Bohaterem książki Obok Julii jest Jan Ruczaj, którego
poznajemy, gdy ten ma 20 lat i pracuje w bazie samochodowej. Jego życie przewraca się do góry nogami, gdy
ktoś w miasteczku widzi jego nauczycielkę – Julię.
Proza Eustachego Rylskiego
charakteryzuje się pewną sennością, niespieszną akcją, leniwie sącząca się
fabułą, dusznością i gęstością. Ma się wrażenie, że wydarzenia są lepkie i
narzucające się, mimo że tak naprawdę jest ich niewiele. Chciałoby się rzec –
idealna na upały, kiedy wszystko wydaje się powolniejsze, ospałe, mozolne.
Rylski doskonale żongluje słowami, przechodząc od wypowiedzi czysto
refleksyjnych do opiewających konkretne wydarzenia, mające fundamentalne
znaczenie dla snutej opowieści.
Jego opowieść determinowana jest
przez przemijanie ukazane w formule pór dnia. Młodość symbolizowana jest przez
znane w kulturze zestawienie z porankiem, dojrzałość i starość zaś – z
południem i resztą dni. Tekst Rylskiego skrzy się od aluzji i niedopowiedzeń,
którymi ten operuje z nieprzeciętną biegłością.
Podobnie rzecz ma się z
melancholią wyzierającą niemalże z każdej stronicy: Julia – nauczycielka
narratora, będącego jednocześnie jednym z głównych bohaterów – stanowi
ucieleśnienie tęsknot za przeszłością, pewnym niespełnieniem i
niewykorzystaniem darowanych szans. Jej postać rzuca się cieniem na całe życie opowiadającego,
który raz po raz oddaje się przemyśleniom dotyczącym wspomnień, próbuje je
uporządkować, nadać im właściwą hierarchię i stawia pytania o sens owych
uporządkowań.
Język powieści jest bardzo
zróżnicowany – raz stanowi poetyckie rozważania, sentymentalną pogoń za
przeszłością ubraną w liryczne zwroty, za chwilę przeobrażając się w potoczysty
i wulgarny. Jego użycie uzależnione jest od sytuacji, w której znajduje się
bohater – gdy przebywa sam ze sobą, oddając się wspomnieniom, język upodabnia
się do języka poezji; gdy zaś znajduje się w towarzystwie kolegów, dostosowuje
się do nich i wspina się na rejestry wulgarne, męskie, oschłe, całkowicie
odmienne od używanych w samotności. Ciekawa jest ta gra językiem widoczna u
Rylskiego, to jedna z ciekawszych przestrzeni tego tekstu: przestrzeń
lingwistyczna, bardzo specyficzna, oddająca nastrój i ukazująca przybieranie
masek, odsłaniająca uczuciowość, ale też przed nią się wzbraniająca.
Nad opowieścią tą snuje się widmo
Hemingwaya i Iwaszkiewicza, obecnych w opowiadaniach przywoływanych przez
narratora. Ich duchy zdają się patronować opowiadanej historii.
Proza Rylskiego może męczyć i
męczy. Jest ciekawa, ale ta senność i niespieszność po czasie już nie dodaje
jej uroku, lecz dekoncentruje, powoduje roztargnienie. Perypetie Julii i
głównego bohatera nie skupiają na sobie uwagi czytelnika, dopiero finał
rekompensuje wiele. Mam wrażenie, jakoby autor z rozwagą zaplanował taki
nastrój: uśpił czujność czytelnika, rozleniwił go, wprowadził bezruch, po czym
zakończył mocniejszym akcentem.



