poniedziałek, 4 stycznia 2016

Żelazna krew - Liza Marklund




Rzecz dzieje się w Sztokholmie, zahaczając momentami o Hiszpanię. Annika Bengtzon postanawia powrócić do niewyjaśnionych wątków ze starych śledztw. Jej uwagę szczególnie przyciąga sprawa, do której kobieta ma stosunek mocno emocjonalny, jaką było zabójstwo młodej dziewczyny, do którego (jak i do czterech innych) przyznał się Gustav Holmerud. Detektyw jest pewna, że jego zachowanie podyktowane było chęcią zyskania popularności, nie zaś prawdziwym poczuciem winy. Annika widzi w nim mordercę jednorazowego, a co za tym idzie – kryjącego czterech innych zabójców, wciąż przebywających na wolności.

Gdy sprawa zostaje wznowiona, w tajemniczych okolicznościach znika siostra Anniki – Brigitta. Kobiety od dłuższego czasu nie utrzymywały ze sobą kontaktu, jednak niedawno bohaterka zaczęła dostawać od niej SMS-y zawierające prośbę o pomoc. Bardzo prędko wychodzi na jaw, że sprawa porwania powiązana jest z morderstwami sprzed lat, które dotąd nie dawały Annice spokoju

Żelazna krew nie wzbudziła we mnie takich emocji, jakie chyba powinna. Lekturę kilkakrotnie przekładałam, nie mogąc wgryźć się w początek. Gdy już jednak zmotywowana zaczęłam czytać na dobre – bardzo sprawnie przez nią przebrnęłam. Wszystko za sprawą języka, którym niczym się nie wyróżnia i stanowi świetne tło dla całości - jest prosty w odbiorze i wolny od sformułowań wyprowadzających go przed szereg. 

Niestety – podobnie jak szybko czytałam, równie prędko zaczęłam powieść tę z pamięci wypierać. Wszystko to wcale nie przez jej miałkość, lecz raczej przeciętność i klasyczność – nic mnie nie zaskoczyło, nie ujęło, nie zdziwiło, nie zaniepokoiło. Zabrakło wrażeń, których oczekuję od Czarnej serii, i które z niej pamiętam.


W rezultacie otrzymałam dobre, choć niczym niewyróżniające się czytadło kryminalne, które z żalem (choć bez żalu) odłożyłam na półkę. Szkoda, że cykl z Anniką Bengtzon w roli głównej (to była jedenasta już część) kończy się tak pospolicie, bo nie zachęca to wcale do powrotów.

Jeśli jesteście fanami cyklu - warto lekturę dokończyć, jeśli jednak nie - z powodzeniem możecie sięgnąć po inny tytuł Czarnej serii, niczego nie tracąc.

niedziela, 3 stycznia 2016

Lustrzany świat Melody Black - Gavin Extence




Gavin Extence, mimo że jest autorem dopiero dwu powieści, już teraz wyróżnia się na rynku wydawniczym: ma rys unikatowości i nietuzinkowości.

Nie jest to książka tak rewelacyjna jak Wszechświat kontra Alex Woods, jednak dzięki odważnemu wykorzystaniu wątku autobiograficznego zyskała na wartości i wyjątkowości – ubranie swojej własnej, niełatwej historii, w literaturę, to zabieg nie tylko oczyszczający dla samego twórcy, ale także niebywale cenny dla odbiorcy, który może odtąd lepiej zrozumieć twórczość autora, którego czyta i ceni.

Abby to ponad dwudziestoletnia kobieta, która mieszka w Londynie ze swoim chłopakiem. Gdy pewnego dnia postanawia zajrzeć do sąsiada, by pożyczyć od niego pomidory, jej życie wywraca się do góry nogami: mężczyzna – Simon – nie żyje, a sama bohaterka jest w takim szoku, że zapala przy nim papierosa, dopiero później dzwoniąc na policję.

Wydarzenie to naznaczyło Abby – życie kobiety zaczyna płynąć inaczej: kobieta pisze artykuły, które przynoszą jej popularność, ale także odzierają z resztek prywatności, a jej zachowanie dalekie jest odtąd od normalności. Wszystko komplikuje się do tego stopnia, że kobieta trafia na oddział zamknięty, a stamtąd do innego szpitala psychiatrycznego, gdzie natyka się na tytułową Melody – spotkanie dziewczyny będzie dla bohaterki kamieniem milowym na drodze do harmonii wewnętrznej.

