piątek, 17 kwietnia 2015

Historia Polski 2.0: Polak, Rusek i Niemiec… czyli jak popsuliśmy plany naszym sąsiadom – Jan Wróbel



Jestem bardzo ukontentowana książkami wydawanymi ostatnio przez Znak Horyzont – zwłaszcza tymi, które ukazują historię z  nieco innej niż dotąd perspektywy – albo jako ciekawostki (patrz: Bardzo polska historia wszystkiego), albo jako unowocześniona lekcja, tak jak książka Jana Wróbla, którą właśnie mam przed sobą.

Co w niej takiego wyjątkowego? Muszę przyznać (nieco z  żalem), że prym nad treścią wiedzie sposób jej prezentacji i opracowanie graficzne. Genialne!

Słit focia carycy Katarzyny i Stanisława Poniatowskiego, wpisy na Twitterze, fragmenty forów internetowych, na których w  znanym nam tonie wypowiadają się znawcy historii i ci, którzy żyją w imię zasady „nie znam się, więc się wypowiem”, komiksy, fragmenty Messengera, profile na Facebooku (m.in. Poniatowskiego), prześmiewcze wpisy z Ratlerka,  memy, okładki czasopism, zwiastuny filmów, plakaty filmowe, screeny z  gier opisujące poziom trudności walk, liczebność wojsk etc.- fenomenalne! Jest tego tak dużo, że nie sposób wymienić wszystkiego. Myślę, że do młodego odbiorcy (ba, do nieco starszego też!) taka forma dotrze o wiele bardziej niż nudne podręczniki do historii.

Jan Wróbel coś o tym chyba wie, sam bowiem uczy tego przedmiotu i z  doświadczenia wie jaką miłością zazwyczaj pałają do niego uczniowie. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dodatkową dla gimnazjalistów, a już na pewno nauczyciele powinni z niej namiętnie korzystać, udostępniać, zachęcać do kupna, pokazywać. Niewątpliwie uatrakcyjni ona każdą lekcję, a przyjemność płynąca z  takiej nauki będzie nie do przecenienia. 

Ale czego właściwie można się z niej nauczyć? Historia Polski 2.0 ukazuje nam psujstwa jakich jako naród dopuściliśmy się przez lata. Mimo burzliwej historii, która mogłaby wskazywać, że nie do końca nam się wiodło, gdy tylko przyjrzeć się jej bliżej, zobaczymy, jak źle mogło być, a jak dobrze sobie poradziliśmy psując szyki sąsiadom.
Wróbel pokazuje od podszewki, jak to przez lata nie dawaliśmy wytchnienia graniczącym z  nami Państwom, jak to namiętnie obracaliśmy wniwecz ich plany i powolutku, krok po kroczku doprowadzaliśmy do fiaska ich misternie konstruowanych planów. Wiecie, że mogliśmy być Szwepolską/Polszwecją?:)

Jest co poczytać, jest z  czego się pośmiać, jest z  czego być dumnym.
I choć treściowo może nie jest aż tak atrakcyjnie jak wizualnie – tę książkę po prostu warto mieć w  rękach, warto traktować ją jako arcynowoczesny nośnik historii spisanej, korzystający z  nowych mediów na papierze – widział kto coś takiego?!

Tutaj zajrzycie do wirtualnej książki.



czwartek, 16 kwietnia 2015

Bonjour, Happiness! (Szczęście na dzień dobry – Jamie Cat Callan)

Szczęście, jego pełnia, jest tym, co współczesnemu zabieganemu człowiekowi bardzo trudno osiągnąć. Wydaje nam się, że goniąc za doskonale płatną pracą, lepszą wypłatą, premiami, nowoczesnym sprzętem, luksusowym domem, modnymi ubraniami lokujemy w szczęśliwą przyszłość i spełnienie. A przecież nie od dziś wiadomo, że mając więcej, chcemy więcej. Wolimy zostawać po godzinach w  pracy, by na koncie bankowym zobaczyć 1000 zł więcej, które i tak będziemy musieli wydać, by ktoś zajmował się naszymi dorastającymi dziećmi, podczas gdy my ową premię wypracowujemy. Widzicie ten paradoks? Zamiast być z rodziną, wolimy w  tym samym czasie pracować na kogoś, kto za nas tę robotę „odbębni”, bo bilans i tak wyjdzie na 0. Pardon, na minus, bo przecież przyzwalamy na rozluźnienie rodzinnych związków.
 
