)
Dzięki za trzymanie kciuków! Teraz pora odpoczywać i wracać do książek...:)



 


piątek, 12 czerwca 2015

Koszmarna dwójka – Jory John, Mac Barnett



Jako dziecko każdy marzył o innej roli w  szkole: jedni chcieli być przewodniczącymi, skarbnikami, inni łącznikami, jeszcze inni dyżurnymi czy wzorowymi uczniami. Byli jednak także tacy, których ambicje skupiały się wokół innych ról: ci najczęściej pragnęli zostać… kawalarzami.

Bohater książki, Miles, był właśnie takim kawalarzem. Mało tego – on był mistrzem. Nie miał sobie równych, a jego dowcipy przyniosły mu ogromną popularność, w  pełni zaspokajając jego pragnienie bycia znanym i lubianym.

Niestety, pewnego dnia jego rodzina musiała się przeprowadzić. Wówczas chłopiec stracił nie tylko kolegów, sprawdzone miejsca i sposoby robienia żartów, ale przede wszystkim reputację. Jak się bowiem okazało, w  nowym miasteczku najlepszy kawalarz już był. Dolina Ospała co rusz pobudzana była żartami tajemniczego bohatera, wnoszącego się na szczyty mistrzostwa. Aby całkowicie nie oszaleć w nowym miejscu, Miles musi odebrać tytuł najlepszego kawalarza temu, który dotąd go piastował, a który wciąż pozostaje nieuchwytny.

Sprawa nie będzie łatwa, bowiem jak to w  nowej szkole, na chłopca od razu czekały kłopoty – nieżyczliwy dyrektor oskarżający go o całe zło wyrządzone w  budynku i jego obejściu; jego syn, nieznośny Josh i wreszcie przydzielony mu szkolny asystent – nad wyraz irytujący Niles.

Jory John i Mac Barnett stworzyli świetną książkę dla młodego czytelnika, którą nie dość, że fantastycznie się czyta (a to dopiero pierwszy tom!) to jeszcze, która podejmuje trudną tematykę dopasowywania się w nowym miejscu zamieszkania, obcości, pragnieniu asymilacji i zaistnienia, a także odnalezienia przyjaciół i ponownego, mozolnego budowania reputacji, robiąc to w prawdziwie lekki i przystępny sposób. Czytelnik nawet nie zorientuje się z  jak poważną materią się zmaga, bo już zostanie wciągnięty w  wir wydarzeń. Autorzy pokazują, że wszędzie można się dogadać, wszędzie znaleźć bratnią i duszę, jeśli tylko otworzymy się na sprzyjające okoliczności i że w  dwójkę zawsze raźniej i pełniej wykorzystać można talenty.

Świetna, zabawna, obfitująca w  ciekawostki o krowach książka, która wciąga na tyle, że jej zakończenie sprawia przykrość – żal rozstawać się z bohaterami i ich przygodami.

Mam nadzieję, że drugi tom pojawi się bardzo szybko, a tymczasem Wam – przyszli i obecni kawalarze oraz ich ofiary – serdecznie polecam lekturę.

czwartek, 11 czerwca 2015

Oczami Bożej miłości – Carver Alan Ames


Droga za nami też była ciężka, a jakoś jej podołaliśmy. Warto chyba wytrzymać jeszcze trochę, chociażby przez wzgląd na to, co już przeszliśmy?
[1]

Carver Alan Ames to charyzmatyk, mistyk i wielki chrześcijański mówca australijskiego pochodzenia. Swoimi doświadczeniami od ponad dwudziestu lat dzieli się z  innymi, jeżdżąc po całym świecie i głosząc świadectwo swojego nawrócenia i cudów Boga dokonywanych w  jego żuciu.

Jego prywatne objawienia (których ten doświadcza nieprzerwanie od 1994 roku) stanowiły inspirację do napisania książek, będących zapisem tychże, obrazujących (w przypadku omawianego tytułu) z  jak wielką miłością przypatruje się naszemu życiu Trójca Święta, Maryja oraz święci patronowie.