Extence po raz kolejny ujmuje temat w sposób niebanalny – podejmuje kwestie trudne, tak zręcznie lawirując słowem, że od książki nie sposób się oderwać, wciąż mając ochotę na więcej. Autor to niekwestionowany specjalista w dziedzinie zaskakiwania tematyką i  jej rozwinięciem. Po jego książki – a mam nadzieję, że będzie ich jeszcze wiele! – będę odtąd sięgać z wielką ochotą i świadomością, że czeka mnie lektura wyjątkowa i nieszablonowa.


Jeśli dotąd nie poznaliście autora – koniecznie nadróbcie tę zaległość. Jego teksty to gwarancja dobrze zainwestowanego czasu, poświęconego lekturze, która na długo zostanie w  Waszej pamięci, wibrując w  niej i wciąż rozbrzmiewając na nowo.

Kapitalna! Premiera już 14 stycznia.


Recenzja poprzedniej książki Extence'a:



Stos, którym wchodzę w Nowy Rok:)





Stosu na blogu nie było już dawno - ostatni pamięta czasy targowe, a i między nim a wcześniejszym wiele pozycji nie załapało się na fotkę okolicznościową;)

W związku z powyższym Wasze oczy czeka uczta: choć, jak zwykle, wielu pozycji nie udało się uwiecznić - część z nich to ebooki, część spędza czas na półkach znajomych, część zakopałam tak głęboko, że ich wydobycia postanowiłam zaniechać.





Ogromna ilość nowości to efekt sprzyjającego mi ostatnio szczęścia - 13 pozycji to wygrane (w tym 10 od Wydawnictwa Znak), część to konsekwencja przecen i mojej nieumiejętności do opierania się tymże;)

Mało tym razem prezentów, więcej egzemplarzy do recenzji. Słowem - jest się w czym zaczytywać!



Oto co pozostało:

Plaster miodu [recenzja], Sekta egoistów [recenzja], Facecje [recenzja], Harry Potter i kamień filozoficzny. Edycja ilustrowana [recenzja], W krainie srebrnej rzeki, Królowa lodów z Orchard Street, Ember in the ashes. Imperium ognia, Przepaść czasu. Zimowa opowieść [recenzja], Sufrażystki, O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty, choć wcale tego nie chciał, Gwiezdne wojny. Jak podbiły wszechświat?[recenzja], Obietnica pod jemiołą [recenzja], Żelazna krew [recenzja 05.01], Hyperion, Spowiedź nie musi bardzo boleć, Wypadek, Księżyc myśliwych, Żelazne damy, Pyszne na słodko [recenzja], Beowulf, Sekretna herbaciarnia, Julian Tuwim. Najpiękniejsze wiersze, Wilki [recenzja 04.01], Bioetyka w  dialogu, Dom tajemnic. Starcie potworów, Amber [recenzja 20.01 - przedpremierowa], Lustrzany świat Melody Black [recenzja dziś wieczór - przedpremierowa], Na drugie Stanisław [recenzja], Ani żadnej rzeczy, Jejku, jejku chce coś zmienić [recenzja 09.01], Pożyczalscy pomszczeni, Tylko martwi nie kłamią, Dziwna myśl w mej głowie.


E-booki: 
Czarnobylska modlitwa  [recenzja]
Dar morza [recenzja]
Pamiętnik Christophera [recenzja 08.01]

Po znajomych się rozeszły:
Szwedzi. Ciepło na Północy [recenzja], Obietnica pod jemiołą [recenzja]

Wygrane:
Flawia de Luce. Obelisk kładzie się cieniem, Ogrod czasu. Artystyczna kolorowanka
Biesy, Bracia Karamazow, Święci codziennego użytku, Smak świąt, Szczygieł, Tajemna historia
Dziennik duszy, Wiersze wszystkie


Sama nie wiem od czego kontynuować lekturę - mam apetyt dosłownie na wszystko, a na dniach kupuję kolejne perełki, co do których obawiam się, że nie będą mogły czekać :))

Zaczytanego stycznia!

sobota, 2 stycznia 2016

Czarnobylska modlitwa. Kroniki przyszłości - Swietłana Aleksijewicz



Swietłana Aleksijewicz oddając głos swoim bohaterom, robi dobrze całej książce. Dzięki takiemu podejściu, całość wydaje się jeszcze bardziej przejmująca i wstrząsająca.