A później się dziwimy – że relacje popsute, że rozwody, że brak kontaktu z  dziećmi, że złe stosunki z  partnerem, że brak czasu na odpoczynek. Narzekamy albo odwrotnie – jeśli już uda nam się w nasz wypchany po brzegi grafik wetknąć jakieś spotkanie ze znajomymi – przechwalamy się: ile to nie zarabiamy, w  jakich to projektach nie bierzemy udziału. Czy tak naprawdę jednak na dłuższą metę ma to jakieś znaczenie? Czy naprawdę łudzimy się, że w  oczach znajomych urośnie ktoś, kto ma genialnie płatną pracę, ale jednocześnie poniża partnerkę, niezdrowo ją kontroluje, wyżywa się na innych, unika kontaktów z  dziećmi, wywyższa się? Takie coś zawsze prowadzi do samotności i… nieszczęścia, choćbyśmy nie chcieli się przyznać. Jak to się dzieje, że Polacy w  ślad za zachodem brną w tę chorą spiralę, podczas gdy jeden naród potrafił się mu oprzeć, pokazując, że można być kimś i jednocześnie cieszyć się życiem?

Mowa rzecz jasna o Francuzach, którzy do perfekcji opanowali joie de vivre, prawdziwą radość życia, płynącą właśnie z  przeżywania codzienności, a nie tylko prześlizgiwania się przez nią w  pogoni za tym, co i tak ostatecznie utracimy.

Przeżycie. Ulotny moment, którego nie można powtórzyć i który trzeba docenić, póki trwa. Zanim przeminie i zniknie na zawsze.[1]

Czym tak właściwie jest owa joie de vivre? Jamie Cat Callan zdecydowała się zapytać o to kilka osób. Książka ta jest po części zapisem ich odpowiedzi i komentarzem do nich – trzeba nadmienić, że w  większości z  nich powtarza się jedno – kochać życie, kochać ludzi, kochać to, że się jest i jest się zdrowym.

Pozycja ta jest zachętą do życia chwilą i poprzestawaniu na małym, co może być dla nas, Polaków, niezwykle trudne. Choć docelowo książka była kierowana do Amerykanów, myślę, że w  kwestii pogoni za szczęściem jesteśmy im bardzo bliscy, co pozwala nam postawić między nami przy okazji podejmowanych zagadnień znak równości. Radość płynąca ze zwykłych chwil, bycie miłym dla innych, niesienie uśmiechu w świat  - oto sekret prawdziwego szczęścia. Nie pieniądze, nie praca, nie sukcesy. Rodzina, przyjaźń, miłość, zdrowe relacje. Cat Callan zachęca także, by dbać o siebie – wewnętrznie i zewnętrznie, tak, by piękno mogło z  nas promieniować. Autorka uczy jak budować swoją pewność siebie, składa nam propozycję nie do odrzucenia.

Ja też miałam tyle lat co wy i mogę was zapewnić, że człowiek nigdy nie ma dość pieniędzy ani czasu. Praca nigdy nie jest dość satysfakcjonująca ani inspirująca(…) Prawda jest taka , ze człowiek zawsze zaczyna od początku.[2]

Pisarka poświęca sporo miejsca także przyjemności płynącej z  jedzenia – zamieściła pysznie brzmiące przepisy, których nie sposób nie wypróbować. Jesteście na diecie? Co z  tego! Francuzki mają szczupłe sylwetki, mimo że pałaszują pięciogodzinne kolacje! Jak to możliwe?
Czytając tę książkę, ma się wrażenie, że szczęście leży u naszych stóp, a my zamiast po nie sięgać, ciągle je depczemy, wypatrując czegoś znaczącego z  nosem uniesionym wysoko.

Lubimy pławić się w cierpieniu, z łatwością poddajemy się rozpaczy i zwątpieniu. Ta książka to wielki apel do nas, maruderów i malkontentów – życie mimo wszystko jest piękne, a każdy ból i smutek kiedyś miną. Spróbujcie zatem z  Cat Callan odnaleźć radość życia, dajcie się porwać na lekcję szczęśliwego życia, opartego na radości z  drobiazgów, małych uprzejmościach, delikatnym uśmiechu, pięknie promieniującym z  wewnątrz. Nie pozwólcie, by myślenie o przyszłych, ewentualnych cierpianych, chorobach, zabierało Wam radość z tego, co teraz.