Oczami Bożej miłości to zbiór kilkudziesięciu opowieści spisanych na podstawie objawień mających miejsce od 5 stycznia 1996r. do 16 kwietnia 2000 roku. Kościół oficjalnie nie potwierdza autentyczności objawień, wydaje się jednak, że czytanie o tychże nie stanowi żadnego duchowego zagrożenia, a wręcz przeciwnie: pozwala na ponowne odkrycie głębokiej więzi z Bogiem, Jego ogromnej miłości względem nas i stałej obecności oraz opieki. Autor posiada zezwolenie australijskiego arcybiskupa na spisywanie swoich objawień, po to, by umacniać innych w  wierze. Inna jego książka, najgłośniejsza dziś – Oczami Jezusa – posiada imprimatur, co tym bardziej utwierdzać może w przekonaniu, że publikacje autora warto czytać, by pogłębiać swoją duchowość.

Co może nam dać lektura tychże? Ames przekazuje ludziom orędzie o nieskończonej Bożej miłości wyrażanej zarówno w stosunku do ludzi, jak i całej reszty świata. Wizerunek Stwórcy wyłaniający się z  kolejnych opowieści uwypukla jedno: niepowtarzalność stworzenia i jego wartość. Dla Boga każdy jest niezbędny i ważny, ma do odegrania ważną rolę, często nawet nie zdając sobie sprawy jak drobne gesty mogą przysłużyć się światu. Człowiek pojawiający się w objawieniach, otoczony jest nieustanną opieką i miłością, bez względu na to, jak bardzo oddalił się od Stwórcy i jak bardzo sam siebie potępia.

Książka napisana została językiem niezwykle prostym – miejscami przypomina wręcz biblijne przypowieści. W  oczy rzuca się pragnienie docierania do jak największej ilości ludzi, także (głównie) tych prostych, dla których taki język przemawia najdoskonalej – nie ma w  nim bowiem fachowego słownictwa czy zawiłej terminologii. Nawet składnia została możliwie najbardziej uproszczona. I to niestety już mój zarzut – tak radykalne uproszczenie było dla mnie męczące. Choć przekaz jest ważny, to jego forma momentami – mam wrażenie – spłyca go i sprowadza do banału – właśnie na tym poziomie. Treść zachowana, język strywializowany: proporcje zostały zachwiane i publikacja, w  mojej opinii, traci swoją moc przekazu: przywodzi na myśl opowiadania jakie czytano mi w szkole podstawowej na lekcjach religii – i chyba tak też publikacja ta mogłaby być wykorzystywana.

Niestety, moc orędzia została utracona – to wielka szkoda, bowiem dziś trzeba nam tekstów mówiących o miłości doskonałej, nie zaś nienawiści otaczającej nas zewsząd. I ta właśnie o tym traktuje, niestety nie każdemu spodoba się jej warstwa lingwistyczna.

Mam wielką nadzieję, że mimo tych usterek książka poruszy serca – umocni wiarę, pocieszy, podniesie na duchu, przyniesie ulgę, skruszy zatwardziałe serca lub chociażby sprowokuje to lektury innych książek o tematyce religijnej.






[1] Carver Alan Ames, Oczami Bożej miłości, Kraków 2015, s.25.

środa, 10 czerwca 2015

Przygody niezwykłych bohaterów – Paweł Maj




Bajki terapeutyczne cieszą się coraz większą popularnością. I słusznie. Dzieci trzeba i należy oswajać z  tematami niełatwymi, w  taki sposób, by nie doznały traumy – muszą zostać poprowadzone prawidłowo i pocieszone.

Choroba, śmierć, utrata, brak rodziców, adopcja, problemy szkole, brak akceptacji – to tylko wierzchołek góry lodowej. Dzieci zmagają się z  większą liczbą trudności niż nam, dorosłym, może się wydawać. I podobnie jak my, a może nawet jeszcze bardziej, potrzebują one pociechy i wsparcia.

Paweł Maj to twórca książeczki zawierającej w sobie dziesięć baje terapeutycznych, mających pomagać dzieciom mierzyć się z często niełatwą rzeczywistością. Mają projektować oczekiwane reakcje, zachowania, nazywać emocje, nieść pociechę i budować poczucie bezpieczeństwa. Autor podejmuje się takich tematów jak adopcja dziecka, pierwsze pójście do przedszkola, konieczność wieczornego kładzenia się spać, krzyk i bezsensowne żądania jako działania nieprzynoszące efektów, podróże i wizyty u lekarza, szanowanie zabawek, dziecięca higiena, obowiązki dziecięce, nocne lęki i problemy z  zasypianiem, zmiana miejsca zamieszkania.

Umieszczenie pod każdym tytułem zawartości tematycznej wiele ułatwi rodzicom – bez konieczności wertowania całej książeczki będą wiedzieli gdzie szukać konkretnych propozycji rozwiązywania trudności.


To jednak publikacja dedykowana nie tylko rodzicom, ale także terapeutom, pedagogom, nauczycielom oraz psychologom. To oni w codziennej pracy z  dzieckiem zobowiązani są do pomagania im w pełnym rozwoju. 
Propozycja Maja to jedna z wielu na rynku, warta jednak uwagi – prosty język, wydarzenia dostosowane do percepcji dziecięcej, włączenie w  opowieść dydaktyki barw, bohaterowie zwierzęcy. Warto zwrócić na nią uwagę.

wtorek, 9 czerwca 2015

Więcej niż możesz zjeść – Dorota Masłowska



Dorota Masłowska za sprawą swej książki niby-kulinarnej zjada rzeczywistość. Połyka, przeżuwa, trawi, czasem wypluwa. Wypluwa w  formie felietonów, które mamy okazję czytać, i które – trafnie oddają rzeczywistość. Nie czarują, nie gloryfikują, raczej odzierają z magii przypraw i dodatków. Przepisy są proste, czasem prostackie, zawsze prawdziwe, zazwyczaj niestrawne przy lekturze, a przecież realizowane nagminnie.

Te parakulinarne teksty zebrane w  jednym tomie publikowane były w  latach 2011-2013 na łamach „Zwierciadła”. Nie są raczej tym, czego moglibyśmy się spodziewać po rubryce kulinarnej – tutaj jedzenie jest jedynie punktem wyjścia do refleksji szerszej: socjologicznej, antropologicznej, kulturowej, czasem ideowej. Nie sposób ukryć, że są to refleksje gorzkie, obnażające rzeczywistość śmierdzącą spalenizną, zjełczałym tłuszczem, obrosłą w niezdrowe i puste kalorie. Ironia, sarkazm, spotęgowane rewelacyjnie oddającymi poziom apetyczności książki ilustracjami Macieja Sieńczyka.

Ale, ale. Po co właściwie czytać coś, co może odbić się czkawką? Inteligentny czytelnik sięgnie dla przyjemności, bo tę osiągnie bardzo szybko. Podśmiewać będzie się pod nosem, kiwać głową na znak zgody z  trafnymi spostrzeżeniami: dla osób obserwujących z  boku wydać się może dziwny.

Masłowska znowu gra – z  formą, z czytelnikiem, z  tematem. Niby o jedzeniu, a jednak o zachowaniach społecznych. Niby o grillu, a jednak o masowej sieczce. Niby o Warszawie, a jednak o czasach PRL-u.  Niby podaje przepisy, nic dobrego raczej z  nich nie wyjdzie, MasterChefa nie wygracie. Receptury te bowiem to społeczne zaklęcia znane od lat, almanach polskiej wiedzy tajemnej, kwintesencja życia. Felietony poruszają tematykę dowolną: każda obserwacja żywieniowych zachowań natychmiastowo przełożona zostaje na refleksję ogólnoludzką, w której spożywanie nie zawsze stanowi centrum rozważań.