Mimo że o Czarnobylu słyszało się i czytało wiele, żaden dotychczasowy obraz – chcąc, nie chcąc dostarczany przez zakłamujące media – nie był tak pełny i zmieniający myślenie o tym co wydarzyło się w tamtym miejscu.

Historie kobiet, których mężowie brali udział w likwidacji szkód, opowieści całych rodzin zmuszonych do przesiedlenia i tych, które przesiedlić się nie chciały. Przejmujące, zapadające w pamięć, wdzierające się w serce i bolesne wspomnienia tych, którzy utracili bliskich bezpośrednio w wybuchu i wiele lat później, gdy promieniowanie zebrało swoje wielkie żniwo, powodując niebywale częste zapadanie na nowotwory krwi.

Choć wszystkie historie zebrane w tomie były mocne i wstrząsające, najbardziej porażające były opowieści z  początku i końca – tak jakby w środku autorka próbowała dać czytelnikowi wytchnienie. Szokujące, sprawiające fizyczny ból, a przy tym wszystkim kapitalnie napisane.

Mimo że dotąd nie byłam fanką reportażu i nigdy nie był on tą formą literacką, po którą sięgałam najchętniej, za namową koleżanek uczyniłam ten pierwszy, nieśmiały krok naprzód, trafiając na pozycję będącą prawdziwą bombą: przede wszystkim emocjonalną.

Aleksijewicz stawia pytania trudne, zmusza do zastanowienia się nad tym, co dzieje się wokół nas, pokazuje tragedie współczesnego świata, które choć zdarzyły się tak blisko, wciąż są niepojęte i dla wielu niepoznane. Ukazuje cierpienie niezawinione i dramat ludzki będący konsekwencją nieodpowiedzialnych działań i decyzji.

Sam Czarnobyl wciąż stanowi miejsce wyniszczone, opuszczone i tajemnicze, w  jakiś sposób mistyczne. Budzi przestrach, ale jest też niewyjaśnienie pociągający – po lekturze tych reportaży spojrzycie na niego zgoła inaczej. Bez tej niejasnej fascynacji, raczej z przestrachem i szacunkiem do osób, które dotknięte zostały bezpośrednio tą wielką tragedią XX wieku.

Kapitalna pozycja, do obowiązkowej lektury – nawet dla tych, którzy jak ja nie byli dotąd skłonni pochylać się nad reportażami. Czasem takie zetknięcie ze słowem może dać znacznie więcej niż setki wiadomości, przeczytanych gazet czy pozycji beletrystycznych.
Warto.



Jako uzupełnienie lektury polecam filmiki z opisywanego miejsca, świetnie oddające klimat tego, co pozostało:











piątek, 1 stycznia 2016

Co przyniósł 2015?



Choć w Nowy Rok wchodzę znów nieco zmęczona, przygaszona i zestresowana - w porównaniu do poprzedniego jest ogromny progres, bo mimo pewnych niedogodności, jestem dużo spokojniejsza. 

Wydarzenia złe zrównoważone zostały z dobrymi, a głównym sprawcą niepowodzeń i niezadowoleń stał się niepoprawny umysł, projektujący historie niemające racji bytu, jednak niestety niebywale źle wpływające na komfort życia i odbijające się na zdrowiu. Jestem doskonałym przykładem na to, jak niepoukładanie w głowie i nieprzepracowanie pewnych kwestii przekłada się na cały organizm i codzienne funkcjonowanie.

Zmiany w życiu rodzinnym, zmiany w zawodowym, zmiany w naukowym. 
Nowa praca, nowe studia, nowa sytuacja domowa, do której wciąż się przyzwyczajamy. 

A przy tym fantastyczni nowo poznani ludzie i świetne wyjazdy - jest do czego wracać. 