Aż chciałoby się krzyknąć : Trwaj chwilo, jesteś piękna!

[1] Jamie Cat Callan, Szczęście na dzień dobry, Kraków 2015, s. 17.
[2] Tamże, s. 51.

środa, 15 kwietnia 2015

O życiu Wilczyńskiej u boku Korczaka (Kochana Stefo – Amela Einat)

"Ta dziewczyna rzeczywiście straciła umiar" - podśmiewali się znajomi podczas stałych spotkań przy kawie z jej rodzicami. "Ale to pewnie tylko chwilowy entuzjazm" - pocieszali poważną twarz ojca i rozbiegane oczy matki. Między jednym spotkaniem a drugim każdy dawał kilkaset złotych. "Żeby ją choć trochę uspokoić" - myśleli. "No, bo jak długo wytrzyma w tym chlewie?".[1]

Janusz Korczak jest wszystkim dobrze znany. Doskonale znamy jego historię, pamiętamy zasługi doktora dla dzieci żydowskich z  Domu Sierot, wiemy też jak tragicznie ta opowieść się kończy.
Mało kto jednak podczas swoich studiów nad jego życiem, pochyla się dłużej na jego współpracownicy  Stefanii Wilczyńskiej, której zasługi były nie mniejsze – jeśli nie zdecydowanie większe.
Kobieta, która zawsze żyła w  cieniu, na pozór ostra i oschła, jednak o wielkim sercu, trzymającym w  ryzach cały Dom Sierot. To ona, poświęcając swoje życie i karierę zawodową, całkowicie oddała się dzieciom, na których dobru bezwzględnie jej zależało.
Ona trzymała sierociniec w pionie, ona nim zarządzała i sprawiała, że funkcjonował niemalże bezbłędnie.
Ona też, w  skrytości serca, pałała wielkim, platonicznym, bo nigdy nie wyrażonym uczuciem do swojego współpracownika, który zdawał się jej nie zauważać – a już na pewno nie okazywał jej żadnych uczuć, zbyt zajęcy pisaniem i pracą na rzecz Domu.
Kochana Stefo to przyjrzenie się historii z  perspektywy Stefy – niepełne i w  dużej mierze oparte na domysłach i dopowiedzeniach, a jednak nadające nowy charakter całej historii, która jak każda – ma swoje małe tajemnice.
Oparta głównie na listach Stefanii do Fani – swojej podopiecznej, traktowanej niemalże jak rodzoną córkę, prowadzi nas szlakiem życia tej niezwykłej kobiety – od porzucenia marzeń o zawodzie, przez kpiny rodziny, pracę w  Domu Sierot, aż do tragicznej śmierci w  Treblince.
Jej historię poznajemy za sprawą dwu kobiet: babci Hany i jej dociekliwej wnuczki Nety, która pragnie poznać Stefanię z  relacji babci. Hana zaś była córką Fani, która po jej śmierci odkryła listy i pamiątki po Stefie. Obie bohaterki mieszkają w  Palestynie i pragną wyjechać do Polski i odwiedzić miejsca tak istotnych dla Stefy i Fani, w których będą mogły „dotknąć” ich historii, upamiętnić ją i oddać im hołd.
Neta ma tę możliwość za sprawą szkolnej wycieczki, na której poznaje historię swojej prababci z  nieco innej perspektywy, na pewno mniej osobistej. Ona zaś ma okazję podzielić się tym, co sama wie z  zainteresowaną opowieścią badaczką życia Wilczyńskiej.
Skrawki wspomnień, listy, zapiski, drobne przedmioty – wszystko to pozwala na odtworzenie historii jednej z  najbardziej (nie)zapomnianych bohaterek czasów wojny. Warto się z  nią zmierzyć, warto spojrzeć na życie jej i Korczaka oczami kobiet i po części jego wychowanków, „od środka”, z  samego centrum, warto zestawić je z wspomnieniami samego Korczaka, który w  swym pamiętniku prawie wcale o Stefie nie wspomina, co wydaje się symptomatyczne.
Wzruszające jest to, że wydanie tej książki jest tak samo niepozorne i skromne jak sama Stefania – książka doskonale oddaje jej brak pragnienia do rzucania się w  oczy – nie narzuca się, nie prowokuje. Jeśli jednak zostanie zauważona – wprowadzi w życie wiele dobra.

[1] Amela Einat, Kochana Stefo, Warszawa 2014, s. 22.