Bo tak naprawdę ile tutaj kuchni w  kuchni? To wielopoziomowy, trudny do perfekcyjnej realizacji (a przecież perfekcja to dziś podstawa!) przepis na Polaka w  sosie własnym. To świadectwo tego, że produkujemy więcej niż możemy zjeść – duchowo, społecznie, kulturowo. Toniemy w  odpadach własnej produkcji. I Masłowska tak to zgrabnie ukrywa w  języku, że aż ślinka cieknie.

Bon appétit!






poniedziałek, 8 czerwca 2015

Co, Gocha? – Małgorzata Kalicińska


Małgorzatę Kalicińską znałam dotąd tylko „ze słyszenia” i „z  widzenia”. Wiedziałam jakie książki pisze, ale nigdy specjalnie chętnie po nie nie sięgałam. Miałam epizod z  Ireną, ale była to jedyna powieść autorki, po którą sięgnęłam.

Moje nastawienie zmieniło się po rudzkim spotkaniu autorskim, na którym pisarka wydała mi się kobietą niezwykle mądrą, doświadczoną, która pisząc o pewnych rzeczach, widzi je zupełnie inaczej, niż odczytujący je później czytelnicy. Wspominała o swoim blogu. Z  doświadczenia wiem, że dziennik internetowy to miejsce, na którym można być bardziej sobą, lepiej wyrazić myśl kłębiącą się w  głowie – nie ma metafor, bohaterów, za którymi skrywamy swoje poglądy. I gdy tylko okazało się, że blogowe zapiski Kalicińskiej zostały wydane – musiałam przeczytać. Właśnie po to, by trochę tej prawdziwej twarzy i mądrości zaczerpnąć.

Z  wieloma sprawami się nie zgadzam, na kilka mam inne spojrzenie. W  paru miejscach nasz światopogląd zupełnie się nie styka. Nie zmienia to jednak faktu, że notatki czytałam ze zrozumiem i szacunkiem. I czerpałam – ze znakomitej większości tekstów. Zakładki indeksujące co druga strona – a bo jakaś myśl cenna, a bo jakaś kontrowersyjna, a bo z  którąś się nie zgadzam i chciałabym ją z kimś przedyskutować. Kalicińska ma w sobie wiele odwagi, ale tez – taki wniosek wysnułam na podstawie jej zapisków – wiele wewnętrznego spokoju. Odniosłam wrażenie, że jest pogodzona: ze sobą, ze światem, mimo że ma świadomość jego niedoskonałości. Jest bystrą obserwatorką codzienności i przemian zachodzących na naszych oczach,  niekoniecznie pozytywnych. Czasami jednak lubi uogólniać – już na spotkaniu poczułam, że młodzi jej jakoś nie pasują, wiele uwag było kierowanych właśnie do osób w  moim wieku – nie wiem czy miały umoralniać, czy otwierać oczy, ale zabolały, bo zupełnie nie są ze mną spójne – podobnie miejscami w  książce wyziera obraz młodzieży i młodych dorosłych jako gorszych? Słabszych? Bardziej leniwych?

Nie lubię takich uogólnień, bo przykłady na podobne zachowania znaleźć można u starszych, a im przecież nikt niczego nie wytyka. To moja jedyna uwaga, a właściwie samoobrona.

Reszta – klasa. O „magii” świąt, o wyjazdach za granicę, relacjach z  córką, umieraniu, języku, feminizmie, facetach, ocenianiu innych (ha! Pisze: nie oceniaj, a sama za chwilkę to robi), pieniądzach, starszych, opiekunach, literaturze współczesnej, słupkach, świętości w  XXI wieku (niepotrzebna), rasizmie i wielu innych.

Dobra do kawy, herbaty, na świeże powietrze. Ja czytałam tygodniami na działce: powoli, z  otwartym umysłem, sączyłam jak dobry koktajl.

Polecam na te letnie dni: wiele dobrego można zaczerpnąć, nad wieloma sprawami się zastanowić i ujrzeć z nowej perspektywy.