2015 przyniósł mimo wszystko wiele dobrego, zapowiadając jednocześnie wspaniały 2016 - pozostaje zmienić myślenie i w grudniu będzie można optymistycznie zakończyć jeden z lepszych roczników. A o tym, że było lepiej świadczy chociażby zwiększona liczba przeczytanych książek - 

195. Wśród nich, tradycyjnie, bardzo różne gatunki, z dominantą powieści obyczajowych. 
Nie ukończyłam żadnego wyzwania - chyba wciąż brakuje mi motywacji, poza tym dobór lektur często dyktowany jest nastrojem, a nie zobowiązaniami. Wielokrotnie w tym roku przelewałam czas przez palce - trwoniłam na głupoty pozwalające choć przez chwilę nie myśleć. Czytanie mimo wszystko momentami było zbyt angażujące.

 A co poza lekturami spotkało mnie w 2015?

Śniadanie z Cecelią Ahern - absolutnie najbardziej obłędne wydarzenie roku!

Inne wydarzenia kulturalne: Art Naif Festiwal, Rodzina Addamsów w Gliwickim Teatrze Muzycznym, recital Michała Bajora.

Obroniony tytuł magistra, rozpoczęcie pracy w księgarni, wyjazdy do Sztokholmu, Niechorza i w Tatry. Tyle z rzeczy ważniejszych:)
Na bieżące relacje zapraszam na Instagram - tutaj. 



Kochani, życzę Wam spokojnego, zdrowszego, pomyślnego 2016 roku - wypełnionego miłością, radością, a przy okazji także i dobrą lekturą. Wiele pokoju!



Dar morza – Diane Chamberlain


Historię spisaną przez Diane Chamberlain otwiera dramatyczne wydarzenie z przeszłości – oto jedenastoletnia Daria, podczas spaceru po plaży, znajduje porzucone niemowlę – całe we krwi i ledwo żywe.

Dziewczynka, ratując życie maleństwu, staje się lokalną bohaterką, o której mówić się będzie jeszcze przez lata. Tym bardziej, że znalezione dziecko na stałe zamieszkuje z  jej rodziną, stając się jej częścią.

Znaleziona na plaży dziewczyna – Shelly – po latach postanawia dowiedzieć się kim jest jej biologiczna matka i co skłoniło ją do tego, by ją porzucić. W  odnalezieniu jej pomóc ma jej producent telewizyjny – Rory Taylor – były mieszkaniec miasteczka. On to trudni się programami, w których widzowie opowiadają historie swojego życia – im bardziej kontrowersyjne, tym lepiej. Opowieść Shelly wydaje się rewelacyjnym materiałem na kolejny odcinek, mimo że wiele osób ma wątpliwości co do tego czy odgrzebywanie tej historii, jest aby na pewno dobrym posunięciem. Najbliżsi martwią się o to jak prawdę zniesie Shelly, a także jak z sytuacją poradzi sobie jej biologiczna matka, której tożsamości nigdy nie poznali, ale którą podejrzewali.

Cała powieść nakreślona została wokół wątku poszukiwań i dociekań głównych bohaterów nad tożsamością i motywacją matki porzuconej dziewczynki. Na scenie oprócz rodziny Shelly pojawia się także młoda kobieta, podejrzewająca, że poszukująca matki dziewczyna to jej córka i próbująca wkupić się w  łaski Rory’ego, by ten przekazywał jej jak najwięcej informacji na jej temat.

Ten jednak nie wie o jej motywach i z łatwością przechodzi od zwykłej znajomości do zaangażowania emocjonalnego, nie dostrzegając przy tym, że zamiary miłosne ma wobec niego ktoś zupełnie inny – będący zawsze blisko, a jednak niezauważany.

Chamberlain po raz kolejny potwierdziła swoją sprawność pisarską – jej powieści można czytać w ciemno, mając gwarancję frapującej lektury i dobrze zainwestowanego czasu. Autorka pisze książki obyczajowe na naprawdę wysokim poziomie i – w  mojej opinii – już dawno prześcignęła Jodi Picoult, dla wielu od lat piastującą tron powieści obyczajowych.

Jeśli jeszcze nie znacie jej książek – koniecznie nadróbcie. Jeśli zaś znacie, jestem przekonana, że i bez mojej zachęty sięgniecie po nią przy najbliższej okazji.

Inne książki Chamberlain na blogu: